Powiem szczerze - nie spodziewałem się tego albumu. Nie spodziewałem się że
Chris tak szybko uraczy fanów nową muzyką, wszak od wydania poprzedniej
płyty " Stony Road " minął zaledwie trochę ponad rok. A na pewno nie
spodziewałem się ponownego zaskoczenia, i to w takim stopniu.
O poprzedniej płycie już na tym forum pisałem. Wspomniałem, dlaczego Chris
zdecydował o takim jej kształcie a nie innym. Sądziłem jednak, że będzie to
jednorazowy ( dodajmy od razu: bardzo udany ) " skok w bok ", w stronę
klimatycznego bluesa, że potem Rea wróci do swojego starego, tak przecież
bardzo charakterystycznego stylu. Myliłem się straszliwie ( choć może nie
całkiem, o tym później ). Artysta poszedł jeszcze dalej; do bluesa dorzucił
jeszcze szczyptę jazzu, wyłączył mikrofon ( partie wokalne na płycie można
policzyć na palcach jednej ręki, dosłownie ), perkusiście wyrzucił pałeczki (
miotełki rulez ), podgłośnił bas, klawisze i... podłączył gitarę. I po prostu
zaczął grać. A zespół po prostu zaczął mu akompaniować. Co zaczęli grać ?
Blues. Jazz. Funk... yyy funk ?? Tak, ale o tym na koniec.
Pierwszy utwór nosi tytuł " Blue Miles ". No tak - był już " Miles Is A
Cigarette " na albumie " God's Great Banana Skin ". A Chris nigdy nie
ukrywał, że Miles, ten Miles, jest jego ulubionym artystą. Tylko trąbki nie
ma w tym utworze. Jest za to gitara. I to jaka...
Rozimprowizowana, nie ma tu konkretnej melodii, nie ma piosenki, jest TEMAT.
Tak samo jest w następnej, kompozycji tytułowej. Tu gitara odzywa się już
bardziej - solówka, niekończąca się solówka, granie co palce przyniosą.
Kompozycja jest utrzymana w żywszym tempie, gitarze dzielnie sekundują
klawisze. Czy wspomniałem, że pomiędzy utworami nie ma przerw ? Nie ? No to
wspominam. Jest trzeci kawałek - tu z kolei bardziej odzywa się bas. Nie znam
składu zespołu z jakim Rea nagrał tą płytę - nie widziałem żadnej wzmianki na
jej temat nigdzie, poza recenzją w Muzie. Mam jednak nadzieję, że się nie
zmienił - gdzieniegdzie słychać drugą gitarę, a kompozycje sprawiają wrażenie
nagranych na żywo... przynajmniej te pierwsze... A propos: słuchając ich,
ciągle miałem wrażenie, że gdzieś już pewne fragmenty słyszałem... " Blue
Miles " sprawia wrażenie ( przynajmniej na pierwszy rzut oka ) jakiejś
zwariowanej przeróbki " Coming Off The Ropes "... a zakończenie " Big C " ?
Dobra, dość sentymentów. W czwartej kompozycji mamy pewną zmianę. Zwolniło
się tempo, doszły ładne klawisze, tym razem w charakterze tła, robi się
fajnie sentymentalnie, podobne klimaty już słyszeliśmy na poprzednich płytach
( ... i bardzo nam odpowiadały

. No i ta rzewna gitara... Kawałek jest
bardzo krótki i połączony z następnym, jeszcze krótszym, o podobnym klimacie,
ale z bardzo wyeksponowanym basem ( czyżby Chris...? ). Po reprise " Heading
For The City " z poprzedniej płyty następuje najdłuższy na albumie, ponad
ośmiominutowy " First Snow Mingus ". To już bardziej jazz, żywy, napędzany
znowu świetnymi klawiszami, wielotematyczny, z Reą wyczyniającym z gitarą
niesamowite rzeczy, miejscami przypominającymi to, co niegdyś robił w Pink
Floyd Dave Gilmour... Przesadziłem ? Chris bawi się brzmieniem, ale cały czas
słychać że to on... Kawałek absolutnie perfekcyjny, niczego mu nie brakuje.
Można słuchać bez przerwy, już sprawdzałem. A na koniec oraz jako zapowiedź
kolejnego utworu - harmonijka. " Piano Break ", króciutki ( niecałe dwie
minuty ), dynamiczny, z akcentami harmonijki w tle, takie coś bywało na "
Stony Road ", świetny, zwieńczony solówką jakich już zagrał tysiące a może i
więcej... a przecież kolejna znowu wywołała u mnie dreszcze. Przejście do "
Still Going To A Go Go " nie jest płynne, ale znów nie ma przerwy... kolejny
krótki utwór, jest wokal, " ...and your life is blowing over...", ledwo
słyszalna harmonijka w tle, ballada w bardzo klasycznym stylu, mogłaby być
zarówno na " Stony Road " jak i na którejś z wcześniejszych płyt, ale i tak
jest przepiękna i mimo wszystko pasuje; Chris kończy utwór słowami " are you
ready? " i rzeczywiście, płynnie przechodzimy do nastepnego utworu, tak
właśnie zatytułowanego. Tu już koniec eksperymentów, piosenka mogłaby
pochodzić z dowolnej z poprzednich płyt, klasyczna do bólu, tak pewnie miał
się ten album skończyć, taki właśnie był pomysł, ale jak ja uwielbiam te
akordy!... A jednak. Mimo iż sprawia takie wrażenie, to nie jest koniec.
Pozostała jeszcze jedna kompozycja. Nazywa się " Funk 48 " i jest dokładnie
tym, czym powinna być piosenka o takim tytule. Nie wiem, skąd się wzięła na
takiej płycie, nie pasuje zupełnie, ale co z tego? Elektroniczny, funkowy,
taneczny rytm, skrecze w tle <sic> ( komuś się przypomniało " Road To Hell
Part 2 " ? ). A jednak jest to tak fantastyczne że muszę wybaczyć. Co tu
cholera wybaczać ?? Znowu ta gitara... Cholera!
Do sylwestra zaledwie dzień, a ja dopiero teraz poznałem mój album roku.
Płyta ma tylko jedną wadę - jest za krótka. Parę utworów można było jeszcze
wydłużyć, a wtedy... wolę nie mysleć co by było. Nie znam wszystkich albumów
Chrisa ( do kompletu brakuje mi jakichś trzech-czterech ), ale idę o zakład
że ten i tak jest najlepszy. Bo z tych, które słyszałem najlepszy jest z
pewnością. I nawet rozumiem, że nie było wielkiej promocji. Przeboje ?
Hahaha... dobry żart. Na liście moich ulubionych utworów " Josephine "
właśnie spadło z pierwszego miejsca. Teraz jest tam " First Snow Mingus ". I
mam gdzieś, że w przeciwieństwie do " Josephine " nie będzie go na listach
przebojów. Kogo to obchodzi ?? Na pewno nie pana Chrisa Rea. I to mnie też
bardzo cieszy.