wk53jan
14.08.05, 15:17
Mam taką obsesję. Otóż jestem zdania, że w warunkach naszej kultury jazdy samochodem, byłoby najlepiej aby samochodzy musiały mieć włączone światła mijania na okrągło, bez wyjątku. Oczywiście jest to pogląg z gatunku skrajnych i jego uzewnętrznienie wynika z niewiary w kierowców. A z czego to wynika?
Jest takie ładne powiedzenie, ze zły to nauczyciel, którego uczeń nie przerasta. Jest tez bardziej dosadne, swojskie ale i bardziej zrozumiałe; uczył marcin Marcina a sam głupi jak świnia. I tu dochodze do sedna sprawy.
Kto mi wytłumaczy, dlaczego większość samochodów nauki jazdy jeździ po mieście bez włączonych swiateł? Pół biedy w południe słonecznego dnia. Ale wieczorem, o zwroku wręcz, w deszczową pogodę, rano, kiedy większośc szyb w samochodach jest zaparowana a światło dzienne dodatkowo komplikuje widoczność ?
Zwróćcie uwagę, że często jedynym samochodem jadącym w 'sznurku' bez światel jest autko z literką L na dachu.
W związku ztym, że od strony formalnej, często niczego im nie można zarzucić, nawet braku myślenia (a podobno myślenie nie boli ale widać nie wszystkich to dotyczy), proponuję taką zabawę:
Wpisujmy nazwę szkoły, miejsce i godzinę spotkania takiego instruktora. MOże to odniesie jakiś skutek.
Inna sprawa, to manewry wykonywane na ulicy przez samochody z L. Jeśli jest to kursant, to jeszcze 'jak cię mogę'. Ale jeśli w samochodzie jest tylko instruktor a manerwy wykonuje na poziomie podwórkowego traktorzysty, to ja zaczynam się na serio bać.
Pozdrawiam !