Dodaj do ulubionych

Hirudo Medicinalis

26.04.12, 18:56
Hirudo Medicinalis,to jest lacinska nazwa pijawki.Jak twierdza fachowcy,tylko 3 rodzaje pijawek stosuje sie w lecznictwie tzw. hirudoterapii.W starozytnym Egipcie przystawiano je co lepszym Egipcjanom,angazujac pozniej mistrza w rzezbiarstwie sciennym do upamietnienia tego zdarzenia.W Rosji,natomiast,w XVIII i XIX wieku podobno dochod z eksportu pijawek byl rowny z eksportem zboza.Nie tak zle,jak na pijawkowego ssacza.Ta "nasza",tropikalna,chyba nie jest lecznicza,ale zachowuje sie tak,jakby byla zywcem wyjete z filmow rysunkowo/animowanych,ukazujacych pelzajaca gasiennice.W swojej podrozy po czymkolwiek najpierw robi ze swojego ciala lutnie,po czym prostuje sie w muzycznym wyrazie fletu prostego,zeby zaraz potem przejsc z powrotem do instrumentu szarpanego.To co robi,robi z gracja swojego rodzaju w "dwu-instrumentalnym" pochodzie,i jest niesamowicie milo ja obserwowac nawet,jezeli wiesz,iz za moment moze sie do ciebie przyssac.Zmysl wywachania
najcienszego naskorka,i najlepszego pokarmu krwiobiegowego,ma wkomponowany w swoja DNA, i przez ladna chwile obserwowalem jedna z nich nie pozwalajac jej na zbyt przesadne,pijawkowe zachowanie na mojej skorze.Milo jest obserwowac przepiekna harmonie w jej ruchu i dazeniu do celu,ale jakos ciezko jest nam "zaprzyjaznic" sie z pijawka,a przeciez jest uzywana nie tylko w medycynie "oczyszczajacej",a i to co robi,robi najlepiej jak moze.Obserwujemy troche ptakow,motyli i przenajrozniejszych,bezimiennych latajacych cudow natury,ktore laduja na
nas,i w poblizu obozowiska,nie czujac sie niczym zagrozone.Duzy
szaranczowo/podobny osobnik wyladowal mi na dloni i gigantycznym wasem "odgonil" zgraje pylku powietrznego,niepotrzebna w badaniu ludzkiego ciala.Wasy chodzily mu,na tej dloni,jak Chinczykowi rece w Tai Chi-Martial Art.Wygladalo to na walke z czyms co on widzial,a ja nie moglem zauwazyc.Moze one tak sie doenergetyzowywuja,a moze to Chinczycy sciagneli swoje taichi'owanie od tego tropikalnego osobnika? Kiedy zaczal mnie laskotac musialem go zdmuchnac,podmuchem ustnego huraganu o szybkosci okolo 150km na godz,ale mimo takiej szybkosci,przez moment trzymal sie dzielnie na dloni,przyzwyczajony do tropikalnych tajfunikow.Pozniej wskoczyl mi na szyje,ale w tamtych okolicach szyjnych,kilka lat temu, ugryzla mnie liszka drzewna,ktora na pajeczej niteczce,ze zrecznoscia wytrawnego alpinisty,a ciszej niz miejska cisza nocna,opadla na mnie w jej wiadomych celach,i kiedy zaintrygowany laskotaniem chcialem ja usunac,to w ramach protestu wpuscila mi cos pod,lub
na,skore.Swedzenie po ugryzieniu
komara jest czyms dziecinnym w porownaniu do tego co ja odczuwwalem przez miesiace,i to,a'la,wrazenie niesamowitego swedzenia czuje,w jakims stopniu,do dzisiaj.Skokowo/powietrzny pojadacz zieleniny nic o tym pewnie nie wiedzial,ale musialem przenies go w inne,bardziej tropikalne miejsce.Nie protestowal.Te przenajrozniejsze zyjatka lubia na nas siadac,gdyz emanujemy inna,jakby przyciagajaca dla nich energie,i nawet czasami mozna nas ciutenke nadgryzc.Wczesnym popoludniem wrocil ublocony,jak po bagiennej kapieli,nasz znajomy mysliwy.Psy,w specjalnych uprzezach, przyciagnely dzika swinie-okolo 90-100 wagi-rowniez przecudnie ublocona na podobienstwo sloniowej,blotnej kapieli.Wszyscy wygladali,jak jakies stwory z innego,nierealnego swiata,ale bylo kupe smiechu i zabawy.Ubranie,i caly ublocony sprzet,wedrowaly do oczyszczenia,co tez bylo wkalkulowane w koszty czystego zarobku.Don twierdzil,ze teren jest troche za blotnisty na dluzsze polowanie,gdyz tracisz za
duzo energii na"walke" z mokrosciami,i zarobek nie jest tego wart,ale psy musza miec trening,zeby w bardziej suchej porze nie byly bez kondycji.Wierzymy Mu na slowo z ta psia kondycja,gdyz czesto widzimy upasione psiny w bezkondycyjnym,jezykowym zwisie do ziemi z usatysfakcjonowanymi,i rowniez bezkondycyjnymi, wlascicielami. Pomoglismy Don'owi wrzucic te wartosciowa miesistosc na van'a.Pojechal ze smiercia wieprzowego ciala,cialka ktore bedzie moze nawet konsumowane w Polsce w rodzaju pasztetu z dzikiej swini,i-oczywiscie-importowanego z Niemiec.Zrobilo sie cicho i bezsmiertelnie.Skubniemy sobie a to serka,a to owocka z gotowanym jajeczkiem i zakasimy to wszystko czysciutka woda i czujemy,iz pocichutenku samo zdrowie wkrada sie w nasze organizmy,"zaproszone" czystoscia mysli,powietrza i nastroju.Czasami spadnie jakis delikatny deszczyk,ale on spada w limicie niemoczenia naszej ubraniowej suchosci,wiec nie mozemy na nic narzekac i oddajemy sie
zraszalnosci tej czystej,opadowej wody,niosacej ze soba pieknosc dzisiejszego,obopolno-istnieniowego przezywania.Zadne
nowoczesne gadzety informacyjno-rozrywkowe nie sa nam potrzebne do radosci i smozadowolenia z samego faktu istnienia i bycia tam,gdzie bycie jest prawie czystym byciem.Z zapadaniem wieczoru dzwieki w tropiku zmieniaja ton i staja sie nocnym,dzwiekowym ukojeniem.Tam,w tropikach,dopiero widac ile tracimy w tym miejskim dzwieku jazgotu zelazistych pojazdow,i nienaturalnych dzwiekow naszego nowoczesnego,"wspanialego" dzwieko/poruszania sie w konglomeracjach minimalnej owado/roslinnosci.My sami nie jestesmy w stanie okreslic ile tracimy,gdyz prawie cale nasze myslenie jest nastawione,zeby z cisza cos zrobic,a nie ja przezywac,wiec skad mamy wiedziec co oferuje nam cisza,ktora na okraglo czyms zagluszamy,a tropikalna,naturalna "cisza" dziewiekowego odbioru jest dla nas czyms zupelnie nieznanym.Szkoda,niesamowita szkoda,ze prawie calkowicie potrafilismy wyalienowac sie z naturalnego oddechu "Ziemskiego Cudu Natury".Zostawiono nam skrawki trawnikowych obrzezy
poprzeplatanych odpowiednio posadzonymi drzewami,i parkowymi zywoplotami,ale jakos dzikosc,z tego sadzeniowego wyregulowania,umknela i nie chce tak latwo wrocic.Wieksze,naturalne tereny pierwotnej pieknosci musimy chronic prawami,gdyz inaczej wysypywalibysmy tam smieci i wszelkiego innego rodzaju ludzkie gawno.Brrrr.Spimy radosnie i wstajemy jeszcze radosniej.Nie mowi sie komplementow o poranku,poniewaz poranek sam w sobie jest juz komplemenciarska zacheta do radosc,a szczegolnie juz w tym cudzie porannego,lesnego budzenia sie wszystkiego.Nikt sie tutaj z niczym nie spieszy wiec i my oddajemy sie naturalnosci porannego wstawania.Nikt nie martwi sie wczesnym lub poznym sniadaniem,czy jakas sniadaniowa niezjadliwoscia.Nikt nie marudzi i nie fochuje bo,prawde powiedziawszy, nie ma o co i po co.Ide na polpolanke,zeby zrobic pare ruchow przeciagajacych energie i przyciagam ja rowniez dla Eryka,gdyz On nie zna ruchow przyciagajacych,ale chetnie z nich
skorzysta.Dzielimy sie tym,czego tutaj jest w nadmiarze i jest fajnie.Zjemy cos lub nic nie zjemy-to nie ma dla nas specjalnego znaczenia.Dzikie swinki musialy byc dobrze najedzone,po nocno/ryjowatym posilku,gdyz skupaly sie obficie w kilku,niedalekich miejscach,ale natura poradzi sobie tutaj ze wszystkim,i juz cos tam sie krzata w poblizu tych kupowanek z zadaniem nawozowego przerabiania.Wszystko w swoim czasie.Wyruszamy,tez w swoim czasie,do malej miejscowosci,Trapez,w ktorej Eryk jeszcze nie byl-ja tez-a ktora byla kiedys jakas osada na starej drodze do Cairns.Jest przepieknie polblekitnie,polchmurzyscie,poldeszczowo i poltropikalnie,i cale cialo chce sie radowac z tymi pol-polowkami.
Obserwuj wątek
    • mister1 Re: Hirudo Medicinalis 23.07.12, 14:28
      Ostatnio ogladalem piekny program o wyprawie do Delty Okawango,w Botswanie.Dwoch gosci-kamerzysta i fotograf,Roger Horrocks,razem z Didier Noirot'em,bylym kamerzysta Jacques Cousteau-zdecydowalo sie zejsc pod wode w rozlewiskach Delty Okawango, i sfotografowac z bliska krokodyle w ich wodnym srodowisku.Rzeka Okawango,ktora czasami rozlewa sie w gigantyczne rozlewiska-o obszarze ponad 50 tys km2,a normalnie kolo 15 tys km2 - jest jedyna rzeka na swiecie plynaca na suchutenka pustynie-w tym przypadku, Kalahari-a nie zawilymi sciezkami prosciutenko do morza.Podczas pory mokrej w srodkowo/poludniowej Afryce,gigantyczne ilosci wody,z opadow monsunowych,plyna sobie powolutenku-ze wzgledu na maly spadek terenu-przez kilka miesiecy nawadniajac cos to tu to tam,aby po ponad tysieczno/kilometrowej podrozy rozlac sie-czasami- na olbrzymiej czesci terenu Botswany,terenu o powierzchni calej Holandii,lacznie z belgijska czescia Walonii .Po kilku miesiacach-od czasu poczatkowego, deszczykowego opadu-srodkowosc afrykanska jest juz przyzwoicie sucha,ale w Botswanie woda ma przyjemnosc w rozlewaniu sie i nasaczaniu tego,co ogolnie przypomina roslinna gabkowosc.Na tych rozlewiskach rosna sobie gigantyczne pola papirusowe,a pod tymi poletkami zyje sobie roznorodnosc wodna,z krokodylkami wlacznie.Zejsc pod takie poletko papirusowe-z zamiarem podgladania krokodyla,pomimo czystosci wodnego rozlewiska-musi byc zrobione z latareczkami halogenowymi,w celu eleganckiego ujecia tych groznych gadow,jak rowniez w celach bezpieczenstwa.Obaj goscie sa doswiadczonymi kamerzystami,kamerujacymi w roznych,swiatowych srodowiskach wodno/jakichs-tam,ale po raz pierwszy zdecydowali sie ujac krokodyla w bezposrednim kontakcie; kamera za kamera czlowiek,a przed kamera krokodylek w bliskosci najblizszego,swiatowego rekordu.Te afrykanskie krokodyle sa porownywane do tych najwiekszych na swiecie, slono/wodnych-australijskich krokodyli-i niczym im,w dzikosci pozerania jedzeniowej ofiary,nie ustepuja. Obaj opowiadali ciekawie o swoich przygotowaniach od tej wyprawy,o swoim strachu bez tej mlodzienczej bufonady bezkontaktowego doswiadczenia,a takze o srodkach bezpieczenstwa.Zastanawiali sie nad materialami wybuchowymi-wybuchajacymi przy dotknieciu agresywnie atakujacego atakera-nozami i innymi szpikulcami,ale w rzeczywistosci nurkowali bez zadnych zabezpieczen twierdzac,ze schodzac pod wode w pokojowym celu,tworza inna energie,ktora nie wymaga noza czy bomby,zeby cos zobaczyc, i to cos sfotografowac.Jest zupelnie inna sprawa nurkowac w otwartym morzu,z dziennym swiatlem i mozliwoscia szybkiego wynurzenia sie w razie niebezpieczenstwa,a nurkowaniem z krokodylami pod papirusowymi polami w srodowisku nienaturalnego,czlowieczego przebywania.Zastanawialem sie z przyjacielem czy zszelibysmy pod wode w takich warunkach,i musze uczciwie przyznac,ze nawet by nam do glowy nie przyszlo,zeby nurkowac z krokodylami.Ich komentarze byly bardzo rozsadne i niezanudzajace widza wielowarstwowoscia niewidzianej jeszcze nowosci.Stwierdzili,ze wszyscy zyjemy w jakims strachu przed smiercia,czy chcemy sie do tego przyznac czy nie,ale niezbyt wiele osob zyje, przezywajac swoje zycie tak,jakby tego chcialy.Oni chcieli przezyc tych kilka tygodni swojego zycia,zyjac pelnia strachowo/przygodowej przezywalnosci.Sfotografowali troche tych krokodyli w ciekawych ujeciach bliskosci mniejszej niz metr,a pewnego dnia zdecydowali sie zejsc pod wode w nocy,kiedy krokodyl lubi zapolowac sobie na smakowita,nocna kolacje,zapolowac bardziej grupowo i impaktowo niz za dnia.Wialo dosyc wyraznie obawa nocnego spotkania z nimi,ale nie zrezygnowali i nie odplywali zbyt daleko od lodzi.Po kilku tygodniach filmowania,kiedy wody Okawango zaczely lekko podsychac,postanowili jednoglosnie poplynac grupowo w ostatki glebszej,czystej wody i zatrzymali sie w ciut wiekszym,rozlewiskowym korytarzu deltowego rozgalezienia.Tam-zapewne za duchowa zaplanowoscia krokodylowej duszy- spotkali przedziwnego krokodyla,ktory ani Ich nie unikal,ani sie Ich nie bal.Wygladalo na to,ze czekal na Nich z niepokojem nieznalezienia sie w ujeciach kadrowosci filmowej.Kiedy zeszli pod wode i zobaczyli dosyc pokaznych rozmiarow swietosc egipska,swietosc czekajaca na Nich i prowadzaca Ich prosciutenko w podpapirusowkowe legowisko,zdecydowali sie wziac druga kamere i -po chwilowym zastanowieni-podazyc szlakiem krokodylowej przewodnikowosci, filmujac go z kilku stron jednoczesnie.Ta dziwna swietosc egipska pozwala fotografowac sie w niespotykanym do tej pory nigdzie na swiecie, bezagresywnym ludzko/krokodylowym zblizeniu . Zaatakowani,nie mieliby zadnych szans na przezycie w tym podpapirusowym swiecie.Zreszta,podczas programowych wypowiedzi,Obaj twierdzili,ze jezeli Ich zycie ma sie zakonczyc-z jakichs niebianskich przyczyn- w krokodylowej paszczy,to chyba tak Obaj planowali zanim znalezli sie na tej przepieknej planecie.Przezyli,ale wygladalo to wszystko dosyc niesamowicie,jak rowniez zaskakujaco/interesujaco.Co jest najdziwniesze w tym calym dokumencie,ktory byl nominowany na najlepszy film dokumentalny w 2011,to to,ze Oni obaj byli filmowani przez trzeciego kamerzyste,o ktorym nie ma najmniejszej wzmianki w calym tym wspanialym filmie, a ktory,filmujac tych filmujacych, musial byc jakos w wiekszym stopniu narazony na atak krokodylowy niz ta pozostala grupa.Pewni nurkowie australijscy twierdza,ze pierwszym gosciem,ktory fotografowal krokodyle w ich naturalnym srodowisku byl Izraelczyk,Amos Nachoum. Z moich poszukiwan wynika,iz Amos z partnrem byli uzbrojeni w jakies dzido/szpikulce i troche walczli z krokodylem,a tamci nurkowali bez jakichkolwiek sprzetow obronnych.Moze wlasnie dlatego nie byli atakowani???

      Buzia Zbyszek
      P.S. Ladnych kilka lat temu pojechalismy z Erykiem i Goska do polnocnej Kwinslandii, do Zatoki Karpentarii-Gulf of Carpentaria. Polska poszukiwaczka przygod,Krysia Pawlowska,zastrzelila tam-w drugiej polowie XX wieku- najwiekszego krokodyla,jaki byl kiedykolwiek zastrzelony w calym tym naszym,wspolczesnym swiecie.Sama zatoka znana jest z niesamowitych pradow morskich,szczegolnie podczas przyplywo/odplywow,ktore moga osiagac-w niektorych rejonach-ponad 11 metrow wysokosci. Najwieksze polowania na krokodyle w latach 50/60-tych zeszlego stulecia,odbywaly sie w tamtych rejonach, a sama okolica Zatoki Karpentarii znana jest z duzych ,moczarowych rozlewisk rozciagajacych sie ladnie na 30 km w glab ladu, rozlewisk,ktore obfituja w roznorodnosc ptaszno/zwierzeca,z krokodylami slono/wodnymi wlacznie.Szarancza,kiedy tam dotarlismy, pozzerala w tamtych rejonach wszystkie korony palm kokosowych,pozostawiajac tylko popodgryzane kokosy,korony palm o takiej twardosci wlokna,ze nawet zelazno/zebny mialby trudnosci z przegryzieniem tego cholernego lyka.W miasteczku Karumba ( czyt. Karamba) zakempingowalismy sie na jedynym wolnym miejscu kempingowym,ze wzgledu na zorganizowane tam zawody rybno/lowne,zawody majace ujawnic najszczesliwszego wedkarza w zlowieniu najpiekniejszego okazu barramundi,przewspanialej smakowo miejscowej rybki. Majac ze soba lodeczke plaskodenkowke,zdecydowalismy sie uruchomic te blaszanke Eryka,i tez cos zlowic na te Jego dziwna,7-mio czlonowa,rosyjska wedke.Silnik troche nie dopisywal,co wprawialo Eryka-mechanika w podly nastroj,ale pozniej ten silniczek jakos sie rozgrzal,i pomknelismy w tej naszej blaszance na otwarta zatoke po swieza barramund'ke,wsrod tych wyczynowo/szybkich,zawodowych polawiaczy.Patrzono sie na nas z zaciekawieniem-gdyz bylismy jedynym "blaszankowcem' w okolicy-wiec zeby nie byc juz obiektem miejscowej obserwacji,zdecydowalismy sie na nierozstawienie naszego ostatniego nabytku rurkowo/plociennego/zadaszenia,majacego chronic nas od cholernie goracego,tropikalnego slonca.Chyba brak tego zadaszenia plocienneg spowodowal nasza czasowa slepote w slonecznej,bezdaszkowej operacji.Po zarzuceniu -w zatokowy Otmet- pokaznej kotwicy,oddalismy sie temu dziwnemu rybkowaniu-na bezrobaczkowe haczyki-nie lowiac nawet przyslowi
      • starypierdola Melduje ze: .... 23.07.12, 16:59
        1. w delcie Okawango bylem i 'wszysko" widzialem; a najwiecej sloni
        2. pijawek nie widzialem ani sie nimi nie przejmowalem
        3. Okawango to nie jedyna rzeka na swiecie ktora konczy na pustyni
        4. Reszty nie czytalem bo to wyglada na 'literature' a nie na 'news'
        5. Z wszystkiego mozna zrobis 'story', nawet z pobytu Luizy w Warszawie (choc wyciete!)

        Howgh
        SP
        • mister1 Re: Melduje ze: .... 24.07.12, 11:00
          tyle, ze trzeba umiec pisac
          • starypierdola Swieta prawda :) No to pisz dalej! 24.07.12, 14:21
          • ratpole Re: Melduje ze: .... 24.07.12, 16:25
            mister1 napisał:

            > tyle, ze trzeba umiec pisac

            Sure thing.
            A ty to potrafisz jak malo kto hehe
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka