Wypalenie

02.08.12, 10:25
Intryguje mnie kwestia skali wypalenia zawodowego pracowników naukowych (zaznaczam, że interesuje mnie to czysto prywatnie, nie prowadzę absolutnie żadnych badań tego typu). Obserwując środowisko, w którym funkcjonuję mam wrażenie, że poza doktorantami (i to raczej lat początkowych), którzy czasami okazują młodzieńczy entuzjazm, generalnie pracownicy cierpią na wypalenie zawodowe. Nie okazują zadowolenia z wykonywanej pracy. Naukowiec aby być kreatywny powinien być w pewnym sensie artystą (mieć warunki do tego by MÓC być artystą). W obecnych warunkach wszyscy staliśmy się wyrobnikami produkującymi np. kolejne roczniki absolwentów, co staje się przygnębiające. Czy także odnosicie wrażenia że stan wypalenia zawodowego jest powszechny wśród Waszych współpracowników?
    • kramka1 Re: Wypalenie 02.08.12, 11:31
      Nie wiem, czy to kwestia wypalenia... Raczej tego, ze do nauki trafiają nie pasjonaci, a wyrobnicy. Dla których praca w nauce jest własnie "pracą w nauce", podobną do pracy gdziekolwiek indziej, choc z pewnymi profitami w postaci wakacji, społecznego prestizu lub etykietki potrzebnej w podstawowej pracy (np. tytuł dr praw we własnej kancelarii).
      Pamietam, jak mnie zdziwiła uwaga mojego kolegi po obronie mojego dr, ze widac było u mnie pasję. A zdziwiło mnie, bo w swojej naiwności nie przyszło mi do głowy, ze pasjonatów to trzeba szukac na uczelni z 500-watowym refletorem w reku.
      Ktos, kto bez pasji odwali doktorat albo i habilitacje, nie ma żadnego powodu, by dalej "pałać entuzjazmem" do swojej pracy. No i mamy wypalenie, tyle że co się niby u takich osób wypaliło?
      Oczywiscie jednak nie neguję, ze największy nawet pasjonat tym marszem "pod górkę" w naszej nauce moze sie zniechęcić. W koncu, dobrymi chęciami piekło wybrukowane, a piekła ci u nas dostatek...
      • detektor01 Re: Wypalenie 02.08.12, 11:51
        To rzeczywiście ciekawe ile osób trafia do nauki bo chcą coś "zbadać" a ile z innych, bardziej przyziemnych powodów. Jednakże nawet jeśli założymy, że tych pierwszych jest 50%, to i tak po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach pracy zupełnie ich nie widać w tej ilości. Nawet jeśli jest ich na początku jedna trzecia albo tylko 25%, to tylu entuzjastycznie nastawionych do pracy nie widzę. Zatem wypalenie, według mnie musi zbierać u nas naprawdę solidne żniwo.
        • mn7 Re: Wypalenie 02.08.12, 16:29
          "Wypalenie" to ostatnio modny temat, może poczytaj sobie coś o nim?
        • rudamaruda1949 5% 02.08.12, 16:46
          Nie ma powodu aby oczekiwać, że więcej niż 5% trafia na uczelnię z pasji.
          Reszta 95% trafia z powodów innych - na przykład, uczelnia jest "przez ulicę" od ich bloku a oni chcą mieć blisko do pracy. Co ciekawe mam sporo kolegów i koleżanek, którzy jeszcze przed rozpoczęciem edukacji przedszkolnej już mieszkali 'przez ulicę' od mojej uczelni i kończyli pobliską podstawówkę, średnią, studia robili na naszej uczelni i tu zostali naukowcami - podobnie jest z kadrami administracyjnymi.
          Po kilku latach z tych 5% procent, które przyszło na uczelnię z powodów naukowych, około 10% to osoby, którym pasja zostaje, a 90% zaczyna się zniechęcać. Mamy więc 0,5% takich z pasją - ale oni wraz z wypełnianiem KRK, autoreferatów, wykruszają się i zostaje nie więcej niż 0,004% - z których około połowa jest narażona na wypalenie.
          • mn7 Re: 5% 02.08.12, 16:51
            rudamaruda1949 napisała:

            > Nie ma powodu aby oczekiwać, że więcej niż 5% trafia na uczelnię z pasji.

            To to nie jest jakoś badane?
            A te procenty to z palca prawej czy lewej rączki?
            • rudamaruda1949 5% 02.08.12, 23:26
              Kochanie, jeśli masz powody aby wierzyć, że jest więcej, to sobie wierz, a jeśli są Twoim zdaniem powody aby wierzyć, że jest więcej, ciężar dowodu leży nie po stronie sceptyka (mnie) ale po stronie entuzjasty.
              Stanem wyjściowym dla człowieka jest naturalna niechęć do wysiłku. Jeśli chcesz wierzyć, że komukolwiek się chce - to jest to wielka wiara, której nie mam zamiaru niszczyć ale tylko i wyłącznie z powodu tolerancji religijnej wynikającej z mojej naturalnej niechęci do wysiłku (prześladowanie innowierców też wymaga wysiłku).
              Nikomu się nie chce, ale część mieszka na tyle blisko uczelni, że z lenistwa wybiera uczelnię zamiast oddalonego nieco dalej innego pracodawcy a zarobki na uczelniach są na tyle mało atrakcyjne, że wystarczy mało atrakcyjny konkurencyjny pracodawca aby uczelnia miała kłopoty z nowymi powołaniami...
              • mn7 Re: 5% 03.08.12, 15:50
                To w ogóle nie jest kwestia "wiary" lecz wiedzy. Stąd też pisanie z tak niezachwianą pewnością o konkretnych odsetkach (rażąco zresztą zaniżonych, ale to inna kwestia) jest kompromitujące.
          • charioteer1 Re: 5% 02.08.12, 19:22
            Mhm, postawie smialo teze. Pozostale 0,002% to socjopaci z zaburzeniami w sferze afektywnej. Takim wypalenie nigdy nie grozi. Ponadto moga byc odporni na napalm i promieniowanie alfa.
            • mn7 Re: 5% 03.08.12, 15:51
              No i mają rentgen w oczach...
      • flamengista mam podobne zdanie 02.08.12, 16:53
        Ja tak bardzo problemu wypalenia na mojej uczelni nie widzę. Ale widzę za to masę wyrobników, którzy tylko kalkulują ile trzeba "wyprodukować" artykułów i książek do kolejnego stopnia w karierze. W wielu przypadkach ci ludzie od samego początku nie mieli pasji naukowej, traktują ten zawód jak każdy inny. Niestety, z takim podejściem pewnego poziomu przekroczyć się po prostu nie da.
        • chilly Re: mam podobne zdanie 02.08.12, 20:36
          I w tym przypadku dostrzegam znaczącą różnicę pomiędzy przedstawicielami nauk ścisłych i humanistycznych. Oraz sprzężenie zwrotne: im więcej "prawdziwej" nauki, tym mniej wypalenia, a im mniej wypalenia, tym więcej pracy naukowej. Można by to rozciągnąć: im mniej studentów i zajęć dydaktycznych, czyli im mniejsze zarobki, tym mniejsze wypalenie. Ale ta hipoteza byłaby chyba już zbyt naciągana.
          • podworkowy Re: mam podobne zdanie 03.08.12, 00:12
            1) więcej zajęć = mniej czasu na naukę, o czym warto pamiętać (w tym roku miałem 700 h - tylko na macierzystej uczelni - więc wiem, o czym mowa..)
            2) im więcej papierkologii = mniej czasu, no i energii na pracę naukową
            3) w naukach hum. i społ. jest brak tak prostego przełożenia pracy naukowej na namacalne efekty, jak w chemii, matematyce czy fizyce, co rzeczywiście może powodować zniechęcenie do pisania większej liczby artykułów, skoro poprzednie nie powaliły świata na kolana (nie z uwagi na ich jakość, ale np. z uwagi na generalną niechęć polskiego sądownictwa do lektury pism naukowych i absolutnie skandaliczne wyroki będące tego następstwem)
            4) schemat publish or perish powoduje, że zamiast przeczytać dziesiątki książek i artykułów na jakiś temat, przemyśleć go i wywalić rzeczywiście przełomowy artykuł, ludzie w naturalny sposób publikują szybko i byle co, co także może wywołać zniechęcenie. Np. od dłuższego czasu chodził za mną ambitny temat tekstu, nad którym musiałbym popracować z pół roku, i który dałby mi dużą satysfakcję (i może nawet załapałby sie do JCR...;)), ale wymogi awansowe póki co powodowały konieczność odłożenia go na półkę.
            5) 4 lata na doktorat i 8 na habilitację powodują, że wiele osób (akurat nie ja...) wybiera bezpieczne, nieoryginalne, nieambitne, przyczynkarskie i dość odtwórcze tematy, którymi świata się nie zawojuje... a potem już blisko 40 i rzeczywiście chce się częstokroć mniej
            6) straszliwą wadą polskiego systemu nauki a'propos nauk społecznych jest brak istotnego udziału ludzi przed habilitacją w debacie publicznej tj. odnoszenia teorii do praktyki społecznej (np. wiedzy naukowej z zakresu politologii czy nauk prawnych do życia politycznego czy porządku prawnego RP) - naprawdę niewiele osób pracujących naukowo-dydaktycznie pisze np. poważne eseje w kwartalnikach w rodzaju np. Krytyki Politycznej czy Frondy (tak na szybko na myśl przychodzi mi tylko P. Śpiewak, który jeszcze będąc doktorem brał b. aktywny udział w takiej debacie). Dołóżmy do tego beznadziejność mediów elektronicznych i większości papierowych (nawet "Rzeczpospolita" od kilku lat zlazła na psy), w których z naukowców brylują wyłącznie specjaliści od marketingu politycznego powtarzający, jak ważny jest marketing polityczny... Te tak krytykowane przez wielu media amerykańskie (a podglądam często Fox News, MSNBC czy amerykańskie CNN) codziennie zapraszają do siebie poważnych ludzi mówiących o poważnych sprawach we względnie poważny sposób. A u nas - by zacytować J. Rokitę - przy okazji arabskiej wiosny glównym problemem w mediach jest to, czy p. Ziuta wyleci do Egiptu czy nie... Wielu humanistów odczuwa zniechęcenie, bo po prostu czują, że piszą na Berdyczów (a cytowania i pochwały ze strony kolegów nie zawsze im wystarczą)
            7) Dodajmy do tego model publikacji, która - do habilitacji - zazwyczaj musi być opatrzona 10-ami przypisów i powinna mieć głównie charakter relacyjny. Kiedy patrzę na wiele prac pisanych przez amerykańskich czy angielskich jurystów, to jestem przekonany, ze ich przełomowe dzieła (o których dziś uczymy studentów...) nie wystarczyłyby w Polsce nawet na doktorat (co oczywiście nie jest komplementem dla polskiej nauki;)) Czasami mam wrażenie, że nauki społ. w Polsce są często koliste - własne zdanie można zawrzeć w pracy mgr i w książce prof. - to co pośrodku powinno być jak najmniej kontrowersyjne
            8) w naukach społ. rzeczywiście jest więcej miernot niż w ścisłych, których jednakowy jak tych lepszych status finansowy i zawodowy także obniża zapał badawczy
            Miało być krótko, a wyszedł niezły "rant"...:)
            Ale póki co ciągle jeszcze mogę powiedzieć, że lubię swoją pracę i nie zamieniłbym jej na żadną inną (choć ważnym argumentem za nią jest także fakt, że nie cierpię wstawać rano...)
            • pfg Re: mam podobne zdanie 03.08.12, 09:58
              podworkowy napisał(a):

              > niechęć polskiego sądownictwa do lektury pism naukowych i absolutnie skanda
              > liczne wyroki będące tego następstwem

              Powodów tego może być wiele, od opacznie rozumianej niezawisłości sędziowskiej po marną infrastrukturę sądów (ciasne pokoje, brak czasu, brak bibliotek), ale czy aby przyjęty w polskich naukach prawnych model publikacyjno-dystrybucyjny też się do tego nie dokłada? Znaczy, sędzia, który narzeka na brak czasu (chyba wszyscy sędziowie na to narzekają), ma iść do księgarni i przeglądać PK, czy aby nie znajdzie się tam coś potencjalnie dla niego ważnego? Proszę nie traktować tej uwagi jako złośliwości, tylko jako wyraz troski. Naprawdę.
              • podworkowy Re: mam podobne zdanie 03.08.12, 10:24
                sędziowie rzadko cytują (i chyba czytają) cokolwiek (także czasopisma) - zresztą, chodzenie po bibliotekach to niekoniecznie ich rola. Miałem raczej na myśli sytuację, w której pełnomocnicy przywołują argumenty wzięte z tekstów naukowych, a sądy idą po najmniejszej linii oporu i nie ustosunkowują się do nich w sposób merytorycznie poważny (kwitując je np. jednym zdaniem), wychodząc z założenia, że na skomplikowane wywody jest miejsce przed sądem najwyższym...
              • mn7 Re: mam podobne zdanie 03.08.12, 15:58
                Jeśli pytasz serio, odpowiadam serio - jest raczej odwrotnie. Jeśli ktoś taki potrzebuje czegoś na dany temat (choćby na zasadzie tej latarni dla pijaka) to bez wątpienia łatwiej będzie mu wziąć do ręki jedną książkę z wieloma tekstami na ten temat, niż robić kwerendę w czasopismach (z których części i tak nie będzie miał w pobliżu).
                • pfg Re: mam podobne zdanie 04.08.12, 15:34
                  mn7 napisała:

                  > łatwiej będzie mu wziąć do ręki jedną książkę z wieloma tekstami na
                  > ten temat, niż robić kwerendę w czasopismach (z których części i tak nie będz
                  > ie miał w pobliżu).

                  Pod warunkiem, że o istnieniu tej książki będzie wiedział (nie mówimy przecież o podręcznikach akademickich, ale o aktualnym stanie badań naukowych) i że "będzie ją miał w pobliżu". A to są założenia dalece nieoczywiste.
                  • mn7 Re: mam podobne zdanie 04.08.12, 15:40
                    Prędzej jednak dowie się o tej książce, niźli zrobi kwerendę i podociera do tych czasopism.
                    Nie mówimy tu o naukowcu, lecz o kimś, kto albo chce się "naczytać" do jakiejś sprawy albo potrzebuje coś "do zacytowania".
                    • pfg Re: mam podobne zdanie 04.08.12, 16:30
                      mn7 napisała:

                      > Prędzej jednak dowie się o tej książce, niźli zrobi kwerendę i podociera do tyc
                      > h czasopism.

                      Głęboko w to wątpię.

                      > Nie mówimy tu o naukowcu, lecz o kimś, kto albo chce się "naczytać" do jakiejś
                      > sprawy albo potrzebuje coś "do zacytowania".

                      Tym bardziej w to wątpię.
                      • mn7 Re: mam podobne zdanie 05.08.12, 12:41
                        Czyli uważasz, że prędzej zrobi kwerendę i będzie grzebał w rocznikach czasopism, niż sięgnie po jedną książkę??? Taki ambitny?
                        • pfg Re: mam podobne zdanie 05.08.12, 13:24
                          Elementarne, Watsonie: Nie będzie wiedział o istnieniu tej książki.
                          • mn7 Re: mam podobne zdanie 05.08.12, 13:46
                            Na krakowskim forum jest niejaki tymon99, który w takich wypadkach proponuje załatwienie zdjęcia bana z gugla za 300 PLN.
                            • pfg Re: mam podobne zdanie 05.08.12, 15:18
                              Nie rozumiem, moja droga. Nie podoba ci się to, co ja piszę? To mnie nie czytaj. Elementarne, Watsonie...
                              • mn7 Re: mam podobne zdanie 05.08.12, 16:49
                                pfg napisał:

                                > Nie rozumiem, moja droga. Nie podoba ci się to, co ja piszę?

                                Wręcz przeciwnie. Pomysł, że ktoś, kto orzeka w sądzie miałby nie umieć posłużyć się googlem jest wręcz pierwszorzędny. Ja bym nie wpadła.


                                • pfg Re: mam podobne zdanie 06.08.12, 00:50
                                  mn7 napisała:

                                  > Pomysł, że ktoś, kto orzeka w sądzie miałby nie umieć posłużyć
                                  > się googlem jest wręcz pierwszorzędny. Ja bym nie wpadła.

                                  Nawet gdyby ów hipotetyczny czytelnik umiał posłużyć się googlem, przedmiotowe dzieło musiałoby być możliwe do znalezienia tamże. A z tym może być kłopot.

                                  P.s. Jest wiele rzeczy na niebie i na ziemi, o których ci się nie śniło. Tak się składa, że... - ale nomina sunt odiosa. Uwierz mi na słowo.

                                  P.p.s. Wszystko to przy założeniu, że ów hipotetyczny ktoś w istocie chciałby coś przeczytać. Tymczasem
                                  podworkowy napisał(a):

                                  > niechęć polskiego sądownictwa do lektury pism naukowych i absolutnie skanda
                                  > liczne wyroki będące tego następstwem
                                  • mn7 Re: mam podobne zdanie 06.08.12, 22:48
                                    pfg napisał:

                                    > Nawet gdyby ów hipotetyczny czytelnik umiał posłużyć się googlem, przedmiotowe
                                    > dzieło musiałoby być możliwe do znalezienia tamże. A z tym może być kłopot.

                                    Dlaczego tak uważasz?

                                    > P.p.s. Wszystko to przy założeniu, że ów hipotetyczny ktoś w istocie chciałby c
                                    > oś przeczytać.

                                    Owszem, cała dyskusja jest dokładnie o kimś takim, kto tego tekstu potrzebuje. Niekoniecznie do czytania, być może do "docytowania", ale potrzebuje. O kimś takim dyskutujemy, nie o kim innym. Trzymajmy się więc tematu a nie zmieniajmy go z postu na post, OK?
                                    • pfg Re: mam podobne zdanie 07.08.12, 00:04
                                      mn7 napisała:

                                      > Owszem, cała dyskusja jest dokładnie o kimś takim, kto tego tekstu potrzebuje.
                                      > Niekoniecznie do czytania, być może do "docytowania", ale potrzebuje. O kimś ta
                                      > kim dyskutujemy, nie o kim innym. Trzymajmy się więc tematu a nie zmieniajmy go
                                      > z postu na post, OK?

                                      Ależ ja nie zmieniam tematu. Podwórkowy stwierdził, że opisane wyżej stworzenie , "ktoś taki", w zasadzie nie występuje w przyrodzie, a ja się zastanawiam, czy przyjęty przez was model publikacyjny nie przyczynia się do utrwalenia tego ubolewania godnego stanu rzeczy. Nie usłyszałem dotąd ani jednego argumentu, który by temu zaprzeczał, co więcej, odnoszę wrażenie, że was właściwie ten stan rzeczy nie martwi. Złości - tak, przynajmniej podwórkowego. Martwi - nie. No tak się u was robi i cześć. Wszelkie opowieści o tym, że każdy PK wydany w drukarni lokalnej uczelni można z łatwością znaleźć w googlu (nawet proon czegoś takiego nie twierdzi), to jest rozpaczliwa obrona status quo.

                                      Nie rozumiem kategorii "docytowania". Prace naukowe czyta się, żeby zrozumieć jakiś fragment rzeczywistości. Ale żeby tak bez czytania i zrozumienia "docytować"? Po co? Żeby oszołomić przeciwnika procesowego? Razzle dazzle 'em? No daj spokój...
                                      • podworkowy Re: mam podobne zdanie 07.08.12, 00:37
                                        Pana argumentacja miałaby sens, gdyby były cytowane artykuły z czasopism (których jednak mamy sporo...) - tymczasem tak nie jest.
                                        Irytuje (i martwi) mnie to, ze polscy sędziowie za rzadko - moim zdaniem - zdają sobie sprawę z powagi swojego zawodu i nader często ograniczają się do cytowania - często przestarzałych - orzeczeń SN i co najwyżej komentarzy. To naprawdę nie jest tak, że mają oni - z uwagi na model publikacji - kłopot z dotarciem do źródeł naukowych - po prostu brakuje woli... Ostatnio np. wbiło mnie w ziemię orzeczenie sądu I instancji przeciw Gazecie Polskiej Codziennie (absolutnie nie moja opcja polityczna), zakazujące jej prewencyjnie pisania o katastrofie w Szczekocinach w powiązaniu z pewną firmą... Na temat tzw. "zakazu publikacji" naprawdę ukazało się sporo dobrych tekstów (i w czasopismach i w pracach zbiorowych i w monografiach), do których dotarcie dla chętnego nie stanowi żadnego problemu... Oczywiście w tekstach tych są różne opinie na temat tej instytucji prawnej. Mam jednak dość silne przekonanie, że sąd w tym przypadku w ogóle nie zadał sobie trudu przeczytania choć znacznej części piśmiennictwa - i to naprawdę nie jest nasza wina.
                                        (a tak na marginesie - w google'u nie znajdzie się u nas ogromnej większości prac w całości, w tym także artykułów w czasopismach...)
                                        • plesser Re: mam podobne zdanie 08.08.12, 01:53
                                          Dziele stół i łoże z „sędzią liniową” orzekającą w sprawach cywilnych w sądzie rejonowym i pozwolę sobie na poczynienie kilku uwag w temacie, żeby zbalasnować trochę głos podwórkowego (wcale nie negując w pełni jego obserwacji):

                                          1. Polski sędzia sądu rejonowego orzekający „na linii” ma jednocześnie w referacie od 150 do ponad 1.000 spraw (słownie: jednego tysiąca, taka liczba spraw w wydziale przypadała na moją partnerkę i jej kolegę przez okres około roku dwa i pół roku temu i można ją sporadycznie spotkać w niektórych wydziałach cywilnych). Odpowiedzialne rozstrzygnięcie tych spraw interesuje najczęściej tylko i wyłącznie sędziego. System obliczony jest na batożenie sędziego przez nadzór administracyjny w kierunku jak najszybszego „pokrywania wpływu” i „zaliczania fajek”, przy czym daje się jednoznacznie do zrozumienia, że poprawność i sprawiedliwość rozstrzygnięcia są kwestiami mocno wtórnymi względem wyników statystycznych.
                                          Asystent sędziego, który w świecie idealnym mógłby przeprowadzać kwerendy dla sędziego jest dobrem rzadkim i o ile istnieje w rejonie, przypada na kilku sędziów jednocześnie. Zresztą obecnie gros wakatów asystentów pozostaje nieobsadzonych, albo obsadzanych jest nielicznymi osobami spełniającymi wymogi formalne nawet, jeśli wiadomo z góry, że osoby te merytorycznie nie nadają się do pracy, bo ustawodawca określił wymogi formalne dostępu do stanowiska asystenta w sposób nieprzystający do realiów i notorycznie owego nieprzystawania od kilku lat nie przyjmuje do wiadomości.
                                          W rezultacie judymowskim wysiłkiem, i często kosztem życia rodzinnego, a na dłuższą metę także zdrowia, sędzia pracujący na taśmie fabrycznej czyta to, co musi do rozstrzygnięcia prowadzonych spraw - czyli akta i orzecznictwo dotyczące danej kwestii. Analizowanie piśmiennictwa jest luksusem, na który w przeciętnej sprawie mało kto może sobie pozwolić.
                                          2. Kiedy już sędzia sięga po zasoby piśmiennictwa analizując białe plamy o zasadniczym znaczeniu w rozpatrywanych sprawach (w tym wiele problemów procesowych), przeżywa najczęściej rozczarowanie. Moja partnerka alergicznie reaguje na nazwisko jednej z młodych gwiazd środowiska procesualistów od czasu kiedy dałem jej do przeczytania artykuł tego autora na temat w pełni wydumany, z tezami zupełnie oderwanymi od realiów, bo sama mogłaby zagospodarować skądinąd duży potencjał intelektualny tego autora listą bardzo złożonych, a jednocześnie istotnych społecznie, problemów prawnych wymagających dogłębnej analizy.
                                          3. Literatura przedmiotu jest natomiast analizowana zawsze w Sądzie Najwyższym. Nie widać tego w uzasadnieniach, bo reguły przyjęte w SN wykluczają imienne cytowanie przedstawicieli doktryny, ale poprzedzająca judykat notatka asystenta sędziego SN zawiera przegląd głosów doktryny i podniesionych przez nią argumentów.
                                          4. Sędziowie mają też świadomość, że część z głosów piśmiennictwa powstaje na zamówienie praktyki „pełnomocniczej” i może być rozpatrywana jeśli nie w kategoriach intelektualnej korupcji, to na pewno w kategoriach braku rzetelności i uczciwości w ujawnianiu, że tekst stanowi opublikowaną prywatną opinię prawną napisaną na zamówienie grupy interesu, czy indywidualnej kancelarii prawniczej.
                                          5. Kluczowy w dotarciu do praktyki sądowej jest wybór medium. Tekst obliczony na dotarcie do sędziów sądów powszechnych powinien być tezowany w lexie. Wybierając periodyk warto ponadto raczej posłać artykuł do „Przeglądu Sądowego” czy „Kwartalnika Sędziów Polskich Iustitia” (który trafia na biurko każdego sędziego będącego członkiem stowarzyszenia) niż do innych tytułów (z wyjątkiem wspomnianych czasopism tezowanych w lexie).
                                          6. Sędziowie są bardzo wymagającą grupą odbiorców i podczas szkoleń czy wykładów potrafią być bezwzględni dla prelegenta, który wykazuje niewystarczający w ich ocenie poziom kompetencji. W wypadku publikacji odbiór jest podobny, choć nie dostaje się bezpośredniego sygnału zwrotnego. Kontakt z sędziami, inaczej niż w wypadku wielu innych przedstawicieli praktyki prawniczej, potrafi jednak być niezwykle rozwijający intelektualnie. Z własnego doświadczenia dodam, że sędziowie naprawdę doceniają tych przedstawicieli doktryny, którzy pomagają im właśnie tam, gdzie kończy się komentarz, a polski komentarz kończy się, jak wiadomo, na dość wstępnym etapie analizy problemów.
                                          • plesser Re: mam podobne zdanie 08.08.12, 07:57
                                            Mimo przydługiego posta nie poruszyłem wreszcie sprawy najważniejszej – glos. Mam wrażenie, że w dorobku naukowym traktuje się je z pewnym lekceważeniem (?), a stanowią najlepsze forum wymiany doktryny z praktyką sądową. Informacje o glosach podwieszane są w prawniczych bazach danych pod samo orzeczenie i w ramach kwerendy w orzecznictwie uwzględniane są dlatego o wiele częściej niż inne formy wypowiedzi doktryny. Nie tylko na poziomie SN, ale też w pierwszej instancji sądów powszechnych. Istnieją zresztą judykaty Sądu Najwyższego, które „nie przyjęły się” u niektórych sędziów, gdyż zostały na tyle skutecznie rozebrane na czynniki pierwsze i rozbrojone przez glosatorów.
                                            • podworkowy Re: mam podobne zdanie 08.08.12, 10:23
                                              zawsze fajnie spojrzeć na zagadnienie z 2 strony - wszystkie Pana tezy przyjmuję.
                                              Nie twierdzę bynajmniej (z założenia nie stosuję takich argumentów), że sędziowie są leniwi - mam zaś wrażenie, że - m.in. z przyczyn wymienionych przez Pana - często orzekają po prostu po najmniejszej linii oporu, nie chcąc zajrzeć głębiej pod powierzchnię zjawisk. W szczególności dotyczy to sytuacji, w której wystarczy w ich mniemaniu przywołać orzeczenie SN.
                                              • spokojny.zenek Re: mam podobne zdanie 15.08.12, 12:04
                                                Kształceni w dawniejszym systemie aplikacji sędziowie nie mają nawyku ani nie odczuwają potrzeby opierania się w orzecznictwie na bieżącym dorobku doktryny. Co innego orzecznictwo SN - zawsze dobrze powołać, choćby ornamentacyjnie. Teraz, w nowym systemie scentralizowanego kształcenia podstawowego to się radykalnie zmienia, potrwa jednak, nim będzie widać efekty.
                                                Z drugiej strony - gadanino o "lenistwie" sędziów rzeczywiście może być irytująca. Biorąc pod uwagę fakt, że polski sędzia wciąż musi wykonywać głównie czynności niebędące orzekaniem, takie, które na zachodzie robi odpowiednio wykwalifikowany personel średniego szczebla, efektywność pracy sędziów w Polsce jest i tak zdumiewająca.
                          • gruszka_wierzbowa Re: mam podobne zdanie 05.08.12, 15:33
                            Siedząc w domu i wpadając na pomysł, że poczyta np. o mowie nienawiści, nie będzie wiedział, że jest książka pokonferencyjna z podajże 2011 r. Ale jeśli ruszy do biblioteki, to w ciągu 5 minut poszukiwania ją znajdzie. Aby odnaleźć wszystkie artykuły o mowie nienawiści publikowane w czasopismach, będzie musiał spędzić dzień na kopaniu w rocznikach wszystkich czasopism prawniczych.
            • mn7 Re: mam podobne zdanie 03.08.12, 16:03
              podworkowy napisał(a):

              > 1) więcej zajęć = mniej czasu na naukę, o czym warto pamiętać (w tym roku miałe
              > m 700 h - tylko na macierzystej uczelni - więc wiem, o czym mowa..)

              Jak widać, dla Ciebie pojęcie "niedopensum" jest jak bajka o żelaznym wilku. Nie jesteś jednak chyba na tym forum w większości.

              > 2) im więcej papierkologii = mniej czasu, no i energii na pracę naukową

              Jasne.

              > 3) w naukach hum. i społ. jest brak tak prostego przełożenia pracy naukowej na
              > namacalne efekty, jak w chemii, matematyce czy fizyce, co rzeczywiście może pow
              > odować zniechęcenie do pisania większej liczby artykułów, skoro poprzednie nie
              > powaliły świata na kolana (nie z uwagi na ich jakość, ale np. z uwagi na genera
              > lną niechęć polskiego sądownictwa do lektury pism naukowych i absolutnie skanda
              > liczne wyroki będące tego następstwem)

              To fragment więszego problemu. Porównaj sobie kształcenie prawników np. w Niemczech i w Polsce (poza najlepszymi wydziałami zwłaszcza).

              > 4) schemat publish or perish powoduje, że zamiast przeczytać dziesiątki książek
              > i artykułów na jakiś temat, przemyśleć go i wywalić rzeczywiście przełomowy ar
              > tykuł, ludzie w naturalny sposób publikują szybko i byle co, co także może wywo
              > łać zniechęcenie. Np. od dłuższego czasu chodził za mną ambitny temat tekstu, n
              > ad którym musiałbym popracować z pół roku, i który dałby mi dużą satysfakcję (i
              > może nawet załapałby sie do JCR...;)), ale wymogi awansowe póki co powodowały
              > konieczność odłożenia go na półkę.

              W samo sedno...

              > 5) 4 lata na doktorat i 8 na habilitację powodują, że wiele osób (akurat nie ja
              > ...) wybiera bezpieczne, nieoryginalne, nieambitne, przyczynkarskie i dość odtw
              > órcze tematy, którymi świata się nie zawojuje... a potem już blisko 40 i rzeczy
              > wiście chce się częstokroć mniej
              > 6) straszliwą wadą polskiego systemu nauki a'propos nauk społecznych jest brak
              > istotnego udziału ludzi przed habilitacją w debacie publicznej tj. odnoszenia t
              > eorii do praktyki społecznej (np. wiedzy naukowej z zakresu politologii czy nau
              > k prawnych do życia politycznego czy porządku prawnego RP) - naprawdę niewiele
              > osób pracujących naukowo-dydaktycznie pisze np. poważne eseje w kwartalnikach w
              > rodzaju np. Krytyki Politycznej czy Frondy (tak na szybko na myśl przychodzi m
              > i tylko P. Śpiewak, który jeszcze będąc doktorem brał b. aktywny udział w takie
              > j debacie). Dołóżmy do tego beznadziejność mediów elektronicznych i większości
              > papierowych (nawet "Rzeczpospolita" od kilku lat zlazła na psy), w których z na
              > ukowców brylują wyłącznie specjaliści od marketingu politycznego powtarzający,
              > jak ważny jest marketing polityczny... Te tak krytykowane przez wielu media ame
              > rykańskie (a podglądam często Fox News, MSNBC czy amerykańskie CNN) codziennie
              > zapraszają do siebie poważnych ludzi mówiących o poważnych sprawach we względni
              > e poważny sposób. A u nas - by zacytować J. Rokitę - przy okazji arabskiej wios
              > ny glównym problemem w mediach jest to, czy p. Ziuta wyleci do Egiptu czy nie..
              > . Wielu humanistów odczuwa zniechęcenie, bo po prostu czują, że piszą na Berdyc
              > zów (a cytowania i pochwały ze strony kolegów nie zawsze im wystarczą)

              Taki poziom debaty publicznej...

              > 7) Dodajmy do tego model publikacji, która - do habilitacji - zazwyczaj musi by
              > ć opatrzona 10-ami przypisów i powinna mieć głównie charakter relacyjny. Kiedy
              > patrzę na wiele prac pisanych przez amerykańskich czy angielskich jurystów, to
              > jestem przekonany, ze ich przełomowe dzieła (o których dziś uczymy studentów...
              > ) nie wystarczyłyby w Polsce nawet na doktorat (co oczywiście nie jest kompleme
              > ntem dla polskiej nauki;)) Czasami mam wrażenie, że nauki społ. w Polsce są czę
              > sto koliste - własne zdanie można zawrzeć w pracy mgr i w książce prof. - to co
              > pośrodku powinno być jak najmniej kontrowersyjne

              Znam iście groteskowy przypadek pracy "na stopień", w której autor rzeczywiście pokusił się o przełomowość i kontrowersyjność, co dosyć spodobało się recenzentom, z wyjątkiem jednego, którego głównym (i właściwie jedynym) zarzutem była ... opisowość pracy.

              > 8) w naukach społ. rzeczywiście jest więcej miernot niż w ścisłych, których jed
              > nakowy jak tych lepszych status finansowy i zawodowy także obniża zapał badawcz
              > y
              > Miało być krótko, a wyszedł niezły "rant"...:)
              > Ale póki co ciągle jeszcze mogę powiedzieć, że lubię swoją pracę i nie zamienił
              > bym jej na żadną inną (choć ważnym argumentem za nią jest także fakt, że nie ci
              > erpię wstawać rano...)

              Znasz taki rysunek Mleczki: "W zawodzie wikinga najbardziej podoba mi się..."?

    • herr7 przyczyny są dwie... 08.08.12, 10:39
      brak presji negatywnej, takiej jaka występuje poza nauką, gdy łatwo jest stracić pracę za brak efektów. Na uczelniach czy w instytutach naukowych pracę traci się trudniej. Druga przyczyna to brak presji pozytywnej ze strony środowiska, które zwykle nie stymuluje do pracy naukowej. Istotną rolę odgrywa tutaj konieczność zdobywania stopni naukowych, która w wielu przypadkach przysłania sens uprawiania nauki. Ludzie rozsądni ustawiają swoją karierę pod stopnie naukowe i im prędzej udaje się im uzyskać habilitację czy profesurę tym bardziej są nagradzani. To powoduje paradoksy, gdyż można dojść do profesury, spełniając formalnie wszystkie kryteria i nie mieć za sobą żadnego odkrycia czy istotnego wkładu w rozwój nauki. Tacy naukowi "karierowicze" zwykle nikogo później nie zachęcają do uprawiania prawdziwej nauki.
      • chilly Re: przyczyny są dwie... 08.08.12, 13:27
        herr7 napisał:
        > Ludzie rozsądni ustawiają swoją karierę pod stopnie naukowe i im prędzej udaje się im uzyskać habilitację czy profesurę tym bardziej są nagradzani.
        Także obsadzaniem stanowisk tak z wyboru, jak i z nominacji. A to bardzo ułatwia zarówno dalszą karierę zawodową. Tzw. "środowisko" musi zaakceptować nowego haba (że niby "swój"), a to trwa. Habilitacja w wieku 55+ niemal uniemożliwia dotarcie na eksponowane stanowiska. Zresztą, na naukę (funkcjonowania administracyjnego) trochę już za późno, a i chęci mniej.
        Dodać też należy, że wszystko to bardzo również ułatwia prawdziwą pracę naukową (jeśli ktoś chce).
        Wniosek - do habilitacji jak najszybciej, nie bacząc na nic.
        • herr7 podstarzały docent... 13.08.12, 13:20
          Sam zresztą tego doświadczam. Częściowo z własnej winy, gdyż "prawdę" o której piszę, że należy dążyć do danego tytułu za wszelką cenę zrozumiałem zbyt późno. Nie jestem więc ani "wielkim bossem", któremu należy się z racji stanowiska, ani "młodym, perspektywicznym", któremu należy się z racji wieku....
    • doktorzyca wypalenie w nauce czy w dydaktyce???? 28.08.12, 22:52
      bo jeśli nastąpi to pierwsze to faktycznie niedobrze, ale to drugie - przy dużej ilości zajęć i seminariów magisterskich obserwuje u wszystkich w mojej katedrze, włącznie ze mną oczywiście:(((((
Inne wątki na temat:
Pełna wersja