megaborsuk2000
07.05.09, 22:39
Ponieważ na forum jakby trochę ucichło, chcę podsunąć do dyskusji temat, nad
którym trochę się zastanawiałem (a zawsze bałem się zapytać). Może komuś wyda
się to interesujące.
Otóż punktem wyjścia jest tzw. akcja afirmacyjna w USA. Sprawa jest oczywiście
bardzo dyskutowana, mnie w każdym razie, bez wchodzenia w szczegóły, taki
wynalazek się podoba: choć uważam się za liberała (a może właśnie dlatego?),
rzecz wydaje mi się nie tylko sprawiedliwa, ale i korzystna dla państwa.
Ale moje pytanie dotyczy nie USA, ale Polski, a właściwie PRL-u. Zdaje mi się,
że tzw. punkty za pochodzenie są jednym z najbardziej skompromitowanych,
najczęściej wyśmiewanych elementów peerelowskiego systemu edukacyjnego. Jestem
pewien, że, jak ze wszystkim w PRL-u, szczytna idea szybko została
zniekształcona i dawała pole do wielu nadużyć, ale właśnie porównanie z
amerykańską akcją afirmacyjną każe mi się zastanawiać, czy pomysł był w
warunkach powojennych rzeczywiście tak bezsensowny, jak to się zwykle
przedstawia. Czy to, że punkty za pochodzenie wpisywały się w obrzydliwy
peerelowski etos antyinteligencki, wystarcza, żeby potępić ideę w czambuł?
(Być może jakoś wpływa na mój punkt widzenia to, że mój ojciec, pochodzący z
rodziny robotniczej, pewnie miał z tego tytułu ułatwiony wstęp na studia).
Ale być może nie widzę oczywistych minusów, bo nie odczułem działania systemu
na własnej skórze (rocznik 81). Ciekaw jestem, jakie są wasze odczucia, a
zwłaszcza doświadczenia.