Tak mi powiedział mój mąż po kłótni w Hiszpanii.
I powiedział to na spokojnie, nie w nerwach czy złości.
Po kłótni wyszliśmy na spacer. Rozmawialiśmy o naszym związku i o... rozstaniu. Całkiem spokojnie. Mówiłam o tym jakby to było gdybyśmy nie byli już razem. Jak miałby wyglądać rozwód, nasze mieszkanie osobno, jego widzenie z córką. Wszystko na poważnie, spokojnie, rzeczowo. Powiedział mi wtedy: "może rzeczywiście tak powinniśmy zrobić, tak wiele nas różni, ułożymy sobie życie na nowo. Ty bedziesz szczęśliwsza". Odpowiedziałam że teraz tak mówimy, ale to wcale nie jest takie proste. Boje sie tego, strasznie. Poza tym zostaje jeszcze jedno pytanie, chyba najważniejsze: czy Ty mnie kochasz? I wtedy padły te słowa: kocham Cie, ale mógłbym przestać.
Długo jeszcze rozmawialiśmy, ja jak o tym myśle to mam oczy pełne łez. Myślałam o tych słowach przez cały pobyt w Hiszpanii. Po jakimś czasie już nie mówiliśmy o rozstaniu. Kiedy ja przez jakiś czas zostałam jeszcze u mojej mamy, a on musiał wrócić do domu pisał że tęski i że mnie kocha.
Niestety po moim ppowrocie znów jest tak samo. Dzewczyny, my sie już nawet nie kłócimy! My sie po prostu od siebie oddalamy. W zgodzie i spokoju, ale obk siebie - tak żyjemy. Jestem tym przerażona. Nie kochamy sie, ja już nie czuje takiej potrzeby. Jak mnie przytula to mam czasem ochote go odepchnąć. A czasami... patrze na niego - jest taki dobry, czuły, pomaga mi we wszystkim, kocha nasze dziecko bardziej niż mnie (wiem o tym), jest przystojny

i serce mi sie kraje. Nie moge, nie umiem żyć bez niego. Czasem tłumacze sie przed samą sobą - przeciez w każdym związku są kłótnie... Dziewczyny, czy można sie rozwieść z powodu "niedopasowania charakterów"?? To jakiś koszmarny banał!! Ale my jeszcześmy tak różni - mnie denerwują jego potrzeby, jego wyluzowanie, to że czesto nie umiem z nim poważnie porozmawiać, jego nawyki. A on uważa że jestem sztywna, że nie umiem sie bawić, że "sobie wymyślam", że sie czepiam....ehhh dużo można mówić. Zostaliśmy wychowani w zupełnie inny spodsób, jesteśmy totalnymi przeciwnościami.... czy to można jeszcze ratować? Już kiedyś byliśmy na skraju rozstania, chciałam iść na terapie, on nie. Powiedział że nie bedzie tracić pieniedzy, a poza tym to on może mi powiedzieć czemu sie kłócimy...
Jak tak o tym pomyśle - o naszym małżeństwie, to moją pierwszą myślą jest: nie, to nie może sie tak skończyć. Musze zrobić wszystko aby to ratować, przynajmniej dlatego aby mieć czyste sumienie i nawet jak sie nie uda, to żeby powiedzieć: próbowałam.
Ale jak to zrobić? Jak mam walczyć o to sama??

Rozwód bedzie dla mnie bardzo niekorzystny - przyznaje to. Zostane z niczym, dziś myśle że sobie nie poradze, że nie dam rady... Ale jestem młoda i chce być szczęśliwa. Teraz nie jestem