wczoraj byla 11 rocznica mojego slubu.
bylo milo, byl dobry obiad i tort zsmietanowy.
byli goscie i mila atmosfera sie wkrecila...
tylko ze ja, no wlasnie znowu ten gupi leb moj dał znac o sobie
siedze i mysle "co dalej?"
juz?
to wszystko?pozamiatane? stagnacja, marazm, flaki z olejem,przewidywalnosc?dzien jak codzien?szarosc?nuda?
-czesc, jak w pracy
-ok, a co na obiad?
-kotlety
-a jak olka?wrocila ze szkoly?
-taaaa, jest w pokoju\
-mam isc do sklepu?co robilas dzis?
-niccccccccc
-ahaaaaaa, to ide zobacze co w tv
-ok, idz...
bleblebleble znam juz ten scenariusz na pamiec...
kurwa czas plynie, nie sorka niE plynie -ZAPIERDALA!!!
juz nigdy nie bede miala 20 lat, juz ni epojde na randke, nie zakocham sie, nie wyrzygam ze zdenerwowania przed randka z "bogiem sexu"
nie uwiode pattinsona nie umowie sie z ville valo!!!kurwa ja nawet na kowalskiego nie mam szans...
no i co dalej?