Wiedziałam, że tak będzie. Mąż wyjechał (info dla uszatka: z 4 kolegami i 1 dziewczyną + żoną jednego

), a ja chora. Głos już prawie sraciłam, przeszywają mnie dreszcze (niestety nie namiętności), a Kudłat śpi w nocy na mym gołym cycu, przez co strasznie marznę. Jutro ma być mróz. Ja bym najchętniej cały dzień w łóżku przeleżała, a nie mogę bo muszę mężowi gacie wyprać, żeby mógł wpaść za tydzień i się przepakować jakby mu się jakiś kolejny wyjazd trafił. Od wczoraj jem czosnek - z twarogiem coby nie zionąć jak smok wawelski. Gardło mnie boli przy przełykaniu. Czuję się tak... anginowo
Jedyne pocieszenie, że nie muszę chaty na święta przygotowywać (oprócz ubrania choinki), bo w tym roku święta u teściów. Okien nie myję w ramach protestu, że są nieszczelne i zawiewa przy większym mrozie

Na kanapie rośnie sterta wypranych ciuchów proszących o włożenie ich do szafy. Która chce w ramach dobroci serca poskładać mi pranie?