gosia198123
19.11.11, 22:47
Chyba załapałam jakiegoś doła. Siedziałam sobie dzisiaj i myślałam o toku myślenia mojego męża. Całe życie byłam oddana mężowi i w sprawach łóżkowych i domowych (porządek, obiadki, pranie itp). Oczywiście zdarzało się, że obiadu nie ugotowałam bo nie zdążyłam dojechać na czas do domu, bądź był w domu bałagan, bo zwyczajnie w świecie miałam w danym dniu lenia. W pewnym momencie życia mąż strasznie zaczął podkreślać rolę kobiety i mężczyzny w domu - maż jest od zarabiania, kobieta od prania, sprzątania, wychowywania dzieci. Ja jestem przeciwnego zdania. Oczywiście kiedy nie pracowałam, taki podział obowiązków mi pasował, ale też do pewnych granic. Nie podobały mi się sytuacje kiedy np on siedział przed komputerem a mi kazał robić kanapki do pracy czy kolację. Burzyłam się, gdy podkreślał: taka jest rola kobiety. W momencie kiedy ja poszłam do pracy, on po pracy spał, a ja musiałam opiekować się dzieckiem i sprzątać mieszkanie. Wtedy również dawałam mu do zrozumienia że tak nie powinno być. Pewnego razu poznał dziewczynę, niby koleżankę. Ale potrafił zostawic mnie w ciąży i pojechać do niej późnym wieczorem gdy ta miała załamanie nerwowe. Przeszło mu. Pojawiła się druga koleżanka, potajemne telefony, smsy, wypady do kina (mimo moich sprzeciwów), zafascynowanie nią... Przeszło mu. Wiem, wiem, głupia byłam już wtedy mogłam go zostawić. Ale mówił że kocha, że nie wyobraża sobie życia bez nas i takie inne bajki. Pojawiła się trzecia koleżanka, a w raz z nią potajemne smsy, telefony, całonocne wypady na piwo, zakaz wypytywania gdzie idzie, z kim idzie i kiedy wraca. Doszły kłotnie o wszystko, o każdą bzdurę. Na wszystko patrzały dzieci. Prosiłam żeby nie kłocił się ze mną przy dzieciach, nie wyzywał. Nie dawał rady, więc się wyprowadziłam do rodziców. Gdy złe emocje opadły, wróciłam. I usłyszałam, że mu samemu lepiej, że nie chce już ze mną być, ze się odkochał, że wyrządziłam mu zbyt dużo krzywd i wszystko prysło, wypaliło się. Obwinia mnie o wszystko, rozumiecie? Wyrzygał mi wszystkie moje błędy, o czym nigdy wcześniej nie mówił, nie skarżył się. Swoich win nie dostrzega wogóle. Wiem, że oboje jesteśmy winni, ale on obarcza mnie winą za wszystko, za cały rozpad naszego małżeństwa. Gdzie tu sens i logika?