W moim ciele zamieszkała obca istota.
Tak przypuszczam, bo:
kiedy znowu przestałam trawić (bo się na chłopa zeźliłam),
postanowiłam tym razem podejść do problemu od dupy strony i rozgrzać
trzewia alkoholem (no bo kurde od sylwka to o tym piciu tylko gadam,
a jak przyjdzie co do czego, to nie piję, bo mi kiszki odmawiają
współpracy). Zrobiłam sobie słabiutkiego drynia, drugiego nieco
mocniejszego, a trzeciego normalnego, pobekałam sobie troszkę,
pokaszlałam i faktycznie mi przeszło. Tylko że natychmiast zdrętwiał
mi kark i przestałam głową ruszać- ale mówie Wam, tak w mgnieniu oka
mnie dopadło, jeszcze w trakcie picia. No i cholera nie mogłam sie
znieczulić żadnym farmaceutykim, bom przecie piła, aż do rana.
Musiałam zakończyć maglowanie i iść spać (ta, spać... całą noc się
męczyłam, tak bolało).
A rano łyknęłam dwa ibupromy, posmarowałam karczycho ketonalem, ale
dalej mnie napierdziela...

I ja myślę, że to jakiś obcy mi takie cyrki urządza. Zamieszkał
sobie we mnie i sobie rzadzi, jak chce. No kurde, ja już nie panuję
nad tym moim organizmem.
Czy już powinnam poszukać sobie miejsca na forum geriatrycznym?!