no właśnie. Mąż zapowiedział, że w sobotę musi jechać do Korytnu ( 100km od nas) bo trafiła się "fucha" za niezłą kaskę..Nie wróci na noc. OK spoko. Ale chwilę później powiedział, że ta "fucha" to chyba na dłużej jest i że będzie przyjeżdżał tylko na weekendy, czyli pewnie będzie tam dłużej niż miesiąc. NO, a mnie już trzęsie w środku z nerwów i stresu-tak samo jak przed lotem samol. O ile w ciąży mogłam sama zostać na wiele miesięcy w nieznanym mi zupełnie miejscu, bez języka gr i właściwie bez znajomych, to teraz mam stresa. W razie czego jakby coś się stało, to nawet nie mam do /po kogo zadzwonić. A znając moje szczęście to pewnie połamię gdzieś kopyta, albo zepsuje mi się wózek młodego, albo bojler się rozszczelni, albo wyjebie mi szambo ( mam taką kratkę w podłodze w łazience, z której kiedyś wydobył się przerażający bulgot i wylazła na całą łazienkę piana). Z drugiej strony ciesze się, ze jedzie, bo odsapnę trochę

no to se pogadałam