Miałam przyjemność uczestniczyć w rozpoczęciu roku szkolnego dla klas I-IV SP
w szkole, w której sama spędziłam dzieciństwo.
Bita godzina spędzona na twardym krześle z wynudzonym do granic możliwości
7-latkiem, który urozmaicał sobie czas wymienianiem na głos gatunków drzew
widocznych z okna.... mnie doprowadziła na skraj rozpaczy.
Najpierw był uroczyste wprowadzenie pocztu sztandarowego. Potem nierówne
odśpiewanie hymnu narodowego, puszczanego z płyty, tak mniej więcej o pół
zwrotki rozjechanego z żywą publiką. Potem przemówienie nowej pani dyrektor,
która coś tam mówiła, ale nie zarejestrowałam co. Potem przedstawianie
wyższych eminencji w postaci burmistrza oraz całego szeregu radnych, którzy
przyszli robić sztuczny tłum. Potem było żenujące wystąpienie proboszcza,
który wezwał dzieci i wypytywał je o wrażenia z kolonii, miało być dowcipnie,
było do granic możliwości żenująco. Dowiedziałam się, że największą atrakcją
kolonii było ganianie dzieci przez jakiegoś wujka z kijem. Głośno wyraziłam
swoje zdanie, że moje dziecko pojedzie na kolonie po moim trupie

Potem była
zbiorowa modlitwa, zapomniałam jaka. Potem było pożegnanie starej pani
dyrektor i przywitanie nowej, przekazywanie kwiatów oraz etcetera. Potem była
prelekcja na temat wybuchu drugiej wojny światowej w wykonaniu miejscowej pani
historyk, z której zarejestrowałam jeno pierwsze zdanie: "wojna jest zgubą
ludzkości" albo jakoś tak.
A potem było szczegółowe wymienianie inwestycji, jakie szkoła poniosła w
ostatnich miesiącach jej działania.
KURWAAAAAAAAAAA. To było rozpoczęcie roku szkolnego dla dzieci w wieku 710
lat!!!!!! ILE one z tego zrozumiały, skoro ja nic nie zrozumiałam?
Znaczy nie, wróć. Ja zrozumiałam. Zrozumiałam, że od kilkudziesięciu lat nie
zmieniło się nic. Mój mąż skwitował to słowami: zmieniło się tylko to, że my
musieliśmy stać, oni mogą siedzieć.....
P.S. Nie ręczę za chronologię wystąpień, mogłam się w tej dziedzinie rąbną