Dodaj do ulubionych

Jędrzej Kitowicz w odcinkach

07.08.10, 13:29
Na początek "O klasztorach panieńskich":

"Po klasztorach męskich należałoby pisać o zakonach białej płci, których
niemało znajduje się w Polszcze i Litwie, jako to: dominikanki, bernardynki,
franciszkanki, karmelitki, sakramentki, wizytki, norbertanki, benedyktynki,
cysterski. Ale że nieświadom jestem ich obyczajów i ustaw zakonnych, przeto
nic o nich pisać nie mogę, chyba to jedno, że niektóre klasztory panieńskie,
sprzykrzywszy sobie opiekę swoich prowincjałów, udały się pod protekcją
biskupów diecezalnych i pod ich zwierszchnością zostają, i że ksieni ołobocka,
z domu Koźmińska, przyjąwszy partią Rogalińskiego, nie chciała uznawać
komisarzem Iłowieckiego.

A gdy razu jednego ten opat chciał przez moc jej klasztor odwizytować, z
dobraną pomocą kilkunastu osób świeckich, panna ksieni, mając na ten koniec w
pobliskich mięszkaniach klasztoru zasadzoną szlachtę, podstarościch i chłopów
z dóbr, wygnała go z całą jego kalwakatą z dziedzińca klasztornego, do którego
wjechał był naglej i prędzej, nim się go spodziewano. O co zabrnąwszy z
Iłowieckim w proces wielki do nuncjatury i Rzymu, tak się mocno broniła, że do
samej śmierci tej panny nie mógł jej przezwyciężyć; i odtąd żadnego księdza
cystersa ani kapelanem, ani spowiednikiem klasztornym nie cierpiała,
zasięgając takowych posługaczów duchownych z różnych innych klasztorów za
reskryptami rzymskimi.

Była to panna garbatego ciała, ale umysłu wysokiego, z którą każdy, kto miał
interes, musiał dobrze zapocić czoła, nim doszedł końca: tak była mocna i
obrotna. W tym godna pochwały, że wiele panien szlacheckich przystojnie
edukowała swoim kosztem i niczego nie żałowała, cokolwiek jej przyjaciół robić
mogło, których też miała wszędzie po dostatku."
Obserwuj wątek
    • ave.duce Re: Jędrzej Kitowicz w odcinkach 08.08.10, 13:54
      ... polecam wszystkie części ...

      Oglądałam to przedstawienie na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych.
      Ekstra! Uśmiałam się jak rzadko kiedy :)

      ... warto przeczytać! ... :)

      :p
      • ave.duce Dewotki ;) 09.08.10, 12:21
        ... Dewotów niewiele bywało, dewotek sto razy więcej i wyjąwszy niektóre prawdziwie pobożne, drugie były obłudnice, zwadliwe, plotuchy, oszczerczynie i pijaczki, jak zwyczajnie wszędzie się mięsza złe do dobrego ...

        :p
    • tw_wielgus Re: Jędrzej Kitowicz w odcinkach 09.08.10, 12:44
      ..."dominikanki, bernardynki,
      franciszkanki, karmelitki, sakramentki, wizytki, norbertanki,
      benedyktynki, cysterski."
      Brunetki, blondynki ja wszystkie was dziewczynki..
      • trzecikot Re: Jędrzej Kitowicz w odcinkach 09.08.10, 13:35
        O częstowaniach i pijatykach sejmikowych

        Panowie i można szlachta częstowali się na sejmikach uczciwie potrawami
        wybornymi i trunkami dobrymi, najwięcej winem węgięrskim, którego im gdzie
        więcej i lepszego dawano, tym większa tam była schadzka.

        Drobna szlachta nie mięszała się z panami, miała swoje osobne stoły po różnych
        gospodach, a w lecie po sadach i podwórzach pod szałasami, gdzie ich przez ciąg
        sejmiku karmiono i pojono; przy każdym takowym stole albo raczej garkuchni
        znajdował się jeden i drugi z ramienia pańskiego sługa albo przyjaciel, dowódzca
        do ochoty. Potrawy dla drobnej szlachty nie były wykwintne, pospolicie mięsiwa:
        wołowe, wieprzowe, baranie, cokolwiek kur, gęsi, indyków, pieczono i warzono
        pieprzno, słono i kwaśno, aby się lepiej do trunków zaostrzało pragnienie. Gdy
        weszły w modę do stołu łyżki, noże, widelce i serwety (jako się o tym napisało
        pod artykułem o stołach i bankietach ), dawano dla szlachty drobnej łyżki
        drewniane i blaszane, noże i widelce jak najtańsze, serwety i obrusy jak
        najpodlejsze, ponieważ to wszystko nakrycie szlachta owa między siebie
        rozebrała, a czasem i obrus na kawałki porozrzynała i rozerwała tak, że
        kredencerz nie miał co ze stołu zbierać, chyba jeżeli zdążył jaki półmisek albo
        talerz cynowy uratować; reszta naczyń drewnianych, glinianych i blaszanych, tej
        uczcie służących, poszła na rabunek.

        Od rana dano wódki raz, drugi i trzeci, postawiono na stole kilka bochnów
        chleba, kilka brył masła i kilka pieczeniów w zrazy pokrajanych, co naprędce w
        stojączki między siebie rozerwano; kto czul po tym posiłku pragnienie, dano mu
        piwa. Z resztą obżarstwa wstrzymowano ich, aby mogli utrzymać się przy zmysłach
        i władzy do roboty sejmikowej, na którą ich podług czasu do kościoła lub na
        cmentarz, gdzie się miał sejmik odprawiać, zaprowadzono nauczonych, co mają
        utrzymować lub czemu mają przeszkadzać. Po skończonej sesji prowadzono te roty
        do swoich garkuchniów, gdzie zaczęty obiad stykał się z wieczerzą, a ta ciągnęła
        się do północka albo i białego dnia, gdy nie mogąc się wszyscy razem pomieścić
        do stołu, jedni po drugich zasiadali, czasem po dwa i po trzy razy po przespaniu
        lub wyładowaniu napakowanego żołądka, kładli kawalce pieczeniów nie tylko w
        brzuchy, ale też w kieszenie i torby, co wolno było. Do gospodarza należało
        dostarczać ustawicznie jedzenia i napoju. Ordynaryjnie taką szlachtę pojono
        winem z gorzałką zmięszanym, dla prędszego zawrotu głowy, i piwem dla ochłody
        pragnienia. Pijąc tedy na przemianę raz owę mięszaninę wina z gorzałką, drugi
        raz piwo, prędko się i niewielkim kosztem popili. Popiwszy się, wywracali się i
        tam zaraz, gdzie który padł, spali: przy stole, pod stołem, pod płotem, na
        środku ulicy, w rynsztoku, w błocie, gdzie kogo nogi taczające się zaniosły i
        powaliły.

        Po smacznym śnie, choć nie w puchowej pościeli, ujrzał się jaki taki bez czapki,
        bez pasa, bez szabli, a czasem do koszuli obrany od jakiego łotra albo i kolegi
        trzeźwiejszego. W takowym stanie szedł do pryncypała, od którego był na sejmik
        sprowadzony, po nadgrodę poniesionej szkody. Jeżeli pryncypał utrzymał się przy
        swojej pretensji, wziąwszy górę nad przeciwną partią, nadgradzał wżwyż rzeczone
        straty swoim adherentom, dawał inne pasy za pasy, czapki za czapki, suknie za
        suknie, w co wszystko panowie burzący opatrywali się dostatecznie, wybierając
        się na sejmiki; jeżeli zaś tych fantów z starej garderoby, z tandety i od
        dworskich swoich nazbieranych na ten koniec brakło, bonifikował pieniędzmi, nie
        czyniąc w takowej nadgrodzie żadnej trudności dla drugiego razu. Ale jeżeli się
        pryncypał z partią i pretensją swoją nie utrzymał, a do tego musiał uciekać z
        sejmiku, aby nie był rozsiekany, szlachcic, który był przy nim, za czerwony
        złoty, a najwięcej dwa, na rękę wzięte, pozbył bez nadgrody sukni, szabli etc.,
        czasem jeszcze do tego ręki, ucha lub kawała szczęki wyciętej, albo w cale i
        życia; bo nie tylko że się z przeciwnikami partii swego pryncypała rąbać
        musieli, popierając interes pański, ale też, popiwszy się, sami się między sobą
        o lada co rąbali. Tę drobną szlachtę zwozili panowie na sejmiki brykami, a po
        skończonym sejmiku rozpuszczali do domów pieszo, zamknąwszy garkuchnie i
        zniknąwszy im z oczu. Takie były traktamenta domowe i sejmikowe przez całe
        panowanie Augusta III.
        • mr.sajgon pisz kocie dalej to bardzo ciekawe :-) 09.08.10, 19:54
          lubie chwile relaksu zanim oddale sie w otchlan piekielna jaka jest fK.
          • trzecikot Re: pisz kocie dalej to bardzo ciekawe :-) 09.08.10, 19:58
            Szatan cię wodzi na pokuszenie!
            • trzecikot O wiarach 09.08.10, 20:00
              Najpierwsza wiara w Polszcze panująca była za Augusta III i jest dotychczas, acz
              ozięblejsza, katolicka rzymska. Druga, od niepamiętnych czasów zadawniona, pełno
              wszędzie swoich wyznawców mająca, żydowska. Trzecia, później z tureckiego
              państwa wprowadzona w małej liczbie, bo tylko w Lucku na Wołyniu i w Haliczu na
              Podolu, Karaimów; jest to sekta Starego Testamentu; trzymają się Karaimi samej
              Biblii, odrzucają Talmud i inne ustawy rabinów żydowskich. Są to podobno
              potomkowie Samarytanów, w Ewangelii często wspomnionych. Żyją przemysłem tak jak
              Żydzi, chodzą po polsku, a raczej po tatarsku z brodami, krymki noszą pod
              czapkami, z Żydami nie cierpią się wzajemnie. Nie dostało mi się nigdzie więcej
              ich widzieć, tylko w jednym Łucku, gdzie może ich być na 80 gospodarza.

              Czwarta wiara - luterska, piąta - kalwińska. Tych dwóch wiar jest dosyć znaczna
              liczba po miastach i miasteczkach wielkopolskich, mianowicie nad granicą
              szląską, bradeburską i w Prusach. Jest dosyć familij szlacheckich lutrów i
              kalwinów, osobliwie w Wielkiej Polszcze i w Litwie, a oprócz tego znajdują się w
              Krakowskiem, Sendomirskiem i Lubelskiem. Po niektórych miastach mieli pod
              panowaniem Augusta III swoje kościoły i oratoria, jako też szkoły dla swojej
              młodzieży. Nie mieli jednak liberum exercitium obrządków swoich, prócz w jednym
              Lesznie w Wielkiej Polszcze i w drugiej Wschowie, w których dwóch miastach
              większa połowa mieszczan składa się r dysydentów. W Lesznie lutrzy i kalwini
              mają swoje kościoły. Miasto Wschowa z dawnych praw swoich nie przyjmuje dotąd
              żadnego kalwina. Sami tylko są lutrzy i katolicy. Mieli także lutrzy i kalwini
              po wielu wsiach i miastach kościoły, tak z dawna prawami polskimi pozwolone,
              jako też podczas rewolucji szwedzkich przy protekcji tych monarchów jako
              dysydentów powystawiane, które niektórzy panowie polscy katolickiego wyznania
              odbierali im za dekretami trybunalskimi albo też gwałtowną mocą wywracali.

              Tak robił niejaki Bońkowski, miecznik poznański. Ten jeździł z dragonią nadworną
              Krzysztofa Szembeka, prymasa, od przysłowia, które miał w mowie, nazwanego Bale
              bale. Gdzie tylko dysydenci nie mogli pokazać na swój kościół, czyli jak
              przedtem zwano - krypci, prawa od Rzeczypospolitej albo choć mieli prawo, ale od
              biskupa do reparacji jego, gdy się podstarzał, nie mieli pozwolenia, a
              reparowali, wszędzie takowe krypie burzył lub podcinał. Jeżeli zaś gdzie
              dysydenci oparli mu się mocą i nie dozwolili burzenia krypta swego, porywał
              takowych do trybunału, albo też dysydenci o gwałtowność poniesioną na kryplu lub
              osobach swoich jego pozywali, tak że Regestr arianismi, który wtenczas był w
              trybunale i do którego sprawy religii należały, pełen był zawsze spraw
              Bońkowskiego przeciw rozmaitym dysydentom. Dla czego pospolicie nazywano go
              plenipotentem Pana Jezusa, na której plenipotencji, całe życie pilnowanej,
              stracił dziedziczną fortunę ziemską w nadzieję otrzymania za to niebieskiej.

              Prymas Szembek wyżej wzmiankowany, będąc wielce świątobliwym i pragnącym
              wytępienia heretyków, dodawał mu znacznie pieniędzy na ten interes, który jednak
              żadnego skutku nie miał, bo panowie inni, chcąc mieć miasta i wsie jak
              najludniejsze, zewsząd dysydentów do swoich dóbr przyjmowali. W miastach także
              królewskich i ekonomiach pod panowaniem saskim za protekcją ministra dysydenta
              wielu Sasów lutrów osiadało, którzy smakując sobie w polskim chlebie i mając się
              z niego dobrze, niewiele o to dbali, że im kryplów stawiać nie pozwalano,
              obywając się dawnymi, które utrzymanymi być mogły; a tak żarliwość kilku nie
              przemogła protekcji większej liczby. Po śmierci Bońkowskiego i Szembeka nicht
              już więcej nie kłócił się z dysydentami, tylko jeden Kręski, szlachcic z ziemi
              wieluńskiej, który na proces z kalwinami o krypel w Kręsku, wsi jego
              dziedzicznej, całe życie toczony, strącił także substancją, jak i Bońkowski,
              dzieci swoje w ubóstwie zostawiwszy.

              Coraz bardziej pod panowaniem Augusta III wzmagała się w Polszcze luteria i
              kalwinizm. Przy dworze królewskim najwięcej było lutrów, jako Sasów u króla
              Sasa. Panowie wielcy najwięcej podobali sobie w służących dysydentach, iż ci
              ludzie, chcąc się utrzymać i dorobić chleba w obcym kraju, sprawowali się
              skromniej, trzeźwiej i z większą aplikacją niż Polacy. Biskupi nawet i prałaci,
              porzuciwszy dawniejsze szkrupuły, mieścili w usługach swoich dysydentów. A tak
              te wiarki nie mając z niskąd wstrętu, owszem miłe u pierwszych osób przytulenie,
              cisnęli się, jak mogli, do Polski i rozmnażali.

              Szósta wiara mahometańska, ta zaś gniazdo swoje ma w Litwie, wprowadzone od
              Witolda, książęcia litewskiego, który kilkadziesiąt familij tatarskich
              sprowadził z Półwyspu Krymskiego i tam ich osadził, nadawszy niektóre grunta
              dziedzicznym prawem, które do dziś dnia posiadają.

              Siódma - schizmatycka grecka; ta się znajdowała pod panowaniem Augusta III na
              Podlasiu w Drohiczynie, w dobrach słuckich książąt Radziwiłłów, w Litwie i na
              Rusi po wielu miejscach. Ósma - filipowców; ta się znajduje na Rusi tylko i w
              małej liczbie; ma to być jeden gatunek z kwakrami, o których zaraz. Dziewiąta -
              manistów albo kwakrów, którzy się lokowali około Gdańska i w samy m Gdańsku.

              Dziesiąta - farmasonów, czyli freymasonów, jeżeli się ta kompania wiarą nazwać
              może, bo pospolicie ci, co są farmazonami, powiadają, że ta ich kompania nic do
              wiary nie należy, tylko jest jak konfraternia; przyjmują do niej wszelkiej wiary
              ludzi, rozmaitych stanów, nawet i duchownych, którzy mają przymioty od tej
              wiary, czyli konfraterni, przepisane; ale tak przymioty osób, jako też
              powinności konfraterni chowają pod wielkim sekretem, którego dotychczas nie
              docieczono, choć na to w różnych państwach surowe urzędowe bywały inkwizycje.
              Fraumasonowie mają między sobą jakieś niedościgłe znaki, po których jeden
              drugiego pozna, choć do siebie słowa o tym, że są farmazonami, nie przemówią, i
              kto trzeci niefarmazon będzie między nimi, tego znaku wcale nie postrzeże. Do
              Polski tę sektę, czyli konfraternią, przywiózł z Paryża Andrzej Mokronowski,
              który umarł wojewodą mazowieckim.

              Gdy się ta sekta rozeszła między pany po Warszawie, a żaden z tych sektarzów nie
              chciał się do niej zrazu przyznać, konsystorz warszawski nie mając, komu by mógł
              proces formować, i nie wiedząc o co, wydał tylko rozkaz do duchowieństwa, ażeby
              prawowiernych przestrzegało z ambon o pojawiającej się nowej sekcie, aby się jej
              strzegli; która musi być zła, gdy się na jaw nie chce wydać, bo co dobrego,
              światła nie unika. To wołanie po ambonach uczyniwszy zwierszchność duchowna,
              podług swojej troskliwości pasterskiej o owieczki prawowierne, nareszcie
              umilkła, nie wiedząc dalej, przeciw komu wołać i o co. Farmazonowie zaś swoje
              zgromadzenie w sekrecie powiększali, raz rosnąc, drugi raz malejąc, według
              liczby przybywających do nich albo odstępujących. Rzecz podziwienia godna, że
              między tylu osobami rozmaitego stanu, w różnych państwach, przy rozmaitych
              usiłowaniach zwierszchności krajowych, nie znalazł się ani jeden taki farmazon,
              który by wydał ustawy tego bractwa. Nawet ci, którzy odstąpili od niego, z
              ściśle zachowanym sekretem poumierali. Nawet ten sam Mokronowski, wódz polskich
              farmazonów, umierając w Warszawie z katolicką wyprawą duszy w drogę wieczności,
              po uczynionej spowiedzi, po przyjęciu wiatyku i ostatniego pomazania, gdy do
              przytomnych wyrzekł te słowa: "Teraz będę spokojnie umierał, kiedym się z Bogiem
              moim pojednał", po staremu o fraumasonach nic a nic nie doniósł, choć w młodszym
              wieku, że jest farmazonem, z tym się nie taił.

              Ku końcu panowania Augusta III przybyła do Polski sekta jedenasta - ciapciuchów.
              Początek jej takowy: Żyd bogaty w tureckim państwie, imieniem Frenek, będąc
              wielkim czytelnikiem Biblii, stosując wszystkie proroctwa z tymi skutkami, które
              zaszły w religii i narodzie żydowskim, został przekonanym, że Mesjasz
              przepowiedziany przez proroków już przyszedł, że zatem Stary Zakon ustał, a nowe
              prawo koniecznie do
              • trzecikot Re: O wiarach 10.08.10, 10:42
                O trunkach

                Trunki wielkim panom były zwyczajne: rano herbathe, czasem z mlekiem, czasem bez
                mleka, zawsze z cukrem, potem wódka gdańska, persico, cynamonka, dubelt-hanyż,
                ratafia, krambambula; i te dwie ostatnie były najdroższe; płacono kieliszek, pół
                ćwierci kwaterki trzymający, po tynfie jednym. Napiwszy się po kieliszku,
                przejedli konfitur albo piernika toruńskiego, po tych chleba z masłem lub
                sucharków cukrowych i znowu powtórzyli raz i drugi po kieliszku wódki. Jeżeli
                śniadanie miało poprzedzić obiad, jak bywało w zapusty, to się składało z
                kapłona pieczonego jednego i drugiego, podług proporcji osób, z zrazów, pieczeni
                z pieprzem i masłem albo z surowego mięsa, smażonych w maśle z imbierem, z
                kiełbasy i bigosu hultajskiego; po czym ochłodził się jaki taki szklenicą piwa
                albo wody, niekiedy zalali to wszystko kielichem wina i czekano obiadu
                zabawiając się rozmowami, to graniem kart, warcabów, szachów lub przechadzką. U
                małych panów i szlachty zamiast gdańskich wódek służyła wybornie gorzałka
                przepalana, domowej roboty, z konfiturami w miodzie smażonymi, pierniczkami i
                suchareczkami takimiż, fabryki jejmci pani stolnikowy albo podczaszyny z córkami
                i pannami służebnymi; i było to tak dobre albo i lepsze jak owe gdańskie wódki i
                konfitury włoskie drogo płacone.

                Poobiednie trunki wielkich panów: wino węgierskie w Krakowskiem, Sendomirskiem i
                na Rusi; w Prusiech, w Kujawach i w Litwie francuskie rozmaite i zamorskie, jako
                to: pontak, muszkatel i szczecińskie; w Poznańskiem i Kaliskiem, gdzie panowie i
                szlachta we wszystkim wielką zachowują oszczędność, dla pryncypalnych osób wino
                węgierskie, i to dobre, na szary koniec francuskie; na Ukrainie wino wołoskie i
                manasterskie. Zaczęło też już wchodzić w używanie, ale bardzo rzadko, wino
                szampańskie, którego dawano "na stempel" po węgierskim. Burgunskiego zażywano do
                wody dla wielkich panów, którzy byli już wychowania modnego francuskiego i nie
                pili piwa. Takim ichmościom i damom dla konkokcji potraw dawano wina ryńskiego
                po kieliszku.

                Gdy zaś nastała kawa i rozeszła się po wszystkich domach pańskich, szlachty
                majętniejszej i bogatszych mieszczan, dawano ją najprzód z rana z mlekiem i
                cukrem, po której pijano wódkę, a herbatę, jako sprawującą suchoty i oziębiającą
                żołądek, w cale zarzucono; policzono ją w liczbę lekarstw przeciw gorączce i do
                wypłukania gada po ejekcjach, mianowicie z gwałtownego pijaństwa pochodzących.
                Po każdym także stole dawano gościom kawę, jednym z mlekiem, drugim bez mleka.
                Tym trunkiem najulubieńszym raczyły się kobiety najwięcej, tak z rana, jako też
                po obiedzie i po wieczerzy, osobliwie gdy w kompanii jakiej albo podczas tańców
                długo w noc dosiadywały. Kto z mężczyzn chciał uniknąć wina, wstawszy od stołu,
                miał się do kawy; było to albowiem na kształt przywileju zdrowia, że kto pił
                kawę, nie mógł być oprymowany winem. Ale ten przywilej nie służył dłużej jak do
                dwóch godzin; dobre i to, osobliwie, gdy złym winem pojono.

                Kawa od ludzi majętnych przeszła nareszcie do całego pospólstwa, podniosły się
                po miastach kafenhauzy; szewcy, krawcy, przekupnie, przekupki, tragarze i
                najostatniejszy motłoch udał się do kawy. Nie była już wtenczas droga: za sześć
                groszy miedzianych dostał filiżanki kawy z mlekiem i cukrem, lecz też taka była
                i kawa: łut kawy dla zapachu, cztery luty pszenicy palonej, trocha faryny
                cukrowej, łyżka mleka roztworzonego wodą-smakowało to jednak prostactwu, nie
                znającemu smaku czystej kawy, dobrze sporządzonej. A nawet i po domach małych
                albo skąpych robili sobie taką kawę przymięszując do niej przez połowę pszenicy
                lub grochu palonego, bo koniecznie chciało się kawy, już to że bez niej dom
                byłby poczytany za prostacki i sknerski, już że kawa wciąga ludzi w nałóg tak
                jak gorzałka albo tabaka, że się bez niej obejść nie może, kto się w nią włoży,
                tak dalece, że woli niejeden, a jeszcze bardziej niejedna, obejść się bez chleba
                niżeli bez kawy.

                Po miastach, osobliwie niemieckich, rzemieślnicy nie szkodowali na kawie, owszem
                im ekspensy umniejszała. Póki nie znano kawy, rzemieślnik musiał dać
                czeladnikowi kieliszek gorzałki, który kosztował trzy grosze, potem chleba z
                masłem, to drugie trzy grosze; więc śniadanie jednej osoby kosztowało go sześć
                groszy, którego sam nie kosztował. Gdy zaś kawa weszła w zwyczaj, rzemieślnik
                kupił kawy już palonej i mielonej w sklepie korzennym za sześć groszy, cukru
                lodowatego za drugie sześć groszy, mleka pól garca za trzecie sześć groszy; w
                tym mleku ugotował owę trochę kawy, za sześć groszy kupioną, dal każdemu po
                kawałku cukru lodowatego, przez który w zęby wzięty pili owę kawę, po każdym
                łyku przejadając chleba z masłem cienkie kromki. I takim sposobem odbył
                śniadanie swoje, żony, dzieci, czeladzi, do kilku osób, czasem do ośmiu i
                dziewięciu, straciwszy mało więcej na wszystkie osoby, jak przedtem na jednę, a
                najwięcej dwie.

                Z tych, co się zbytecznie włożyli w kawę, ledwo który otworzył oczy, zaraz mu do
                łóżka niesiono kawę; bo było uprzedzenie od doktorów zatwierdzone, że wstawać z
                łóżka na czczo, a jeszcze bardziej wychodzić tak na wiatr, jest niezdrowo.
                Dlatego panie nabożne, kiedy miały przyjmować komunią, spieszyły się do niej jak
                najraniej, a po przyjętej jeszcze spieszniej powracały do domu, gotowe wyprać po
                pysku sługę, policzki jej wyszczypać z wielkiej gorliwości, jeżeliby za
                wstąpieniem w próg kawy gotowej nie zastały. Parochianki zaś wiejskie, kiedy
                miały przyjmować tę świętość, opodal od kościoła mięszkające, brały z sobą na
                odpust kawę i tam albo w domu księżym, albo w karczmie lub innym jakim zaraz po
                komunii napijały się najmilszego swego trunku z obawy, przez długą czczość
                żołądka aby aury niezdrowej w niego nie naciągnęły. Dziwna rzecz, iż z takiego
                uprzedzenia nie mogli się wyprowadzić doświadczeniem z służących swoich, którzy
                pospolicie do obiadu czci, a czasem i cały dzień głodni-zdrowi i rzeźwiejsi byli
                od swoich panów i pań delikatek.

                Choćby dziesięć domów na dzień (jak to jest łatwo w miastach) odwiedzała która
                jejmość kawiarka, w żadnym się nie wymówiła od filiżanki kawy, gdzie ją tylko
                częstowano; wszędzie zaś tym trunkiem raczyć się damom było we zwyczaju.

                I dobrze: poki albowiem nie była znajoma kawa, biała płeć dystyngwowana na ranny
                posiłek używała polewki robionej z piwa, wina, cukru, jajec, szafranu albo
                cynamonu. Co iż tylko służyło domowym osobom albo gościom bawiącym dzień jeden i
                drugi w gościnie, a nie służyło oddającym krótką wizytę, mały koszt sprawowało.
                Ale za to po poleweczce unoście domowe same i z goszczącymi na sekret
                przechodziły się często do apteczki i tam wódeczką mdlącą poleweczkę
                zakrapiając, po trosze się gorzałką rozpijały i na rozmaite jędze, dziwaczki,
                chimeryczki, nareszcie na pijaczki ogniste wychodziły. Których defektów rozumu
                że kawa nie sprawuje, chwalić ją stąd należy i dzięki oddawać temu, kto ją
                pierwszy do naszego kraju sprowadził, albowiem ona nie tylko białą płeć, ale też
                i wielu mężczyzn od gorzałki, niszczącej zdrowie i rozum, zachowała.

                W pomiernych domach szlacheckich trunki w zwyczaju były i dziś może są: na Rusi
                gorzałka, miód, wiszniak, malinnik; w Litwie gorzałka, miód ordynaryjny i
                lipiec; w Wielkiej Polszcze i w Mazurach gorzałka i piwo, którego gatunki
                słynęły te osobliwsze: w Łowiczu i okolicach jego, zajmując i Warszawę, długi
                czas słynęło piwo łowickie, w Lublinie i okolicach jego - wąchockie, w
                Piotrkowie i okolicach jego - gielniowskie, w Poznańskiem i Kaliskiem -
                grodziskie; w Warmii - eleborskie, które także szacowane było w Warszawie pod
                imieniem czarnego piwa. Ku końcu panowania Augusta III nastały w Warszawie
                najprzód, a potem po różnym stronach kraju piwa czeskie, ordynaryjne i
                dubeltowe, tudzież piwo angielskie, które najpierwszy wyinwentował Hieronim
                Wielopolski, koniuszy koronny; miało dużo podobnego smaku do prawdziwego piwa
                angielskiego, które sprowadzano i po dziś dzień sprowadzają z Anglii. To jednak
                piwo angielskie
    • ave.duce Jędrzej Kitowicz w odcinkach > O postach :) 24.10.10, 19:39
      O postach prywatnych i dobrowolnych

      Najpryncypalniejszy był post prywatny w środę; ten dzień bardzo wielką miał czcicielów swoich frekwencją,
      ponieważ był od dwóch bractw uprzywilejowanym, od Bractwa Szkaplerznego i od Bractwa Opieki św. Józefa. Nawet po wielkich domach ten dzień obserwowano, niższej zaś fortuny i kondy ludzie niemal wszyscy go zachowywali poszcząc na maśle. Jedni zachowywali go szczególnie dla dostąpienia odpustu, drudzy do zysku duchownego łączyli interes doczesny, aby ochronić kapłona lub pieczeni.

      Po środzie miejsce trzymała sobota, od wielu dewotów i dewotek
      na samych tylko postnych potrawach z olejem lub oliwą,
      a od niektórych do tego tylko na suchych pokarmach obchodzona. Ten post nie wypływał z żadnego bractwa, tylko właśnie z dobrowolnego postanowienia albo z szlubu, dla czego wielu, co się dyspensowali jeść w piątek z masłem, w sobotę nigdy maślnych potraw, chociaż z przymusem, jeść nie chcieli...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka