all.those.yesterdays
09.11.11, 17:03
Witam,
właściwie to nie wiem od czego zacząć...
mam 28 lat.
wyjechałam na studia daleko od domu rodzinnego od razu po maturze.jestem z małego miasteczka i rodzice utrzymywali mnie na studiach. Nie jesteśmy zamożną rodziną, więc oczywiste dla mnie było, że w każde wakacje pracuję. w trakcie studiów udzielałam korepetycji, żeby odciążyć rodziców na ile się da, pisałam foldery reklamowe dla firm, jednym słowem - szukałam sobie różnych "fuch", które mogłam pogodzić ze studiami, miałam też stypendium naukowe (cudem, ale się udawało). po skończeniu studiów ze stałą pracą było ciężko, więc próbowałam utrzymywać się z dorywczych prac (zgodnych z moim kierunkiem) wierząc, że dzięki obszernemu CV w końcu mi się uda. W tym czasie rodzice też pomagali finansowo, ale tylko wtedy, gdy już naprawdę brakowało mi pieniędzy. W końcu znalazłam wymarzoną pracę i od półtora roku utrzymuję się sama.
Od paru miesięcy jestem w ciąży, dobrze się czuję więc pracuję i będę pracowała póki starczy mi sił. Problem w tym, że moja praca nie jest etatowa, więc nici z urlopu macierzyńskiego. Partner robi co może, żeby odłożyć pieniądze na ten czas.
A teraz do sedna:
dla rodziców od początku było problemem to, że praca nie jest na etat i co jakiś czas wybuchały telefoniczne awantury, że taka praca jest "byle jaka" i to "żadna praca". Gdy zaszłam w ciążę usłyszałam, że jestem nieodpowiedzialna, bo nie dostanę żadnych pieniędzy na macierzyńskim i trzeba mi będzie znów pomagać - awantury o to, że nie szukałam wcześniej pracy na etat nasiliły się. Tyle, że ja tę pracę naprawdę lubię i nie chcę innej.
Mój partner po świętach wyjeżdża na 4 miesiące do pracy (na płatny staż zagranicę) - w tym czasie urodzi się dziecko. Rodzice zaproponowali, bym przyjechała do nich na czas jego nieobecności - urodzę, mama przez pozostałe dwa miesiące pomogłaby mi przy dziecku. Wydało mi się to rozsądne, bo mieszkamy sami za dala od rodzin (300 i 400 km) i sama chyba nie dałabym rady.
Ale teraz mdleję, jak sobie pomyślę, że mam się z nimi kisić tyle czasu.
Z rodzicami mieszka mój brat, lat 25. Mieszkanie jest za małe na 4 dorosłych i małe dziecko. Z bratem właściwie nie utrzymujemy kontaktu- on uważa że jestem wredną siostrą, która wyjechała na studia i ma go za głupka. Brat niestety nigdy nie był zbyt ambitny, rodzice wydawali majątek na korepetycje, ledwo zdał maturę. Nie miał pomysłu na swoje życie, więc mama opłacała mu różne szkoły prywatne, jednak żadnej z nich nie skończył. W domu był uważany za dziecko z problemami, więc niewiele od niego wymagano. Rodzice więcej oczekiwali ode mnie bo byłam ich zdaniem bardziej zaradna i rozsądna. Wobec brata byli niekonsekwentni - gdy chciał iść do pracy mama wymyślała tysiąc powodów dla których nie jest to dobry pomysł (w tym samym czasie mnie opieprzali, że skończyłam studia i jeszcze nie mam pracy), potem mieli do niego pretensje że żyje w domu jak darmozjad i nie zdaje nawet egzaminów na studiach za które płacą. I tak na zmianę - ostatecznie brat ma 25 lat, jest emocjonalnie 14-latkiem, niesamodzielnym, któremu tata mówi, żeby się ciepło ubrał i zameldował o której wróci, w domu nic mamie nie pomaga, dostaje wszystko pod nos, wplątuje się w dziwne sytuacje i interesy, imponują mu cwaniaczki z kasą, którzy w perfidny sposób go wykorzystują, nie ma zainteresowań, nie ma dziewczyny. Próbował prowadzić firmę, ale w wakacje chodził na imprezy, czegoś tam nie opłacił, coś tam zawalił i musiał zamknąć interes, na który wziął spory kredyt (pewnie rodzice mu spłacą).Brat po prostu osłabia mnie, nie mamy wspólnych tematów, nie jesteśmy zżyci, bo zbyt się różnimy.
Ostatnio napomknęłam mamie, że powinien się wyprowadzić i żyć samodzielnie to usłyszałam, że to moja wina, bo utrzymywali mnie na studiach i nie mieli kasy na stancję dla niego, a teraz jestem w ciąży więc znów muszą mi pomóc jego kosztem! Szlag mnie trafił, bo brat nie chodził obdarty i mógł też iść na studia tylko nie chciało mu się uczyć! (rodzice nie byli aż tak biedni, by nie mieć na studia dla obojga). Obwiniła mnie też o to, że nie utrzymujemy kontaktu, bo mam go za osobę głupią. Nic nie poradzę na to, że uważam go za niezbyt rozgarniętego i nie umiem z nim rozmawiać - po prostu jesteśmy z innych światów, jak widzę jego tryb życia to mnie trafia. Ostatecznie mama płakała i mówiła, że jestem niewdzięczna i to przeze mnie są awantury (powiedziałam, że robią z brata maminsynka i że jest niedojrzały głównie z ich winy). Nie mogę patrzeć jak brat od lat nie posuwa się naprzód w rozwoju ani intelektualnym ani emocjonalnym, dalej siedząc u nich na garnuszku -obawiam się, że będą mu wychowywali dzieci i martwili się jego życiem do ostatnich swoich dni. Rodzice wspólne z nim mieszkanie tłumaczą brakiem pieniędzy.
Teraz we trójkę - mama, brat i ojciec uważają, że mi się na studiach w dużym mieście w głowie poprzewracało i ze mną nie rozmawiają. Ja postanowiłam nie jechać do domu na okres końca ciąży i wziąć pożyczkę na wszystkie swoje potrzeby, żeby nie musieli mi w żaden sposób pomagać i żeby brat mógł się wreszcie wyprowadzić. Dodam, że rodzice nigdy nam niczego nie żałowali i zawsze pomagali we wszystkim (choć później zdarzało im się wypominać), choć nie są idealni, to zawsze mogłam na nich liczyć. Mamę mam za mądrą osobę i nie wiem jak mogła dopuścić, by brat był tak nieprzystosowany do życia. Ona z kolei nie chce słuchać żadnej krytyki i chyba nie umie dobrze ocenić całej sytuacji. Pokłóciłyśmy się przez telefon, ona się rozłączyła, obwiniając mnie o wszystko - że rozwalam im rodzinę, jestem niewdzięczna, nie kocham brata, że ześwirowałam itd.. Czasami myślę, że cała trójka trochę zazdrości mi życia w dużym mieście (bywały takie przytyki ze strony ojca, że oni pracują bym mogła po knajpach chodzić. Ojciec wiele lat nie pracował i jakoś nie szukał sobie pracy - gdy byłam w liceum i na studiach. Ale za to robił awantury, że ja nie pracuję i podawał mi przykłady dzieci, które wyjechały zagranicę i utrzymują rodziców - według niego to był przykład dzieci kochających rodziców i wdzięcznych). Nie wiem kto ma rację. Czuję się winna, ale z drugiej strony całe życie robiłam wszystko by wyrwać się z małego miasta, ciężko pracowałam na studiach i po studiach też. Moim marzeniem jest mieć na tyle środków finansowych, by pomagać rodzicom i wynagrodzić im lata frustracji z powodu braku pieniędzy.