betonowalala
26.05.17, 12:07
Mam problem z relacją ze swoim mężem. Mam mętlik w głowie. Nie radzę sobie już tym wszystkim i potrzebuję obiektywnej porady, bo czasami mam wrażenie że przesadzam i się niepotrzebnie czepiam.
Z mężem jesteśmy 9 lat razem. Od długiego czasu nie mogę zajść w ciąże. 2 miesiące temu zdarzył się cud, jednak nie ze swojej winy (ot selekcja naturalna) straciłam bardzo wczesną ciążę. Dzisiaj jest dzień matki a ja płacze i przepraszam moje nienarodzone dziecko że nie byłam wstanie go urodzić. Mąż mnie wspierał tylko przez kilka dni. Mówił że też mu smutno, ale po kilku dniach doszedł do siebie i o wszystkim zapomniał. Kilkukrotnie próbowałam z nim rozmawiać, że mi ciężko, że mam ogromnie poczucie winy, że nie czuję się prawdziwą kobietą, że cierpię. Wówczas mąż mnie przytulał mówił że wszystko będzie dobrze i że jak się wypłakałam to na pewno mi lepiej.
Równolegle z tym wydarzeniem zaczęliśmy budować dom przy budowie którego bardzo zaangażował się teść. Mąż ma dziwną relację z swoim ojcem. Mimo prawie 30 lat, i tego że mieszkamy oddzielnie, boi się ojca, i zgadza się na wszystkie pomysły ojca związane z budową domu (mimo że wcześniej wspólnie ustalaliśmy co innego). Mąż chcę bardzo zadowolić ojca. Nawet jak leżałam w szpitalu po operacji to odwiedził mnie dopiero na następny dzień, bo ojciec oczekiwał że będzie tego dnia na budowie. Jak byłam już w domu słaba po operacji to również nie mogłam liczyć na pomoc bo męża nie było bo był na budowie - najbardziej bolało mnie wtedy że mąż wolał być wtedy z ojcem na budowie (wiem, wiem, naszego domu) niż ze mną. Próbowałam z nim na ten temat rozmawiać, że teraz go najbardziej potrzebuję, że zaczynam mieć myśli samobójcze, że nie chcę być 3 w hierarchii (po jego ojcu i budowie), że nawet jak jest ze mną to i tak myślami jest daleko. Ale mój mąż przy tych rozmowach (raczej monologach bo tylko ja mówię) po prostu się nic nie odzywa. Twierdzi że nie wie co mi powiedzieć. I koniec. Idzie spać.
Dodam że oboje pracujemy, zarabiamy bardzo podobnie (ja ciut więcej), ja sama ogarniam cały dom czyli sprzątanie, pranie, prasowanie, zakupy, umawiam mu wszystkie wizyty u lekarzy (a jest tego trochę) i pilnuję żeby pamiętał o wszystkich, codziennie robię mu kanapki do pracy, sprzątam nasze 2 samochody, pilnuję by miały zmienione opony, przeglądy, ubezpieczenia. Większe naprawy (kilka razy w roku) załatwia mąż, i teraz "pilnuje" budowy dom - tyle lub aż tyle jego obowiązków. Jeśli chodzi o budowę to opłacam wszystkie rachunki, szukam najlepszych ofert na towar i dostawców, ogarniam bank i kredyt hipoteczny. Staram się angażować, pomagać, odciążać go przy tej budowie ale mam momentami dość. Nie budowy tylko zachowania mojego męża, braku wsparcia, czułości i miłości.
Teraz pytanie do Was, czy mam prawo się tak zachowywać? wymagać od niego by zmienił priorytety? Czy się go po prostu czepiam? Czy zacisnąć żeby i pozwolić żeby chociaż on był szczęśliwy?