sekwana2005
21.09.10, 09:33
Jestem niemal rówieśnikiem autora. Gdzieś w połowie lat 70 wędrowałem po Kurdystanie. Polska przez jakieś dwa wieki podzielona była między zaborców. Po pierwszej wojnie światowej została wskrzeszona. Dyskutowano wówczas, czy Kurdowie też nie mają prawa do własnego państwa. Przegrali. Z ropą naftową na ich terenach. Międzynarodowymi koncernami mającymi koncesje.
Rozmawiałem z mądrymi i durnymi Kurdami o ich przeszłości i przyszłości. Żandarmeria mnie nie wpuściła w góry Dżilo Dagh, bo nieco wcześniej obrabowano wyprawę Japończyków. Wrócili z gór w samych majtkach - czy co tam pod spodniami noszą.
Po latach w internecie czytałem relację mojej córki z podróży do irackiego Kurdystanu. To już była najbardziej demokratyczna część krainy. Nie trafiało się do więzienia za używanie kurdyjskiego języka, jak w Turcji, należącej do NATO.
Moja ukochana córeńka pisała, jak nad jakimś jeziorem siedziała z chłopakiem, jednocześnie Kurdem. Wzruszające albo śmieszne. Siedzieli tak, ona lepiej po angielsku i arabsku mówiła, niż on. Trzymali się za rączki. Bez smrodu broni masowego rażenia, której w Iraku nawet polskie oddziały nie znalazły...
A ja w tureckim Kurdystanie oglądałem ślady po kurdyjskich wioskach, wiek temu zniszczonych. Także kościołów, kaplic. Systemów melioracyjnych.
Umęczony naród, przy lenistwie, bezczynności świata...