apas13
06.07.12, 20:16
Nie wypowiadam się w kwestii niuansów kuchni urgujskiej, bo się na niej nie znam. I nawet gdybym przeczytał wszystkie dostępne na jej temat książki i artykuły a nawet medytował o niej lat kilka - ekspertem nie będę większym, niż najzwyklejsza Urgujka, gotująca codziennie dla męża i dzieci. Powód? Nia mam bladego pojęcia jak smakują kiepskie potrawy tej kuchni, a co dopiero mówić o rarytasach.
W podobnej sytuacji są księża wypowiadający się o rodzicielstwie. Wszyscy, od wikarego w Koziej Wólce począwszy, na Janie Pawle II skończywszy. Mają dogmat, że zarodek to człowiek, a człowieka zabijać nie wolno (ciekawe, na marginesie, że nie przeszkadza im to pełnić płatnych funkcji w armiach świata, które raczej nie są instytucjami powołanymi do budowania bibliotek wiejskich). Ale poza dogmatem jest olbrzymia sfera doznań, problemów, radości i smutku związanego z byciem rodzicem (wiem, jestem). Odpowiedzialności i niepewności. O tym ŻADEN ksiądz nie ma BLADEGO pojęcia, nawet jeśli jest najlepszym duszpasterzem rodzin. Nawet - co nie jest rzadkie - sam spłodził dziecko: nie jest jego rodzicem, raczej ono jest jego problemem... zawodowym? Nie ta więź...
Gdybym ja dziś przyjął dogmat (a więc przekonanie bez konieczności dowodzenia jego prawdziwości), że studiowanie w seminarium duchownym ogranicza umysłowo i w oparciu o owo przekonanie - bez doświadczenia wielkiej, być może, głębi intelektualnej powołania kapłańskiego, głosił wszem i wobec wynikające z tego prawdy o upośledzeniu intelektualnym kleru, to jaka by była reakcja ksieży? Jak by się z tym czuli? Z przekonaniem, że kwestie, w które ONI nie wierzą wpływają na ich sposób życia?