Dodaj do ulubionych

Skazani na bylejakość?

    • pampas1 Re: Skazani na bylejakość? 30.03.05, 21:17
      Idąc tokiem rozumowania przedstawionym przez profesora;
      skoro doktoranci mogą i powinni utrzymywać się za 1000 złotych miesięcznie,
      kupując za to najnowsze publikacje potrzebne do badań, to asystenci adiunkci i
      profesorowie, jako bardziej doświadczeni (i mający już sporą literaturę
      zgromadzoną w czasie doktoratu) w tym jak przeżyć za taką kwotę, również
      powinni otrzymywać takie wynagrodzenie, tak żeby WIĘKSZOŚĆ pieniędzy nie szła
      na finansowanie wynagrodzeń lecz na BARDZO ważne badania PRAKTYCZNE.
      W rezultacie naukowcy powinni żyć w celibacie i byłby to zawód zdecydowanie dla
      mężczyzn.
      Kobiety jak wiadomo powinny zdrowe dzieci rodzić przed 30, tak więc nie ma
      szans na to by mogły utrzymać siebie i potomstwo za uczelnianą pensję, powinny
      NAUKĘ zostawić mężczyznom - pasjonatom żyjącym na 12 m2 z lodówką. Albo Nauka
      albo rodzina. Jednostki prorodzinne WON.

      Taki system zdecydowanie wpłynąłby na ożywienie naukowe ZA GRANICĄ u sąsiadów.
      Oczekiwać socjalnego bezpieczeństwa od państwa to gwałt na współczesnym "radź
      se sam" to wręcz naganny SOCJALISTYCZNY model!!!!!!

      Nikt nie zwrócił uwagi na to że od dawna istnieje piramida potrzeb i bez
      zabezpieczenia podstawowych potrzeb człowieka z dołu tej piramidy NIE MA MOWY o
      zaspokajaniu aspiracji naukowych. Rozumiem, że istnieją osoby wyrwane ze
      społeczeństwa, prawdziwi pasjonaci Z BOGATYMI RODZICAMI, którzy są najbardziej
      potrzebni polskiej nauce, tacy co sami wymyślą, sfinansują, opublikują gdzie
      trzeba, ale tacy nie potrzebują Uczelni. Nie potrzebują zaplecza.
      Uczelnie powinny stanowić ośrodek wymiany myśli i dyskuzji oraz być właśnie
      takim zapleczem dla mądrych głów.
    • charadrius_vociferus O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 21:30
      To co napisze ponizej nie powinno byc intepretowane jako obrona systemu polskiego.

      Tak sie sklada, ze system amerykanski znam lepiej niz polski; chce ostrzec przed
      kopiowaniem go en bloc.

      - w system jest wbudowana nadprodukcja doktoratow. Poniewaz doktorant dostaje
      mniej wiecej 1/3 tego co junior faculty (t.j. bezposrednio po doktoracie) taniej
      jest uniwersytetom oprzec dydaktyke na doktorantach, ktorych im wiecej tym
      lepiej. W zasadzie nie zdarza sie amerykanskiemu studentowi miec cwiczenia z
      kims kto ma doktorat, a szkoda. Proporcja (graduate students)/faculty jest taka,
      ze znaczna czesc doktorantow nie znajdzie pracy akademickiej.
      - pensja junior faculty z doktoratem jest mniej wiecej rowna pensji absolwenta
      kierunku technicznego bez doktoratu. Stad malo mlodych Amerykanow jest
      zainteresowanych studiami doktoranckimi.
      - miedzy doktoratem a tenure mlody naukowiec robi kilka short-term appointments.
      Dobrze, jesli sa one na poziomie assistant professor, gorzej jesli - co czesto
      sie zdarza, zwlaszcza w naukach przyrodniczych - nizej platny postdoc. To ma
      fatalny wplyw na zycie rodzinne. W swietle koniecznosci czestego przeprowadzania
      sie, oraz tego, ze wiekszosc uniwersytetow jest w malych miastach nie majacych
      realnego rynku pracy (poza nisko platna praca w uslugach) alternatywy sa marne:
      nie zakladanie rodziny lub rezygnacja jednej osoby z kariery zawodowej
      (ambitniejszej niz praca w fast foodzie) i utrzymywanie rodziny z jednej niskiej
      pensji. To funkcjonowalo dobrze za prezydenta Eisenhowera, gdy norma byla
      niepracujaca zona, ale w obecnych czasach niewiele kobiet na to pojdzie.
      - jesli kariera akademicka sie nie powiedzie, to nieudany naukowiec dla sektora
      prywatnego jest tredowaty jako "having no commercial experience".

      Skutek tego wszystkiego jest taki, ze od ponad 20 lat Amerykanie stanowia tylko
      40% doktorantow. Od czasu do czasu administratorzy uniwersyteccy i politycy bija
      na alarm, nie wiedziec czemu, bo Amerykanie podejmuja zupelnie racjonalna
      decyzje - wiedza, ze kariera akademicka nie jest atrakcyjna. System sie trzyma
      bo zawsze znajda sie chetni do pracy - czy to z Chin, czy z Ukrainy, czy
      wreszcie z Polski.

      Aha, ogolna uwaga, juz nie o USA. Nacisk na publikowanie jako warunek kariery
      powoduje, ze drukuje sie mnostwo rzeczy, ktorych nikt nie czyta. Duzo lepiej dla
      ogolnoswiatowej nauki byloby gdyby badania prowadzila waska grupa najlepszych a
      na reszte moznaby nalozyc duze obciazenie dydaktyczne. Wiecie ilu profesorow
      matematyki bylo na Uwiwersytecie Lwowskim za czasow swietnej Polskiej Szkoly
      Matematycznej? Czterech!
      • khmara Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 22:12
        To co napisze ponizej nie powinno byc intepretowane jako obrona jakiegokolwiek
        systemu, jedynie luźne dygresje ;-)

        > - w system jest wbudowana nadprodukcja doktoratow.
        To już mamy.

        > Nacisk na publikowanie jako warunek kariery
        > powoduje, ze drukuje sie mnostwo rzeczy, ktorych nikt nie czyta.
        To już też mamy. Publikuje się w tak dużych nakładach, że nawet kupić tych dzieł
        nie można, biblioteki też na ogół nie mają. Jak ktoś nie zna osobiście autora,
        to nie przeczyta.

        > Wiecie ilu profesorow
        > matematyki bylo na Uwiwersytecie Lwowskim za czasow swietnej Polskiej Szkoly
        > Matematycznej? Czterech!
        Phi, dzisiaj to by nawet nie mieli prawa prowadzenia studiów magisterskich. A
        Banach przecież nawet magisterium nie miał, więc nie liczyłby się jako profesor.
        • charadrius_vociferus Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 22:20
          > To co napisze ponizej nie powinno byc intepretowane jako obrona jakiegokolwiek
          > systemu, jedynie luźne dygresje ;-)
          >
          > > - w system jest wbudowana nadprodukcja doktoratow.
          > To już mamy.

          (i tak dalej)

          Ja bym sprawdzil jak zorganizowana byla nauka niemiecka na przelomie XIX/XX
          wieku. To byl zloty okres i szczyt osiagniec europejskiej nauki, na dodatek przy
          niewielkiej liczbie naukowcow.
          • khmara Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 22:23
            Przepraszam za prowokację, ale mając do wyboru system amerykański z jego
            niedogodnościami i system niemiecki, zdecydowanie wybieram ten pierwszy.
            • khmara Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 22:24
              Zwłaszcza ta niewielka liczba naukowców jest w dzisiejszych czasach nie do
              powtórzenia.
              • charadrius_vociferus Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 22:32
                khmara napisał:

                > Zwłaszcza ta niewielka liczba naukowców jest w dzisiejszych czasach nie do
                > powtórzenia.

                A szkoda.
                • khmara Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 22:59
                  Za to mamy internet i ułatwiony dostęp do informacji :)
                  Tego nie było w czasach niemieckich.
                  Humboldtowskie tradycje odstraszają młodych Niemców od kariery naukowej równie
                  skutecznie, co amerykański brak stabilizacji.
                  Profesorem w Niemczech jest o wiele trudniej zostać niż gdziekolwiek indziej. W
                  skrajnych przypadkach nie wystarcza dobre nazwisko, jeżeli nie ma się
                  odpowiednich znajomości. A zależności feudalne w relacjach mistrz-uczeń
                  przybierają czasami żenujące formy. Za to jak ktoś już jest profesorem w
                  Niemczech, to naprawdę niewiele musi.
      • sendivigius Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 23:10
        Niestety prawda, zalety systemu anglosaskiego wychwalaja najbardziej ci ktorzy
        go nie pokosztowali na wlasnej skorze. Trzeba wreszcie skonczyc z jeszcze
        jednym mitem Ameryki. Nauka amerykanska jest oparta na wyzysku naukowych
        imigrantow. Wprowadzony system konkurencyjnosci ktory mierzy sie iloscia
        publikacji powoduje ze trzeba zatrudniac jak najwiecej "murzynow" ktorzy dla
        pana profesora beda te publikacje robic, przez to w wiekszosci dziedzin liczba
        wypromowanych doktorow przekracza nawet pieciokrotnie liczbe dostepnych posad
        akademickich, a byloby jeszcze gorzej gdyby nie urzad imigracyjny. Kto w Polsce
        mialby robic za tych "murzynow", takie pytanie trzeba zadac tym wszystkim
        reformatorom.
        • khmara Re: O minusach systemu amerykanskiego 30.03.05, 23:42
          sendivigius napisał:

          > Niestety prawda, zalety systemu anglosaskiego wychwalaja najbardziej ci ktorzy
          > go nie pokosztowali na wlasnej skorze.

          Zalety humboldtowskiej tradycji uniwersytetu najbardziej wychwalają ci, którzy
          mają hab. przed nazwiskiem, a jeszcze bardziej ci, co mają prof. dr hab.
          ponieważ ten system daje im wymarzoną stabilizację i naukową emeryturę na
          państwowym etacie. A jaki jeszcze autorytet do tego z samego tytułu!

          > Kto w Polsce
          > mialby robic za tych "murzynow", takie pytanie trzeba zadac tym wszystkim
          > reformatorom.

          Źle postawione pytanie. Należało zapytać, kto w Polsce ROBI za tych murzynów. Na
          etatach technicznych i administracyjnych w Polsce się oszczędza, a taką bzdurną
          robotą nie będzie się przecież zajmował profesor. Wszystko od prac
          biurowo-administracyjnych po laboratoryjne obsługują adiunkci, asystenci i
          doktoranci. Doktorant jest teoretycznie tylko studentem, ale nie przeszkadza to
          w niczym - może obsługiwać nawet egzaminy wstępne, albo czytać z kartki wykład
          za profesora!!! Oczywiście za darmo. Jeżeli chodzi o "robienie" publikacji, to
          jest dokładnie tak samo. Tylko w Polsce ten doktorant będzie miał dużo
          szczęścia, jeżeli jego nazwisko znajdzie się wśród autorów publikacji, co w
          Ameryce jest standardem. Powinien cieszyć się, że ma możliwość współpracowania z
          wybitną jednostką i łapać promotora za nogi, że mu stypendium załatwił.
          Przypadki odpisywania żywcem z prac doktorskich a nawet magisterskich przez
          profesorów to też wybitnie polska specjalność. Potem toczą się długie i zawiłe
          postępowania sądowe i/lub dyscyplinarne, żeby ustalić kto od kogo odpisywał -
          promotor od doktorantki, czy doktorantka od promotora, a on tego nie zauważył. A
          tęgie łby prawnicze w Polsce zastanawiają się, do kogo właściwie należy praca
          magisterska - do autora, czy do uczelni? Każdy system kiedyś się degeneruje,
          zwłaszcza gdy nie dostosowuje się do przemian cywilizacyjnych. Ten właśnie etap
          osiągnął system humboldtowski w Polsce. System amerykański nie jest idealny, ale
          to, co mamy w Polsce obecnie to zjazd po równi pochyłej. Niedługo już nie będzie
          czego ratować.
        • itakdalej.itakdalej Ależ Pan chrzani! 30.03.05, 23:47
          sendivigius napisał:

          > Niestety prawda, zalety systemu anglosaskiego wychwalaja najbardziej ci
          ktorzy
          > go nie pokosztowali na wlasnej skorze. Trzeba wreszcie skonczyc z jeszcze
          > jednym mitem Ameryki.

          Demokracji parlamentarnej także nie "pokosztowaliśmy na własnej skórze" przed
          1989 rokiem (nawet Urban "inteligentnie" nas zachęcał do głosowania na PZPR
          słowami "Nasze błędy już znacie!"), ale na szczęście to nas nie powstrzymało
          przed oddaniem głosu na Solidarność. Sądzę że większość, mimo wszystko, nie
          żałuje. Podobnie było niedawno z referendum unijnym.
          Tego że nie ma i nigdy nie będzie systemu idealnego, nie trzeba dorosłym
          ludziom tłumaczyć. A jeśli chodzi o amerykański system nauki i szkolnictwa
          wyższego, o jego przewadze świadczy to, że jakoś tak dziwnie się składa, że
          właśnie tam dokonuje się największych odkryć i tam rodzą się najważniejsze
          wynalazki zmieniające nasze życie. I to Ameryka najwięcej zarabia na eksporcie
          czystej myśli, pozostawiając innym eksport produktów mniej lub bardziej
          zaawansowanych albo surowców, czy żywności.

          > Nauka amerykanska jest oparta na wyzysku naukowych imigrantow.

          Wyzysk u nas jest 100 razy większy - na swoich. I obfitujący w patologie system:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752

          > Wprowadzony system konkurencyjnosci ktory mierzy sie iloscia
          > publikacji powoduje ze trzeba zatrudniac jak najwiecej "murzynow" ktorzy dla
          > pana profesora beda te publikacje robic,


          To właśnie mamy w Polsce, gdzie człowiek "tylko" po doktoracie jest traktowany
          jak śmieć i zależy całkowicie od humoru profesora. Nabycie minimalnych praw
          trwa kilkadziesiąt lat, a często nigdy nie następuje, jak się nie ma układów.

          > przez to w wiekszosci dziedzin liczba
          > wypromowanych doktorow przekracza nawet pieciokrotnie liczbe dostepnych posad
          > akademickich, a byloby jeszcze gorzej gdyby nie urzad imigracyjny.

          Zupełnie Pan nie zna polskich realiów! U nas ci doktorzy idą na bruk, bo
          miejsca które oni by zajęli, gdyby było u nas tak jak w USA, zajmują stare
          pryki pracujące na kilku etatach.


          • sendivigius Do khmary, itakdalej 31.03.05, 02:35
            Zle jest myslec skrajnosciami, typu jak sie komu nie podoba praca w Kauflandzie
            to na Bialorus. Kilka lat temu widzialem publikacje w Time tytul „Too many
            cooks spoil the soup” o bezrobociu wsrod doktorow wlasnie biochemii, o
            bezrobociu wsrod fizykow mozna sobie poczytac na stronach AIP, a o bezrobociu
            wsrod wszystkich specjalnosci w The Washington Times, oto fragmenty aby nie
            zanudzac. Enjoy!

            There once was an unwritten deal. If you were smart and willing to devote up to
            10 of your most productive years studying for a doctorate, certain things would
            likely happen. A college or university somewhere would hire you. And if you did
            well there, there was a full-time tenured job in your future. The money
            wouldn't be great, but you'd be part of an academic community. You'd do
            research in your field. You'd live a life of the mind.

            Then the deal changed.

            States started to cut their higher education budgets. Costs at all universities
            began to rise. And as a growing percentage of the population began attending
            college over the past few decades, universities changed the way they operated.
            Critics call it the corporatization of higher ed. Colleges prefer to call it a
            shift toward greater efficiency...... Outsourcing and higher education teaching
            had finally met...... At the same time, universities have been cutting back on
            the percentage of full-time tenure-track professors on their faculties..... In
            1970, part-timers made up 22 percent of higher education staffs in the United
            States. By 1999, they were 43 percent, as their numbers swelled to
            437,000...... The result: Too many PhDs and not enough real jobs.......

            The new deal is a crapshoot. You might make it to academic nirvana, but you
            could end up trapped.... Still, each year new graduates like Tracy come onto
            the market, thinking they're the ones who'll get lucky. "I ultimately believe
            that I will get a job when I'm meant to," says Tracy. "If I felt that this was
            what I was going to be doing for the rest of my life, I'd probably go crazy."
            .....She once imagined she'd land a full-time job as soon as she graduated.
            Along the way, she did everything she could to improve her chances.

            ....."The system is created to exploit people just like this," Richard Moser
            says about Tracy's situation. As a representative with the American Association
            of University Professors........ "You get some young PhD that's all eager and
            up to date and strong. You get to use them for a few years, and then sooner or
            later they'll get frustrated and angry. Then they get another fresh piece of
            meat to fill the slot and then use them for a few years and then they get
            burned out. You get rid of them, then you get another one. Is this the way to
            run a university?"

            .......Many in teaching circles worry this is just the beginning. At some
            point, they fear, entire departments will be made up of part-timers hired by
            the term or by the year. The result, they say, would be the end of the
            traditional college faculty.

            ......A number of college administrators also argue that this is the trade-off
            in the era of mass higher education....... "The very fact that we are here
            means that we mean business," labor union organizer Scot Hamilton says to the
            group. "It's ironic. Universities are supposed to be the bastions of freedom,
            but when you look behind the scenes, they're very exploitative."

            ...... "That seems to me on the face of it exploitative. .... But these are
            crocodile tears. I feel terrible about it, then I offer them the money. And yet
            the people are always happy to get the jobs because their alternative is not
            getting anything."

            Tracy wants one of those jobs this fall. She sent an application letter to his
            department and received a terse e-mail reply saying someone would contact her
            later. She hasn't heard anything back. She's thought about showing up at his
            office and lobbying for the course in person--looming bills have made her bold.
            First, there's the $46,000 in student loans from graduate school. Then, there's
            the $10,000 in credit card debt.

            Last summer Tracy didn't have any classes to teach, so she applied to 15
            temporary agencies. After a month of waiting, only one found her regular work
            at $12 to $15 an hour doing proofreading. But at least that was better than the
            endless word-processing tests that the secretarial agencies had her do. "I have
            a PhD. I can't believe I'm doing this!" she would think. Then she'd put her
            head down and start typing.

            ....."That's it. Prostitution. Adjunct turned prostitute to pay for car
            repairs," she moaned to no one in particular....... Those who hire full-time
            faculty say that's not far from the truth. When they get 375 applicants for a
            single job, they need some way to weed people out.

            ......But at this very moment as she cruises down I-95, she's thinking about
            the letter she got just yesterday from the University of California at San
            Diego. It's the sixth rejection she's gotten in this round. She still hopes one
            of five more applications, to Bucknell, Duke, Fordham, Spelman or Toronto, will
            come through. .....That's still weighing on her mind that afternoon as she sits
            at the Tombs, a bar in Georgetown. "Maybe I could work here this summer?" she
            says to the bartender. He nods, not sure if she's joking. She makes another
            push. "So if I need a job for this summer, can I hit you up?" As she eats, she
            thinks about what it would be like being a professor and serving burgers and
            beer to students. She decides she could handle that. At least it's a job.

            ......The last application responses eventually trickle in. By March they've
            all told her no. She tries to stay positive, but she can't help but wonder
            sometimes if maybe, just maybe, she's not good enough to make the cut. It's
            been nearly two years since she graduated, and 38 places have said they don't
            want her...... "It's frustrating because I would have thought at this point in
            my career, I would have at least gotten an interview."
            • itakdalej.itakdalej Re: Do khmary, itakdalej 31.03.05, 08:00
              Rozumiem, że w tym porównaniu Kaufland to nauka w USA, a Białoruś to nauka w
              Polsce? To gotów jestem z tym się zgodzić. Ja zamiast porównania zacytuję
              Fredrę: "Znaj proporcję mocium Panie".
              Nigdy i nigdzie tak nie było, że każdy doktorant zostawał na uczelni. A
              szczególnie teraz przy umasowieniu studiów doktoranckich. Naiwnością i
              myśleniwm życzeniowym jest zakładanie, że będzie inaczej. Wtedy liczba osób
              zatrudnionych na uczelniach rosłaby w szybkim tempie w postępie geometrycznym.
              Więc trzeba by im zapewnić rosnące tak samo: powierzchnię, pieniądze oraz
              liczbę studentów.
              Ponadto doktoranci różnią się między sobą. Nie wszyscy się sprawdzają w pracy
              naukowej, mimo że doktorat w końcu dostają. I dlaczego ta dziewczyna nie chce
              pracować w ośrodku badawczym w firmie, w biznesie, itp.?
              Zapewniam, że w Polsce by miała jeszcze gorzej, bo byłoby mniej ofert pracy ze
              względu na wieloetatomość profesorów oraz wydłużenie ich okresu pracy do 70
              lat, a nawet dłużej jak pełnią funkcje. Naprawdę mamy u nas kompunistyczny
              skansen w stylu białoruskim, świat który działa według zasad nie zmienionych od
              lat stalinowskich.
            • khmara Myślenie skrajnościami 31.03.05, 09:14
              "You get some young PhD that's all eager and
              up to date and strong. You get to use them for a few years, and then sooner or
              later they'll get frustrated and angry. Then they get another fresh piece of
              meat to fill the slot and then use them for a few years and then they get
              burned out. You get rid of them, then you get another one. Is this the way to
              run a university?"

              Tak jest u nas na niektórych dużych wydziałach uniwersyteckich. Doktorantów jest
              30, rocznie zatrudnia się 1-2 osoby po doktoracie. Jeżeli są to np. fizycy, to
              reszta nie ma co liczyć na akademicką pracę. "Angry and frustrated" to są ci
              doktoranci, którzy wypowiadali się tutaj wczoraj. Tylko u nas wyzysk jest o
              wiele bardziej bezwzględny i słabsza ochrona prawna.

              .......Many in teaching circles worry this is just the beginning. At some
              point, they fear, entire departments will be made up of part-timers hired by
              the term or by the year. The result, they say, would be the end of the
              traditional college faculty.

              Przecież tego właśnie chcą zwolennicy ustawy rektorskiej!!! Tylko z gwarancją,
              że jak hab. to nieusuwalny.
              • charadrius_vociferus nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczyka 31.03.05, 14:46
                khmara napisał:

                > "You get some young PhD that's all eager and
                > up to date and strong. You get to use them for a few years, and then sooner or
                > later they'll get frustrated and angry. Then they get another fresh piece of
                > meat to fill the slot and then use them for a few years and then they get
                > burned out. You get rid of them, then you get another one. Is this the way to
                > run a university?"
                >
                > Tak jest u nas na niektórych dużych wydziałach uniwersyteckich. Doktorantów jes
                > t
                > 30, rocznie zatrudnia się 1-2 osoby po doktoracie.

                Moral z tego jest taki, ze nadprodukcja doktoratow jest i w USA i w Polsce.
                Prawie nikt sie tym nie przejmuje, w szczegolnosci prof. Jajszczyk nie
                zaproponowal niczego, co by te nadprodukcje zlikwidowalo.
                • itd-gw Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 31.03.05, 16:43
                  nadprodukcji doktoratow nie mozna uciac z kilku powodow:

                  1. doktoranci sa potrzebni jak powietrze profesorom 'to be' - bez nich zegnaj
                  Belwederze

                  2. doktoranci sa darmowymi pracownikami dydaktycznymi - wielu z nich prowadzi
                  znacznie wiecej godzin niz przewiduja przepisy

                  3. ktos musi zastepowac wojazujacych konferencyjno-turystycznie, wieloetatowcow
                  o obnizonym pensum

                  4. za doktoranta uczelnia nie oplaca ZUSu (tak przynajmniej sadze)


                  a kiedys studia doktoranckie wprowadzono by byly godziny, bo bez nich nie bylo
                  etatow
                  • taternik1 Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 31.03.05, 16:53
                    itd-gw napisała:
                    > nadprodukcji doktoratow nie mozna uciac z kilku powodow:
                    > 1. doktoranci sa potrzebni jak powietrze profesorom 'to be' - bez nich zegnaj
                    > Belwederze
                    > 2. doktoranci sa darmowymi pracownikami dydaktycznymi - wielu z nich prowadzi
                    > znacznie wiecej godzin niz przewiduja przepisy
                    > 3. ktos musi zastepowac wojazujacych konferencyjno-turystycznie,
                    wieloetatowcow o obnizonym pensum
                    > 4. za doktoranta uczelnia nie oplaca ZUSu (tak przynajmniej sadze)
                    > a kiedys studia doktoranckie wprowadzono by byly godziny, bo bez nich nie bylo
                    > etatow

                    Ależ nikt nie zmusza do bycia doktorantem! Jeżeli ktoś chce być wolny, godziwie
                    zarabiać, mieć na samochód, dom, rodzinę, wczasy, a przede wszystkim nie
                    wysługiwać sie tym okropnym profesorom, to może przecież iść do normalnej pracy,
                    a nie kontynuować naukę na studiach doktoranckich!

                    Andrzej Jajszczyk
                    • sendivigius Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 31.03.05, 17:15
                      Bardzo slusznie. Nauka Wladyslawa Gomolki nie poszla w las, on tez krzyczal -
                      studenci do nauki! A komu sie nie podoba to moze sobie wyjechac. Swieta prawda
                      bylaby gdyby uczelnia byla prywatna wlasnoscia pana Jajszczyka, na szczescie
                      nie jest, choc sie tego domaga.

                      Widac z tego jasno ze zadne reformy nie nastapia bo ci co chca reformowac nie
                      maja sprzymierzencow nigdzie. Nie maja ich wsrod profesorow bo im juz dobrze
                      jak starym kapralom w wojsku, ja bylem kotem to teraz ty. Nie podoba ci sie
                      praca w Biedronce w nadgodzinach za darmo to sie zwolnij.

                      Nie znajda tez sprzymierzencow poza uczelniami bo przy wielkim bezrobociu i tak
                      mysli sie o nich jak o tych ktorzy i tak maja lepiej, a na ich miejsca wielu
                      chetnych. Reformy moga sie zaczac tylko z zewnatrz jak jakis rozsadny premier
                      wyznaczy rozsadnego ministra. A ktory minister szkolnictwa wyzszego nie byl
                      profesorem. Kolko sie zamyka.
                    • itd-gw Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 31.03.05, 17:18
                      taternik1 napisał:

                      >
                      > Ależ nikt nie zmusza do bycia doktorantem!

                      zgoda, ale wladze uczelni, Rady Wydzialow powinny KONTROLOWAC to co sie dzieje
                      na ich podworku i ZAPOBIEGAC PATOLOGIOM.

                      Tymczasem wielu utytulowanych promotorow NIE NADAJE SIE do prowadzenia
                      doktoratow ze wzgledu na ich 'nieodswiezane kompetencje merytoryczne' +
                      opisywany przez Pana poziom recenzji. Efekt = CK ocenia, ze do 60% obronionych
                      doktoratow nie spelnia podstawowych kryteriow.

                      Moja wypowiedz miala na celu nie atak na Pana (akurat z wiekszoscia tez artykulu
                      sie zgadzam, chociaz sa dosc 'zaowalowane') tylko wskazanie, ze obecny system
                      jest patologiczny gdyz partykularne interesy srodowiska przewazaja nad poziomem
                      doktoratow. Tyle i nic wiecej. W kazdym systemie sa pozytywne wyjatki i akurat
                      wiem, ze Pan do nich nalezy.
                      Natomiast mnie wlosy stawaly na glowie czytajac same wstepy do doktoratow
                      obronionych na Pana Alma Mater :-(

                    • charadrius_vociferus Take it or leave it, says professor Jajszczyk 31.03.05, 17:37
                      > Ależ nikt nie zmusza do bycia doktorantem!

                      I to ma byc argument? Mowimy o nadprodukcji doktoratow. To, ze sa chetni w
                      niczym nie zaprzecza temu, ze nadprodukcja doktoratow jest faktem.
                • taternik1 Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 31.03.05, 17:05
                  charadrius_vociferus napisał:
                  > Moral z tego jest taki, ze nadprodukcja doktoratow jest i w USA i w Polsce.
                  > Prawie nikt sie tym nie przejmuje, w szczegolnosci prof. Jajszczyk nie
                  > zaproponowal niczego, co by te nadprodukcje zlikwidowalo.

                  Czy ja juz musze rozwiazywac wszystkie problemy? I o wszystkim, czym sie
                  przejmuje pisac w gazetach? Staralem sie tylko zwrocic uwage na kilka patologii
                  i pokazac jak probuja unikac ich inni (oczywiscie nie zawsze z rewelacyjnym
                  skutkiem). Obawiam sie, ze za chwile ktos stwierdzi, ze to wlasnie ja jestem
                  winien calemu zlu na polskich uczelniach (wlasciwie to juz takie mysli
                  przemykaja w niektorych postach).

                  P.S. Moi nieliczni doktoranci byli wykorzystywani w umiarkowany sposob. Dwoch z
                  czworki wypromowanych jest juz profesorami, a przede wszystkim swiatowej slawy
                  naukowcami. Pozostalych dwoch radzi sobie rowniez swietnie. Aktualni doktoranci
                  jezdza na konferencje po swiecie nie mniej niz ja (ja na ogol nie jezdze za
                  pieniadze podatnikow), a ich awans zalezy glownie od nich samych.

                  Andrzej Jajszczyk
                  • charadrius_vociferus Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 31.03.05, 17:40
                    taternik1 napisał:

                    > charadrius_vociferus napisał:
                    > > Moral z tego jest taki, ze nadprodukcja doktoratow jest i w USA i w Polsc
                    > e.
                    > > Prawie nikt sie tym nie przejmuje, w szczegolnosci prof. Jajszczyk nie
                    > > zaproponowal niczego, co by te nadprodukcje zlikwidowalo.
                    >
                    > Czy ja juz musze rozwiazywac wszystkie problemy?

                    Nigdzie nie twierdzilem, ze ma Pan rozwiazywac wszystkie problemy. Ale
                    nadprodukcja doktoratow jest widoczna golym okiem i jakakolwiek reforma
                    szkolnictwa wyzszego traktujaca ten problem na zasadzie "nie moja sprawa" jest
                    mocno niepelna.
                    • kawitator Re: nadprodukcja doktoratow a propozycje Jajszczy 03.04.05, 10:31
                      proszę bardzo niue ograniczać produkcji doktorów nauk wszelakich
                      Też chcę zrobić doktorat tak dla siebie bo lubię a tu jakiś urzędasek
                      powie "nie ma dla ciebie etatu po doktoracir to won"
                      Dlaczego wszyscy chcą aby ktoś coś zapewniał, regulował ograniczał????
                      Tęskonota z socjalizmem??? Jak będę studiował za swoje pieniądze ( tu ukłon w
                      stronę Taternika ) to mogę robić nawet trzy doktoraty z różnych dziedzin i
                      jeżeli tylko dam radę intelektualnie to nic nikomu do tego. Nauka to jest
                      towar. Kupuję wiedzę i idę tam gdzie dostanę najlepszą w najlepszych warunkach
                      i najtaniej . Moze być AGH może być MIT a moze też Politechnika Świętokrzyska
    • akwem Re: Skazani na bylejakość? 30.03.05, 22:12
      "Opowiadam się za jeszcze większą koncentracją środków na najlepszych
      uczelniach. Tylko wtedy mamy szansę na powstanie kilku uczelni mogących
      konkurować z najlepszymi uniwersytetami w Europie i na świecie". Ba, konkurować
      będą aż miło! Trzy, może pięć. A że uniwersytet to nie fabryka, to studiować
      będzie na nich 100, może 150 tyś. osób.Pozostałe uczelnie zostaną skazane na
      wymarcie... Wizjoner... Ludzie, którzy z róznych powodów się nie dostaną na te
      jakże rewelacyjne (dzięki m.in. dotacjom przejetym od innych szkół)
      uniwersytety, wyjadą do bogatych Niemców i Szwedów pracować wsród kalafiorów
      lub innych borówek. Ot, i diabli wezmą naszą elitę intelektualną, bo te
      tysiączki, które przebrną przez studia rewolucji w tej kwestii raczej nie
      uczynią.

      Co do reszty wywodu Pana Profesora podpisuje sie obiema rękami. Te układziki...
      Serce rośnie, czasami...
    • spengler Obłęd komerchy 30.03.05, 22:30
      To jakaś paranoja. Oczywiście, że polski system szkolnictwa wyższego jest fatalny, przeniknięty korupcją i układzikami. Osobiście jestem jak najdalszy od obrony panujących tu stosunków. Jednak recepty na zasadzie "sprywatyzować, skomercjalizować, zaorać co się nie sprzedaje" zakorzenione są w jakieś żenującej krókowzroczności, żeby nie użyć mocniejszych słów. Trzeba mieć doprawdy mocno "ścisły" umysł, żeby nie pojmować roli, jaką mają do spełnienia uczelnie wyższe,zwłaszcza uniwersytety. To nie szkoły zawodowe, mające kształcić technokratów gotowych do współpracy z przemysłem i akceptacji korporacyjnego drylu. Uniwersytety mają krzewić pewien niezwykle istotny rodzaj kultury umysłowej i duchowej, kształcić elity świadome swego dziedzictwa cywilizacyjnego, świadome siebie samych i otaczającego je świata. Wolny dyskurs, namysł, wymiana poglądów, spokojne warunki do pracy, która niekoniecznie BEZPOŚREDNIO zwiększa PKB są warunkiem sine qua non dla skutecznego pełnienia tych fundamentalnych funkcji. Tymczasem widzę, że umysłowa degrengolada przejawiająca się w Totalnej Komercjalizacji Wszystkiego przeniknęła do nawet najświatlejszych (z założenia) umysłów. W gruncie rzeczy to nic dziwnego - w końcu najbardziej szalone idee i ideologie tradycyjnie znajdowały posłuch wśród intelektualistów. Wystarczy mieć jednak minimum wiedzy i wyobraźni, aby zrozumieć kilka prostych kwestii - nie wszystko, co wyznacza ludzką egzystencję opiera się na rachunku ekonomicznym, rola uniwersytów w naszej cywilizacji była i jest kluczowa, nie sprowadza się ona do "produkowania" praktycznie użytecznej wiedzy i absolwentów. Nie każdy rodzaj aktywności naukowej i dydaktycznej jest produktywny ekonomicznie, ale twierdzenie, że powinno to przesądzić o jego wykorzenieniu, jest niesłychanie prostackie i niebezpieczne. Bez filozofii, wolnego dyskursu, "niepotrzebnego bicia piany" nie byłoby ani telekomunikacji, ani współczesnej cywilizacji technicznej,jakże praktycznej i pragmatycznej. Że to XIX-wieczne idee, bo dzisiaj świat jest inny? Bynajmniej - dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek musimy pamiętać kim jesteśmy i uważnie obserwować to, co się dzieje. Introspekcja jest cechą zachodniej cywilizacji, bezrefleksyjne powtarzanie modnych aktualnie hasełek nie świadczy dobrze o naszej kondycji umysłowej.
    • adamklimaszewski Re: Skazani na bylejakość? 30.03.05, 23:59
      Odnośnie stwierdzenia " polskie uczelnie kształcą kadry dla bogatych Niemiec itp"

      Czy jaśnie pan, autor tego artykułu uważa, że gdyby w Polsce była praca dla
      ludzi po studiach, to ktokolwiek jechałby na Zachód??
    • roton1 Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 05:18
      Panie Profesorze jest Pan bardzo naiwny, w odległych czasach też tak
      mówiono "bo na zachodzie to...". Studia odpłatne jako poszerzenie mozliwości
      kandydatów z małych środowisk??? Niestety tak jest, że lepsi studenci są po
      lepszych szkołach srednich, z lepiej wykształconych środowisk ale najczęściej
      niezamoznych, niech im też będzie gorzej. Ta propozycja, to sprowadzenie
      szkolnictwa do poziomu trzeciego swiata. Wyboru władz niech dokonują
      profesorowie - np. R. Bender, A. Jarosz (patrz Polityka), A. Grzeskowiak i zna
      Pan wielu innych, którzy tytuły wychodzili a jakoś ich osiągnięcia nie są
      znane (poza tzw. książką profesorską, czytaną tylko przez autora). Oczywiscie
      przesadzam, wielu jest profesorów godnych najwyzszego szacunku, uznanych. O
      Panu w Googlach tez, aż przyjemnie popatrzeć. Ale przy wyborach trudniej
      zmanipulować liczym gronem niż małym. Uczelnie będą lepsze i gorsze - kształcą
      niezle - głównie pracą adiunktów czy starszych wykładowców.

      Żle jest z nauką, nie ma nauki bez pieniędzy - profesor (dobry) musi mieć
      zapewniony dostatek materialny, nie ganiać po 20 szkółkach, mieć bazę badawczą,
      pieniądze na wyjazdy. Mogłby to dac system grantów. Ale granty w niektórych
      dziedzinach nauki są martwe, nie ma funduszy, nie ma grantów (no może są 10 tys
      zł na dwa lata dla zespołu 3 osób - starczy na konferencję mn dla dwóch i 3
      krajowe). naprawiać trzeba ale nie marzeniami o cudownym zachodzie.
      Publikujesz, jesteś czytany - zarabiasz, masz funusze. Nie, to trzeba
      zastanowić się po jesteś w nauce. Zlikwidowac doktoraty przed Radami Wydziału,
      a utworzyć Akademie Regionalne (np. Francja, Rosja)składające się ze
      specjalistów z waskiej dziedziny. Niepotrzebne są habilitacje, po których są
      same profity, a mozna już siedziec na tyłku.
      • micro5 Re: Święta Racja 31.03.05, 06:03
        Reforma nauki nie może się odbywać przez ludzi od niej zależnych bo zawsze
        bedzie wypaczona.Poruszone problemy są patologiami. szkolnictwa wyższego.

        Uważam że samorządność uczelni wyższych przypomina rodzinę w której mąż
        przynosi pensję i nie interesuje się dokładnie co robi żona byle tylko była
        micha.
        W szkolnictwie wyzszym powstały spółdzielnie jak tobie ty mnie tak również
        jest przy wyborach władz na uczelniach , gdzie powstają spóldzielnie elektorów
        i wzajemnie się wybierają. Wybory rektora powinny być powszechne dla
        pracowników nauki zatrudnionych na pełnym etacie na tej uczelni.
        Nie można czynić z uczelni układów feudalnych, że madrość z ojca spada na syna
        itp na niektórych uczelniach katedry opanowane są przez rodziny.
        Dla obrony doktoratów powołać państwowe komisje które będą wyznaczać
        recenzentów a nie konferencyjne układziki, gdzie ustala się kto komu i jaką
        recenzję napisze, obecnie poziom niektróych doktoratów jest żenujacy a
        specjalności naukowe recenzentów mają się jak pięść do nosa.
        Zlikwidować mianowanie na profesora i kierownika katedry, poniewaz jest to
        wówczas "święta krowa " która zniszczy każdą inicjatywę, powinien być stosowany
        konkurs, ale nie przed "swoją komisją".
        W Niemczech prowadzenie działalności gospodarczej przez adiunktów jest atutem
        zatrudniania ich na stanowisku profesorskim. Należy zlikwidować tzw "praktyków
        z teorii" czyli w naukach technicznych jeżeli kandydat na profesora nie posiada
        uprawnień budowlanych czy projektowych to bezwzględnie powinien być
        eliminowany , bo brak związku z praktyką, często później taka osoba pod szyldem
        uczelni przygotowuje opinie na tematy które zna tylko z teorii.
        Często prowadzenie działalności gospodarczej pozwala być na bieżaco z postępem
        technicznym, na co uczelni poprostu nie stać.

    • dawid.kingloff Austriackie gadanie akademika 31.03.05, 07:45
      Artykul profesora Jajszczyka pasuje do gazety, w ktorej jest publikowany. Jest
      wybiorczy. Z najlepszego (w kazdym razie najbardziej wydajnego) systemu
      finansowania nauki, jaki jest w USA papn profesor wybiera sobie te rzeczy,
      ktore mo odpowiadaja. W dodatku uwaza czytelnika za osobe nie potrafiaca
      myslec. Wiadomo, tylko profesor potrafi (taka choroba akademika).

      Artykul jest dosc nierowny - choc jest w nim kilka dobrych postulatow to pelno
      w nim klisz, uproszczen oraz powtorzen opinii innych osob. Nie brak oczywiscie
      mantry o koniecznosci wprowadznia oplaty za studia. Nie wiem kto mialby na tym
      skorzystac oprocz panstwowych uczelni, bo chyba nie spoleczenstwo, a w koncu to
      akademie sa dla niego a nie odwrotnie. Uczelnie powinny byc miejscem gdzie
      niweluja sie podzialy na biednych i bogatych a ktos z biednej rodziny pownien
      miec szanse na dostep do najlepszego uniwersytetu jezeli ma do studiowania
      tamze niezbedne predyspozycje (bynajmniej nie finansowe).

      Profesor pisze: „renomowane uczelnie państwowe kształcą bezpłatnie dzieci z
      dobrze sytuowanych rodzin, mieszkające w dużych miastach, które mogły
      uczęszcz.. do najlepszych liceów i korzystać z płatnych korepetycji. Słabiej
      zaś przygotowane, pochodzące z mniej zamożnych rodzin dzieci z prowincji nie
      mogą dostać się do szkół państwowych i muszą studiować w płatnych uczelniach
      niepublicznych.”

      Nie bardzo wiem co wprowadzenie czesnego w szkolach panstwowych mialby zmienic
      w tej sytuacji, to dodatkowo sprawe pogorszy i zakonserwuje obecny system.
      Jezeli dodac do tego postulat (zupelnie idiotyczny) o kierowniu pieniedzy
      tylko do najlepszych osrodkow, skaze to dzieci z biednych rodzin (jak latwo sie
      nimi podpierac) na nauke w placowkach o poziomie zblizonym do
      amerykanskich „community colleges”. Panie profesorze, pieniadze (czyt. granty)
      powinny byc kierowane do najlepszych naukowcow, a w zakichanym interesie
      uczelni jest walka zeby te osoby na niej pracowaly! Nikt nie bedzie kierowal
      grantow do AGH jedynie z tego powodu, ze nazywa sie AGH (nawiasem mowiac AGH
      mogloby sie w najlepszej 5 nie zmiescic).

      Pan profesor pisze tez o stypendiach, ktore milalyby sie zdolnej mlodziezy
      nalezec, ale ani slowa, skad na te stypendia wziac pieniadze. Krotko mowiac,
      kasa dla uczelni z czesnego juz teraz, o stypendiach pomyslimy pozniej (czyli
      prawdopodobnie nigdy).

      Co do amerykanskiego systemu oplat za studia, to chyba zna go pan wylacznie z
      opowiadan kolegow. Ogranicze sie jedynie do uczelni prywatnych, gdyz na takowej
      pracuje i mam kontakt ze studentami i ich rodzinami. Czesne tutaj to ok. 25
      tys. dolarow rocznie, do tego doliczyc ok. 10 tys. na utrzymanie co daje nam
      okragla sumke 35 tys. dolarow na rok akademicki. Cztery lata studiow to wydatek
      rzedu 140 tysiecy dolarow. Dla porownania, domek na przedmiesciu w srednio
      zamoznym miescie to wydatek rzedu 200 tys. twardej waluty. Ale: absolwent
      takowej uczelni po pierwsze znajdzie prace (bezrobocie w stanach to ok. 5 %),
      po drugie dostanie za nia ok. 30-35 tys. dolarow rocznie (pierwsze 2-3 lata
      pracy). Powoduje to, ze bank udzieli mu i jego rodzicom kredytu, bo ow student
      go splaci w ciagu 20 lat. Znajac sytuacje gospodarcza Polski, nie trzeba byc
      geniuszem, zeby przewidziec decyzje polskiego banku, nawet gdyby w rachube
      wchodzila suma 20 tys. zl. Swoje dziecko zapewne by pan wyksztalcil, gorzej z
      corka sprzedawczyni z „Bzdzic na Podlasiu”.

      Co do wyjezdzania lekarzy i informatykow do pracy za granice: moze ksztalcimy
      ich za duzo? Moze lepiej odlozyc czesne na pozniej, kiedy sytuacja w kraju
      nieco sie ustabilizuje i bezrobocie spadnie? Bez sensownej polityki naukowej
      panstwa ne ma sensu ladowac tych pieniedzy w uczelnie, bo i tak sie zmarnuja,
      co najwyzej profesorowie beda jezdzic lepszymi samochodami. Czas tez skonczyc z
      mitem intelektualistow i elity obecnym w glowach naszych „uczonych”, przecietny
      profesor w USA to typowa klasa srednia.

      Wracajac do polityki naukowej, to dlaczego jej nie ma? Co robi „profesor z
      dorobkiem” Kleiber, szef opiewanego w panskim artykule KBN? Jest ministrem
      Nauki i Informatyzacji, dlaczego nie opracowal dotad takiej polityki? Kto ma to
      zrobic? Chyba nie liczy pan na poslow PSL?

      Wreszcie sugeruje pan, podpierajac sie Einsteinem (wiadomo, nawet tluszcza
      slyszala o Einsteinie), zeby nie trzeba bylo publikowac za duzo. Otoz informuje
      pana, ze zeby w USA dostac mianowanie (tenure) niezbedne sa trzy rzeczy:
      1. Publikacje.
      2. Publikacje.
      3. Publikacje.
      Jezeli te 3 warunki sa spelnione, dostaje sie z zewnatrz granty na prowadzenie
      badan i aparature (ktore zreszta w sporym procencie zasilaja kase uczelni),
      ktore generuja wyniki a te kolejne publikacje. Wszystko razem z czasem (ok. 7
      lat) pozwala ubiegac sie o mianowanie.

      Trudno zreszta brac za przyklad naukowca z innej epoki i probowac wpisac go w
      dzisiejsze realia.

      Wreszcie pisze pan o publikowaniu byle gdzie i byle czego. Tak, to problem. W
      siecie naukowym za publikacje znaczaca uznaje sie ta, ktora jest czytowana ok.
      50 razy. Ilu profesorow w polsce, takze z tych tzw. renomowanych osrodkow moze
      sie pochwalic choc jedna taka publikacja? Ilu na AGH? Tu moze poprzestane.

      • charadrius_vociferus o oplatach za studia w USA 31.03.05, 14:30
        > Co do amerykanskiego systemu oplat za studia, to chyba zna go pan wylacznie z
        > opowiadan kolegow. Ogranicze sie jedynie do uczelni prywatnych, gdyz na takowej
        >
        > pracuje i mam kontakt ze studentami i ich rodzinami. Czesne tutaj to ok. 25
        > tys. dolarow rocznie, do tego doliczyc ok. 10 tys. na utrzymanie co daje nam
        > okragla sumke 35 tys. dolarow na rok akademicki. Cztery lata studiow to wydatek
        >
        > rzedu 140 tysiecy dolarow. Dla porownania, domek na przedmiesciu w srednio
        > zamoznym miescie to wydatek rzedu 200 tys. twardej waluty. Ale: absolwent
        > takowej uczelni po pierwsze znajdzie prace (bezrobocie w stanach to ok. 5 %),
        > po drugie dostanie za nia ok. 30-35 tys. dolarow rocznie (pierwsze 2-3 lata
        > pracy). Powoduje to, ze bank udzieli mu i jego rodzicom kredytu, bo ow student
        > go splaci w ciagu 20 lat.

        Ten system jako tako funkcjonuje ale nie bez zgrzytow. Na przyklad dlug jest
        jednym z powodow tego, ze Amerykanie stanowia tylko 40% doktoratow - studenci
        zagraniczni z reguly nie maja dlugu do splacenia i latwiej im podjac ryzyko
        zwiazane z pojsciem na studia doktoranckie. Zamiast tego koncza stomatologie czy
        business administration - mniejsze ryzyko, wieksze pieniadze.
        • dawid.kingloff Re: o oplatach za studia w USA 01.04.05, 02:50
          gdybym byl kumatym amerykaninen nigdy nie poszedlbym na studia doktorackie, bo
          to glupota (z punktu widzenia kogos, kto traktuje nauke jako zawod a nie
          pasje). poszedlbym w kierunku medycznym (co sporo ludzi robi konczac najpierw
          np. fizyke) albo prawniczym, albo tez od razu do pracy.
          • edek47 Najlepiej to zaraz po przedszkolu do roboty... 30.06.05, 12:45
            ma sie wtedy bardzo duzo czasu na to, aby sie dorobic.
    • zkoza Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 10:46
      Autor słusznie zauważa, że nauka/naukowcy sami z siebie nie sa w stanie znalezc
      drogi wyjscia - zawsze zwycieza lokalne uklady, koterie i grupy interesu.
      Juz teraz na wielu wydzialach robi sie ogromne pieniadze - ale nie z nauki, ale
      z posiadania tytulu. Po co profesorowi prawa, medycyny czy ekonomii robic nauke,
      skoro on *obok* nauki ma kilkudziesieciokrotnie wieksze profity bez koniecznosci
      rozliczania sie z kimkolwiek poza - byc moze - fiskusem? Jak pracownik - mlody
      czy stary - innego wydzialu ma robic prace naukowe na swiatowym poziomie, skoro
      przez 50 lat panowala tam selekcja "mierny, ale wierny"? Jak wyglada dobor kadr
      na takich wydzialach?
      Te (i im podobne) wydzialy maja ogromna kadre, ogromna liczbe studentow, a wraz
      z nimi pieniadze, swoja profesorska reprezentacje (emanacje) w KBN-ie i
      przeglosuja absolutnie wszystko, co bedzie w ich interesie.
      Do tego dochodza uczelnie prywatne, ktore dzialalnoscia naukowa w ogole nie sa
      zainteresowane.

      Nie porusza Pan jednak innego fundamentalnego problemu: polska nauka jest
      *mentalnie* i *systemowo* zajeta czubkiem własnego nosa.
      Tzn. w karierze naukowej liczy sie doktorat, habilitacja, profesura, publikacje.
      A co z tego wszystkiego ma Kowalski?
      Jesli przyjdzie do mnie szef jakiejs firmy lub, powiedzmy, profesor medycyny czy
      geologii i zaproponuje wspolprace, to przyjecie jego oferty niemal na pewno
      zablokuje moja kariere naukowa (zakladam, ze wyniki mojej pracy beda spolecznie
      uzyteczne, ale niepublikowalne lub publikowalne w czasopismach z innej niz moja
      dziedziny, a więc bezwartosciowe dla mojego dalszego awansu).
      W tym systemie jedyną korzyscią, jaka spoleczenstwo ma ze szkolnictwa wyzszego,
      jest jego (szkolnictwa) funkcja dydaktyczna.
      Uczelnie nie są innowacyjne - cala nadzieja w tych absolwentach,
      ktorzy *opuszczają* ich mury.
    • mromac Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 12:40
      Jestem nauczycielem akademickim i w 100% potwierdzam trafne obserwacje dziwnych zwyczajow na polkisch uczelniach. Propozycje przedstawione w artykule takze ida w dobrym kierunku , tyle ze nie spodziwalbym sie znaczacych zmian w ciagu najblizszych 10 lat. Nasze szkoly wyzsze to skansen.
    • wako3 Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 13:18
      Na pewno nie ze wszystkim można się zgodzić (np. wiarą Autora w moc rotacji czy
      niewiarą w konkursy), ale dobrze, że się o tym pisze. Może czas już wyjąć głowę
      z piasku i skończyć z fikcją tytułów i stopni oraz iluzjami co do możliwości
      kształcenia. W systemie nauki w Polsce na coś się trzeba zdecydować. Albo
      weryfikację tego co jest albo likwidację belwederskich profesur i habilitacji.
      Dobre pomysły na weryfikację proponowali prof. prof. Kalisz i Pacholski
      (elka.wel.wat.edu.pl/~jkalisz/Reformy%20w%20polskiej%20nauce.pdf oraz -
      tygodnik.onet.pl/1547,1195766,dzial.html) ten pierwszy proponował w
      efekcie zniesienie habilitacji). Obojętne jednak co się wybierze, pierwszym
      krokiem powinno być ujawnienie za co się stopnie i tytuły otrzymało. Obecnie
      mamy taką sytuację, że osoby o ogromnym dorobku naukowym i kompetentne w swej
      dziedzinie traktowane są formalnie dokładnie tak samo jak ludzie, którzy bronią
      tajemnicy swego dorobku jak niepodległości Polski. Co gorsze, wierzą, że maja
      rację. Ja od czterech lat usiłuję przekonać niektórych uczonych z Akademii
      Świętokrzyskiej w Kielcach, że dorobek naukowy powinien być jawny, ale bez
      rezultatu. Fragmenty tej, często humorystycznej, a zawsze pełnej emocji
      dyskusji znaleźć można na forum dyskusyjnym kieleckiej edycji GW (por.
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=12807543&v=2&s=0 (wątek -
      skromność profesorska),
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=2268163&v=2&s=0 (bez tytułu),
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=5481164&v=2&s=0 (wątek -letnia
      szkoła zarządzania)). To, co jest uderzające, to PRZEKONANIE, że tak ma być.
      Obawiam się, że może to nie być kielecka tylko specjalność. Koncentracja
      środków na kilku priorytetowych celach jest w zasadzie jedynym co możemy (jeśli
      jeszcze możemy – przeszkód na dziś jest mnóstwo, a jutro będzie za późno)
      uczynić. Na masowe kształcenie na dobrym poziomie nie stać chyba żadnego kraju.
      Nie wiadomo też czy byliby na takie kształcenie (nie dyplom, ale to co za nim
      stoi) chętni, bo według różnych źródeł kwalifikuje się do tego od 5 do 20
      procent populacji. I na tylu chętnych dobrych ośrodków starcza nam już dziś.
      Tam można by kształcić (ale mniej studentów niż dziś) w sprawdzonym systemie
      uczeń-mistrz z dużą pomocą Państwa i na dobrym poziomie. Nie da się jednak (i
      chyba nie warto) zrezygnować z kształcenia na skalę masową, więc jakiś udział
      własny kształconych jest konieczny (wszystkich dobrze finansować się nie da).
      Nie wiadomo dlaczego kształcenie takie musi się zawsze odbywać w uczelniach-
      molochach. Ja potrafię sobie wyobrazić (por. www.nauka-
      edukacja.p4u.pl/articles.php?id=65) rynek wielu, również małych firm
      edukacyjnych przygotowujących studenta do w miarę zobiektywizowanego,
      całkowicie „zewnętrznego” egzaminu. Na pewno obniżyłoby to średnie koszty
      studiowania. Nie wiadomo co z tych dyskusji wyniknie, ale dobrze, ze się
      rozmawia.

      W. Korczyński
    • khmara Czy to środowisko może się zreformować? 31.03.05, 13:36
      Wiadomość nieoficjalna:
      Wybory na Uniwersytecie Gdańskim wygrał dr hab. Andrzej Ceynowa.
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=57&w=22217221&a=22229985
      Warto przypomnieć:
      Rektor Ceynowa zasłynął tuszowaniem skandalu związanego z przyjęciami na Wydział
      Prawa i Administracji UG. Pół roku wcześniej publicznie zapowiedział, że będzie
      bronił ówczesnego dziekana WPiA, oskarżonego o plagiat dwóch prac magisterskich.
      Prof. Michał P. odszedł z UG za porozumieniem stron, śledztwo prowadzone przez
      prokuraturę zakończyło się postawieniem zarzutów, sprawa znajdzie swój finał w
      sądzie. Zgodnie z daną obietnicą, rektor Ceynowa do dzisiaj nie wszczął
      postępowania dyscyplinarnego przeciw oskarżonemu o plagiat byłemu dziekanowi.

      Dzisiaj odbyła się druga tura wyborów rektorskich. W pierwszej turze rektor
      Ceynowa nie miał kontrkandydatów, przegrał sam ze sobą.

      Kiedy widzi się takie coś, faktycznie chce się powtórzyć: zaorać i zacząć
      budować od nowa. Uniwersytety zostały faktycznie sprywatyzowane przez wąskie
      grupy uprzywilejowanych, a starych porządków broni się niczym okopów Świętej
      Trójcy wymachując autonomią uczelni. Demokracja akademicka i autonomia uczelni w
      polskim wydaniu to pokraczne, zdegenerowane hybrydy. A cały ten cyrk odbywa się
      na koszt państwa i podatnika.

      Na forum gdańskim GW ktoś postawił świeczkę UG. Ta świeczka należy się całemu
      szkolnictwu wyższemu w Polsce. Nie jesteśmy skazani na bylejakość, to zbyt
      optymistyczne założenie. Może już być tylko gorzej.
      • khmara Re: Czy to środowisko może się zreformować? 31.03.05, 19:01
        Wiadomość potwierdzona:
        Ceynowa jednak został rektorem Uniwersytetu Gdańskiego
        miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,2629959.html
        Andrzejowi Ceynowie nie zaszkodziła kompromitacja związana z aferą rekrutacyjną
        na Wydziale Prawa UG. W czwartek 31 marca elektorzy wybrali go na drugą kadencję.
        - Afera rekrutacyjna na Wydziale Prawa miała o tyle znaczenie, że zamieszane w
        nią osoby za nic nie odpowiedziały - mówi jeden z elektorów. - W normalnym kraju
        poleciałyby profesorskie głowy, a Ceynowa nie odważył się na tak radykalne
        ruchy. Wybór Ceynowy oznacza ochronę pewnego układu. Rektor do końca bronił
        swoich podwładnych i teraz oni stanęli za nim.
        • mlody_doktorek Re: Czy to środowisko może się zreformować? 31.03.05, 19:11
          Polska jest krajem Solidarności. W Polsce solidarność jest wartością cenioną
          nade wszystko. W Polsce żadne środowisko nie jest w stanie oczyścić się samo.
          Polska jest krajem, w którym "łowcy skór" dalej leczą ludzi. W Polsce pracę
          naukową ocenia się po znajomości. Jak każdą inną. Nie ważne co zrobiono. Ważne
          kto to zrobił. Wygrana Ceynowy w Gdańsku to ostateczna porażka tych, którzy
          ostatkiem sił wierzyli w normalność tego kraju.
    • g.stevens Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 15:46
      To żałosne i każda kolejna wypowiedź naszych naukowców jest taka. Wciąż tylko o
      habilitacjach, profesurach, konkursach, a czy bedzie mozna jeździć za granicę
      bez zgody ministerstwa, a czy sprawiedliwe są wybory do CKK, KBN i tym podobne
      bzdury. Istotą każdej uczelni jest dobrze badać i jeszcze lepiej nauczać, a to
      już zbawców nauki nie obchodzi w najmniejszym stopniu. Na politechnice
      lwowskiej najwybitniejsi naukowcy i pedagodzy byli magistrami.
      • khmara Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 16:32
        g.stevens napisał:

        > To żałosne i każda kolejna wypowiedź naszych naukowców jest taka. Wciąż tylko > o
        > habilitacjach, profesurach, konkursach, a czy bedzie mozna jeździć za granicę
        > bez zgody ministerstwa, a czy sprawiedliwe są wybory do CKK, KBN i tym podobne
        > bzdury.

        Niestety te wszystkie bzdury wpływają na jakość badań i dydaktyki.

        > Istotą każdej uczelni jest dobrze badać i jeszcze lepiej nauczać, a to
        > już zbawców nauki nie obchodzi w najmniejszym stopniu. Na politechnice
        > lwowskiej najwybitniejsi naukowcy i pedagodzy byli magistrami.

        Według dzisiejszych przepisów to Politechnika Lwowska nie miałaby prawa
        prowadzenia studiów magisterskich, a niejaki S. Banach nie byłby w dzisiejszej
        Polsce żadnym profesorem, bo nawet magisterium nie posiadał.
        • g.stevens Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 17:10
          Drogi (a) Khmaro, aby zrobić karierę i pisywać do GW teksty o nauce, należy:
          1) podjąć studia na mało znanej uczelni i nie wyróżniać się tam specjalnie,
          2) po magisterium zgłosić się do dyrektora instytutu, świeżo upieczonego dra
          hab. i zaproponować mu: chciałbym u pana zrobić doktorat (najlepiej gdy temat
          doktoratu odpowiada tematowi pracy magisterskiej),
          3) podzielić doktorat na 5 części i wysłać je do ważnych czasopism polskich, to
          samo w tłumaczeniach za granicę, potem to samo w formie książkowej,
          4) olać wszelkie zajęcia dydaktyczne i badania, a skupić się na habilitacji
          stanowiącej nieco zmienioną w tytule wersję doktoratu,
          5) podłapać z 5 studentów kończących właśnie studia i ekspresowo wypromować ich
          na doktorów, stworzyć na uczelni wrażenie, że jesteśmy za umiarkowanymi
          zmianami, zostać dziekanem,
          6) złożyć wniosek o profesurę belwederską,
          7) zacząć pisać do gazet krajowych o pilnej potrzebie zmian w organizacji nauki
          i szkolnictwa wyższego w Polsce
          8) teraz można wyjechać na wczasy do Tunezji.
          • ladypurple Re: 01.04.05, 12:43
            g.stevens napisał: aby zrobić karierę i pisywać do GW teksty o nauce, należy:
            > 1) podjąć studia na mało znanej uczelni i nie wyróżniać się tam specjalnie,
            (...)

            uff, przebrnęłam prawie przez cała dyskusję, zgadzam się z Makarym i powyższymi
            słowami, obserwuję na co dzień jak moi koledzy/anki doktoranci piszą artykuły
            prosto z magisterki albo tego co robia na doktoracie na poslednie konferencje,
            aby miec tzw publikacje i moc dostac pieniazki na wyjazd na te konferencje
            (jesli chce sie tylko pojechac, aby sluchac referatow i wiedziec co sie dzieje
            w moim polu zainteresowan, to sie nie dostanie granta, bo nie ma referatu, choc
            z drugiej strony po co jechac skoro taka jakosc referatow... ehh kolo sie
            zamyka) gdzie i tak nikt nie slucha tego co wyglaszaja i nie ma zadnej
            dyskusji, itp, itd, wielkie jest zdziwienie calego grona jesli sie tak nie
            postepuje ("nie masz za co pojechac? napisz cokolwiek i dostaniesz kase"), na
            razie tyle
            • ladypurple Re: 01.04.05, 13:04
              i jeszcze: brak atmodfery wspolpracy jest dobijajacy, za to ciagle jest przez
              obrzydliwe podcinanie skrzydel, niszczenie inicjatyw (a co to mlody
              podskakuje), brak rzetelnej pomocy dla doktoranta, ktory zaczyna uczyc
              studentow (zamiast tego obmawianie po kazdej pomylce i tworzenie zlej
              atmosfery - w koncu mlody moze zagrozic jak jest za dobry, a jak sie za bardzo
              stara to juz wogole nie wie jak nalezy postepowac...), tworzenie iluzji
              atmosfery naukowej (jak mlody chce dyskutowac, to prosze bardzo, ja przeciez
              tez chce - tylko ze starsza kadra sie nagminnie wykreca natlokiem obowiazkow od
              jakiejkolwiek wspolpracy np wspolnego omowinia proponowanych zmian w uczeniu
              jakiegos przedmiotu, poza tym ze kazda zmiania to atak na status quo, a co w
              nim zlego, skoro kadra go ustnowila?), rzeczywistosc doktoranta jest pelna
              takich paranoi, ze sie w glowie nie miesci, to moj ostatni post, bo chyba za
              bardzo offtopic mi to wyszlo (takie żale niekonstruktywne), over
    • lukasz_nl Re: Skazani na bylejakość? 31.03.05, 23:08
      No widzicie...
      To wszystko wina rzadu i brak jejgo kompetencji.

      Elity musza sie zmienic.
      Komunisci raus, takze post-komunisci raus, kriminalisci raus..i jeszcze te
      leszcze raus (LPR, Samoobrona)

      Jestem za calkowite reformy.
      Nie tylko potrzebujemy naprawde zdolnych ludzi do rzadu, ale przede wszystkim
      takich ktorzy Polske maja w sercu i zawsze ja beda bronic. Tak jak ci co
      bronili ale juz ich nie ma.

      Niech wruci prawdziwy patriotyzm.

      Mozemy tylko sie uczyc od innych krajow, ale Polski nie mozemy sprzedac.
      • qwerty74 Wszędzie wszystko czyli wszędzie nic! 01.04.05, 00:13
        Lepszy wygrywa gorszy przegrywa. Tylko silna konkurencja i rywalizacja za ktora
        idzie godziwa nagroda sa szansa na rozwoj nie tylko nauki ale w kazdej
        dziedzinie. Zespol jest tak silny jak silny jest jego najslabszy zawodnik. Gdy
        zrozumiemy ta zasade to okaze sie ze w naszym interesie jest eliminowanie osob
        chcacych cwaniakujac osiagnac cel bo oni szkodza przede wszystkim nam samym
        Ja chcialbym osobiscie zwrocic uwage na jedna rzecz: Profesor Jajszczyk napisal
        artykul w ktorym przedstawil zarys swoich pogladow na temat reformy szkolnictwa
        wyzszego. Jednoczesnie bral czynny udzial w dyskusji, broniac i argumentujac
        swoje poglady. Gdyby wiecej profesorow odwazylo sie jawnie wypowiadac nawet na
        tematy trudne dla nich samych to moze z tych dyskusji wynikneloby cos dobrego
        dla naszego szkolnictwa czego sobie i panstwu zycze.
        • lukasz_nl Re: Wszędzie wszystko czyli wszędzie nic! 01.04.05, 13:26
          Tak jak mowisz brak ambicji jest.
          Konkurencja i wolny rynek to sa sily ktore pchaja narod do przodu, ale nie
          zapomijmy ze tez sa koszty.
          Sa ci co wygrywaja i ci co przegrywaja. Trzeba jednoczesnie sie nauczyc
          konkurowac ale tymczasowo wspolpracowac.

          Ale na dodatek chcialem podkreslic ze wspolczesnie elity sa egoistami (chociasz
          czesto tak jest i wszedzie), ale w tych czasach wyjatkowo brakuje patriotyzmu.
          Elita nie jest patriotyczna, takze przecietny obywatel, taksamo leszcze nie sa.

          To wlasnie kapitalizm zrobil z Polska. Tutaj zeby cos osiagnac trzeba
          kombinowac, wlasciwie to jest contynuacja komunizmu. I tak wlasnie nadal jest
          ta mentalnosc zamiast 'zdrowa' konkurencja.

          Polska poprostu nie znalazla dobry sposob na kapitalizm. Ale jednoczesnie chcem
          powiedziec ze w USA kapitalizm tez bardzo duzo liczy sie do przygranych.

          Nie moze tak byc, musi nas wszystkich cos laczyc. I nie wlasnie to jak
          komunisci chcieli 'jednakowy status' lecz zdrowy patriotizm. Musimy stworzyc
          nowa tozsamosc. I elita ma nas w tym prowadzic.

          Ale widzicie jaka jest sytuacja...

          Osobiscie mieszkam od malego na zachodzie wiec nie wiem jak jest calkowicie
          system edukacyjny w Polsce i jego jakosc ale ja ogolnie oceniam Polske. Czytam,
          czesto bywam i interpretuje.

          Pozdrawiam i niech wstanie jakis prawdziwy wodz!
          • edek47 A JA NIE CHCEMMMM CIEBIE SLUCHAC.... 30.06.05, 12:40
            BO SIE KOMPROMITUJESZ,OSIOLKU POSPOLITY.
      • edek47 Oj, nie wruuuuuuuuuca ci spod Lenino !!! 30.06.05, 12:33
        A ty naucz sie pisac po polsku , to forum nie jest dla ciebie, nieuku.
    • ekostar Re: Skazani na bylejakość? 01.04.05, 09:03
      1. Nauka po polsku
      www.naukowcy.republika.pl/ekspert.html
      2. Różne aspekty moich skazanych na niepowodzenie prób rozwinięcia tematów
      badawczych w Polsce w różnych zakładach
      AM w Poznaniu, po powrocie do Polski:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=54&w=21669253&wv.x=2&a=21857276
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752&wv.x=2&a=21883230
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752&wv.x=2&a=21883294
      Więcej:
      Niezależne forum Akademickie
      www.nauka-edukacja.p4u.pl/
    • sendivigius Co robic ? 01.04.05, 17:53
      Takie pytanie zadal kiedys wodz rewolucji. Pozniej w historii mowiono „aby
      Polska w sile rosla trzeba wodza a nie osla”. Inny w tym czasie
      radzil: „zamiast palic komitety budujmy swoje”.

      W kraju, w ktorym wydaje sie 25 mld rocznie na dotacje do bezsensownego
      przemyslu ciezkiego, gdzie wydaje sie 7 mld na dotacje do KRUSow, ZUSow i
      innych obsiadlych przez budzetowe pijawki studni bez dna mowienie ze na nauke
      nie ma pieniedzy mozna tylko okreslic jako „jaja z pogrzebu”.

      A gdyby tak znalezc przynajmniej 1 mld?

      Powolac za to dwa uniwersytety zupelnie nowego typu. I to w szczerym polu, na
      przykad w Grudziadzu, Paczkowie, Nowym Saczu, Stargardzie lub czyms takim.
      Powinny to byc uniwersytety pelne, to znaczy zawierajace takze wydzialy
      inzynieryjne, medyczne i zajmujace sie nauka w pelnym znaczeniu, nie tylko
      dydaktyka. Uniwersytety mialyby strukture wlasnie anglosaska i na poczatek nie
      zatrudnilyby nikogo kto kiedykolwiek pracowal w polskiej uczelni (taka
      kwarantanna). Mialy by pelne prawo nadawania stopni magistrskich i doktorskich
      ale oczywiscie nie habilitacyjnych bo takich by tam nie bylo.

      To powinien ktos zrobic pietnascie lat temu, byloby juz widac kto ma racje. Na
      nauke nigdy nie jest za pozno. Choc kto wie, ostatnio pisali ze chinczycy
      buduja fabryke rowerow w Koszalinie, chcecie czekac az wam wybuduja uniwersytet?
    • jszania o wyborze rektora maja decydowac profesorowie??? 04.04.05, 13:36
      "Najlepiej byłoby, gdyby o wyborze decydowali wyłącznie profesorowie"

      z wieloma tezami artykulu sie zgadzam, ale ten wniosek zupelnie zaskakujacy. tym
      bardziej, ze wczesniej jest mowa o skostnieniu kadr, albo np. to: "Profesorów,
      nawet gdy rażąco zaniedbują swe obowiązki, nie da się właściwie zwolnić."

      a moze punktu widzenia nie da sie oddzielic od punktu siedzenia (prof. Andrzej
      Jajszczyk)
      • taternik1 Re: o wyborze rektora maja decydowac profesorowie 04.04.05, 15:09
        > "Najlepiej byłoby, gdyby o wyborze decydowali wyłącznie profesorowie"
        > z wieloma tezami artykulu sie zgadzam, ale ten wniosek zupelnie zaskakujacy.
        > tym bardziej, ze wczesniej jest mowa o skostnieniu kadr, albo np. to:
        > "Profesorów, nawet gdy rażąco zaniedbują swe obowiązki, nie da się właściwie
        > zwolnić."
        >
        > a moze punktu widzenia nie da sie oddzielic od punktu siedzenia (prof. Andrzej
        > Jajszczyk)

        Ponieważ z mojego dłuższego wywodu w pierwszej wersji artykułu zostało tylko
        jedno zdanie, niezbyt precyzyjnie prezentuje mój punkt widzenia.

        Chodzi generalnie o to, że profesorowie są najbardziej niezależni i najmniej
        podatni na manipulacje, a jednocześnie najlepiej, na ogół, znają kandydatów.
        Oczywiście system wyboru organów jednoosobowych mógłby dobrze działać, gdyby:
        1) kadra profesorska prezentowała lepszy poziom naukowy i moralny (patrz treść
        prawie całego mego artykułu),
        2) profesorami byliby wszyscy etatowi pracownicy naukowo-dydaktyczni uczelni ze
        stopniem doktora (czyli zakładam, że nie ma habilitacji).
        Uważam, że potrzebujemy pracowników, którzy właśnie mieliby punkt widzenia
        niezależny od punktu siedzenia i o tym jest mój artykuł. Poza tym nie sądzę by w
        nauce właściwy był model, w którym wszyscy maja takie same prawa (np. profesor i
        student). Co oczywiście nie oznacza, że studenci nie powinni mieć swoich praw.
        Uczelnia nastawiona rynkowo właśnie o takie prawa studentów będzie dbała, bo
        inaczej będzie wyeliminowana z rynku edukacyjnego.
        Chciałbym dodać, że omawiany pogląd wyznawałem od zawsze, czyli zanim byłem
        jeszcze profesorem (trzeba jednak przyznać, że miałem wtedy lepsze mniemanie o
        profesorach jako całej grupie).

        Andrzej Jajszczyk
        • jszania Re: o wyborze rektora maja decydowac profesorowie 05.04.05, 11:22
          >Chodzi generalnie o to, że profesorowie są najbardziej niezależni i najmniej
          >podatni na manipulacje, a jednocześnie najlepiej, na ogół, znają kandydatów.
          >Oczywiście system wyboru organów jednoosobowych mógłby dobrze działać, gdyby:
          >1) kadra profesorska prezentowała lepszy poziom naukowy i moralny (patrz treść
          >prawie całego mego artykułu),

          mnie natomiast chodzi generalnie o dwie sprawy - nie mozna sie odnosic do
          sytuacji wyidealizowanej tylko do rzeczywistej i ze to system jest podstawa, a
          (wiekszosc) ludzi sie do niego dostosowuje (za komunizmu zawsze mielismy
          nabrzmialy problem waty, zmiana systemu i po kilku latach notoryczna nadprodukcja)

          czyli srodowisko profesorskie, ktore Pan krytykuje, dzialajac w systemie, ktory
          wg. Pana jest zly wybierze dobrego rektora ktory powyrzuca niedobrych
          profesorow. bo bez zmian kadrowych (i systemowych) trudno sie spodziewac
          jakichkolwiek zmian.

          >Poza tym nie sądzę by w nauce właściwy był model, w którym wszyscy maja takie
          >same prawa (np. profesor i student).

          tak nie napisalem i tak nie mysle

          Jacek Szaniawski
          • taternik1 Re: o wyborze rektora maja decydowac profesorowie 05.04.05, 11:33
            > mnie natomiast chodzi generalnie o dwie sprawy - nie mozna sie odnosic do
            > sytuacji wyidealizowanej tylko do rzeczywistej i ze to system jest podstawa, a
            > (wiekszosc) ludzi sie do niego dostosowuje
            > czyli srodowisko profesorskie, ktore Pan krytykuje, dzialajac w systemie, ktory
            > wg. Pana jest zly wybierze dobrego rektora ktory powyrzuca niedobrych
            > profesorow. bo bez zmian kadrowych (i systemowych) trudno sie spodziewac
            > jakichkolwiek zmian.

            Zgadzam się, że nie można abstrahowac od istniejącego systemu. Myślę, że nie ma
            takiego systemu wyborczego, który w istniejącej rzeczywistości działałby dobrze.
            Czyli zmiany całego systemu nie może zapoczątkować zmiana np. systemu wyborczego
            (chociaż można myśleć o jego doskonaleniu), ale wprowadzenie mechanizmów zdrowej
            konkurencji między uczelniami. Te uczelnie, które bedą wybierać złe władze skażą
            się same na porażkę. To oczywiście będzie długi proces.

            Andrzej Jajszczyk
            • khmara Re: o wyborze rektora maja decydowac profesorowie 05.04.05, 12:57
              W każdym środowisku większość jest przeciętna i dopasowuje się do uwarunkowań
              systemowych. Główny problem to zbyt duże faktyczne kompetencje organów
              jednoosobowych i zbyt liczne organy kolegialne. Efekt jest taki, że wydziałami i
              uczelniami rządzi wąska grupa indywiduów o nadmiernie rozdętym ego (wielkość ego
              często pozostaje w bardzo luźnej korelacji z dorobkiem naukowym), a stuosobowe
              rady wydziałów to w praktyce maszynki do głosowania posłusznie zatwierdzające
              wszelkie pomysły. Komu w takim układzie służy "demokratycznie" uchwalona
              ordynacja wyborcza?
              • alberich Re: o wyborze rektora maja decydowac profesorowie 05.04.05, 18:05
                khmara napisał:

                > W każdym środowisku większość jest przeciętna i dopasowuje się do uwarunkowań
                > systemowych. Główny problem to zbyt duże faktyczne kompetencje organów
                > jednoosobowych i zbyt liczne organy kolegialne. Efekt jest taki, że
                wydziałami
                > i
                > uczelniami rządzi wąska grupa indywiduów o nadmiernie rozdętym ego (wielkość
                eg
                > o
                > często pozostaje w bardzo luźnej korelacji z dorobkiem naukowym), a stuosobowe
                > rady wydziałów to w praktyce maszynki do głosowania posłusznie zatwierdzające
                > wszelkie pomysły. Komu w takim układzie służy "demokratycznie" uchwalona
                > ordynacja wyborcza?

                Prawdziwym problemem jest fakt, że kompetencje rektora maja sie nijak do
                odpowiedzialności. Gdyby rektor odpowiadał (np. materialnie) za ewidentnie
                błędne decyzje, problemu by nie było. Dzis za błedy rektorów płaci pracownik
                uczelni, student, a głownie podatnik, który to wszystko utrzymuje. Czytałem
                gdzies, ze tzw. sprawnośc nauki jest beznadziejnie niska (chyba z 5%), ale nie
                wiem jak sie toto liczy. Chyba nie publikacjami. Moze ktos wie?
            • mlody_doktorek Re: o wyborze rektora maja decydowac profesorowie 05.04.05, 22:41
              Ten wątek pojawił się po raz pierwszy w mojej wypowiedzi, ale pozostał bez
              echa. Mniejsza z tym. W mojej uczelni, w 50-osobowym senacie zasiada chyba 7
              studentów i tyluż doktorów. Prawie wszystkie pozostałe mandaty biorą dla siebie
              statutowo profesorowie. Ponieważ jest ich mało (mała uczelnia) kadencyjność
              senatu jest wyłącznie umowna. Bo ponad 50% jego składu jest w gruncie rzeczy
              stała. I nagle - uuuuups, afera. TV, prasa, inne szykany. Podejrzenia padają,
              między innymi na rektora. Co robi senat? Odpowiedź - nic. Dlaczego? To jasne.
              GTW. Wielu spośród członków senatu jest beneficjentami afery. Co w dalszej
              przyszłości? Tenże sam senat wybierze nowego rektora!!! Fajnie.
              A gdyby tak zrezygnować z "demokracji akademickiej" opartej na antycznych
              tradycjach kurialnych (kuriozalnych!), na rzecz zwykłej demokracji? Na pewno
              wiele korupcyjnych układów zostałoby rozbitych. Nie byłoby gwarancji, że jedne
              i te same osoby (prowadząc czasem działalność kryminalną) będą rządzić uczelnią
              przez 30 lat. Obecny system pozwala, niestety, na tego rodzaju absurdy. Stąd
              właśnie tak silny opór GTW, przeciwko jakimkolwiek zmianom, dążenie do
              zmarginalizowania doktorów (ponad 70% pracowników polskich uczelni), a także
              postępujące rozszerzanie reprezentacji studenckich. Tak więc nie zgadzam się,
              że zmiana systemu wyborczego nie jest istotna. Właśnie jest.
      • edek47 A O PODKLADANIU ' SWINI' nie slyszales? 30.06.05, 12:25
        Propaganda i obmowy to sila i potega, zaden 'einstein' przed tym sie nie obroni.
    • 54fajka01 Re: Skazani na bylejakość? 04.04.05, 16:13
      Co nas gubi zawsze i wszędie - "jakoś to będzie".
    • vigla Skazani na bylejakość? Niekoniecznie 05.04.05, 19:44
      uzasadnienie na www.nauka-edukacja.p4u.pl/articles.php?id=75
    • gobi03 o naprawianiu Rzeczypospolitej 11.04.05, 23:35
      Myślę, że 99% ludzi związanych w jakiś sposób ze szkolnictwem w Polsce zgodzi
      się, że stan szkolnictwa wyższego jest zły: poziom nauczania, umiejętności i
      wiedza absolwentów, zarządzanie uczelniami itd.
      Mam jeden pomysł, który wywodzi się z zaprzeczenia: nie jesteśmy w stanie
      naprawić odpowiednich ustaw, zarządów uczelni, programów nauczania. Wszelkie
      niedemokratyczne sposoby będą naprawianiem wszystkiego przez kogoś, kto myśli,
      że wie najlepiej jak ma być i jak to osiągnąć - takie zadufanie daje żałosne
      efekty. Sposoby demokratyczne będą takie same, tylko okrężną drogą, z większym
      bałaganem i większymi kosztami. Efekty żałosne.
      Jedyna droga poprawy funkcjonowania wszystkiego przebiega "od wewnątrz". Te
      instytucje zostaną w starych murach, zachowując swoje tradycje i ciągłość, tylko
      proces technologiczny musi być zastąpiony nowocześniejszym. A to bardzo łatwo
      zrobić: dać każdemu studentowi(uczniowi) terminal-laptopa z kontem na
      uczelnianym serwerze. W ciągu pierwszego pokolenia 80% wiedzy zostanie
      przeniesionej do postaci cyfrowej znakomicie ułatwiając jej obieg, popularyzację
      i dyskusję. W ciągu drugiego pokolenia zamiast prostackich tekstów pojawią się
      programy pomagające przyswajać wiedzę i nią zarządzać. I wtedy nic nie będzie
      już funkcjonować tak samo, jak przed zmianą.
      Kto pierwszy to zastosuje, ten będzie miał najwięcej problemów, ale i pierwszy
      upora się z nimi i wyciągnie największe korzyści.
      Jeszcze raz: nie da się wyprostować tak wielkiej struktury "od zewnątrz".
      Daremny trud.
      • itakdalej.itakdalej Re: o naprawianiu Rzeczypospolitej 12.04.05, 09:01
        gobi03 napisał:

        > Jedyna droga poprawy funkcjonowania wszystkiego przebiega "od wewnątrz". Te
        > instytucje zostaną w starych murach, zachowując swoje tradycje i ciągłość,
        > tylko proces technologiczny musi być zastąpiony nowocześniejszym.
        > A to bardzo łatwo zrobić: dać każdemu studentowi(uczniowi) terminal-laptopa z
        > kontem na uczelnianym serwerze. W ciągu pierwszego pokolenia 80% wiedzy
        > zostanie przeniesionej do postaci cyfrowej znakomicie ułatwiając jej obieg,
        > popularyzację.

        Po pierwsze: Internet to nie tylko wiedza , to także, i to w rosnącym
        stopniu, bazar i, niestety, śmietnik. Potrzebny jest przewodnik, żeby się w
        tym co oferuje nie pogubić.
        A poza tym, unowocześnianie technologiczne chorego systemu najczęściej tylko
        pogłębia patologie i absurdy. Coś takiego przećwiczyliśmy w Polsce w latach 70-
        tych. Jeśli chodzi o system nauki w POlsce, mogło się wydawać, że dostęp do
        Internetu wymusi zmiany. Nic bardziej błędnego! Dzięki dostępowi do zasobów
        światowych widać doskonale jak bardzo odstajemy, że się w ogóle nie liczymy, a
        system trwa jak trwał. Absurdy i afery dzięki Internetowi są nagłaśniane, ale
        to nic nie zmienia - na kolejne kadencje są wybierani ich bohaterowie, np.
        rektor Ceynowa na UG.
        • khmara Re: o naprawianiu Rzeczypospolitej 12.04.05, 11:00
          Widzę trzy podstawowe sprawy, które powinna wprowadzić reforma:

          1. wprowadzenie wymogu jawności w życiu akademickim - jawności postępowań
          konkursowych, oceny pracowników i procedur odwoławczych,
          2. zniesienie wydziału jako podstawowej jednostki organizacyjnej (co to jest za
          podstawowa jednostka, jeżeli zatrudnia kilkaset osób i dzieli się na mniejsze?),
          3. upodmiotowienie studentów - student praktycznie nie ma wyboru, jedyne, co
          może sobie wybrać w trakcie studiów to seminarium magisterskie, taki malutki
          głupolek, który sam nie wie, co dla niego najlepsze.

          Te reformy muszą być narzucone z zewnątrz, poprzez stworzenie odpowiednich ram
          prawnych.
          • edek47 TAK,TAK !! Niech studenci pouczaja profesorow !!! 30.06.05, 12:17
            Przeciez to stare ,komunistyczne ramole i nieuki!!!! Na zbity pysk ich wyrzucic
            z zacnych uczelni, niech triumfuje mlodosc!!!!!
      • ahoy2 Re: o naprawianiu Rzeczypospolitej 04.07.05, 14:10
        Mój głos będzie głosem obok. Studia ukończyłam jakis czas temu. Widzę nast.
        paradoks: każdy pracownik akademicki i jego krewni (znajomi etc) wiedzą, jak
        naprawić system edukacyjny w USA, Niemczech, itd. Wiedzą, co tam zrobione
        dobrze, co źle. W diagnozie nt naszego systemu są raczej jednomyślni: wszystko
        jest do bani. Może powinnyśmy doradzać innym krajom? Może będą mieć w końcu
        drugą Polskę? Przypomina mi się pewien Kandyjczyk doradzający nam zaraz po
        wprowadzeniu gospodarki rynkowej. Dziwił się, że Polacy tak szybko łapią w czym
        rzecz, zgadzają się z diagnozą, aprobują konieczność daleko idących zmian. A
        potem jak pytał zdziwiony, dlaczego zostali przy starym rozwiązaniu, rozkładali
        ręce i mówili, że sie nie da nic zrobić. Że inni będą przeszkadzać, że narobi
        sobie wrogów, że to się nie opłaca etc. Każde tłumaczenie dobre. Do aktu nie
        dochodzi.
        • itd-gw Re: o naprawianiu Rzeczypospolitej 19.07.05, 12:13
          wcale nie jest to glos obok!!!

          > A
          > potem jak pytał zdziwiony, dlaczego zostali przy starym rozwiązaniu, rozkładali
          > ręce i mówili, że sie nie da nic zrobić. Że inni będą przeszkadzać, że narobi
          > sobie wrogów, że to się nie opłaca etc. Każde tłumaczenie dobre. Do aktu nie
          > dochodzi.

          otoz na uczelniach prawie NIC SIE NIE DA ZROBIC. To nie znaczy, ze nalezy sie
          poddawac.

          Akurat autor komentowanego artykulu probowal metoda malych krokow uswiadamiac
          srodowisku jakie zmiany sa potrzebne. Te 'male kroki' wystarczyly by uzyskal
          wilczy bilet na swojej uczelni - przegrywa wszelkie wybory gloszac poglady
          wyrazone jasno w artykule i komnetarzach.

          WNIOSEK - na uczelni od wewnatrz nie mozna NIC ZMIENIC a stracic jakakolwiek
          mozliwosc wplywu na sytuacje (nieobecnosc w decydenckich gronach). Gorzej! Mozna
          stracic mozliwosc pracy naukowej gdy GTW pozbawi 'niesfornego reformatora'
          srodkow finansowych na jej prowadzenie! To wyjasnia milczenie swiadmoej
          mniejszosci i brak zmian.

          Przy okazji ogloszenia list kandydatow PO. Brawa dla Krakowa za umieszczenie na
          wysokiej pozycji autora artykulu. Kazdy w Krakowie, kto chcialby zmienic cos na
          uczelni powinien na niego zaglosowac!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka