wj_2000
06.04.07, 00:00
"Dla polskiej opozycji demokratycznej było bezsporne, że współpraca z
peerelowskimi służbami bezpieczeństwa jest rzeczą niegodną."
Polska opozycja demokratyczna, przynajmniej jako zjawisko zauważalne, nie
istniała nieprzerwanie od 1945 do 1989 roku.
W momencie powrotu Gomółki w październiku 1956 w Polsce zapanował względny
spokój społeczny. Na początku 1957 roku, w wyborach, Prymas Wyszyński
apelował o udział wiernych w wyborach i poparcie Gomółki. Legitymizowało to
system niewątpliwie i kazało OGROMNEJ większości społeczeństwa pogodzić się z
tym, że system socjalistyczny jest nam dany - tak mniej więcej jak skład
atmosfery. Tylko 20% tlenu! Dla wielu warstw zresztą, ów system w porównaniu
z przedwojennym wydawał się i sprawiedliwszy i korzystniejszy.
Można było opowiadać dowcipy w rodzaju takiego: Jak najprościej poprawić
sytuacje w Polsce? - Wypowiedzieć wojnę Stanom Zjednoczonym i natychmiast sie
poddać!
Mimo trwającej ZIMNEJ WOJNY między Wschodem i Zachodem, polityka władz PRL
była dość liberalna jeśli chodzi o wyjazdy ludzi nauki (przynajmniej w
dyscyplinach technicznych i ścisłych) na Zachód. Były to wyjazdy wyłącznie za
pieniądze Zachodu! Na zaproszenia tamtejszych uczelni i Instytutów
badawczych, kierowane do tych Polaków, którzy mogli sie wykazać REALNYMI
osiągnięciami publikacyjnymi. W przypadku młodych, mogła wystarczyć
rekomendacja - ale na Boga - nie SBeka, lecz starszego naukowca mającego
uznanie zagranicznych kolegów.
Dla SB, a także dla wielu prostych ludzi, owe wyjazdy (bardzo lukratywne
biorąc pod uwagę czarnorynkowy kurs zaoszczędzonego i przywiezionego do
Polski dolara) budziły podejrzenie iż są zwykłą dywersją ideologiczną!!!
Zachód zaprasza - w ich mniemaniu - polską młodą elitę wytwarzając w nich
przekonanie o wyższości stylu życia zachodniego, a w konsekwencji generując
niechęć (jeśli ktoś jej jeszcze nie miał) do ustroju socjalistycznego.
Podejrzewali także, iż owa domniemana dywersja nie ogranicza się tylko do
uwodzenia poprzez samo dawanie pieniędzy, w niektórych przypadkach może
przybierać formy werbunku agentów.
Trudno się im dziwić, iż starali się - w obronie tego Państwa i tej Władzy,
której służyli - dmuchać na zimne i sprawdzać, czy nie zachodzą podejrzane
przypadki.
Dlatego regułą było wypytywanie kandydatów na wyjazd o ich przekonania
ideologiczne. Ostrzeganie przed podstępnymi werbunkami ze strony CIA, itp,
itd.
Nie znam osobiście nikogo, kto odmówiłby takiej (całkiem racjonalnej i
kulturalnej) rozmowy.
Nie twierdzę, że tylko takie kontakty z SB mieli pracownicy nauki w latach
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ale takich była większość.
Relacjonowanie dzisiaj, po 40 latach, owych nijakich, rutynowych rozmów,
deklarowanie czy miały one znamiona współpracy czy nie nie ma żadnego sensu.
Jednocześnie znane przykłady klasyfikowania przez oszalałych lustratorów
owych rozmów i popdpisywanie protokółów odbycia takich rozmów jako dowód
kłamstwa lustracyjnego (np. przypadek Belki) osób stwierdzających że nie były
tajnymi współpracownikami, powoduje iż człowiek racjonalnie rozumujący nie
wie, naprawdę nie wie jak odpowiedzieć na pytanie "Czy byłeś
współpracownikiem?".
Ma się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem?
Sądzę, że w takiej kafkowskiej sytuacji jest większość uczonych starszego
pokolenia.
Prostackie pytanie: "To nie wiesz czy byłeś kapusiem, czy nie?" zdaje się
autorom artykułu wydawać pytaniem całkiem na miejscu.