macpherson
15.09.07, 11:44
Szczęka mi opadła, gdy przeczytałem Pani felieton. Zawsze uważałem Panią za osobę bardzo rozważną o wysokiej kulturze. Ale wydaje mi się, że tym, co Pani tu napisała, przekroczyła Pani granice dobrego smaku.
Nie czuję się uprawniony do wypowiadania się w imieniu studentów krakowskich czy warszawskich, ponieważ mieszkam i studiuję w mniejszym mieście, słabszym i mniej prestiżowym ośrodku akademickim. Jednak Pani słowa mnie mocno uraziły, więc poczułem się zmuszony do poniższej odpowiedzi.
Niebawem skończę studiować kierunek, który wybrałem tutaj, w miejscu mojego urodzenia. Nie przepadam za nim, właściwie przez większą część studiów męczyłem się, gdyż nie był to ani szczyt moich ambicji ani nie do końca odpowiadał on moim predyspozycjom, też poczuciu etyki. Ale gdy stanąłem w czasie zdawania matury przed koniecznością dokonania wyboru kierunku, pole manewru miałem niewielkie - konieczne było dla mnie studiowanie tu, na miejscu, głównie z powodu braku pieniędzy. Pochodzę z raczej ubogiej, inteligenckiej rodziny - niestety niepełnej, również bez "żyłki" do biznesu, zatem przez minione lata nie zdążył się nikt w domu nadmiernie wzbogacić. Znajomi z klasy wyjechali do większych miast, dostali się na prestiżowe kierunki. Ale jak wiem, raczej nie z powodu specjalnych uzdolnień, ani też większemu zaangażowaniu w naukę materiału (za starej matury niewystarczającego, strach myśleć jak jest po "reformie") w liceum - otóż przez dobre dwa lata przed maturą regularnie uczęszczali na płatne korepetycje w tychże miastach udzielane głównie przez nauczycieli akademickich. Te korepetycje sporo kosztowały a były właściwie warunkiem koniecznym zdania egzaminów wstępnych na "dobre" uczelnie - chociażby żeby mieć znajomość zakresu wiedzy, powtarzających się pytań itp. O innych korzyściach wspominać nie wypada. Jeśli teraz, jak pisze Pani, mogę iść sprzątać firmę wynajmującego stancję, wtenczas chyba ciężko było od nastolatka wymagać tego samego.
Zatem poszedłem na "kompromis" i wybrałem mieszkanie z rodziną i naukę na miejscu. Czy z lenistwa? Mogłem przecież już wtedy "iść do pracy" - pracy fizycznej, chociaż jeszcze kilka lat temu nie było łatwo nawet o taką pracę. Mimo to perspektywa obsługi betoniarki czy przysłowiowego kopania rowów przerażała mnie. Nie chciałem poświęcać ciepłego, wygodnego życia - z komputerem, książkami, wieczorami spędzanymi albo "na mieście" albo w domu przy pochłanianiu stosów gazet, ksiązek itd. Bo akurat najwyższą wartością był dla mnie zawsze rozwój intelektualny, poszerzanie wiedzy, itd. Wolałem, właściwie teraz tego nie żałuję, studiować kierunek mniej lubiany, poświęcić część mojej samodzielności (w domu) - a rozwijać inne umiejętności, na uzupełnienie których być może później nie będę miał czasu. Chcę zresztą pracować umysłowo, regularnie odpowiadam na rózne ogłoszenia, jednak do pracy nieco bardziej ambitnej, niż zbieranie buraków czy stanie "na bramce" najwyraźniej mimo trudu tak długiej edukacji się nie nadaję. Więc jak może Pani, Pani Ewo, pisać że mogę "jakkolwiek" pracować. Wcale nie jakkolwiek, a tylko przy wykorzystaniu masy mięśniowej. Pani pozwoli, że podziękuję i postoję. Potrzebę "pracy" i wykorzystywania wiedzy w praktyce zaspokajam zaś jako wolontariusz - to jedyna jak dotąd możliwość pracy umysłowej, jaką mam. Nie odnoszę z niej korzyści materialnych mimo to wolę wracać do domu i mieć siły i chęci na przeczytanie np. o księciu Myszkinie... Przecież podobno mam w obecnej rzeczywistości pełne możliwości decydowania o własnym losie i prawo kreowania swojej sytuacji życiowej.
Mam i tu znajomych z rodzin bardzo biednych (bo mnie udało się żyć tak, że, nie nadwyrężając budżetu domowego, mogę zaspokoić swoje podstawowe potrzeby), którzy od początku studiów harują w różnych "macdonaldach" w weekendy po to, żeby móc sobie kupić jedną z dwóch par spodni, buty, bardzo drogie podręczniki (dziwić się, że studenci kserują!) itp. Przypłacają to wynikami w nauce, bo zmęczenie fizyczne bierze górę i brakuje im już sił, żeby po rozładowaniu TIRa z hamburgerami przeczytać ponad dwie strony książki, nie wspominając o jakimkolwiek imprezowaniu. A skoro tak, czy gra jest warta świeczki? Jakie tak naprawdę ma student pole manewru? Jeśli jego rodzice nie są ludźmi bogatymi, którzy wszystko mu ufundują, zmuszony jest wykonywać pracę fizyczną - bo przecież w Polsce o pracę umysłową ciężko niejednemu magistrowi. Pracę ciężką, do której nie potrzeba mu ani matury, ani wiedzy zdobywanej na uniwersytecie, a która udaremnia mu nierzadko zdobywanie kwalifikacji do pracy umysłowej. Oczywiście można jeszcze przypomnieć, że jest system pomocy stypendialnej, ale moim zdaniem jest on w Polsce bardzo rachityczny a jego organizacja daje okazję do wielu nadużyć.
Zamiast podsumowania zadam Pani pytanie retoryczne: czy można oczekiwać, że wykształcą się w Polsce nowe elity intelektualne, że grupa "inteligencji" będzie uzupełniana młodszą krwią, skoro zamiast poszerzać wiedzę zajęci będą zamiataniem pod biurkami właścicieli stancji? Zresztą te pojawiające się co jakiś czas rozpaczliwe stwierdzenia, że w przyszłych elitach będą osoby, które wrócą znad angielskich zmywaków są po prostu zabawne.
Rozumiem, że napisała Pani swój felieton po to, aby przedstawić odmienny punkt widzenia - właścicieli nieruchomości, którzy znalazłszy okazję do łatwego grosza, zawyżają ceny ywnajmu i poniżają ich, traktując jako złodziejskich cwaniaczków (może odreagowując własne kompleksy). Nie sądzę, żeby Pani tak myślała, jak napisała - przecież za młodu też musiała Pani być socjalistką!
Pozdrawiam