Dodaj do ulubionych

Język polski - niepożądany

11.12.08, 10:54
"autorstwo monografii w języku kongresowym lub w przypadku nauk
filologicznych i historycznych w języku właściwym dla danej
dyscypliny, z wyjątkiem języka polskiego"
Co to za bzdura. Jaki jest niby "język właściwy" dla pracy
monograficznej dotyczącej ściśle historii Polski? Jaki jest sens
pisania np. monografii sejmiku łęczyckiego po angielsku czy
francusku? Oczywiście można pisać w języku angielskim prace,
porównujące np. działalność sejmików polskich z parlamentaryzmem
angielskim (mówiąc w skrócie), ale przecież nie monografie
poszczególnych sejmików!
Obserwuj wątek
    • anekl Język polski - niepożądany 12.12.08, 01:58
      Lektura ministerialnego projektu, generalnie BARDZO pouczająca, ma wiele
      zalet. Ot, na ten przykład może skłonić do sprawdzenia składu tajemniczego
      Komitetu Polityki Naukowej. Nie znajdzie go internauta (ba, podatnik) na
      stronach ministerstwa, nie ma też ów Komitet strony własnej, a przynajmniej
      nie udało mi się takowej odnaleźć. Skład można jedynie rekonstruować na
      podstawie upublicznionych protokołów (niepełnych, bo bez listy obecnych).
      Jednak nawet ów rekonstruowany skład skłonić może do namysłu. Jeden (JEDEN)
      historyk-mediewista, nadto fizycy, ekonomiści, oceanografowie, medycy, chemicy
      i automatycy. Tak, w ich dziedzinach angielski jest conditio sine qua non, w
      ich dziedzinach funkcjonuje paradygmat listy filadelfijskiej. Ale, i tu mogę
      członków Komitetu zadziwić, są na mitycznym i wzorcowym Zachodzie światowej
      nawet sławy uczeni, którzy o liście nawet nie słyszeli, i to nie tylko o
      liście filadelfijskiej. Nie słyszeli również o upiorze cytacji - choćby
      dlatego, że nikt nie liczy uwag typu "myli się Igrekowski" czy 'niczym nie
      poparte teorie Igreka'. A takich uwag w traktatach humanistycznych, z samej
      ich zasady, znajdzie się zwykle mnogość. Z drugiej strony ilość entuzjastów
      dialektu lesbijskiego czy starożytnego macedońskiego, konstrukcji nisz na
      trzecim tarasie świątyni Hatszepsut i tym podobnych 'imponderabiliów' jest,
      mówiąc nader oględnie, niewielka: dla przykładu kilka lat temu na całym
      świecie były rychło dwie osoby znające zarówno sanskryt jak i staroakadyjski -
      profesorowie Pingree i Shendge. Jest rzeczą zrozumiałą, że nie muszą o tych
      zawiłościach wiedzieć ludzie, którzy zajmują się naukami uznawanymi przez
      większość za ścisłe - ale jest również prawdą, że obowiązkiem członków
      Komitetu powoływanego przez Ministerstwo było sprawę zbadać. I to zbadać
      dobrze. Jeśli Komitet obstaje przy stosowaniu listy filadelfijskiej (nawet
      uzupełnionej o równie kuriozalną listę Ministerstwa), listy pomijającej
      (również w uzupełnionej formie) cenione, recenzowane i cytowane czasopisma z
      dziedzin takich jak mediewistyka, studia nad wczesną nowożytnością,
      neolatynistyka, neofilologia, filologia klasyczna, filozofia (poza może
      logiką), archeologia, etc, etc. i upiera się przy utrzymaniu kryterium
      cytacji, pozostaje przypuszczenie, że członkowie Komitetu nader lekko traktują
      swoje powinności. Bo przecież nie sposób przypuścić, że żywią lekceważenie lub
      pogardę dla innych niż przez się reprezentowane dziedzin nauki.
      Preferencja dla języka angielskiego, typowa dla tzw. nauk ścisłych, prowadzi,
      jak wiadomo, do skrajnej deprecjacji wszystkiego, co w tym języku nie zostało
      napisane. To ma swoją niezbyt zachęcającą wymowę: artykuł w czasopiśmie nawet
      o zasięgu światowym nie ma znaczenia, o ile został napisany po francusku,
      niemiecku czy hiszpańsku. Polski w ogóle nie wchodzi w rachubę. Co z
      Leśniewskim i Birkenmeierem, zapytuję uczonych członków Komitetu.
      Przy okazji języków: wymowa zapisów projektu jest jasna - filolog klasyczny
      pisać winien po łacinie lub w starożytnej grece. Jońskiej, homerowej czy
      attyckiej? Komentarze do przekładu Platona oczywiście po attycku, ale co z
      Plutarchem? Co z egiptologią i archeologią Bliskiego Wschodu? Co z archeologią
      Kaukazu? Drodzy członkowie Komitetu : tego nie praktykuje się ani w Cambridge,
      ani w Oksfordzie, więc skąd pomysł? I co więcej - kto będzie te komentarze
      czytał? Oceniał? Jaka będzie ich przydatność?
      Na koniec chciałam podkreślić, że działania Komitetu, a także Ministerstwa,
      brak jawności objawiający się trudnym co najmniej dostępem do takich
      drobiazgów jak skład Komitetu (strona Nauki Polskiej podaje jedynie tzw.
      cedułę doboru), budzą we mnie najgłębszy sprzeciw. I to nie tylko ze względów
      merytorycznych, ale również - co może istotniejsze - ze względu na fakt, że
      Ministerstwo utrzymuje się również z płaconych przez rodziny moich studentów,
      że już siebie, filologa klasycznego, nie wspomnę, podatków. Pecunia, jak
      widać, non olet.
      Pozostaję z szacunkiem,
      dr hab. Joanna Komorowska



      • skubi6 Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzieł 15.12.08, 01:29
        Rozumiem, że dostanie 60 pkt zależy od tego, czy monografia ukazała się u
        jakiegoś "głównego wydawcy".

        Jakie znaczenie ma wybór wydawcy?

        To fakt, że niektóre konferencje czy czasopisma są bardzo selektywne, mieć
        artykuł tam, to chluba.

        Ale czy rzeczywiście mieć książkę u głównego wydawcy, a nie u mniej głównego, to
        jakaś chluba?

        Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej sprawy: wielcy wydawcy żądaja wyłączności i
        pieniędzy. Monografia opublikowana u "głównego wydawcy" nigdy nie jest dostępna
        w internecie za darmo.

        Mamy sytuację, że lata pracy naukowca, opłacone z państwowej kasy, skutkują
        zyskiem dla prywatnej (zwykle zagranicznej) firmy, a powinny skutkować dostępem
        dla wszystkich do jego wyników - bo już zostały opłacone podatkami.

        Można zrozumieć, jeśli naukowiec sam wybiera taki system. Chociażby ze względu
        na honorarium, którego może potrzebować ze względu na swą bardzo marną pensję.
        Ale premiowanie tego jest kompletnym nonsensem.

        Dawniej po prostu nie było innego sposobu na publikację: nie było internetu,
        wydawca dostawał wyłączność w zamian za trud i ryzyko ekonomiczne wydania
        czasopisma czy książki. Sam pamiętam moją pierwszą publikację naukową: zrobiłem
        ją w LaTeX-u, była ładnie złożona i nadawała się bezpośrednio do druku. Był to
        rok 1988. Ale wówczas wydawca nie był jeszcze przystosowany do tego, więc
        dokonał jeszcze raz składu mojej pracy, potem przesłał mi do korekty. Przy tym
        starym systemie (koszty korektorów, koszty druku i rozsyłania pism) nakład pracy
        wydawcy był duży, zysk dla wydawcy był uzasadniony.

        Dziś jest inaczej. Autorzy wysyłają prace gotowe do druku, nie ma składu ani
        korekt. Zamiast drukować można sporą część rzecy publikować w internecie. To
        wszystko nie wymaga jakiegos wielkiego wydawcy.

        Fakt dodatkowy: koszt recenzowania prac zwykle nie jest ponoszony przez wydawcę,
        bo inni uczeni robią to za darmo.

        W tej sytuacji wymaganie publikacji "u głównego wydawcy" jest bez sensu. A jeśli
        uczony stworzył strony internetowe, publikowane wszystko jedno gdzie, a używane
        masowo przez studentów, to co? Mniej punktów, bo nie dał komuś zarobić?

        To wszystko dotyczy wszystkich nauk, zarówno przyrodniczych jak humanistycznych.

        --------------------------

        www.skubi.net/owen.html
        www.skubi.net/rozliczenia.html
        • dalatata Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 01:44
          stwierdzenie o tym ze nie ma dzis procesu redakcyjnego to po prostu wierutna
          bzdura, wskazujaca ze jej autor nie ma zielonego pojecia, na czym polega
          wydawanie ksaizek akademickich u porzadnych wydawcow.

          za receznje wydawnicza dostaje sie forse (lub ekiwalent wiekszej forsy w
          ksiazkach), bardzo dobrze, ze ksiazki nie sa dostepne za darmo w Internecie - sa
          bowiem czyjas wlasnoscia i choc niewielkie, to jednak dostaje sie za nie
          pieniadze. uwielbiam ludzi, ktorzy dysponuja moimi tantiemami. jak uczony sam
          sobie publikuje, to znaczy ze sam sobie tez receznuje i wlasnie dlatego nie jego
          nikt powaznie nie traktuje. mniej punktow, bo nie przeszedl rygorystycznych
          recenzji (im lepsze czasopismo, tym rygorystyczniejesze recenzje).

          i wlasnie dlatego sie to premiuje. mozna sie zastanawiac czy taka dysproporcja
          jest sensowna (moim zdaniem nie), jednak dysproporocja powinna byc. co do tego
          nie mam zadnych watpliwosci.
          • skubi6 Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 03:37
            Jestem informatykiem. Książek nie recenzowałem, ale artykuły w pisamch naukowych
            i na kongresach - tak (przestałem pracować naukowo ładnych parę lat temu). Nie
            dostałem za to żadnych pieniędzy i nie słyszałem, żeby moi koledzy coś dostawali
            (może jestem jak ta prostytutka, co popełniła samobójstwo, jak się dowiedziała,
            że jej kolezanki każą sobie płacić?).

            Proces redakcyjny polega właśnie na braniu pod uwagę przez autora recenzji i
            niczym innym (nie ma juz korekty, skladu drukarskiego). Owszem, proces
            redakcyjny jest pracochłonny, ale nie wydawca za to płaci. Przynajmniej w tych
            przypadkach, z którymi się spotkałem.

            Camera ready copy, proceder, który zmniejsza niemal do zera koszt publikacji -
            dla mnie to nie jest proceder związany z gorszymi publikacjami, tylko po prostu
            proceder powszechny, co najmniej w aktach kongresów. Po prostu nie spotkałem się
            z żadnym innym procederem (z wyjątkiem moich pierwszych artykułów, które
            wspominam z rozżewnieniem, bo młodość zawsze wspomina się z rozżewnieniem - ale
            wtedy, to jako autor nawet raz dostałem nadbitki; wtedy internet nie był
            powszechny, jeśli komuś chciałem pokazać swój artykuł, to nie wysyłałem mailem,
            tylko wysyłałem nadbitkę; wtedy rola wydawców była naprawdę duża).

            Co do artykułów naukowych, to płatny dostęp do nich jest nonsensem jeszcze z
            takiego punktu widzenia: z tych artykułów korzystają przede wszystkim uczeni
            (ewentualnie studenci, czyli przyszli uczeni). A więc opłaty idą z kas
            instytutów (głównie państwowych).

            Zamiast płacić porządnie naukowcom i wymagać za to, by powszechnie udostępniali
            swoje osiągnięcia, płaci im się marnie, potem dodatkowo płaci się za dostęp do
            czasopism.

            To miało jakiś sens przed internetem. Wtedy istnienie porządnej papierowej
            biblioteki naukowej było po prostu konieczne (nie było rozwiązania
            alternatywnego). Za druk czasopisma, za jego skład (zecerów) trzeba było
            zapłacić w takiej czy innej formie. Dziś cały system płatnych czasopism z kodami
            dostępu, z abonamentem opłacanym przez bibliotekę, jest po prostu ekonomicznie
            zbędny.

            Państwo powinno raczej promować eliminowanie tego systemu, a nie jego utrzymywanie.

            Jedyną rzeczywiście użyteczną rzeczą jest tu recenzowanie. Trzeba oddzielić
            recenzowanie od całej reszty, która dziś jest w dużym stopniu zbędnym balastem.

            Nie jestem ekstremistą. Wcale nie chcę, zeby ktokolwiek zabraniał naukowcom
            publikowania drogich monografii. Ale państwowy system po prostu nie powinien
            tego promować.

            • adept_ltd1_net Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 09:05
              ja bym tam unikał generalizowania - jak ja mnie tak, to wszędzie...

              a ja np. nie wydałem jeszcze nic w ten sposób (mówię o tekstach naukowych) -
              zawsze była recenzja, korekta-adiustacja wydawnicza, korekta autorska o druk...
              i to w ojczyźnie (poza ojczyzną też) i ostatnimi laty...
            • dalatata Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 09:55
              czasopismna to co innego niz ksiazki.

              ale nie dosc ze jest zazwyczaj redakcja technicza, to na dodatek korekta.
              naprawde nie wiesz o czym mowisz
            • charioteer Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 11:18
              W humanistyce nie ma doniesien zjazdowych. Nawet jezeli w nazwie jest conference
              proceedings, to jest to zazwyczaj redagowany tom artykulow, bardzo czesto z
              normalnym procesem recenzyjnym.
              • adept_ltd1_net Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 11:31
                a doniesienia na kolegów i koleżanki???
                • charioteer Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 11:32
                  Adept !!! To sie publikuje w tajnych materialach...
                  • adept_ltd1_net Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 11:37
                    no ale bez recenzji...
                    • charioteer Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 11:38
                      Recenzja moze byc, ale bez korekty...
        • charioteer Re: Napędzanie kasy wydawcom, wąski dostęp do dzi 15.12.08, 02:18
          Proponuje publikowac w PNAS. Opcja open access kosztuje jedne $1200 od artykulu.
          Nie watpie, ze skubi wie, o czym mowi i ma na to pieniadze z grantu, oplaconego
          przez podatnika.

          Bez skladu i korekty to mozna drukowac w vanity press. Jak sie zaplaci, to
          wydrukuja wszystko. Tylko trzeba dostarczyc camera-ready copy.
    • opornik4 Język polski - niepożądany 12.12.08, 05:20
      Oczywiscie, ze tak.
      W dalszej przyszlosci, jezykiem europejskim ma byc bardzo ubogi
      zreszta angielski.
      Do tego czasu - pelnej "europeizacji" beda funkcjonowaly: angielski,
      niemiecki, hiszpanski, moze uda sie jeszcze Francuzom obronic swoj
      - inne bedzie sie pomalu eleminowalo.
      Swoja droga, czytajac wiekszosc komentarzy na forum Publicystyka -
      zastanawiam sie, po co Polakom swoj jezyk? Nowe pokolenie nie ma
      wcale apetytu na Polskosc, chce byc EUROPEJCZYKIEM. Jet gotowe
      sprzedac swoja tozsamosc za obietnice pelnej michy.
    • adam02138 Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczonego 12.12.08, 06:36
      Ja osobiscie sie zgadzam ze humanistyka wychodzaca poza granice
      kraju powinna byc promowana. Autor myli nauke z kultura, czy
      ksztaltowaniem postaw. Cytowany na przyklad Gombrowicz, z tego co
      wiem, nie byl profesorem.

      Pisanie monografii, to nie pisanie podrecznikow. Jest to literatura
      dla specjalistow. Czy to historia, literaturoznawstwo, czy
      jezykoznawstwo polskie. Specjaisci powinni umiec czytac i pisac po
      angielsku. Wlasciwie powinien to byc wymog dla kazdego kto chce
      pracowac na uczelni jako pracownik naukowy. Dlaczego? Bo nauka
      wymaga globalnego otwarcia, konkurencji i wymiany mysli, nawet
      humanistyka. Trzeba promowac humanistow ktorzy chca dotrzec nie
      tylko do humanistow w Polsce, ale rowniez do tych na swiecie, i
      zarazem chca sie uczyc od humanistow w innych krajach.

      Jezeli zas ktos chce pisac podreczniki, ksiazki dla szerokiej
      publicznosci, prosze bardzo - i powinno to byc promowane, nie tylko
      w naukach humanistycznych. Nie rozumiem dlaczego rozmowca nie uwaza
      ze znajomosc fizyki jest tez czym wartosciowym dla narodu. O fizyce
      tez mozna pisac wykwitna polszczyzna.

      Niestety mam smutne wrazenie ze niektorzy humanisci chca byc
      traktowani po macoszemu, nie chca wymiany mysli na poziomie
      swiatowym. Zamiast byc uczonymi, autor chce by humanisci byli
      dydaktykami, sumieniami, czy czyms tam, narodu. A ja wolalbym zeby
      byli naukowcami nie bojacymi sie weryfikacji w skali calego swiata.
      • wuk4 Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 14:22
        Mam wrażenie, że stopień i metody anglicyzacja obecnie o nie bo
        przewyższyły germanizację w wydaniu Hakaty i Bismarcka czy
        rusyfikację w wydaniu Nowosilcowa albo Paszkiewicza. To nędzne
        pikusie w porównaniu do dzisiejszych anonimowych anglicyzatorów.
      • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 16:05
        adamie, najpierw nalezy rozroznic (Glowinski tez tego nie robi) - publikowanie
        ksiazek i artykulow. te pierwsze bowiem wydaje sie po to, by wydawca (i autor)
        na nich zarobili, te drugie pisze sie po to, by zdac sprawe z wlasnych badan.

        szanse na to, ze miedzynarodowe wydawnictwo opublikuje monografie badawcza o
        Norwidzie, Kochanowskim czy Reju, sa nikle, by nie powiedziec zerowe. Coraz
        mniej wydawnictw publikuje monografie badawcze, a kazdy kto kiedys opublikowal
        ksiazke, wiec ze pierwsze pytanie ktore wydawca zadaje to to, czy ksiazkka sie
        sprzeda w USA. Kochanowki i Rej to nie sa tematy gorace na swiecie. nie
        opublikuje tego nikt.

        czym innym jest publikowanie artykulow w czasopismach naukowcyh. ja tutaj nie
        mam watpliwosci, ze rowniez polonisci powinni publikowac na siwecie. nie dlatego
        ze tak jest dobrze, tylko dlatego, zeby poddac sie ocenie srodowiska
        literaturoznawcow swiatowycych. Polska polonistka jest zapatrzona we wlasny
        pepek, a prof. Glowinski to sankcjonuje. i przy 16 cytatach miedzynarodowych wg
        PoP jego wynik miedzynarodowy jest dosc mizerny.
        • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 17:55
          pozwalam sobie powtórzyć się... (dodam, że Głowiński od lat 60. jest przykładem
          otwarcia na świat, więc...)

          a już myślałem, że rozpalę w kominku, założę kapcie i włączę sobie Mozarta...
          1. Głowiński ma publikacje w trzech (poza polskim) językach
          2. już kiedyś mówiliśmy, jak PoP indeksuje polskich naukowców... przecież w
          zasadzie nie ma polskich prac literaturoznawczych, w których się nie cytuje
          Głowińskiego,
          3. co do międzynarodowości recenzji, to już mówiliśmy o tym wielokrotnie i ja
          cały czas proszę o nazwiska recenzentów światowych, którzy zrecenzują tekst o
          np. Reju... - bo piszesz są, ale ja ich nie widzę... (więc płaszczyzna
          porównania jest tylko prestiżowa, PL i T2 trzymają taki poziom, że jednak byle
          co się tam nie ukazuje... i dla światowego polonisty zaistnieć tam jest tym,
          czym dla naszego w szerokim sensie przyrodoznawcy Nature...). No i sorki, ale
          specjalista europejski nie zajmujący się Rejem nie będzie mógł kompetentnie
          zrecenzować tekstu - będzie mógł powiedzieć, że jest jakoś napisany i jakoś ma
          się do wiedzy o europejskim odrodzeniu i tyle...
          no ostatni przykład nie jest w porządku - bo znów do granicy postkolonializmu
          jasne, ale jeśli ja np. napiszę o tych problemach u Staszica to jest j.w.
          po prostu trzeba różnicować - polski teoretyk nie będzie miał problemu, historyk
          będzie miał.
          no ale przede wszystkim jest to kwestia czytelnika... ja wolę być czytany jednak
          przez szersze grono.
          • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 18:28
            mowilismy. powiem wiec to.

            zagladnalem na storny PL. nawet nie ma instrukcji dla autorow, a spisy tresci
            zawieraja glownie teksty polskie. sorry, to jest swietne czasopismo poslkie.
            swietne, ale polskie. o miedzynarodowosci nie ma mowy.
            • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 18:33
              wymagania dla autorów są w piśmie...

              no ale ja bardzo przepraszam - w tym przypadku to o czym piszesz, znaczy tylko
              tyle, że autorzy spoza Polski rzadko się nadają... ale są tam, naprawdę, czytam
              każdy numer...
              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 19:40
                kurde, wez mi nie sciemniaj adept. zyjemy w 21 wieku, gdzie ja mam prawo
                oczekiwac jako prof. zza granicy, zeby mi czasopismo napisalo co, jak i gdzie
                mam wyslac. jesli publikowac moga tylko ci, ktorzy juz dostali pismo, to to jest
                zascianek, a nie powazne czasopismo (wg glowisnkeigo - swiatowe).

                i zeby nie byulo. w pprownaniu z innymi czasopismami w Polsce, PL to jest
                mistrozstwo swiata.

                a jak sie w PL zaczna zdarzac na co dzien, to ja ci nawet poweim ze to jest
                swietne czasopismo. n arazie to jest swietne czasopismo jednego srodowiska. a
                szkoda.
                • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 19:49
                  ja ściemniam (kurde)???

                  no chyba nie sądzisz, że profesor spoza Polski chce pisać do pisma, którego nie
                  ma w ręku, i nie wie, jak ma pisać... (ale ok - to niedopatrzenie redakcji, no
                  ale przegląd treści jest po polsku i po angielsku...)

                  reszty nie pojąłem - to znaczy, co się ma zdarzać i co to znaczy, że PL to pismo
                  jednego środowiska? jakiego??? - no polonistycznego, ale wiesz, to pismo jest
                  poświęcone (od początku) historii literatury polskiej, więc czyje ma być???
                  • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:08
                    na internecie nie ma niczego po angielku. spisu tresci tez nie.

                    PL to recenzje srodowiska PL, a teksty pasujace do obrazuswiata tegoz
                    srodowiska. inazcej nie da sie. dopoki bedziecie sami sobie wszystko recenzowac,
                    z zewnatrz nikt nie przyjdzie. ale po co, skoro to juz swiatowe czasopismo, nie?
                    • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:16
                      a jest... i też po angielsku opis pisma...

                      no ale do cholery (pozwolę sobie), kto ma to nam recenzować, od pół roku cię
                      proszę o wskazanie, kto ma to recenzować - nam, ze świata, kosmosu etc.??? 5
                      nazwisk poproszę i już będę pokorny...

                      a poza tym, to ja przepraszam, ale wg ciebie pisma w świecie, to nie mają obrazu
                      świata własnego??? i profilu??? eee...
                      • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:25
                        profil maja - tematyczny lub metodologiczny. nie mam z tym trudnosci. PL ma na
                        dodatek profil srodowiskowy. mnie to przeszkadza.


                        • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:27
                          no ale co to znaczy środowiskowy?
                          • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:29
                            to znaczy nie wychodzacy poza kilka uniwersytetow (wszyscy je znamy). w ciemno
                            jestesmy w stanie poweidziec kto jest w redakcji, kto jest recenzentem. ci sami
                            ludzie od lat, z kilkoma dodatkami.

                            • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:34
                              hm, no ale kto inny ma to robić na takim poziomie, wskaż na takich ludzi???
                              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:01
                                kurde, to teraz chcesz juz powiedziec, ze to nie tylko to ze ciebie nie ma kto
                                zrecenzowac, ale calej polonistyki. bez jaj adept. idziesz w zaparte.
                                • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:07
                                  nie używam kwantyfikatora - całej... no i wiele razy napisałem, że są takie
                                  fragmenty, które można recenzować: zwłaszcza teoria literatury, ale np.
                                  gombrowiczologia (pisze o tym Głowiński), ale literatura polska ma trochę więcej
                                  nazwisk i tekstów... ;-)
            • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 18:36
              a co tam, jak szaleć to szaleć... ;-)

              Dalatata - to zdanie mnie poraziło... "sorry, to jest swietne czasopismo poslkie.
              > swietne, ale polskie. o miedzynarodowosci nie ma mowy" - bo ja myślałem, że
              chodzi nam o to, by było świetne... ale wychodzi, że ma być międzynarodowe...
              tylko powtórzę - jako że jest to czasopismo poświęcone polskiej literaturze (tak
              ma zapisane) to wymóg międzynarodowości tylko by pogorszył poziom...
              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 19:37
                dwie rzeczy. to glowinski mowi o tym ze to swiatowe czasopismo. ladny mi swiat,
                skoro nie ma nikogo spoza poslki w redakcji.

                a co do dobrosci, to powszechnie uwaza sie (ja zreszta rowniez), ze jakosc
                osiaga sie nie przez to ze jedno srodowisko sie recenzuje nawzajem (w PL tak
                pewnie jest), a recenzuja sie ludzie z przeroznych srodowisk. i jak PL bedzie
                tak mial, to ja ci powiem, ze to jest po prostu dobre czasopismo. bez kwalifikacji.
                • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 19:42
                  1. zaproponuj, kto kompetentny mógłby tam zasiadać... tak, by to miało sens...
                  2. no my też jesteśmy w świecie (jednak) i do pisma tego piszą ludzie spoza Polski,
                  3. no tu coś jest na rzeczy - to znaczy recenzuje środowisko PL (ale to są
                  wyselekcjonowani najlepsi)
                  • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:05
                    ja nie jestem literaturoznawca, adept. z jezykoznawcow, socjologow, antopologow
                    zajmujacych sie polska moglbym zaproponowac paru. do nich wiekszosc polskich
                    etnografow nie ma startu.

                    jestesmy w swiecie. ale to nie znaczy ze jestesmy swiatem.

                    za chwile mi powiesz ze srodowisko PL przyznaje dozywotnio status GURU
                    SWIATOWEGO z dogmatem o nieomylnosci.
                    • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 20:14
                      ależ w pełni się zgadzam - przecież ja piszę tylko o literaturoznawstwie
                      polonistycznym (ta kwestia u Głowińskiego wzburzyła cię),
                      w przypadku tegoż - jesteśmy światem (ale to dla mnie tu metafora i pojęcie
                      względne), ale wiesz, w związku z ostatnim zdaniem, to absolutnie się mylisz -
                      co do tego, co powiem ;-)
        • ford.ka Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:09
          > szanse na to, ze miedzynarodowe wydawnictwo opublikuje monografie
          badawcza o Norwidzie, Kochanowskim czy Reju, sa nikle, by nie
          powiedziec zerowe. Coraz mniej wydawnictw publikuje monografie
          badawcze, a kazdy kto kiedys opublikowal ksiazke, wiec ze pierwsze
          pytanie ktore wydawca zadaje to to, czy ksiazka sie sprzeda w USA.
          Kochanowki i Rej to nie sa tematy gorace na swiecie. nie opublikuje
          tego nikt.
          W dobie print on demand i tekstow elektronicznych takie myslenie
          jest dosc przedpotopowe, zeby nie powiedziec postkolonialne. Pytanie
          podstawowe juz teraz brzmi przeciez tak naprawde nie, czy ktos to
          opublikuje, tylko czy ktos kupi, kiedy juz bedzie opublikowane.
          Jesli jest potencjalny nabywca, wydawca sie zawsze znajdzie. Skoro
          znikaja techniczne ograniczenia popytu, po co ograniczac go
          sztucznie mozliwosciami "powaznych" wydawnictw?
          Oczywiscie, to znaczy, ze mozna bedzie opublikowac wlasciwie
          wszystko, ale czemu nie? Mozna ze sporym prawdopodobienstwem
          zakladac, ze teksty o zerowej wartosci spotkaja sie z zerowym
          odzewem i pozostana w formie elektronicznej w komputerze autora jako
          niespelniony potencjal.
          Bedzie z tego taki zysk, ze na stronie internetowej www.ganges.com
          znajdziemy wszystkie mozliwe opcje do zdrukowania lub zamowienia.
          Tak naprawde przeciez niepotrzebna jest nawet forma drukowana,
          ksiazke mozna dystrybuowac w wersji elektronicznej. Liczy sie
          przeciez pomnazanie wiedzy, a nie urobek na polce, zreszta jeden
          egzemplarz dla siebie mozna zawsze wydrukowac i oprawic.
          Obok siebie bedzie ksiazka po mandarynsku i po polsku, prof. z MIT i
          mgr z Uniwersytetu Boleslawa Wstydliwego. Nie znaczy to, ze ten
          drugi bedzie mogl liczyc na takie samo zainteresowanie, ale
          przynajmniej bedzie mogl stanac na tym samym forum i od wartosci
          jego tekstu (a przynajmniej dostepnego za free fragmentu i
          streszczenia) bedzie oceniana jego praca.
          Wazne bedzie to, zeby wejsc do dystrybucji - ale to juz dzisiaj
          zalatwiaja ksiegarnie internetowe - i do obiegu. Tutaj pileczka jest
          po stronie autora, jego zadaniem jest przekonanie kolegow z
          dziedziny i bibliotekarzy, ze napisal cos waznego.
          O ile moge sobie pozwolic na jeszcze odrobine prorokowania - z
          czasem dojdzie do tego, ze powazne wydawnictwa naukowe beda wydawac
          ksiazki, ktore juz sie sprzedaly w sieci i znalazly odbiorce.
          Wydanie bedzie uwienczeniem kariery w gustownej i eleganckiej
          twardej oprawie z logo OUP.
          Znika tu co prawda tak cenny element oceny jakosci naukowej
          (recenzenci wydawniczy pomra z glodu, cudowny system peer review
          trafi do kosza...) ale wkrotce powstanie przeciez konkurencyjna
          strona www.nile.com ktora bedzie miala rade redakcyjna i reviewers
          (oczywiscie, wszystko za procent od sprzedazy, choc i tak beda
          wyludzac granty od panstwa ;) i profesora z Kielc czy Radomia nie
          dopusci, ale takie sa juz uroki wolnego rynku nauki ;)

          PS Oczywiscie, w Polsce dostep do owych stron beda mieli wylacznie
          doktorzy habilitowani ;)
          • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:21
            w dobie print on demand, zapewniam pana ze nie opublikuje pan niczego takiego w
            routledge, palgrave, sage i paru innych. a dlaczego warto u nich? a dlatego ze
            maja najlepszy marketing i dystrybucje, proces recenzyjny i edytorski.

            ja zyje jeszcze w systemie gdzie ksiazka drukowana jest wazna. ale moze niedlgo
            tak ni ebedzie. tak jak sa dobre czasopisma, sa tez dobre wydawnictwa. ja wole w
            tych dobrych i to nie tylko ze wzgledu na ego.
            • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:23
              ze względu na id???
              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:29
                i co sie wymadrzasz :-)
                • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:31
                  bo lubię ;-)
            • charioteer Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:35
              Palgrave tez juz wprowadzil print on demand.
              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:38
                alez wszystkie wprowadzily to. tyle ze nadal trzymaja standardy.
            • ford.ka Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:50
              Ja ich nie skreslam, niech sobie istnieja i dalej odwalaja dobra
              robote. Jak napisze cos genialnego, sam pewnie bede do nich pukal.
              Ale to jest bardzo (coraz bardziej) waski mainstream, gdzie nie ma i
              miec nie bedzie miejsca na cokolwiek rzadkiego ("co sie nie sprzeda
              w USA"), na co jednak bedzie popyt pokrywajacy koszta ksiazki w
              wersji POD czy elektronicznej.
              Z tej czworki wartosciowych cech liczy sie dzisiaj wylacznie
              marketing i edycja. Recenzje schodza na drugi plan, skoro mozna
              wydawac wiecej ksiazek przy relatywnie niskich kosztach, mozna
              zaryzykowac i pozostawic ocene czytelnikom. Jak nie kupia, mala
              strata - na pewno nieporownywalna z drukiem chocby sygnalnego
              nakladu. Dystrybucja na poziomie ustawienia programu, by po
              zaksiegowaniu wplaty dawal dostep do downloadu, staje sie zadaniem
              dla jednego srednio rozgarnietego chlopaka od IT.
              Obawiam sie, ze myslenie w kategoriach starych dobrych wydawnictw
              itd jest juz dzisiaj czyms rownie zabawnym jak funkcjonujacy w koncu
              XV wieku zwyczaj recznego przepisywania dla prawdziwych koneserow
              ksiazek drukowanych ("bo druk zabija ducha ksiazki!").
              Upieramy sie, by ksiazki od poczatku do konca (chyba ze ktos robi
              recznie notatki, ale wiekszosc skanuje albo fotografuje zrodla ;)
              tworzone w komputerze, na koncu procesu publikacji jednak poddac
              obrobce w pietnastowiecznej technologii. Nie potrafimy think outside
              the box, tylko nie mamy (swiadomie sie tu zaliczam, ja tez lubie
              ksiazki ;) jeszcze tego swiadomosci.
              Proste pytanie - woli Pan czytac dobre ksiazki czy ksiazki z dobrych
              wydawnictw?
              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:57
                widzi pan, ja nie jestem w stanie przeczytac wszystkiego. i mysle ze moich
                ksiazek nie sa w stanie wszysytcy przeczytac. no to ide do wydawnictwa ktore mi
                zapewnia dystrybucje (i podwyzke pensji). i najpierw szukam w takich
                wydawnictwach. proste nie?
                • ford.ka Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 22:46
                  No sie w koncu wyjasnilo, dobre wydawnictwa sa dobre, bo zapewniaja
                  podwyzke pensji. Byt okresla swiadomosc, jednak Marx naprawde nie
                  byl taki glupi ;)
                  • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 22:54
                    janse ze nie byl taki glupi.

                    natomiast bardzo prosze nie odwracac kota ogonem. dobre wydawnictwa nie
                    zapewniaja kasy, bo one sa kase-zapewniajace-wydawnictwa. one daja kase, bo one
                    sa dobre.

                    ja niedawno opublikowalem tekst w polsce. taki sobie. dzien go kompilowalem,
                    poszlo i co? i nawet to do recenzji nie poszlo. w Sage'u to niemozliwe. i
                    wlasnie dlatego za Sage'a jest podwyzka a za shitwater UP nie.

                    i jeszcze raz: jak na polskiej uczelni czyjakowliek pensja bedzie zalezala od
                    jakosci publikacji, to sobie pogadamy o dobrych wydawnictwach.
                    • ford.ka Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 23:23
                      Ja nie odwracam kota ogonem, ja juz dawno zmienilem temat, tylko Pan
                      tego nie zauwazyl. Prosze sie nie obrazac, ale lingwisci tak maja.
                      Wiem, pracuje z setka lingwistow i mam to na codzien. Spritus flat
                      ubi vult, a scislacy biegna dolem. "Ale przeciez to jest dyskusja na
                      temat punktacji monografii pisanych po polsku, wiec jak mozna
                      zmieniac temat?" Mozna.
                      Jak Pan potrzebuje podparcia cytatem z klasyka, sluze: "trzeba z
                      zywymi naprzod isc, po zycie siegac nowe, a nie w umarlych laurow
                      lisc z uporem stroic glowe". Sage to wprawdzie nie laur, ale tez sie
                      sprawdza. Jako przyprawa.
                      Zastanawianie sie na "dobroscia" wydawnictw w tworzacym sie wlasnie
                      na naszych oczach swiecie, w ktorym nowe kanaly dystrybucji i nowe
                      formy "pakowania" tekstu otwieraja zupelnie nowe mozliwosci, jest
                      zadaniem wylacznie dla historykow nauki. Rownie przydatnym w
                      codziennej praktyce jak debata o tym, czy tysiace listow, jakie
                      wymieniali miedzy soba humanisci w XV wieku, to byl wowczas sensowny
                      sposob rozpowszechniania wiedzy. Jesli udowodnimy, ze tak, zacznie
                      Pan pisac recznie do wszystkich potencjalnych czytelnikow?
                      To juz jest czas przeszly i Pan pewnie pierwszy sie o tym przekona,
                      kiedy wyczyta Pan z kolejnych guidelines w temacie ocen, ze "teksty
                      na papierze nie sa w ogole punktowane, bo to niszczenie srodowiska
                      naturalnego, a liczy sie eco-friendliness. Od dzisiaj licza sie
                      wylacznie publikacje online (oczywiscie: byle na odpowiednich
                      stronach)."
                      Jeszcze pare lat temu pewnie bym tu dodal, ze ja tego nie dozyje,
                      ale dzisiaj nie jestem taki pewien. Moze wlasnie dozyje, a co wiecej
                      te "czasopisma polonistyczne na swiatowym poziomie", ktore strasza w
                      tej dyskusji, pojawia sie wlasnie w sieci i beda na tyle
                      interaktywne, ze teksty beda automatycznie tlumaczone na
                      piecdziesiat jezykow, niezaleznie od tego w jakim powstal oryginal.
                      Jako lingwista zajalby sie Pan moze tworzeniem odpowiedniego
                      oprogramowania zamiast papier brudzic. Mysle, ze gdyby sie to Panu
                      udalo, dostalby Pan o wiele wieksza podwyzke niz za piec ksiazek
                      wydanych u Routledge'a i moze ktos nawet zapamietalby Pana nazwisko
                      na dluzej niz najblizsza dekada.
                      • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 23:37
                        no to sie przekonamy, niestety mysle ze choc Kwartalnik Neofilologiczny bedzie
                        tlumaczony na 100 jezykow, nadal bedzie tak ze wielu w nim tekstow nie warto
                        nawet w jednym jezyku napisac, nie mowiac o czytaniu. a co do nazwiska, moze
                        zapamietaja, moze nie, cholera wie.ja jestem optymistyczny, podejrzewam ze
                        laskawy Pan raczej mysli ze mi ksiazki juz na przemial niosa.

                        ale skoro laskawy pan mi daje prztyczka w nos, to ja oddam. ja sie moze nie znam
                        i niepotrzebnie zastanawiam (mnie sie wydawalo ze to pan sie zastanawia, ja
                        raczej dosc pewny jestem), ale to ja mam jeden etat i obowiazki dydaktyczne 2
                        godz tygodniowo i to w jednym tylko semestrze. podejrzewam tez ze z moja
                        profesorska pensja tez sobie niezle radze.. mysle ze na tej mojej pewnosci
                        wygrywam ja, aczkowliek to 'czlwoiek', a nie 'profesor' czy 'adiunkt' brzmi dumnie

                        i widzi pan, w ostatecznym rachunku, pana taktyka podwazania tych dobrych,
                        koniecznie w cudzyslowie, nie dziala. pan mi mowi co bedzie za iles tam lat, a
                        ja mowie o mojej pensji teraz. i niech pan te wszystkie sejdze i rautledze
                        kontestuje, co panu zostalo, nie?

                        ograniczalem sie w zlosliwosci, jak zajdzie potrzeba, moge rozwinac skrzydla.

                        dobranoc.
                        • ford.ka Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 23:49
                          Jeśli swoją działalność sprowadza Pan do wysokości pensji i tego, że
                          się Pan nie przemęcza, to gratuluję sukcesów. Każdy ustala miarę
                          swojego szczęścia. Miłe jest także to, że jeśli nie lubi Pan
                          studentów, nie musi się Pan z nimi zbyt często spotykać.
                          Jeśli wizja nauki, w której nie ma znaczenia, co się pisze, bo i tak
                          nikt tego nie zrozumie i ma to dokładnie zerowy wpływ na
                          rzeczywistość, byle się ukazało w dobrym piśmie czy wydawnictwie,
                          Panu odpowiada, też fajnie. Świat powinien być w większości
                          zaludniony przez ludzi zadowolonych z siebie i świata. Paru się
                          przydaje niezadowolonych, bo oni go popychają do przodu, ale wśród
                          samych niezadowolonych trudno żyć.
                          A jak się któraś z moich futurologicznych przepowiedni sprawdzi,
                          przecież świetnie się Pan dostosuje, tak jak już wiele razy Pan to
                          zrobił, więc nie ma się czego bać, a zastanawiać się na zaś nie
                          warto. Dobranoc! Spokojnych snów!
                          • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 13.12.08, 11:45
                            he he. nie, rzeczywiscie dzialalnosc naukowa odbywa sie dla idei poszukiwania
                            prawdy i siedzienia z ulubionymi studentami.i wlasnie widac jak ci wszyscy
                            sfrustrowani polscy naukowcy popychaja nauke swiatowa.

                            a co do nastepnego pana postu, prosze sobie kontestowac do woli. tylko po co sie
                            legitymizowac tym, co pan kontestuje?
                        • ford.ka PS 12.12.08, 23:54
                          Z Sagem sie w zyciu nie spotkalem (chyba nic z mojej dzialki
                          istotnego nie wydali, albo musze szukac dalej), ale z Routledge'a
                          raz mnie zaprosili do zbiorowki, (wydali, a potem wznowili w
                          paperbacku, wiec chyba nawet ktos to kupil) a raz dalem artykul w
                          jednym z ich pisemek. To teraz juz sobie moge kontestowac?
          • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 21:22
            no właśnie, ale ta wizja nie pozwala oceniać nauki, a o to tu toczymy boje...
            a swoją drogą, jeśli padło "postkolonializm", to przecież obie perspektywy:
            tylko my i nic więcej (ta perspektywa, podkreślam, jest obca Głowińskiemu!) bądź
            - tylko inni, światli, europejczycy, więc obie te perspektywy są konsekwencją
            postkolonialnych kompleksów i przyznam, że obie mi się nie podobają, bo do
            niczego nie prowadzą...
            • ford.ka Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 22:26
              Czy w nauce chodzi o to, zeby oceniac?
              • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 22:41
                no to na inną dyskusję... ale tu była debata o ocenie...
                dodam (bo taki mi tu brzmi podtekst), że postmodernistyczna też ma swoje
                mechanizmy oceniania...
              • dalatata Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 22:49
                niestety na tym polega na przyklad moja praca. ocenia sie mnie. od tego zalezy
                moja pensja. jak sie postaram bedzie wieksza. jak sie nie postaram moga mi ja
                nawet obnizyc (niesamowite nie?). ja nie mam komfortu publikowania w shitwater
                university press, czy paru innych, ktorych nazw nie wymienie.

                i moge sobie rozwazac do konca zycia, czy tak jest dobrze czy zle. fakt jest
                taki, ze jako pelny profesor na uniwersytecie w UK jestem nieustannie oceniany.
                komfort warunkow pracy (np. b. niskie obowiazki dydaktyczne) wiaza sie z tym, ze
                musze pisac, zdobywac pieprzone granty i publikowac nie w Glogow UP, ale w Sage.
                rozwazania o zasadnosci uznania sage za lepsze wydawnictwo od glogowa pozostawie
                koledze ford.ce. mnie nawet nie stac na to zeby liczyc na deklarowana rownosc
                dowolnej pubolikacji (nikt w to nie wierzy)



      • adept_ltd1_net Re: Angielski - przymusowo i to dla kazdego uczo 12.12.08, 17:53
        no ale przekaz tekstu nie dotarł do ciebie za bardzo...
        'rozmówca' nigdzie nie dyskwalifikuje fizyki, wypowiadał się tylko na temat
        specyfiki pisania w humanistyce....
        dalej - już o tym dyskutowaliśmy: czy celem naukowca ma być publikacja po
        angielsku, czy publikacja dobrego tekstu??? wg mnie to drugie. Głowiński zwraca
        uwagę na to, że w różnych dyscyplinach jest różnie i z wielu powodów polonista
        ma mniejszą motywację, by pisać po angielsku, gdyż:

        1. nie znajdzie odbiorcy swojego tekstu (Głowiński wskazał na Gombrowicza, gdyż
        to jeden z nielicznych polskich jakoś tam znanych pisarzy), pokaż mi tych
        specjalistów z Zachodu czekających na nasze teksty... (tych kilku, których znam,
        zna j. polski i od nas się uczy, jak pisać o literaturze polskiej, więc ja nie
        rozumiem, po co mam publikować po angielsku)
        2. odetnie się od możliwych czytelników w kraju,
        3. w żaden sposób takie publikowanie nie będzie wyznacznikiem poziomu tekstu
        (nie ma po prostu w pełni kompetentnych recenzentów)
        4. żeby było jasne - nic nie mam do znajomości języków, ale mogę sobie po
        angielsku czytać, pisać listy i inne...
        5. pozostaje więc ewentualne pisanie podręczników... i wprowadzeń, przybliżeń,
        ale to nie jest nauka...

        nie rozumiem wielu założeń twojego myślenia (to znaczy nie zgadzam się na nie) -
        typu: humanista nie piszący po angielsku chce być traktowany po macoszemu,
        przecież to bzdura... on najczęściej chce, by ktoś go przeczytał...
        no i przede wszystkim - pisanie o naszej kulturze poza Polską to nie jest
        kwestia tylko i wyłącznie czysto intelektualna, to jest sprawa polityki, i
        pewnego umocowania pozaintelektualnego, którego nie ma...
        Jak powstanie Katedra Studiów Polskich w USA i jeśli będzie mocna, to coś się
        zacznie dziać w tej sferze...
    • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 17:14
      Humanistyka i nauki spoleczne nie sa dziedzina jednorodna i nie da sie ustalic
      jednorodnych kryteriow oceny, ktore satysfakcjonowalyby przedstawicieli
      wszystkich nauk humanistycznych i spolecznych. Zwyczaje publikacyjne historykow
      i psychologow roznia sie diametralnie i nigdy nie bedzie wspolnych kryteriow
      oceny, ktore zadowola jednych i drugich. Jedni produkuja przede wszystkim
      monografie, drudzy publikuja artykuly w czasopismach miedzynarodowych, a
      przynajmniej powinni.

      Jednak humanistyka i nauki spoleczne to nie tylko etos, funkcja kulturotworcza i
      sprawy lokalne, jak widzialby to Glowinski. Nie widze powodow, dla ktorych
      filozof nie moglby publikowac w obiegu miedzynarodowym, wszak kondycja ludzka
      jest uniwersalna, ale ja nie jestem filozofem. Jednak byli i sa filozofowie w
      Polsce, ktorzy publikuja na miedzynarodowym rynku wydawniczym.

      Jezyk opisu nie zalezy od dyscypliny, czy jest to polonistyka, czy pedagogika,
      ale od tematyki. Zaden miedzynarodowy wydawca nie opublikuje monografii
      poswieconej umiejetnosci czytania wsrod polskich nastolatkow, bo to sa sprawy
      lokalne, ktore poza Polska malo kogo obchodza. Natomiast prace poswiecone lekom
      szkolnym i agresji wsrod nastolatkow moga i powinny byc publikowane w
      czasopismach miedzynarodowych.

      Czy jezyk angielski powinien byc faworyzowany? Tak, jednak mysle, ze powinien.
      Nie bez powodu najlepiej znanym na swiecie historykiem Polski jest Walijczyk
      Norman Davies, a najlepiej znanym jezykoznawca polskim mieszkajaca w Australii
      Anna Wierzbicka. Dla matematyka czy fizyka biegla umiejetnosc poslugiwania sie
      jezykiem angielskim w pismie jest wazniejsza niz umiejetnosc obslugi komputera,
      podczas gdy wielu polskich humanistow ma problemy z czytaniem po angielsku.
      Prace z Polski czesto nie sa publikowane za granica nie ze wzgledu na lokalnosc
      tematyki, ale ze wzgledu na brak znajomosci biezacej literatury i obowiazujacej
      na swiecie metodologii badan. Tak, wlasnie ze wzgledu na epigonizm polskiej
      humanistyki. Upieranie sie, ze Polacy nie gesi tylko te zapasc powiekszy.

      Rozwiazanie proponowane przez Glowinskiego, by finansowac tlumaczenie waznych
      prac na angielski jest szkodliwe. Bardzo dobra znajomosc jezyka angielskiego
      powinna byc absolutnym wymogiem dla kazdego naukowca, rowniez dla polonisty. W
      wymianie naukowej nalezy uczestniczyc osobiscie, a nie za posrednictwem tlumacza.
      • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 18:08
        no pełna zgoda co do znajomości języka... (ale chyba np. w przypadku polonistów
        nie tylko angielskiego, bo i - teraz chyba nawet bardziej - niemieckiego)

        tylko to nie oznacza, że publikowanie w tym języka ma być istotą działalności
        naukowej...

        no i jest naprawdę grupa humanistów, którzy są absolutnie na bieżąco...

        co do Wierzbickiej - to ona jest lingwistką, a nie językoznawczynią zajmującą
        się j. polskim...
        Davies - proponują ci kiedyś porównać amerykańską wersję książki o powstaniu
        warszawskim z polską wersją i zobaczysz o co chodzi z tym pisarstwem i że nie ma
        to nic wspólnego z poziomem naukowym (a nawet dokładnie odwrotnie, bo na tym
        polegała praca historyka, by zainteresować kogoś swoim tematem).

        no i filozofowie publikują po angielsku (służę przykładami), problem
        pedagogiczny, który podałaś nadaje się do takiej publikacji, ale większość
        problematyki polonistycznej - nie i o tym pisał Głowiński. I nie jest to
        świadectwem zaściankowości tylko realności (zresztą pragnę zwrócić uwagę na
        prace amerykańskiej ! slawistyki Ewy Thompson, która w kontekście
        postkolonialnym pokazuje, że bezmyślny pęd na Zachód jest takim samym przejawem
        zaściankowości, jak i praktyki zamknięcia).
        • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 18:34
          Do mnie dotarlo, jak wazne sa publikacje w jezyku polskim, kiedy napisala do
          mnie studentka psychologii z drugiego konca Polski z prosba o przeslanie pracy.
          Jednak publikacje w jezyku polskim bede traktowac jako sposob popularyzacji
          wlasnych badan. Mysle, ze polonisci w podobny sposob mogliby traktowac
          publikacje w jezykach innych niz polski.

          Szczerze mowiac, nie wiem, jak to powinno byc rozwiazane w kategoriach oceny,
          ale mysle, ze problem nie ogranicza sie tylko do humanistyki. Sprawa jest prosta
          w naukach scislych, ale w przyrodniczych juz nie. Zupelnie inne mozliwosci
          publikacyjne ma biolog molekularny, a inne ktos, kto zajmuje sie ekosystemem
          Slowinskiego Parku Narodowego. To nie oznacza, ze ten drugi jest niepotrzebny.

          > co do Wierzbickiej - to ona jest lingwistką, a nie językoznawczynią zajmującą
          > się j. polskim...

          A jaka jest roznica? Ci drudzy to RJP?
          • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 18:39
            w pełni się podpisuję pod pierwszą myślą - popularyzacja (ale pisaliśmy o nauce)

            z Wierzbicką - to mniej więcej tak, że chyba nikogo w świecie nie interesowałby
            artykuł na temat Gwara owiec podhalańskich... ;-)

            no może nie jest to najlepszy przykład, bo akurat to mogłoby zaskoczyć, ale
            wiesz, co mam na myśli ;-)
            • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 18:46
              Bardzo cie przepraszam, ale to sa jak najbardziej naukowe artykuly. Raczej
              chodzilo o popularyzacje pewnych rzeczy w pewnych srodowiskach, ale prace sa
              nadal naukowe.

              Mysle, ze gdyby Wierzbicka pisala o gwarze owiec podhalanskich, to bylaby nie
              mniej cytowana ;-) W tym konkretnym przypadku liczy sie bardziej co ktos ma do
              powiedzenia, a nie o czym mowi... A tak calkiem serio, moze chodzi o to, ze tej
              gwary jest za duzo, a za malo innych rzeczy...
            • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:00
              ale to zalezy co ona napisze o tych gwarach, do cholery. rzeczywiscie, ja
              slyszlaem setki referatow, w ktorych autorzy wymieniali roslinnosc u
              Orzeszkowej, faune w Chlopach i cos tam jeszcze u Zeromskiego. i po wymienieniu
              konczyli. to jednak nie jest nauka.

              jak tekst o gwarze podhala bedzie polegal na wymienieniu glosek, tego nie
              powinno sie opublikowac wcale.
              • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:08
                no ale nie o to chodziło, jak to jest zrobione, tu się nie różnimy...

                chodziło o to, że np. nikogo w UK, Bangladeszu, USA i na Grenlandii nie
                zainteresuje nawet najbardziej nowoczesny postdekonetyduskuretc. tekst
                poświęcony dajmy na to cyganerii warszawskiej z lat 40. XIX w. i tyle...
                • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:10
                  kurde, a skad wiesz? sprobuj! jak mowia gorale:

                  assumption is the mother of all fuck-ups
                  • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:19
                    a stąd, że choćby są to teksty nietłumaczone... a ja nie ma w sobie pasji
                    popularyzatora... i dlatego w tym przypadku nie będę próbował, mam ciekawsze
                    zajęcia...
                    • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:22
                      swoją drogą - jeśli Miłosz, popularny po Noblu nie radził sobie z
                      popularyzowaniem polskiej kultury... czy może lepiej: wszędzie widział, jak ona
                      nikogo nie interesuje... to o czym my mówimy???
                      • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:28
                        adept, kurde, my nie mowimy o popularyzacji polskiej kultury. mowimy o nauce na
                        temat tej kultury. to jest co innego.
                        • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:31
                          Dalatata, jeśli domagasz się ode mnie publikacji w innych językach (to zresztą
                          mam za sobą ;-), to wymagasz w istocie popularyzacji... bo nie będzie ani
                          kompetentnego recenzenta, ani kompetentnego czytelnika. Ale mnie to nie
                          interesuje...
                          • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:00
                            juz o tym napisalem. adept jako jedyna osoba na swiecie ktorej nie dasie
                            zrecenzowac na swiecie.....hmmmmm.... to ciebie zwolnimy z pisania po angieslku :-)
                            • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:05
                              no ja dziękuję bardzo, zresztą rezygnuję ze zwolnienia, pisałem po niemiecku to
                              i po angielsku napiszę...
                              to był taki przykład - zresztą nienajlepszy z mojego punktu widzenia, bo i tak
                              zajmuję się tekstami, które mają kilka tłumaczeń (kilka - na kilkaset tekstów...)
                    • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:27
                      to jest sciema. przed chwila mowiles, ze nikogo nie zainteresuje. ja ci mowie ze
                      nie wiesz. bedziesz wiedziec, jak wyslesz.
                      • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:29
                        jaka ściema, przecież dalej tak mówię...

                        plus - dla mnie takie wysyłanie to jest sprawa polityku kulturowej, a nie
                        nauki... bo wracam do ciągle kłopotliwej sprawy - kto mi zrecenzuje ten tekst???
                        od pół roku proszę o kilka nazwisk i nic...
                        • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:59
                          no wiec ja troceh nie wierze ze nie ma tych ludzi. a jako ze sie nie znam na tym
                          co robisz, to nie mam nazwisk.

                          jdnak caly swiat sobie jjaos radzi. i tylkok polonisci polscy maja problem. nie
                          kupuje tego.
                          • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:03

                            No gdyby byli, to bym wiedział (możesz przyjąć, że zatajam tę wiedzę, no ale po
                            co???).

                            co do reszty - ależ to bardzo proste, w zasadzie (no może poza 10 osobami) nie
                            ma dobrych polonistów poza polską... więc - jeśli mówimy o ocenianiu, to musimy
                            poprzestać na wypracowaniu wewnętrznych reguł oceniania (jako poloniści), i
                            Pamiętnikowi wychodzi to, w moim przekonaniu, jak najlepiej.
      • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 19:45
        zgadzam sie prawie zupelnie, ale to detale.

        glowinski proponuej nauke w zascianku. nasza nauka, nasz jezyk, albo bawisz sie
        jak my, albo spadaj. mnie taki wizerunek nauki zupelnie nie odpowiada. glowniski
        proponuje nauke na 'naszych' warunkach. to jest zaprzeczenie idei nauki.
        • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:00
          to ja chyba czytałem inny tekst Głowińskiego, bo ja myślę, że on właśnie pisze,
          by nie dominował w polskiej humanistyce wzorzec nauk ścisłych, bo to nie ma
          sensu i on to - wg mnie dobrze - uzasadnił,

          no ale jest jeszcze coś - przecież Głowiński od lat 60. jest tym który otwiera
          polską naukę na Zachód (i jest tam cytowany zresztą), to on wprowadził do PL
          dział przekłady! (jeszcze w latach 60...kiedy to było odważne), to on pisze
          książki, które są w czołówce europejskiej myśli (problematyka odbioru dzieła
          literackiego od lat 60.), to on pisze po angielsku, niemiecku i francusku (i w
          takich językach plus rosyjski cytuje), to on robi najbardziej nowoczesne i
          otwarte na świat pismo literaturoznawcze "Teksty", to on inicjuje serię
          polonistyki zagranicznej w IBL-u (kilkanaście tomów), wystarczy??? po prostu nie
          ten adresat tych wszystkich krytyk!
          • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:03
            ja nie mam problemu z tym, zeby nie obowiazywal model nauk scislych.

            tyle ze jego argumentacja jest chybiona. przeciez on mowi ze o histroii polski
            nie warto pisac po angieslku, o kulturze, folklorze. przeciez to sa bzdury na
            kolkach. polska nie jest samotna wyspa na ajudahu skale do cholery, ktora rzadzi
            sie wlasnymi prawami.

            autor nowomowy po polsku twierdzi ze nie warto pisac o jezyku polskiej polityki
            za granica?! kurde, przeciez to nie ma zadnego sesnu
            • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:11
              hm, no ja wyczytałem tam, że warto publikować (tłumaczenia) - tych rzeczy, które
              mogą zainteresować, ale to nie ma być fetysz... (i akurat kwestia nowomowy,
              myślę, nadaje się do opisania po angielsku... (i Głowiński nie pisze, że nie).

              Ja proponuję ci sięgnąć do amerykańskiego wydania książki Davisa o powstaniu
              warszawskim i zobaczysz, dlaczego nie ma po co pisać po angielsku o historii
              polski...
              • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:21
                co do tlumaczen, to ja proponuje zaprzestac sie uczyc jezykow. wszak mamy tlumaczy.
                • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:23
                  to były lata 60... - napisałem!
          • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:17
            adept_ltd1_net napisał:

            > to ja chyba czytałem inny tekst Głowińskiego, bo ja myślę, że on właśnie pisze,
            > by nie dominował w polskiej humanistyce wzorzec nauk ścisłych, bo to nie ma
            > sensu i on to - wg mnie dobrze - uzasadnił,

            To on moim zdaniem nie ma zupelnie racji z tym wzorcem. Do czesci nauk
            humanistycznych ten wzorzec bardzo dobrze pasuje i generalizowanie, ze wzorzec
            jest be, bo polonistom nie pasuje, nie ma zupelnie sensu.

            Natomiast jezeli chodzi o to sformulowanie z projektu: "autorstwo monografii w
            języku kongresowym lub w przypadku nauk filologicznych i historycznych w języku
            właściwym dla danej dyscypliny, z wyjątkiem języka polskiego - 24 pkt", to ja
            sie zgadzam, ze jest bez sensu. Z tego wynika, ze w lepszej sytuacji jest
            balkanolog, ktory wyda monografie po chorwacku, niz polonista piszacy po polsku.
            I to jest bez sensu.
            • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:21
              Chario, ty też uprawiasz mistykę??? a gdzie tam jest napisane, że ten wzorzec
              jest be??? hę??? tam chodzi tylko o tę drugą kwestię, którą uznajesz za słuszną...
              • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:22
                Sorry, to bylo w twoim poscie :P
              • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:29
                Drugi akapit w tekscie Glowinskiego...

                Natomiast uwazam, ze argumenty, ktore on podaje sa od poczatku do konca chybione.
                • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:36
                  w moim wydaniu:

                  "W jakiejś mierze ten osobliwy produkt jest odbiciem tego, co jest właściwe
                  naukom przyrodniczym. Nie ulega wątpliwości, że w tej dziedzinie muszą
                  obowiązywać kryteria międzynarodowe i łatwo je wskazać, jest oczywiste, że
                  wyniki badań winny być ogólnie dostępne w świecie, czyli - w praktyce -
                  ogłoszone po angielsku."

                  więc jakby zupełnie inaczej... ;-)
                  • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:44
                    No ale ten akapit byl w kontekscie, nie? ;-)
                    • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:50
                      no ale kontekst był taki, że są różne nauki i że to, co jest sensowne w jednej,
                      w innej niekoniecznie, nie???
                      • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:53
                        Zgoda, ale tego, co pisze Glowinski nie mozna odnosic do calej humanistyki. Ja
                        sie z tym nie zgadzam !!! Uwazam, ze jego wizja humanistyki jako calosci jest
                        szkodliwa.
                        • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 20:57
                          no ale on nie pisze jednak o całej, nie???

                          plus - ja bym się domagał pisania po angielsku - ale nie jako miernika poziomu,
                          tylko jako pewnej polityki kulturowej państwa, dawania światu polskich
                          narracji... tylko, że to jest już polityka, którą należy prowadzić (np.
                          zakładając katedry polskich studiów). Fakt, że historyk polski opublikuje coś po
                          angielsku o tym, co się stało za króla Jana Olbrachta, nie będzie świadczyło o
                          szczególnym poziomie tego tekstu, tylko o to mi chodzi...
                          • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:03
                            a ja zostane przy swoim. zalezy co opublikuje. naprawde. wiem to z doswiadczenia
                            pisania o sprawach polskich.
                            • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:08
                              ok - z zakresu dyskursów społecznych, politycznych tak... ja nigdzie nie mówię:
                              wszystko, całe itd. Jedyne o co mi chodzi, to uratowanie tego, co nie mieści się
                              w tych całościowych modelach, gdzie wszystko ma być po angielsku...
                          • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:09
                            Ale on uwaza, ze to, co pisze, odnosi sie do calej humanistyki !!! Wez takie zdanie:

                            "To rzecz jasna piękne i wspaniałe, gdy jakieś dzieło z zakresu nauk
                            humanistycznych zdobywa taką pozycję, zdarza się to jednak niezmiernie rzadko i
                            nie może stanowić kryterium oceny."

                            I to jest szkodliwe, bo jezeli wydasz monografie o polskim romantyznie w
                            Cambridge University Press, to powinna ci sie liczyc tak samo, jakbys ja wydal w
                            wydawnictwie PWSZ w Glogowie.
                            • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:16
                              w Głogowie? no co ty? ;-)
                              no nie powinna, ale też nie powinno być tak, że mam ją wydać po angielsku i
                              wtedy dostanę 60 p. (choć nikt jej nie przeczyta), a jak po polsku to 12... choć
                              może zmieni paradygmat myślenia o romantyzmie...
                              • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:23
                                Mnie sie ta punktacja tak szczerze nie podoba z roznych powodow. Jak masz 60 do
                                12 to faktycznie jest kicha. Mnie ciekawi, kto bedzie ustalal, ktory wydawca
                                jest "ogólnoświatowy i kluczowy dla danej dyscypliny".
                            • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:24
                              a ja sie z tym nie zgadzam. ona powinna sie liczyc tak samo, jelsi beda
                              recenzenci kotrzy dla potrzeb oceny ja przeczytaja (tak bylo w ostatniej rundzie
                              Research assessment exercise w UK, przynajmnjiej takie deklaracje byly; wszyscy
                              wiemy ze w CUP jest lepiej). jesli przypisujesz punkty, to niestety CUP powinna
                              dostac kilkakrotnie wiecej niz Glogow UP.
                              • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:27
                                to nie tak, zawsze będą płaszczyzny nieporównywalne

                                ja to widzę inaczej - wypracujmy taki system recenzyjny, że w Głogowie nie
                                wydadzą nic, co jest do kitu i co udaje naukę, i tyle...
    • thersites Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:15
      Witam,

      polonista ze mnie żaden, więc i nie mam szczególnego powodu, by się za - to
      prawda - często nieznającymi języków kolegami ujmować, jednak...
      Drodzy/gie charioteer i dalatata: pomyśleć, że w niedalekiej przeszłości
      przeciętny "przyrodoznawca" z aspiracjami starał się przynajmniej zachować
      jakibądź kontakt z humanistami. Pewnie był on równie głęboki, jak mój -
      humanisty - i sprowadzał się do przeglądania działu naukowego codziennej prasy,
      ale - był. Wasza natomiast argumentacja dowodzi, że o humanistyce nie macie
      najmniejszego choćby pojęcia. Krótko tylko:
      1. Nie trzeba mieć szczególnego rozeznania w polskiej polonistyce, by wiedzieć,
      kto to prof. Głowiński. I pewnie sporo tupetu, by przedkładać tłumaczenia choćby
      w "Poetics" czy "New Literary History" nad stronnicowe komunikaty w - a jakże -
      amerykańskich annałach woreczka żółciowego. Jeśli dalatato/charioteerze
      będziecie mieli choćby cień szansy na stworzenie tego, co współtworzył w latach
      70 i 80. Głowiński et co., a co zaczyna się właśnie doceniać na mitycznym Zachodzie.
      2. By uprzedzić zarzuty: znam angielski, kilka innych języków kongresowych i dwa
      martwe też. Zupełnie natomiast nie rozumiem anglocentrycznej obsesji Państwa.
      O/w humanistyce pisze się także - niekoniecznie po to, by ukryć intelektualne
      braki - po niemiecku, francusku, włosku itd. Nie ukrywam - anglosasów darzę
      podziwem. Gdyby jednak Państwo na naukowych wywczasach w USA zadali sobie nieco
      trudu, wylogowali się z jstora czy innego ovida, i poszli - ot tak - wiedzeni
      ciekawością intelektualną do pierwszej lepszej księgarni, zauważyliby, że - i
      właśnie w tym dostrzegam największą słabość mitycznej amerykańskiej (w GB jest
      znacznie lepiej) humanistyki - szacowne Cornell czy California University Press
      wydają prace autorów, którzy nie znają - chyba że poprzez przekłady - żadnej
      prócz anglosaskiej tradycji intelektualnej. Proszę wybaczyć, że przywołam tych
      tylko, którzy odmienili oblicze XX-wiecznej humanistyki: Heidegger, Habermas,
      Foucault, Barthes, Derrida, Wittgenstein po angielsku napisali pewnie tyle co
      Głowiński.
      3. Otwierajmy się zatem na świat, drodzy koledzy Przyrodnicy, ale bądźcie
      łaskawi i opanujcie angielski na poziomie wyższym niż koniecznym do opisu
      wyników badań laboratoryjnych, chwyćcie za Petrarkę, Manna, Prousta czy - ten
      powinien być Wam bliższy - Joyce'a w oryginale, a znajdziemy wspólnotę porozumienia.

      Z poważaniem,
      Thersites
      • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:28
        to moze pogadamy jak Glowinskiego zaczna tlumaczyc jak Habermasa, Wittgensteina
        i Derride ok? i wszyscy go beda cytowac. poki co, z calym szacunkiem dla
        Profesora, tak nie jest. byc moze szkoda ze tak nie jest, jednak nie jest. nie
        mam tez specjalnych kompleksow dorobkowych wobec Profesora, ale to jest zupelnie
        insza inszosc.



        • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:33
          jak było powiedziane, Głowiński od dawna publikuje poza Polską. W latach 60
          tworzył projekt badań literackich taki, jak w Niemczech (równolegle, nie
          korzystając). Nie będą go jednak tak przekładać, jak wymienionych, bo zajmuje
          się nikomu nie znaną polską literaturą...
        • thersites Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:39
          Może po prostu: pogadajmy. Dezynwoltura, z jaką się Pan/i o jego dorobku
          wypowiada, rzeczywiście świadczy o braku kompleksów, ale i o całkowitym braku
          dystansu. Sądzi Pan/i, że w latach 70. czy 80., kiedy wraz ze Sławińskim tworzył
          podwaliny tzw. polskiej szkoły komunikacji, którykolwiek z polskich humanistów
          mógł pozwolić sobie na podobny "tour" po amerykańskich koledżach, co Foucault
          czy Derrida? Na pewno jednak Instytutom Goethego czy Alliance Francaise było
          łatwo promować swoje "kultury", równie łatwo, jak Panu/i ferować wyroki.
          Nawiązując jeszcze do postu prof. Komorowskiej: proszę zerknąć do wikipedii (czy
          skąd czerpie Pan/i informacje o stanie polskiej humanistyki) i sprawdzić, jak
          bardzo i czy cenieni są w świecie Tadeusz Zieliński, niejaki Kumaniecki
          Kazimierz czy obywatel Michałowski - cenna to wiedza, zapewniam.
          • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:51
            thersites napisał:

            > proszę zerknąć do wikipedii (czy
            > skąd czerpie Pan/i informacje o stanie polskiej humanistyki) i sprawdzić, jak
            > bardzo i czy cenieni są w świecie Tadeusz Zieliński, niejaki Kumaniecki
            > Kazimierz czy obywatel Michałowski

            A kto z zyjacych?
            • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:54
              żyjący obawiają się, że mogliby nie żyć, więc...
              • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:04
                Michalowski publikowal po angielsku i dzieki temu jest cytowany do dzis poza
                Polska. Zielinski zreszta tez. O tym wlasnie tu rozmawiamy.

                adept_ltd1_net napisał:

                > żyjący obawiają się, że mogliby nie żyć, więc...

                No wiem...
          • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:53
            prosze Pana, ja akurat Glowinskiego bardzo szanuje i mysle o nim jako jednym z
            najwazniejszych nazwisk powojennej polskiej humanistyki. to nie znaczy jednak ze
            wszystko co napsial mi sie podoba, mysle ze jego dorobek jest nierwony.

            ale nie widze specjalnego powodu, zeby padac na kolana. co wiecej, ja
            niespecjalnie wiele tychze wyrokow na temat odorbku G. wyglosilem. mnie sie nie
            podoba to co napisal w artykule. mysle ze to szkodliwe. to wersja nauki
            grajdolkowej. my mamy nasza dyscypline i ona jest szczegolna, bo nasza polska.
            to co pisze glowinski nie ma najmniejszego sesnu.
            • thersites Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:14
              Ad dalatatam: powtarzam - mnie losy polskiej polonistyki są najzupełniej
              obojętne, nie godzę się jednak, by ci, których humanistyczne przygotowanie
              sprowadza się do niejasnych wspomnień z półrocznego kursu historii filozofii,
              zapominali o fakcie, że znacząca część humanistyki (a na pewno jej część
              nieeksperymentalna czy tzw. "meta") zasadza się na języku. Ba - i rozumiem, że
              tego Koledzy Biolodzy i spółka pojąć nie potrafią, tkwiąc w anglocentrycznym
              matriksie (?) - najlepsze czasopisma poświęcone Goethemu są po niemiecku,
              petrarkiańskie po włosku, tyczące poezji francuskiego baroku po francusku, a
              Norwida - po polsku. Nie trzeba tkwić w zaściankowym grajdole, by wiedzieć, że -
              choćby na gruncie filologii - istotne odkrycia epigraficzne wydaje się w
              niemieckim ZPE, językiem aplikacji współczesnych teorii czy językoznawstwa
              generatywnego jest amerykański, a w nauce o łacińskiej poezji późnego antyku
              zupełnie inne szkoły reprezentują Włosi, inne Brytyjczycy. Szkoły właśnie.
              Ad cheerioterem: proszę poszukać w wiki. Podpowiedzi: 1. jak się nazywa autorka
              biografii Hypatii z Aleksandrii? 2. kto wydawał Cycerona u Teubnera? 3. kto
              kopie w Aleksandrii a kto w Palmyrze? 4. jak się nazywa redaktorka czołowej
              serii fenomenologicznej? 5. czyje prace dot. historiografii publikuje Beck?
              • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:41
                ja tam sie na literaturze nie znam za bardzo. ale znam sie dosc dobrze na
                lingwistyce. nie ma dzisiaj w polsce czasopisma z lingwistyki polonistycznej,
                ktore by choc nawiazywalo poziomem do czasopism miedzynarodowych. reszta mnie
                nie interesuje.
                • adept_ltd1_net Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:50
                  to prawda ;-)

                  ale ja mam inny punkt - i nie ma na świecie lepszego pisma polonistycznego
                  literaturoznawczego niż PL ;-)
                • thersites Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 23:07
                  Ja również nie znam polskiego czasopisma językoznawczego, które byłoby na
                  światowym poziomie. Z drugiej strony, nie godzę się na anglojęzyczną
                  urawniłowkę. Kognitywiści (także polscy) piszą po angielsku, leksykografia
                  mediewistyczna ma swoje czasopismo, w którym publikuje się przede wszystkim po
                  francusku, w "Glotta" wciąż wiele artykułów jest po niemiecku. Wystarczy, by
                  przyrodnicy dostrzegli, że:
                  1. polska humanistyka została za PRL-u potwornie wręcz zdewastowana, a ostoją
                  "nowinkarstwa" i - właśnie - kontaktów z zagranicą był warszawski IBL;
                  2. historyk literatury czy języka zwykle musi opanować kilka języków na poziomie
                  - będę się upierał - nieco wyższym niż chemik czy fizyk;
                  3. lingwista-anglista, szczycący się znajomością najnowszych trendów w nauce,
                  nie ma zazwyczaj bladego pojęcia o tym, nad czym pracuje się w Niemczech czy we
                  Włoszech, bo nawet tam znaczącą część produkcji naukowej publikuje się w
                  językach danego kraju, produkcja, ośmielę się twierdzić, godna tłumaczenia na
                  hamerykański;
                  4. poziom polskiej humanistyki jest zróżnicowany: różni się w zależności od
                  dziedziny, miasta i bóg wie czego jeszcze. Jednym ze sposobów jego podniesienia,
                  jest także tłumaczenie ważkich prac na polski: bez tego przeciętny polski
                  gimnazjalista, licealista czy niezbyt uzdolniony językowo student nigdy nie
                  będzie miał bladego pojęcia o tym, co en vogue, zatem już jako młody naukowiec
                  będzie w gorszej sytuacji niż jego anglosaski kolega, który większość
                  humanistyki ma w niezłych komentowanych przekładach, do tego nie musi zadawać
                  sobie trudu, by opanować jakikolwiek, prócz własnego, język.

                  Dość, czas do pracy. Pozdrawiam oponentów :)
                  • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 23:14
                    1. to nie znaczy ze teraz na cale zycie IBL zostanie pepkiem swiata, prtzez
                    kotry przechodzi os swiata, a Eliade to o nich pisal.
                    2. i co z tego?
                    3. ma. o tym co w jego dziedzienie dzieje sie w wloszech czy niemczech.
                    4. tlumaczenie ksiazek powinno byc uzaleznione od potrzeb rynkowych.

              • charioteer Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:50
                Nieee, no sorry, na rozwiazywanie kalamburow nie mam ochoty.

                Thersites, stosujesz strategie dyskusji, ktora mozna strescic nastepujaco:
                powiedz mi, kim jestes, a ja ci powiem, co ty mi mozesz. Otoz informuje cie, ze
                moje przygotowanie humanistyczne samej filozofii zawieralo wiecej niz polroczny
                kurs, choc zdecydowanie nie byl to moj ulubiony przedmiot humanistyczny...

                Nie wiem, czemu akurat takie zarzuty i czemu pod moim adresem. Pisze wyzej, ze
                humanistyka nie jest tworem jednorodnym i co dobre dla polonisty, nie musi byc
                dobre dla innych. Wizja humanistyki polonocentrycznej zdecydowanie mi nie
                odpowiada, a taka jest wizja Glowinskiego.

                > najlepsze czasopisma poświęcone Goethemu są po niemiecku,
                > petrarkiańskie po włosku, tyczące poezji francuskiego baroku po francusku,

                Nie wysilaj sie. Tyle to juz nawet ministerstwo rozumie.
    • leser.1 Język polski - niepożądany 12.12.08, 21:47
      Mam w rodzinie (dzięki Bogu -dalszej) ambitniaka po KUL-u, który zapożyczył się po uszy, aby wydać coś drukiem. W Londynie. Nikt tego "dzieła" nigdy nie przeczytał i nie przeczyta!
      Tego się nie da czytać!
      Neologizmy i kretynizmy językowe stanowią główną treść tej "pracy".
      Dzięki temu jest dziś dr.hab. i ogłupia na swoją modłę swoich studentów.

      Dokładnie tak, jak dr.hab. prawa pracy.
      • chimek do glupiego profesora 12.12.08, 22:03
        W Polsce nalezy pisac po angielsku ksiazki o sejmiku w Piotrkowie
        Trybunalskim!!!!! Dlaczego?
        1.Bo generalnie w jezyku angielskim brak jest prac, ktore pokazuja
        historie Polski w obiektywnym swietle, prac ktore pokazywalyby cale
        bogactwo i zlozonosc polskiej kultury i historii. Na tle innych
        krajow wypadamy mizernie jezeli chodzi o prace w jezyku angielskim
        2. Naiwiak tylko by mogl powiedziec, ze obcokrajowcy napisza za nas
        historie Polski po angielsku przedtem dotarwszy do polskojezycznych
        zrodel. Tak napisza, ale o polskim antysemityzmie, pogromach i
        generalnie tylko pisza o brudach. Jak Polska chce miec zly image to
        niech nie pisza Polacy po angielsku. Wtedy bedziemy sie tylko
        bronic, a sami nigdy nie bedziemy trzymac reki na pulsie.
        3. Nauka sluzy nie tylko dla naukowcow. Opinia publiczna na
        zachodzie tez chce wiedziec cos o Polsce. Jak nie bedziemy pokazywac
        zlozonosci polsiej historii po angielsku, to opinie wrogow (tak
        wrogow, spotkalem takich) Polski beda pozostawac dominujacymi. 4.
        Moj apel do polskich historykow w Polsce: piszczie po angielsku
        historie Polski tak jakbyscie pisali po polsku. Kazdy temat jest
        dobry.
        4. Profesor ma male horyzonty.
        • adept_ltd1_net Re: do glupiego profesora 12.12.08, 22:08
          masz w pełni rację, poza tym, że -

          1. profesor pisze o systemie oceny, kuriozalnym,
          2. to jest sprawa polityki kulturowej, samo pisanie nic tu nie da...
    • swiniotop Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:12
      A może by tak jako pierwszy wymóg przy publikacji wszelkiego rodzaju propozycji
      i projektów ustaw , rozporządzeń i tp. dokumentów ustanowić wymóg podpisywania
      się imieniem i nazwiskiem a nie anonimowo instytucją. Wtedy było by więcej
      odpowiedzialności za treść.
      • dalatata Re: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:37
        a od kiedy to publikacje podpisuje sie instytucja?
    • antrejka Głowiński: Język polski - niepożądany 12.12.08, 22:53
      Współczuję humanistom, ale Ministerstwo Nauki nie radzi sobie nawet z
      medycyną. W tej nauce zastrzeżenia dotyczące języka publikacji są o.k.; ale na
      liście ministerialnej (wg której robimy ankietę) co roku, brakuje (oprócz
      ważnych - dla medycyny w Polsce - czasopism polskojęzycznych ) czasopism z
      Impact Factorem (to wskaźnik prestiżu i siły oddziaływania czasopism
      naukowych, ustalany przez Instytut Filadelfijski, na podstawie prowadzonego
      przez ten instytut indeksu cytowań publikacji naukowych) - najważniejszych, a
      wg zasad Ministerstwa zamiast 24/15 czy choćby 5/6 punktów (dla zdaniem
      Ministerstwa 'lepszych' polskojęzycznych czasopism), trzeba publikacjom w nich
      zamieszczonych dać max. 3 ?! Popieram protest humanistów, a tym samym niech
      rząd się zainteresuje pracą Ministerstwa Nauki, i sprawdzi jak przydzielają
      granty.
      • charioteer Czasopisma 12.12.08, 23:03
        Ty polonistow do tego nie mieszaj, bo im zupelnie o co innego chodzi.

        Zgadzam sie, ze lista czasopism jest robiona calkowicie po amatorsku. Ostatnio
        opublikowali aneks do listy. Otoz okazuje sie, ze oni te liste uzupelniaja na
        wniosek autorow, ktorzy w danych pismach publikuja !!! Bez komentarza.
        • dalatata Re: Czasopisma 12.12.08, 23:08
          ja tam nie wiem co to znaczy po amatorsku i na czym mialoby polegac
          profesjonalne zrobienie takiej listy.

          ja to widzialem i ogolnie czasopisma w ktorych publikuje sa kwalifikowane od 15
          pkt wzwyz. moge sie kolicic co do rankingow, nie widzialem niczego razacego.

          niestety jesli sie chce punktowac, to takie problemy wynikna. niestety w moim
          odczuciu problem nie polega glownie na tych czasopismach, wiekszosc naszych
          kolegow i kolezanek w nich nie publikuje.

          a uzuplenianie listy jest sensowne. i watpie zeby to polegalo na tym, ze autor
          pisze: ja tam opublikowalem, to to musi byc za 24 pkt.

          a jak masz lepszy pomysl, ot napisz do CK>
          • charioteer Re: Czasopisma 12.12.08, 23:13
            Juz kiedys na ten temat rozmawialismy. Sprawdz, czy tam sa wszystkie czasopisma,
            w ktorych publikujesz. Jezeli ktoregos jednak nie ma, to nie bedzie 15 punktow,
            ale najwyzej 2.
            • dalatata Re: Czasopisma 12.12.08, 23:17
              tak. i powtarzam. CK jest otwarta na sugestie, wedle mnie uczciwie. gdyby mi
              zalezalo na punktacji, pisalbym do CK.
              • charioteer Re: Czasopisma 12.12.08, 23:29
                > tak.

                Multilingua tez?

                Dalatata, CK sie tym nie zajmuje, tylko ministerstwo. Ministerstwo jest jak
                widac otwarte na sugestie, poniewaz lista jest modyfikowana stale. Ja o tym
                wiem, to napisze, tylko obawiam sie, ze ta wiedza nie jest powszechna w srodowisku.
    • ford.ka O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 00:57
      Artykuł prof. G. jest całkiem interesujący, najciekawsze jednak jest
      to, że ani profesor ani komentatorzy nijak nie odnoszą się do
      meritum sprawy. A przecież podstawowym zadaniem naukowca jest
      poprawne postawienie pytania badawczego. Póki się tego nie dokona,
      praca badawcza nie ma większego sensu. Pozwolę sobie postawić zatem
      tezę, że w tym przypadku właściwe pytanie badawcze brzmi: ale o co
      chodzi?
      Otóż moim skromnym zdaniem problem prof. G. nie polega na tym, że
      Ministerstwo dało tak niską punktację publikacjom w języku polskim.
      Problem polega na tym, że humanistyka jako całość straciła swoją
      dotychczasową wysoką pozycję naukową i społeczną, z czym prof. G nie
      potrafi się pogodzić i nie mogąc obronić rzeczonej pozycji, staje do
      boju o jej pozory mierzone wysoką punktacją. Przykra ta sytuacja nie
      wynika zresztą z osiągnięć polskiej humanistyki lub ich braku, ale
      ze zmian jakie zaszły w otaczającym nas świecie.
      Działalność prof. G. i jego kolegów (do których w myśl zasady "konia
      kują, żaba podstawia łapę" i siebie zaliczam) ma na współczesny
      świat wpływ zerowy i według tego wpływu jest oceniana. Sugestia, że
      monografia pisana po polsku jest warta jedynie pięć czy dziesięć
      razy mniej niż monografia pisana po angielsku i wydana w poważnym
      zagranicznym wydawnictwie, jest w istocie rzeczy dowodem szalonego
      optymizmu. Bardziej racjonalne byłoby zastanowienie się, czy dać
      należy jeden punkt za dowolną publikację, czy raczej za książkę dwa,
      a jeden za artykuł. Książka to niby więcej pracy, ale ogólny trend
      każe wyżej cenić publikacje w czasopismach.
      Nie znaczy to, niestety, że wpływ monografii humanistycznych
      publikowanych w języku angielskim jest ogromny. Zmiany miejsca
      humanistyki w świecie, a chociażby w świecie akademickim, dokonują
      się wszędzie, a u nas pewnie nawet nieco wolniej niż gdzie indziej.
      Są jednak pewne korzyści z życia w grajdołku. Nadal jednak
      możliwości oddziaływania na cokolwiek publikacji anglojęzycznych są
      kompletnie nieporównywalne z polskojęzycznymi całkowicie niezależnie
      od tematyki tych drugich.
      Druga kwestia jest następująca i da się ją również zawrzeć w
      prostych słowach - i co z tego? Czy prof. G. załamie się nerwowo,
      jeśli w przyszłym roku po wprowadzeniu nowych zasad złoży u swojego
      dziekana raport, z którego wynikać będzie, że wzbogacił konto swego
      wydziału o zaledwie 27 punktów, a nie 127 jak miał to we zwyczaju?
      Gdyby miało tak być, fakt ten powinien budzić pewien niepokój,
      przede wszystkim jednak u kolegów i najbliższej rodziny prof. G.
      Niezorientowanych spieszę poinformować, że ilość zdobytych punktów
      absolutnie na nic się konkretnego dla prof. G. nie przekłada. Nie
      dostanie raczej z tego tytułu podwyżki (słowo na uniwersytetach mało
      znane i właściwie nigdy nie używane), a jeśli dziekan rzuci premią,
      będzie to kwota z gatunku żenujących. Awansować też nie może, bo
      wyżej się nie da, osiągnął już absolutny szczyt.
      Dla jego młodszych kolegów ilość zdobywanych punktów również nie ma
      większego znaczenia, ponieważ awans na kolejne stopnie naukowe nie
      odbywa się banalną metodą sumowania zdobytych punktów, aż do
      osiągnięcia z góry znanego poziomu. Ocena jest mocno dowolna, tak by
      można było każdego ewentualnego kandydata do doktoratu czy
      habilitacji przetrzymać dowolnie długo w poczekalni albo utrącić.
      Dla wydziału jest o tyle istotna, że punktacja brana jest pod uwagę
      przy przyznawaniu funduszy na działalność naukowo-badawczą. Tutaj
      jednak proponowana różnica wydaje się szczególnie zasadna. Trzeba by
      iście ułańskiej fantazji, by koszty badań prof. G. przekroczyły
      miesięcznie kilka tysięcy złotych czyli kwotę potrzebną często na
      jeden tylko odczynnik niezbędny do eksperymentów chemicznych. O ile
      zatem relację wyceny publikacji angielskojęzycznych do
      polskojęzycznych trudno tym faktem usprawiedliwiać, racjonalne staje
      się niskie punktowanie publikacji humanistycznych w porównaniu z
      publikacjami z nauk ścisłych. Publikacje angielskojęzyczne, które
      spełniałyby podane kryteria, są zapewne na tyle nieliczne, że
      Ministerstwo w przypływie szaleństwa postanowiło dać za nie punkty
      bonusowe.
      Kiedy zatem odpowiedzieliśmy sobie na poprawnie postawione pytania
      badawcze, nasuwa się momentalnie refleksja: autorzy projektu, w
      odróżnieniu od prof. G., doskonale orientują się w tym, czym są
      nauki humanistyczne, a zwłaszcza jaka jest ich społeczna rola. Nikła
      ze wskazaniem na żadna. I odpowiednio do tego skądinąd przykrego
      faktu zaproponowali jej ministerialną wycenę punktową.
      Niech na koniec wolno mi się będzie odwołać do słów wybitnego
      niewątpliwie przedstawiciela polskiej humanistyki: i to by było na
      tyle.
      • charioteer Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 01:19
        Bzdury kompletne wypisujesz. Nikt nie porownuje humanistow z fizykami czy
        biologami przy ocenie parametrycznej. Humanistow porownuje sie z innymi
        humanistami, a przy obecnych zasadach oceny teologia wypada z reguly lepiej niz
        wszystkie filologie razem wziete.
        • ford.ka Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 09:57
          Serio?
          Kolega naprawde nie wpadl na to, ze istota oceny parametrycznej
          polega wlasnie na tym, zeby dalo sie porownac zupelnie rozne
          dziedziny nauki na podstawie ocen zewnetrznych, obiektywnych i
          wyskalowanych odpowiednio dla poszczegolnych specjalnosci.
          Kazdy rozumie, ze cztery jablka to niekoniecznie wiecej niz dwie
          lokomotowy, ale nie kazdy jednak wpadnie na to, ze dwa tomy
          proceedings czyli pokonferencyjne latynistow to wiecej niz trzy tomy
          proceedings biochemikow. Ale informacja ze latynisci zdobyli 317
          punktow jasno wskazuje, ze sa mniej robotni (mniej wplywaja na
          rozwoj swiatowej nauki) od biochemikow, ktorzy maja 5823 w tym samym
          czasie. No a jak sa mniej robotni, to za niby im placic?
          Problem (takze Polski ale nie tylko) polega od poczatku na tym, ze
          za ustalanie regul takiej oceny wzieli sie naukowcy scisli (z
          przewaga fizykow) i narzucili swoj sposob oceny (n.p. Liste
          Filadelfijska jako wyrocznie wszechrzeczy, cytowanie jako jedyna
          miare jakosci i to w okresie bodajze pieciu lat, artykul w journalu
          jako jedyny wartosciowy sposob upowszechniania wiedzy) ktorego
          glowna zalete jest to, ze da sie je policzyc i dac wynik w liczbach
          calkowitych.
          Na razie nie ma jeszcze oficjalnego porownywania (zarowno artykul
          jak i moj komentarz dotycza projektu nowych regul, wiec komentarz
          Charioteer jest niezbyt grzeczny i dowodzi, ze albo nie umie czytac
          albo byl juz bardzo zmeczony) ale taki jest cel wprowadzanych zmian.
          Nawet jesli ich autorzy nie napisali tego duzymi literami, a byc
          moze czesc z nich nie ma swiadomosci tego faktu.
          I jedni sie do tego dostosowali (datalata jest pieknym przykladem),
          oplacili sie (raczej nie z wlasnych, koszta sa spore) swietej Liscie
          (albo zeby przyjela ich pisma, albo zeby dala dostep do swoich baz
          danych, albo zeby sprzedala swiety program, ktory pozwala tworzyc
          bibliografie w taki sposob, by mozna bylo uzupelniac swiete bazy) i
          staraja sie publikowac w wyznaczonych ramach (publikujemy w
          journalach z LF, zeby cytowano nas w journalach z LF, bo reszty sie
          nie liczy), a inni sie z tym nie zgadzaja - glownie dlatego, ze nie
          sa w stanie powyzszych warunkow spelnic - i probuja protestowac.
          Ich z kolei problem polega na tym, ze nie potrafia wskazac
          konkurencyjnego systemu, ktory dawalby obiektywna ocene wyrazalna w
          liczbach calkowitych. Stosuje sie wiec rozwiazania posrednie jak
          lista ministerstwa, aby Ci ktorzy nie publikuja w journalach albo
          nie moga liczyc na cytowania w tychze (n.p. dlatego ze w ich
          dziedzinie jest na swiecie czterech specjalistow, ktorzy mogliby cos
          zacytowac i oni tez czekaja na swoja kolejke do publikacji w jedynym
          journalu, ktory jak ma kawalek wolnego miejsca raz na dwa lata, to
          drukuje podobne dyrdymaly badawcze) tez mieli szanse na jakiekolwiek
          punkty.
          Ale ze tak sie wezme do prorokowania - taka mam faze od wczoraj, bo
          czytam wlasnie "Dziady" - internet to zmieni w ciagu paru
          najblizszych lat. Najpierw calosc publikacji naukowych przeniesie
          sie do internetu (ze wzgledu na ekologie, dystrybucje, koszty itd
          itp - ten proces trwa juz dawna, najpierw "powazne" journale
          stworzyly wersje elektroniczne, potem zaczely powstawac journale,
          ktore nie istnieja na papierze) a nastepnie powstana tanie programy,
          ktore ten internet beda przeczesywac i tworzyc pelne bazy cytowan.
          Skoro sa programy, ktore wyszukuja sekwencje xxx@xxx czyli adresy
          internetowe na potrzeby spamerow, stworzenie programow wyszukujach
          sekwencje AAAAAAA 1111: 111 (gdzie A zastepuje dowolna litere a 1
          dowolna cyfre) czyli odsylacze bibliograficzne nie jest zadnym
          problemem. Konieczne bedzie tylko ujednolicenie zapisu odsylaczy.
          Potrzebne sa tylko komputery o odpowiedniej mocy
          obliczeniowej czyli kasa - a ta sie w koncu znajdzie. Oczywiscie,
          nie u nas, ale to akurat bez znaczenia.
          A wtedy punktacja i kategoryzacja publikacji stanie sie przezytkiem
          minionej epoki, bo bedzie mozna kilkoma kliknieciami sprawdzic, czy
          dzialalnosc danego badacza budzi jakiekolwiek zainteresowanie (ilosc
          wejsc na strone z jego artykulem, ilosc downloadow) i odzew (ilosc
          cytowan). Ciezko zniosa to obecne autorytety, ale te prawdziwe
          przeciez sie ostaną.
          • dalatata Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 12:04
            niespecjalnie wiem do czego sie dostosowalem, ale pewnie sie dostosowalem.

            mnie fascynuje swiat forda.ka, w ktorym spisek jakis wystepuje polegajacy na
            tym, ze jakis zboj i faszysta ustala kto bedzie mail miano 'dobrego czasopisma'.
            on w takich nie publikuje, wiec kontestuje usilujac przekonac siebie i innych,
            ze to spisek. otoz nie, te czasopisma sa dobre, bo publikuja dobre rzeczy.
            dlaczego takie sa dobre? powowdow jest wiele, z reguly dlatego ze rygorystycznie
            przestrzegaly publikowanie tego, co recenzenci uznaja za dobre.

            obraz ocen, ktory proponuje ford.ka jest dosc zabawny. nikt bowiem (np. tu w UK)
            nie porownuje ilosci cytowan dziedziny w ktorej wystepuje 4 naukowcow i takiej w
            ktorej jest ich 4000. bo to nie ma sensu. podobnie, nikt nie porownuje lingwisty
            z fizykiem, bo to tez nie ma najmniejszego sensu.

            natomiast, nie ma nikogo, kto twierdzilby ze Thomson Scientific (nie ma,
            fordzie.ka, czegos takiego jak lista filadelfijska) jest wyrocznia czegokowliek.
            tylko w swiecie w ktorym dobra publikacja przestala byc czyms wyjatkowym (tak
            jest np. w UK, wiem, trudno to pojac), nalezy znalezc inny system oceny.
            wymyslono w UK cytowania, granty, dokotraty. niedoskonale, ale jest system (w
            obecnych planach humanistyka mu nie bedzie podlegac, wlasnie dlatego ze nie da
            sie porownywac). w siwecie w ktorym toprywanten firmy odwalaja za rzad wiele
            roboty, thomson scientific odwala te, zarabaijaac przy okazji na tym, ze zeby
            wejsc do ich bazy danych trzeba 1. spelniac rygorystyczne krtyeria jakosci, 2.
            zaplacic im. 2 jest wazne, ale 1 jest wazniejsze.

            polskie ministerstwo mialo do wyboru albo system punktacji (arbitralny w jakims
            tam stopniu), albo system paneli (tak o 20 lat w UK) oceniajacyh publikacje,
            granty, kulture badawcza, slawe (esteem). w polsce tego sie zrobic nie da, bo
            system taki stalby sie matka wszystkich przekretow.
          • dalatata PS 13.12.08, 12:14
            natomiast w jednym ma pan racje. rzezcywiscie plany rzadu UK sa takie, by
            sprawdzac dzialalnosc kazdego poszzczegolnego badacza (tak wlasnie bedzie w
            nowym systemie). i to jest wlasnie po to, zeby nikt nie mogl sie chowac za
            jakoscia departamentu, ale rowniez po to, zeby pieniadze rozdzielac wg osoby, a
            nie deaprtamentu. nastapi rewolucja.

            i dlatego pana gadki o kontestowaniu sa co najwyzej zabawne. bo widzi pan zeby
            kontestowac, trzeba sobie siedziec na cieplej posadce w polsce, gdzie pies z
            kulawa noga sie nie zainteresuje czy pan w ciagu ostatnich 2 lat napisal ten
            tekst do KN czy nadal tylko powaznie o nim mysli. ale juz za myslenie dostanie
            pan premie rzecz jasna.

            i jeszcze to: nie ma znaczenia gdzie bedziemy publikowac. na papierze czy na
            internecie czy w telewizji. wazny jest proces, prosze pana, a tego wydaje sie
            pan nie rozumiec. proces w ktorym rzetelni recenzenci (kilku, albo i kilkunastu
            prosze pana - powaznie!) daja rzetelna ocene temu, co przeczytali. i dopoki to
            jest zachowane, mozemy sobie publikowac na korze z drzew. i zawsze, prosze pana,
            jedna kore bedzie warto czytac duzo bardziej niz inna.
            • ford.ka Re: PS 13.12.08, 21:45
              Po całym dniu pracy jakoś nie chce mi się pisać następnego posta,
              którego nikt nie przeczyta, a jak nawet przeczyta, to nie zrozumie,
              bo po każdej ironicznej uwadze nie wstawiam śmieszka ;)
              O jakim kontestowaniu mowimy? Nic takiego nie proponowalem, wprost
              przeciwnie za kazdym razem pisze o "dobrej robocie" (cudzyslow
              oznacza cytat!) porządnych wydawnictw i czasopism. Od lat za to
              pisze, ze cos sie popie...lo w nauce i glowach czesci naukowcow
              oraz wiekszosci ludzi odpowiedzialnych za nauke. Wiekszosc z nas nie
              robi nic waznego, tylko spelnia warunki tego i owego i zbiera
              punkty. Z faktu ze coraz wiecej mozna policzyc (cytowania na
              przyklad) nie znaczy, ze z uzyskiwanej w ten sposob liczby
              calkowitej wynika zaraz obiektywna ocena czegokolwiek.
              W takiej optyce nie miesci sie cos takiego jak lokalne czasopismo w
              lokalnym jezyku publikujace na lokalne tematy, ktore nic szerokiego
              swiata nie obchodza, ale w miejscu publikacji moze byc waznym forum
              do wymiany pogladow, z ktorego kiedys wyjda naukowcy na szersze
              bardziej swiatowe pole. Albo nie wyjda. Taka jest uroda nauki. Jak z
              badaniami podstawowymi. Po latach moze sie okazac, ze od poczatku
              nie mialy sensu... ale nasza wiedza moze wzbogacic sie o swiadomosc,
              dlaczego do nie mialy. Ze taka wymiana ma swoja wartosc, chocby
              taka, ze mlodzi ludzie moga sie przetrzec i wyprobowac swoje sily.
              Oczywiscie, nawet lokalne powinny dzialac wedlug swiatowych regul
              (peer review, redakcja tekstow itd) ale jesli je oddamy na
              makulature, na pewno nie zaczna, co do tego sie chyba zgodzimy.
              Zreszta jak mamy dyskutować, skoro najwyrazniej "skanuje" (cudzyslow
              dla podkreslenia niestandardowego uzycia slowa) Pan moj tekst,
              wylapujac pojedyncze slowa, uklada we wlasna tresc i "odpowiada"
              (ironia!). Przyklad? Ja pisze o "print on demand" czyli technice
              druku, która dzięki temu, że nie trzeba drukować od razu sporego
              nakładu, ale można przygotować (w przypadkach skrajnych, zwykle
              minimum to 5 lub 10) jeden egzemplarz, co pozwala zmniejszyc koszty
              wydawnictwa (mniejsze inwestycje - czyli jest kasa na przygotowanie
              wiekszej ilosci tytulow, brak zwrotow czy kosztownych zapasow) a Pan
              najwyrazniej czyta, ze chwale vanity publishing, gdzie wydadza
              wszystko bez recenzji?
              Niech Pan moze wroci i przeczyta, co napisalem o roli recenzowania w
              wieku "print on demand"? Ze sie zmniejszy, bo nizszy koszt sprawia,
              ze ryzyko publikacji jest mniejsze, mozna wiec pozwolic sobie na
              publikowanie ksiazek, co do ktorych nie ma pewnosci, ze sie
              sprzedadza. Zreszta najwyrazniej nie ma Pan swiadomosci, ze "print
              on demand" to codziennosc wiekszosci dobrych wydawnictw.
              Pewnie trudno jest zrozumiec, ze zamiast rozmyslac jak sobie
              zalatwic podwyzke, albo co zrobic, zeby miec jeszcze mniej zajec
              (lubie miec zajecia! byc moze nawet lubie ludzi, choc zdecydowanie
              wole psy!), probuje sie zastanawiac, w jakim kierunku to wszystko
              idzie i czy mozna sie na to jakos przygotowac, wzglednie nawet
              ksztaltowac te zmiany. Zabawne, ze zupelnie to nie rusza "naukowcow"
              (Uwaga! Uzycie cudzyslowu ma charakter jadowicie ironiczny.)
              PS Ze sie chichram z Sage? Bo nazwa jest pretensjonalna do bolu, a w
              mojej dziedzinie niewiele robia. Mocni sa w Gerontology / Aging,
              wiec moze kiedys sie zainteresuje (wiem to z ich strony, to nie
              zaden zart). Moim Bogiem jest St Jerome Publishing, o ktorym mogl
              Pan w zyciu nie slyszec, bo dzialaja na dosc waskim polu.
              • charioteer Re: PS 13.12.08, 22:14
                ford.ka napisał:

                > W takiej optyce nie miesci sie cos takiego jak lokalne czasopismo w
                > lokalnym jezyku publikujace na lokalne tematy, ktore nic szerokiego
                > swiata nie obchodza, ale w miejscu publikacji moze byc waznym forum
                > do wymiany pogladow, z ktorego kiedys wyjda naukowcy na szersze
                > bardziej swiatowe pole.

                Nie wyjda i na ogol nie wychodza, bo musialaby sie dokonac jakas ogolnoswiatowa
                rewolucja, zeby te lokalne tematy znalazly sie nagle w centrum uwagi.
              • dalatata Re: PS 13.12.08, 22:25
                nie chce mi sie odpisywac. mysle ze nie rozumie pan na czym polega wydawanie
                ksiazek naukowych, ale juz mi sie nie chce tlumaczyc.

                Sage pochodzi od Sarah i George, to do niedawna bylo ostatnie globalne
                wydawnictwo w rekach prywantych (w sensie ze spolka akcyjna). a ze to jedno z
                najwazniejszych wydawnictw w social sciences, to to ze pan o nich nie wie, to
                niestety raczej wiecej mowi o panu niz o nich.
                • dalatata Re: PS 13.12.08, 22:27
                  oczywiscie ze NIE bylo spolka akcyjna.
                  • ford.ka Re: PS 14.12.08, 00:09
                    Nie no, jak od Sarah i George to razem zupelnie nie wychodzi
                    pretensjonalnie. Po prostu Mędrzec Spółka Cywilna. Skromnie i
                    gustownie.
                    Co do reszty - sorry, nie chce mi się. Nadajemy na innych falach,
                    nie zamierzam tracić czasu na tłumaczenie, że nie jestem wielbłądem.
                    Oczywiście, mój dziadek służył w Wehrmachcie.
                    • dalatata Re: PS 14.12.08, 02:14
                      no tak, jak sie nie da inaczej, to najlepiej taka mala insynuacja polityczna.
                      gratuluje. rzeczywiscie nadajemy na innych falach. ale to pana sa na pewno lepsze.

                      a co do dziadka, to moj zginal w Starobielsku. ale jego szwagier sluzyl w
                      Wehermachcie, w Kriegsmarine i u Andersa. takie zycie.
                      • ford.ka Re: PS 14.12.08, 10:55
                        Czy ja już wspominałem, że nie ma Pan poczucia humoru? Jeśli nie, to
                        robię to właśnie teraz.
                        Bardzo proszę nie brać siebie tak strasznie serio. Będzie Panu dużo
                        łatwiej w życiu!
                        • dalatata Re: PS 14.12.08, 14:32
                          aaaaa. to byl taki niewinny zarcik. ten wehrmacht i mala konotacja do kurskiego
                          i tego co najobrzydliwsze w polskiej polityce. aaaaaaaa. no to juz sie tarzam ze
                          smiechu
                        • ford.ka Re: PS 14.12.08, 14:50
                          Jeszcze jedna myśl mi przyszła do głowy po tym Wehrmachcie.
                          Lingwistyczna bardzo. Ja zakladam, ze pan rozumie to, co ja pisze.
                          Kiedy odkrywam, ze Pan nie rozumie, troche mnie to irytuje, a troche
                          bawi, podejrzewam nawet, ze Pan nie rozumie celowo. Na pewno nie
                          ulatwia mi to traktowania Pana powaznie - socjolingwistyka pewnie
                          juz to zbadala, angielska na 100%.
                          Takie mam wrazenie, bo niby pisze Pan po polsku. Ale (jak naucza
                          n.p. glottodydaktyka) the four skills: reading, writing, speaking
                          and listening (pisze po angielsku, zeby bylo latwiej pojac) nie
                          zawsze rozwijaja sie rownomiernie, a potrafia tez zanikac. Bolesna
                          prawda jest taka, ze umie Pan pisac po polsku, ale nie rozumie Pan
                          juz pisanego, zwlaszcza nieformalnej i w zalozeniu ironicznej i
                          zartobliwej odmiany, jaka sie posluguję.
                          Nie mowie tu o rozumieniu podstawowego komunikatu. Gubi Pan subtext
                          (prosze sobie poczytac u Riffaterre'a i Derridy) i zderza sie Pan z
                          nieprzezroczysta powierzchnia. Troche tak jak gdyby widzac
                          napis "Look right!", odruchowo poprawial Pan krawat i w ogole bez
                          krawata z domu nie wychodzil, bo wszedzie pisza, ze ma Pan porzadnie
                          wygladac. Nie lapie Pan kontekstu, nie lapie Pan aluzji, nie lapie
                          Pan ironii, nie lapie Pan konwencji. I w przyplywie rozpaczy
                          informuje mnie, ze jest Pan profesorem, co brzmi dumnie, i ma Pan
                          dobra pensje. Obawiam sie, ze to poglebia tylko moje rozbawienie.
                          A dlaczego Wehrmacht mi to zdradzil? Bo ja nie poinformowalem Pana o
                          wojennych przygodach mojego dziadka. Rozsadnie myslacy czlowiek
                          moglby pomyslec, ze bylo to stwierdzenie na tyle abstrakcyjne i
                          oderwane od kontekstu, ze powinno nawet osobie zupelnie nie bedacej
                          w temacie podpowiedziec, ze jest to jakas aluzja czy zart... Czemu
                          mialaby sluzyc taka "polityczna aluzja"? Ze niby mam racje, bo moj
                          dziadek sluzyl w Wehrmachcie? Akurat zaden z moich dziadkow (ani
                          babc) sie na Wehrmacht nie zalapal. Jeden byl na tyle wiekowy, ze
                          zdazyl pod Radzyminem gonic bolszewika, drugi na tyle mlody, ze nie
                          zdazyl na nic i przesiedzial wojne w warszawskim magistracie.
                          "Twoj dziadek sluzyl w Wehrmachcie" w moich kregach znaczy tyle, co
                          wypowiedziane w piaskownicy "Jestes glupi i masz wszy!" (pamieta Pan
                          jeszcze?) przy czym ma wyrazny kontekst ironiczny. Przyklad:
                          A: "Oskarzono mnie, ze domagam sie likwidacji dobrych wydawnictw i
                          kontestowania dobrych journali naukowych"
                          B: "A na koniec dodali, ze twoj dziadek sluzyl w Wehrmachcie?"
                          A: "Mniej wiecej"
                          Wiec zeby katalog moich przewin (bardzo mi sie podobala wizja
                          spisku, o ktorym niby pisze, rownie celna jaka Pana upor, ze dobre
                          journale powstaly przed wiekami z nadania Bozego i ich liczba jest
                          niezmienna, wiec zakladanie nowych nie ma sensu - ciekawe swoja
                          droga, jak Pan w tym kontekscie tlumaczy pozycje Sage, przeciez
                          kiedy je zakladano, istnialy juz CUP i OUP, czyli byla to
                          dzialalnosc zbedna i pewnie antynaukowa) uzupelnic, dodalem, ze nie
                          tylko wszystko, co mi Pan zarzuca jest swieta prawda, ale zeby Panu
                          oszczedzic wysilki, dodam jeszcze jedna kalumnie na wlasny temat.
                          Taki maly self-defecating joke. Very English attitude, isn't it?
                          I to by bylo na tyle.
                          A jak Pan nadal nie wie, o co chodzilo z tym Wehrmachtem, to niech
                          Pan moze poszuka w google ;)
                          Wracam do Mickiewicza. Strasznie madry facet, ale jako lingwista
                          (zdradze Panu w zaufaniu) kompletny glupek ;) I za to lubie go coraz
                          bardziej!
                          • dalatata Re: PS 14.12.08, 15:16
                            dobra sciema z tym wehrmachtem. pan z PiSu?

                            a co do journali, to nie mozna zalozyc 'dobrego' journala, prosze pana.
                            czasopismo staje sie dobre, z czasem.

                            co do wydawnictw, jest podobnie. sa wydawnictwa tkaie jak Peter Lang czy
                            Cambridge Scholars Press, ktore celowo wchodza w dolny rynek. w to czego nie
                            skonsumuje CUP, OUP, a potem SAGE, Routledge, Palgrave, Blackwell (moze pan o
                            nich slyszal). to ich decyzja. ani dobra ani zla - zakladaja ze wziecie
                            camera-ready copy i zminimalizowanie kosztow edytorskich powoduje ze nawet slaba
                            ksiazka przyniesie zysk, bo sprzeda sie w 300 egzemplarzach (200 biblioteki, 100
                            auotrzy, znajomi, studenci autorow). nie znaczy tez ze wszystko co publikuja
                            jest do kitu, jednak idzie sie do nich w drugiej czy trzeciej kolejnosci.

                            SAGE mial rowniez taka decyzje do podjecia. uznal ze chce publikowac autorow z
                            pierwszej polki i wszedl na przyklad w communication studies, ktore byly
                            stosunkowo niezajete (tradycyjna lingwistyka opanowana juz byla przez CUP),
                            palgrave stwierdzil ze wejdzie w analize dyskursu, ktora byla publikowana tu i
                            owdzie. Routledge publikuje socjologie medycyny. rozumie pan?

                            czasopisma i ksiazki to sa inne procesy ale wynikaja z tej samej decyzji.
                            publikujemy to co najlepsze, nawet jesli na poczatku bedzie nam ciezko
                            finansowo, bo musimy najpierw okrzepnac. bylem przy zakladaniu duzego
                            miedzynarodowego pisma - bylem czescia redakcji. i byly miedzy nami dokladnie
                            takie rozmowy. co bedzie jelsi nie bedzie wystarczajaco duzo dobrych tekstow?
                            czy publikujemy cos marniejszego czy publikujemy krotszy zeszyt? to sa bardzo
                            pozornie proste, finansowo niezwykle trudne wybory.

                            i wlasnie dlatego nie mozna sobie zalozyc dobrego czasopisma. wlasnnie dlatego
                            nie mozna porownywac lokalnego pisma z mjiedzynarodowym. nie da sie. to jest
                            inny poziom jakosci.

                            z tych decyzji wynikaja przerozne konsekwencje. gdy przegladam katalogi, nie ide
                            do petera langa (choc jest seria do kotrej zagladam), nie ide do CSP, choc znam
                            pare ksiazek. nie mozna czytac wszystkiego, nie da sie. wybory ktore czynimy
                            zwiazane sa z pozycja autora i wydawnictwa oraz tego, kto cytuje (w ten sposob
                            trafiamy do ksiazek, nakotre bysmy nie trafili). inaczej sie nie da.

                            podobnie jest z czasopismami. choc tu sie sprawy zmieniaja nieco. mozliwosci
                            ktore daja nam dzisiejsze bazy danych powoduja ze rzadziej czytamy pojedyncze
                            pisma (obecnie to czym sie interesuje nie jest reprezentowane przez jedno, dwa
                            czy trzy dobre pisma). to zreszta wiedza tez wydawcy, ktorzy sa ostrozniejsi w
                            zakladaniu pism. ostatnio szef od czasopism z Blackwella powiendzial mi ze
                            czasopismo zwraca sie dopiero po 10 latach i to niekoniecznie (bo wchodza
                            wlasnie sprawy tychze decyzji).

                            i na koniec, pan moze zalozyc 'pismo' internetowe. 8 pism pan moze zalozyc. to
                            zadna sztuka. sztuka jest prosze pana zrobic tak, zeby te pisma ludzie czytali i
                            placili za to pieniadze. bo za darmo, nie da pan rady prowadzic calego
                            czasopisma, chyba ze pan z pracy zrezygnuje. wlasnie daltego mowie ze nie ma pan
                            pojecia o tym, co to znaczy wydawac ksiazki czy czasopisma. to sprawy
                            nieporownywalnie bardziej skomplikowane niz 'pismo na internecie'.
                            • ford.ka Re: PS 14.12.08, 22:49
                              No i od razu widac, ze cudzoziemiec. Jakbym byl z PiSu, to bym
                              przeciez napisal, ze to Pan mial dziadka w Wehrmachcie. Taki styl
                              bycia. Jeszcze Pan nie wyczul, ze jestem kawiorowym socjalista?
                              Domagam sie rewolucji, ale wylacznie takiej ktora mnie samego nie
                              dotknie ;)
                              > to nie mozna zalozyc 'dobrego' journala, prosze pana. czasopismo
                              staje sie dobre, z czasem.
                              Czy z tego ma wynikac, ze nie warto zakladac zadnych? Rozumiem, ze
                              ten proces "stawania sie" (jesli juz ktos popelnil ten blad i
                              zalozyl) nie zachodzi poza krajami anglojezycznymi, gdzie indziej
                              tylko kres i krach.
                              > SAGE mial rowniez taka decyzje do podjecia. uznal ze chce
                              publikowac autorow z pierwszej polki i wszedl na przyklad w
                              communication studies, ktore byly stosunkowo niezajete, palgrave
                              stwierdzil ze wejdzie w analize dyskursu, ktora byla publikowana tu
                              i owdzie. Routledge publikuje socjologie medycyny. rozumie pan?
                              Rozumiem. Jesli sie podejmie sensowna decyzje, znajdzie dla siebie
                              nisze na rynku i trzyma wysoki poziom, mozna stworzyc dobre
                              wydawnictwo. Dobrze rozumiem? Szok. Sam nie wierze, ze Pan to
                              napisal. A juz bylem pewien, ze w sprawach wydawniczych wyznaje Pan
                              czysty kreacjonizm.
                              > bylem przy zakladaniu duzego miedzynarodowego pisma - bylem
                              czescia redakcji.
                              Czyli jest Pan swiadkiem, ze mozna zalozyc miedzynarodowe pismo? Mam
                              to na pismie? A wyszlo dobre, czy dopiero sie staje?
                              > wlasnie dlatego nie mozna porownywac lokalnego pisma z
                              mjiedzynarodowym. nie da sie. to jest inny poziom jakosci.
                              Tego kawalka tak do konca nie rozumiem. Czyli Sage moze sobie uznac,
                              ze wydaje tylko najlepszych (prosze mnie poprawic, jesli cos
                              przegapilem - podjeli taka decyzje ZANIM stali sie wydawnictwem
                              powszechnie uznanym za dobre?), Pan z kolegami wydajecie numery na
                              15 stron, liczac na zlitowanie prenumeratorow i lepsze czasy, bo nie
                              ma bardzo dobrych artykulow, a Bialystok Studies in Discourse
                              Analysis czy Mszana Dolna Review of Gender Studies sobie nic takiego
                              postanowic nie moga. Musza wypelnic 200 stron co miesiac, bo rzeka
                              Biala wystapi z brzegow i ich potopi. A wszystko to przy
                              nieporownywalnie nizszych kosztach w Polsce i UK... No nie da sie...
                              Taki los...
                              Ale z tym ze nie mozna porownywac to dosc oczywiste. Tyle ze nie
                              jest to powod, by negowac istnienie tych lokalnych. Jak sie nie
                              zalozylo od razu czasopisma swiatowego, to nigdy nic z niego nie
                              bedzie i juz! Pana wiara w to, ze nic sie nie da poprawic, wiec nie
                              warto nic robic, jest imponujaca.
                              > z tych decyzji wynikaja przerozne konsekwencje. gdy przegladam
                              katalogi, nie ide do petera langa (choc jest seria do kotrej
                              zagladam), nie ide do CSP, choc znam pare ksiazek. nie mozna czytac
                              wszystkiego, nie da sie. wybory ktore czynimy zwiazane sa z pozycja
                              autora i wydawnictwa oraz tego, kto cytuje (w ten sposob trafiamy do
                              ksiazek, nakotre bysmy nie trafili). inaczej sie nie da.
                              Taka roznica miedzy nami - Pan przeglada katalogi wydawnictw, a ja
                              przegladam katalogi bibliotek czy ksiegarni internetowych, szukajac
                              ksiazek na interesujace mnie tematy. W tym drugim przypadku na
                              szukaniu zreszta sie konczy, bo na kupowanie dla siebie zwykle mnie
                              nie stac, a uczelnia dla mnie nie kupi, wiec w realu mam dostep do
                              tego, co jest w bibliotece, i to jak trafie do porzadniejszej.
                              Katalogi wydawnicze przegladam rzadko tez z tego powodu, ze pracuje
                              nad tak waska dzialka, ze szansa na to, ze trafie tam na cos
                              naprawde interesujacego, jest niewielka. Mam za to do przegrzebania
                              to, co napisano na moj temat od 1642 roku, a tego troche sie
                              uzbieralo. A na czytanie wszystkiego, to i ja nie mam czasu.
                              W wydawnictwa - i dobre i zle - nie wierze i jest to niewiara oparta
                              na doswiadczeniu a nie pogladach politycznych. Zbyt wiele razy sie
                              nacialem - zwlaszcza na zbiorowki z porzadnym edytorem pelne
                              artykulow o niczym piora jego slabszych kolegow i "monografie",
                              ktore okazuja sie zbiorem mniej lub bardziej powiazanych artykulow,
                              ktorych PT autor nie potrafil (nie chcial?) przerobic na ksiazke,
                              pewnie dlatego, ze myslenie syntetyczne trafia sie wsrod naukowcow
                              nieczesto. Ostatnio na przyklad zrobilem ten blad, ze kupilem
                              Cambridge Companion to jednego takiego pisarza z CUP. Wiecej nie
                              kupie. Ale moze jaka recenzje napisze, bo mnie dalej nosi, jak mozna
                              taka kupe wydawca pod dobra firma.
                              > podobnie jest z czasopismami. choc tu sie sprawy zmieniaja nieco.
                              mozliwosci ktore daja nam dzisiejsze bazy danych powoduja ze
                              rzadziej czytamy pojedyncze pisma (obecnie to czym sie interesuje
                              nie jest reprezentowane przez jedno, dwa czy trzy dobre pisma).
                              Swieta racja - zwlaszcza przy pracy z literatura piekna nie da sie
                              tak po prostu czytac journali. Zbyt wielu jest pisarzy - chyba ze
                              ktos zajmuje sie n.p. Joyce'm i czyta "Joyce Studies", ale wtedy tez
                              nie ma na dluzsza mete zbyt wiele do czytania, bo to na ogol
                              roczniki. Ja tam lubie nisze, wiec nie mam tego luksusu, zeby
                              miec "wlasne" czasopismo chocby lokalne. Nie ma tez takiego
                              pospiechu, zeby sie rzucac na journale - u nas odkrycia sa srednio
                              raz na dekade, a nie raz w tygodniu.
                              > to zreszta wiedza tez wydawcy, ktorzy sa ostrozniejsi w zakladaniu
                              pism. ostatnio szef od czasopism z Blackwella powiendzial mi ze
                              czasopismo zwraca sie dopiero po 10 latach i to niekoniecznie.
                              Cytat: "SAGE publishes more than 500 journals", Blackwell tylko w
                              roku 2008 uruchomil 83 nowe (lista:
                              www.blackwellpublishing.com/journal_new.asp?site=1). Sytuacja
                              musi byc krytyczna, ze do tego stopnia ida w ilosc. Moze tez zrobili
                              sobie powtorke z Marksa i sprawdzaja, czy jednak ilosc przejdzie w
                              jakosc? Ciekawe, ile by otworzyli, gdyby nie ta cytowana ostroznosc -
                              200, 300? Jak sie spojrzy na ich indeks, maja juz teraz trudnosci,
                              zeby wymyslec odrozniajace sie od siebie tytuly. O ile moge zapytac:
                              wszystkie sa dobre? Po dluzszym namysle spowodowanym przez te
                              liczby, musze sie zgodzic z Pana krytycznym nastawieniem do
                              tworzenia nowych journali. Tych dobrych sa przeciez dziesiatki jesli
                              nie setki tysiecy, po co zakladac nastepne? Ciekawe, ze Blackwell
                              nie wpadl na to samo...
                              > i na koniec, pan moze zalozyc 'pismo' internetowe. 8 pism pan moze
                              zalozyc. to zadna sztuka. sztuka jest prosze pana zrobic tak, zeby
                              te pisma ludzie czytali i placili za to pieniadze. bo za darmo, nie
                              da pan rady prowadzic calego czasopisma, chyba ze pan z pracy
                              zrezygnuje. wlasnie daltego mowie ze nie ma pan pojecia o tym, co to
                              znaczy wydawac ksiazki czy czasopisma. to sprawy nieporownywalnie
                              bardziej skomplikowane niz 'pismo na internecie'.
                              Skoro sam Blackwell uruchamia rocznie blisko setke, to sie powaznie
                              zastanawiam, czy aby na pewno jest to "nieporownywalnie bardziej
                              skomplikowane" od czegokolwiek? Drugie pytanie brzmi - czy
                              potrafilbym wymyslec cos, czego jeszcze nie ma.
                              Ale zaraz Pana uspokoje, nie mam (i nigdy nie mialem) najmniejszego
                              zamiaru uruchamiac naukowego journala. Kawiorowi socjalisci nigdy
                              nic nie robia sami, a ja zamierzam byc wierny swoim pogladom!
                              • dalatata Re: PS 15.12.08, 01:24
                                to moja ostatnia odpowiedz. ta dyskusja nie ma sensu, zmienia pan reguly gry i
                                'nie pamieta' co mowil... a pana proby ironii sa dosc slabe. probuje pan byc tak
                                strasznie cool, a wychodzi do kitu.

                                nigdy nie powiedzialem ze nie warto zakladac czasopism. pan proponowal zalozenie
                                dobrego. j apowiedzialem ze to niemozliwe. pan proponowal lokalne pismo na temat
                                lokalnych problemow. powiedzialem na czym polega problem. czasopismo ktore
                                zakladalem nadal buduje reputacje i to z problemami.

                                nie, nie mozna 'stworzyc dobrego czasopisma'. mozna storzyc czasopismo i
                                naszkicowac zasady wydawnicze. a potem ich sie trzeba trzymac. niestety to nie
                                takie proste, jak pokazuja upadki dobrych wydawnictw, albo na przyklad, wlasnie
                                w wypadku SAGE, odwolywanie dziesiatek kontraktow na monografie badawcze ok. 10
                                lat temu.

                                prosze pana Bilaystok moze sobie to postanowic, podobnie jak pan ze swoim pismem
                                lokalnym (tylko po co australijczyk ma u pana publikowac, skoro pan chce
                                lokalnie). tylko ze pojawia sie cala masa problemow z tym bialystokiem. najpierw
                                musi rzetelnie recenzowac miedzynarodowo (to w polsce juz istnieje, choc
                                rzadko), musi rowniez wydawac po angieslku i na porzadnym poziomie (niedawno
                                dostalem ksiazke po angieslku wydana w polsce - poziom jezykowy byl straszny).
                                no i potem to co najwazniejsze - jeszcze musi byc powod dla ktorego to guru
                                australijskie bedzie chcialo publikowac w Bialymstoku. co go przyciagnie? marka
                                uni raczej nie, podobnie nie marka Bialyskto UP, moze nazwisko redaktora? a
                                zatem decydowac to sobie bialystok i pan w komitywie moze do woli. ale moze pan
                                zrobic co innego: moze pan nadac swojemu internetowemu czasopismu status
                                dobrego! niech pan srpobuje, moze zadziala!

                                ja rowniez nie neguje lokalnych. to pan jednak chce dowodzic, kontestujac te
                                miedzynarodowe i dobre, ze publikowanie u pana to to samo. otoz to nie jest to
                                samo. zachecam, by kiedys pan zlozyl tekst do druku do czolowki w pana
                                dziedzinie. zobaczy pan jak trudno sie przebic. wiem, to znaczy ze trzeba cos
                                napisac, ale moze sie panu uda. moze naprzyklad jak przestanie sie pan
                                nieustannie uzalac nad swoim losem biednego polskiego uczonego ktory nie ma
                                ksiazek.

                                i na koniec. ja tez nigdy nie poweidzialem ze czasopisma umieraja. j atylko
                                poweidzialem ze sa coraz drozsze. a to dlatego prosze pana ze zmieniaja sie
                                praktyki subskrypcyjne. otoz coraz wiecej uniwesrystyteotw bierze subskrypcje w
                                pakiecie czasopism (tak mowil szef z blackwella) i coraz rzadziej zamawia
                                pojedyncze czasopisma. renotwnosc czasopism wydluzyla sie zatem.

                                natomiast, jako ze coraz trudniej pubnlikowac monografie badawcze (to nie znaczy
                                ze nie mozna, moja najnowsa wyszla w lipcu, znaczy ze trudniej), to czasopisma
                                sa glwonym medium publikowania badan. ale przez to i konkurencja coraz wieksza.
                                niech pan zagladnie na storny carfax (mam nadzieje ze ich nikt nie przejal),
                                zobaczy pan co to znaczy duzo czasopism publikowac.

                                na pytanie czy pan potrafilby, to pan sobie musi odpowiedziec. ale jako ze
                                latwiej kontestowac i uzalac sie nad soba, podejrzewam ze nie bedzie pan mial na
                                to ochoty zeby sie zastanowic. zostawiam jednak pana z mysla ze kwartalnik
                                neofilologiczny dziala preznie i zawsze mozna tez jemu nadac miano 'dobrego
                                czasopisma'. w ten sposob mozna miec ciastko i je zjesc. pelnia szczescia.

                                dziekuje za dyskusje, jak zwykle byla niezwykle pouczajaca.





                          • adept_ltd1_net Re: PS 14.12.08, 15:24
                            czy ja wiem, czy taki kompletny (mickiewicz - głupek jako lingwista), można np.
                            znaleźć u niego teorię aktów mowy... dość sporo wcześniej przed teoretykami
                            tychże...
          • charioteer Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 13:14
            Serio, fordzie. Tu chodzi o to, ile pieniedzy po nowej ocenie parametrycznej
            dostanie wydzial filologii polskiej a ile wydzial psychologii tego samego
            uniwersytetu. Oba wydzialy naleza do tej samej grupy jednostek ocenianych, choc
            pracuja w calkowicie odmiennych paradygmatach publikacyjnych. Fizykow i biologow
            w grupie jednostek humanistycznych nie ma, wiec Instytut Badan Literackich nie
            musi z nimi konkurowac o pieniadze.
            • ford.ka Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 14.12.08, 21:33
              Wie Pan co? Ja sie probowalem oderwac od tego zalosnego tu i teraz,
              tego szarpania o pieniadze z wydzialem psychologii ubranego w szaty
              walki o miejsce humanistyki w zyciu spolecznym. Nie wyszlo, zostalem
              sciagniety na ziemie.
              • charioteer Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 15.12.08, 00:50
                Przykro mi, ze na ziemi twardo...

                Gratuluje repliki powyzej... Ustosunkowujac sie ogolnie do kwestii wydawniczych
                - zawsze jest tak, ze ktos za to placi. W przypadku komercyjnego wydawnictwa
                placi czytelnik. Jezeli chodzi o open access, moze byc tak, ze placi autor:
                www.pnas.org/site/misc/iforc.shtml#charges
                a z reguly placi uniwersytet, ktory czasopismo wydaje:
                www.doaj.org/doaj?func=subject&cpid=9
      • dalatata Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 11:50
        twierdzenie ze humanistyka jako calosc stracila swa pozycje naukowa jest bzdura
        na kolkach. starczy pokazac wspolprace medycyny z humanistyka (znam takie
        badania tylko w swiecie anglojezycznym, ale podejrzewam, ze nie tylkko tam
        wystepuja - w Polsce nauk spolecznych medycyny nie znam). takich przykladow,
        gdzie humanistyka (ang. social sciences) maja niezwykle silna pozycje naukowa
        jest duzo wiecej.
      • adept_ltd1_net Re: O czym właściwie jest ten artykuł? 13.12.08, 13:07
        Fordzie Ka

        interpretacja błędna -

        1. nie jest tak źle z tą humanistyką i myślę, że również w polskim świecie
        dobrze się odnajduje i możemy ją odnaleźć (jeżeli oczywiście nie myślimy o niej
        w kategoriach XIX w.).
        2. za myśleniem profesora Głowińskiego nie kryje się rzeczywistość akademicka,
        tylko PAN-owska (to profesor IBL-u) i stąd sprawa pieniędzy jest istotna i wiążę
        się z tym, czy instytut będzie miał pieniądze (i ile) na prowadzone projekty
        badawcze, czy nie...
        3. na niektórych uczelniach jest tak (na mojej jest), że dostaje się pieniądze w
        ramach tzw. BW w zależności od punktów. No i jeśli, jak na forum nauka czytałem,
        pierwszoroczny doktorant w naukach ścisłych publikuje w ciągu roku na LF 9
        tekstów - to ja jednak przyjmuję, że nie jest on geniuszem, tylko w 9
        komunikatach sprzedaje po angielsku fragmenty jakiegoś badania. W humanistyce (i
        po polsku...) nie jest to możliwie, bo dobry tekst czasem pisze się bardzo długo...
    • easy.teraz Głowiński: Język polski - niepożądany 13.12.08, 08:08
      Moim zdaniem dalece błędna jest teza nadmiernie przywiązująca wagę
      do języka polskiego w pracach humanistycznych. Smutnym owocem
      takiego myślenia jest to, że popularne książki historyczne pisane są
      dzisiaj za granicami Polski, a rodzimi historycy są najbardzeij
      znani z tego, że wyręczaja w pracy śledczych w IPN. Polska
      kinematografia (poza światłymi wyjatkami funkcjonującymi w
      cywilizacji zachodu)juz dawno stała się mało czytelna dla
      zewnętrznego odbiorcy, a obecna niemal nie istnieje. Podobnie jest z
      literaturą. W telewizji nie prowadzi się debat o współczesnej
      literaturze, no bo niby kto miałby je prowadzić. Uczelnie wyższe
      niemal nie zapraszają wybitnych postaci światowej humanistyki na
      wykłady dla studentów (poza nudnymmi uroczystosciami wręczeni
      doktoratów...), no bo kto jest w stanie ich wysłuchać i podjąć z
      nimi dyskusję.

      Humanistyka dotyczy szeroko rozumiannej historii, kultury i
      tradycji. Bez niej interpretacja własnej historii, tradycji i
      kultury jest mówiąc delikatnie niepełna. I właśnie ten rodzaj
      społecznej niewiedzy skutkuje dzisiaj w zawstydzająco niskim
      poziomie dyskusji o współczesnej historii, gdzie emocje wypierają
      obiektywne logiczne argumenty, gdzie pozycja decyduje o sile głosu.
      Gdzie dyskusja z trudem wydostaje się (czasami) poza rodzime
      zaścianki. Oczywiście są mniej i bardziej uniwersalne wartości
      humanistyki ale szersze spojrzenie, z perspektywy chociażby szybkich
      zmian społecznych i kulturowych w Europie jest niezbędne dla
      tworzenia nowoczesnej nauki a dalej ....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka