Dodaj do ulubionych

Dokument, czy fabuła?

26.06.13, 20:01
Otwieram nowy wątek, choć poświęcony kilkudniowej już dyskusji nad dojczlandzkim filmem o tytule z pogranicza modlitwy.
Wśród dyskutantów pojawiła się i ta myśl, iż film należy traktować jako gatunek fabularny, co umniejsza jego siłę kształtowania ocen tak niechlubnej (choć nie jedynie jak tu takiej) historii Pannarodu.
Dopuszczalność akcentu fabularnego stanowi dla zniesmaczonych treścią rodzaj samopocieszenia. "I cóż, że taka w nim treść, skoro Pan Scenazysta i Pan Rezyser popuścili wodze twórczej fantazji i ubarwili fakty fikcyjnymi scenkami. Taki konglomerat osłabia oskarżycielski przekaz przesłania. Rozsądny widz, nawet na widok potencjalnych i jakże ludzkich wad, uśmiechnie się uspokajająco pod nosem" - pomyśli niejeden.
Warto tu - jako potwierdzenie odbioru - przypomnieć słynną scenę z "Kariery Nikodema Dyzmy", gdy sekretarz gabinetu prezydenta przybywa z propozycją misji stworzenia przez Nikusia nowego rządu. Tenże - pełen "nibywahań" udaje się najpierw na naradę z najbliższym współpracownikiem, a następnie nad stawik przed dworkiem, by rozważyć wszelkie za i przeciw. W tym czasie hrabia Ponimirski (oxfordczyk!) raczy zgromadzonych i niecierpliwie oczekujących na decyzję Mesjasza Narodu, wybuchem śmiechu. Prezentuje przy tym faktyczną i jedynie uprawnioną ocenę wyniesionego przez splot wydarzeń na Ołtarz Sukcesu, nazywając Dyzmę skończonym idiotą.
Sekretarz prezydencki z niepokojem pyta: a kto jest ten pan?
Cioteczka hrabiego uspokajająco stwierdza: on jest chory psychicznie - wywołując efekt "meksykańskiej fali". "Wariat!" - niesie się pośród zgromadzonych, rozładowując napięcie zaskoczenia.

Zatem - o czym uczą także i filmy - w ludzkiej naturze istnieje podświadome zapewne pragnienie uzasadniania rzeczy niewygodnych. Złapanie się bodaj brzytwy jest dla tonącego czymś cenniejszym, niż kompozycja treściowo otwarta (tu wodna otchłań).
Widz jest w stanie zaakceptować fabularną - choćby skrajnie durnowatą - dowolność, zatem nic dziwnego, iż sam łapie się w pułapkę z dyzmowego dworku.
Tamto "ach, to wariat!" zakończone rozładowującym napięcie machnięciem dłoni, wypiera poseansowe "ach, to przecież fabuła"...
Czy zatem Ojce Nasi i Macie Nasze jest faktycznie fabułą?
I czy obraz ów był a priori reklamowany, jako film fabularny?
Cześć dyskutantów tłumaczy oglądalność w Dojczlandzie właśnie fabularnym charakterem filmu. Chcieli zobaczyć, jak Pan Scenazysta i Pan Rezyser zaprezentowali zmyśloną historię kilkorga przyjaciół. Obejrzeć ładne aktorki, przystojnych facetów w mundurkach iście skautowskiego tradycją i etosem Wehrmachtu, czy inszego SS-a lub Gestapo.
Popodziwiać scenki batalistyczne, harlequinowskie, krajobrazy wreszcie.
"Gdyby wiedzieli, iż to dokument - widownia stopniałaby do kilku - w porywach kilkunastu -tysięcy" - uspokajają się zwolennicy fabularyzmu.
Naturalnie nie znam otoczki towarzyszącej premierze filmu. Nie wiem, ile wiedzy posiadał widz zasiadający przed telewizornią. I nie wiem wreszcie, czy oczekiwał fabularyzowanego, czy tchnącego dokumentem przekazu.
Zakładam jednak, że oczekiwał tego ostatniego.
Film kończy podanie personaliów Piątki Sprawiedliwych Wśród Narodów Wszechświata.
Podano ich daty egzystencji, a w przypadku ostatniego z jeszcze żyących utajniono nazwisko.
Już sam ten fakt - nawet, gdyby uznać "fabularność" za element dominujący, otwiera oczy ostatnim niedowiarkom: TO DOKUMENT OPARTY NA FAKTACH.

Od filmów amerykańskich różni go jedynie brak rodzaju podsumowania. Amerykanie napisaliby, iż panienka żyła gdzieśtamgdzieśtam, kolega Żyd - oburzony karierą wojennego oprawcy - do końca swych dni polował na ludobójców, a jedyny żyjący po dziś dzień (z obawy przed nieokreśloną zemstą) chadza nie chodnikiem, ale przemyka się kanałami - mimo lat 90-ciu.
I to niedopowiedzenie jest jedyną wartością filmu.
Niedowiarkom wrzucono bowiem kamyczek do już spokojnego ogródka wiary, iż - jako fabularny - film ów można lekceważyć.
Niestety, nie popieram samouspokajania się tą metodą.

A budżet filmowy?
Wyobraźcie sobie, ile musiało kosztować uszycie nowiutkich pasiaczków dla cebulolubów i czosnkolubów z bydlęcego wagonika. Urocze czapeczki, ubranka niesplamione - prościutko od krawca!
Przy okazji wyobrażam sobie ile musiano zapłacić statystom, by dali się (robiąc z siebie ekranowych kretynów) ubrać w te jednolite i nieskazitelne mundurki.

I wreszcie - już na koniec.
Wielu dziwi, iż w latach 40-tych było możliwe wspólne konsumowanie piwa przez Żyda i Nadczłowieka w niemieckiej knajpie.
A przecież nic tak skutecznie nie zabija zapachu cebuli i czosnku, jak alkohol.
A nawet gdyby było przeciwnie, to rzecież Niemcy jako naród i tak nigdy nie mieli "dobrego nosa". Nawet Żyda nie umieliby więc wywąchać.
Zatem i w tym przypadku mamy - niestety - do czynienia z najczystszej wody dokumentem.
Tyle, że mnie to akurat nie martwi.
Obserwuj wątek
    • kicho_nor Re: Dokument, czy fabuła? 26.06.13, 21:31
      Nie oglądałem.
      Ale skoro pachniało czosnkiem to jednak był dokument.
      • k.karen Re: Dokument, czy fabuła? 26.06.13, 22:18
        smile
    • k.karen "Katharsis po szkopsku" 07.07.13, 22:05
      Nie milkną krytyczne głosy i protesty w sprawie tego niemieckiego szajsogniota - "Nasze Matki, Nasi Ojcowie"
      Rośnie więc grono NIE-ćwoków, którym nie jest obojętne zakłamywanie historii i którzy nie dają sobie wcisnąć propagandowej niemieckiej papki.
      Polecam do przeczytania nowy, bardzo ciekawy i świetnie napisany felieton Marka Jastrzębia:

      www.portal-pisarski.pl/czytaj/41612/katharsis-po-szkopsku

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka