wscieklyuklad
21.05.17, 09:33
Każdy z nas oglądał kiedyś jakiś Łeztern. Łeztern obok grupy kolesi w przerwach na mordy i rabunek raczących się łyskaczem przy ladzie/stoliku Saloonu oraz Sprawiedliwym, który - najczęściej samodzielnie a to z powodu lękliwości sterroryzowanych mieszkańców mieścinki - redukuje kolejnych bandziorów, przybliża odbiorcy pradawne amerykańskie realia z czasów, gdy zdobywano Dziki Zachód.
Najbardziej realistyczni są w tych obrazach Czerwonoskórzy (pierwowzór europejskiego lewactwa - równie czerwonego, choć raczej gdy o poglądy chodzi) - gnają ci oni na dopiero co oswojonych mustangach, wyją identycznie, jak lewactwo na marszach przeciw Demokratycznie Wybranym Rządom, a dopadłszy wroga z odległości rażenia strzałą walą mu w serce z łuku, a gdy uda się przemknąć między kulami z Winchestera, rozwalają atakowanemu czachę bądź to maczugą, bądź też tomahawkiem, by w ostatecznym rachunku zedrzeć mu skalp i pomachać nim triumfalnie w powietrzu. Czerwony zawsze wkraczał w ubłoconych mokasynkach w życie Suwerena Amerykańskiego, nic więc dziwnego, iż w efekcie trzeba było paru autochtonów-lewaków skrócić o głowę, a resztę zamknąć w rezerwatach, by pokazywać turystom i Prawym Obywatelom (taki los przepowiada nam-postkomuchom pisięce bydło ustami swych aktywistów).
Ale jest jeszcze jeden aspekt dzikości, o jakim zapominać nie wolno.
cdn.