ulisses-achaj
30.01.18, 00:06
Z. Nosowski
"Łatwo narzekać, że znowu świat Polaków nie rozumie – tyle że najpierw należałoby coś zrobić, żeby temu światu pomóc nas zrozumieć.
Oczywiście to prawda, że „Auschwitz-Birkenau to nie jest polska nazwa, a Arbeit macht frei to nie jest polskie zdanie” – jak napisał na Twitterze premier Mateusz Morawiecki. To akurat kwestia na poziomie elementarza. Podobnie jak oczywistością jest, że nie było polskich obozów śmierci. Słusznie zatem rząd Prawa i Sprawiedliwości kontynuuje (rozpoczęte przez poprzedników z Platformy Obywatelskiej) działania w skali międzynarodowej mające uświadamiać te oczywistości zagranicznym mediom, publicystom i społeczeństwom. Bo w dzisiejszym świecie wiele spraw oczywistych – również te powyżej – dla niektórych, a czasem i dla wielu przestaje być oczywistymi.
„Więzi” do tego przekonywać nie trzeba. Byliśmy pod tym względem pionierami, gdy już ponad 20 lat temu zaprzestaliśmy używać – powszechnego wówczas – określenia „obóz w Oświęcimiu”. Takim pojęciem posługiwali się masowo Polacy, bo przecież wiele polskich rodzin wciąż miało w swoim gronie kogoś, kto przez ten obóz przeszedł. Zorientowaliśmy się jednak w redakcji, że – w trosce o świadomość następnych pokoleń – należy jasno mówić po prostu o obozie Auschwitz-Birkenau. Bo tę machinę śmierci stworzyli i kierowali nią Niemcy, działając w imieniu swojego, totalitarnego wówczas państwa.
Gdyby zapis ustawowy miał dotyczyć tylko określeń typu „polskie obozy śmierci”, to trzeba było tak właśnie napisać w ustawie
Czyżby zatem aktualny spór polsko-izraelski toczył się o oczywistości? Bynajmniej. Zresztą nie tylko o „polskie obozy śmierci” tu chodzi – i to po obu stronach. Reakcja izraelskiego rządu jest, rzecz jasna, przesadna i znacznie nadmierna, wyraźnie poczyniona na użytek polityki wewnętrznej, rywalizacji z opozycją na radykalizm. Zupełnie skandaliczne są zaś opinie głoszone przez Jaira Lapida, być może przyszłego premiera (pisał on m.in., że „były polskie obozy śmierci i żadne prawo nigdy tego nie zmieni”). To kolejny dowód, że również izraelska polityka ulega populistycznym tendencjom, niestety coraz bardziej powszechnym we współczesnym świecie.
Ale warto zobaczyć, że źródło problemu leży w tym przypadku po polskiej stronie. I że łatwo teraz narzekać, iż świat znowu Polaków nie rozumie (ewentualnie: prześladuje czy spiskuje przeciwko nam). Tyle że najpierw należałoby coś zrobić, żeby temu światu pomóc nas zrozumieć. Tymczasem większość sejmowa wykazała się w tej kwestii nadgorliwością.
Nieprecyzyjna ustawa
Wątpliwy jest sam pomysł kryminalizowania sporów na temat historii. Sięganie do prawa karnego powinno być w takich sytuacjach ostatecznością – a o wiele ważniejsze są (tak jak było do tej pory!) edukacja i, kiedy trzeba, moralne napiętnowanie nieuków. Jeśli już jednak zabierać się za prawo karne, to trzeba to robić przede wszystkim precyzyjnie. Gdyby zapis ustawowy miał dotyczyć tylko określeń typu „polskie obozy śmierci”, to trzeba było tak właśnie napisać w ustawie. A uchwalony zapis jest dużo szerszy i wysoce niejasny. Wiadomo zaś, że przepisy nieprecyzyjne są niedobre, gdyż pozostawiają zbyt dużą dowolność interpretacyjną.
Czy przypadkiem nie objęto by tą ustawą także bp. Rafała Markowskiego, który w Jedwabnem przepraszał za udział „synów narodu polskiego, zwłaszcza katolików” w tej zbrodni?
Tak jest właśnie w przypadku nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Nowy art. 55a stanowi, że karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat 3 podlega ten, kto „publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego […] lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni”. Nie mielibyśmy do czynienia z przestępstwem jedynie wtedy, gdy sprawca „dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”.
Wyliczmy po kolei niejasności:
1. Kto będzie sprawdzał, czy konkretna opinia o wydarzeniu historycznym została wygłoszona „wbrew faktom”? Czy prokuratura jest organem kompetentnym do decydowania o prawdzie historycznej w przypadkach, w których historycy wciąż się spierają o przebieg wydarzeń, rozkład odpowiedzialności i winy sprawców?
2. Mowa jest w przepisie nie tylko o zbrodniach niemieckich nazistów, lecz o wszelkich „zbrodniach przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodniach wojennych”. Te ostatnie (w przeciwieństwie do zbrodni III Rzeszy) nie zostały jednak w żaden sposób dookreślone – co zwłaszcza w przypadku kategorii „zbrodni przeciwko pokojowi” nasuwa mnóstwo wątpliwości i pozostawia olbrzymi margines interpretacyjny.
3. Ustawa mówi o przypisywaniu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za te zbrodnie narodowi polskiemu lub państwu polskiemu. Co to oznacza? Czym jest współodpowiedzialność? Co z relacjami osób ocalałych z Zagłady, które często wspominają, że bały się Polaków? Czy wypełni znamiona przestępstwa stwierdzenie, że sprawcy zbrodni byli Polakami? Bo, owszem, Bogu możemy dziękować, że zbrodni nie dokonywano w imię narodu polskiego czy państwa polskiego (także Podziemnego Państwa Polskiego), lecz były zbrodnie dokonane przez Polaków.
4. Na przykład według ustaleń IPN spalenia Żydów w Jedwabnem „dokonali Polacy z inspiracji Niemców”. Głoszenie takiego stanowiska to zapewne jeszcze nie karalna współodpowiedzialność (IPN musiałby wtedy ścigać sam siebie). Może jednak karalna – za „pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców” – będzie taka interpretacja tego wydarzenia, która bardziej podkreślać będzie rolę polskich bezpośrednich morderców niż niemieckich inspiratorów? Kto jest w takim razie „rzeczywistym sprawcą” – ten pośredni czy ten bezpośredni?
5. Dodatkowo w prawie uchwalonym przez Sejm stwierdzono, że „ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca”, i to „niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu”. Pomysł stosowania polskiego prawa karnego wobec obywateli innych państw za to, co mówią o Polsce, wydaje mi się prostym sposobem na wywołanie międzynarodowej awantury przy pierwszej możliwej okazji. Współczuję ambasadorowi Polski w kraju, wobec którego obywatela po raz pierwszy przepis ten zostanie zastosowany.
Biskupa już ocenzurowano
Przywołałem wyżej przykład zbrodni w Jedwabnem. Czy przypadkiem nie objęto by tą ustawą także przeprosin, jakie wygłosił 10 lipca 2017 r. bp Rafał Markowski, występując w Jedwabnem w imieniu Konferencji Episkopatu Polski? Czy jakiś nadgorliwiec nie uznałby, że przewodniczący Rady Episkopatu ds. Dialogu Religijnego, przepraszając za udział „synów narodu polskiego, zwłaszcza katolików” w tej zbrodni, tym samym pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców?
Po raz pierwszy w niemal 30-letniej historii programów katolickich w TVP audycja przygotowana do emisji została ocenzurowana decyzją kierownictwa anteny
Powie ktoś, że przesadzam. Rzecz jasna, prokurator nie wytoczyłby takiego śledztwa w Polsce przeciwko katolickiemu biskupowi. Ale przecież bp Markowski – za te właśnie przeprosiny – padł już ofiarą nadgorliwych prorządowych propagandzistów. Otóż na wysokim szczeblu w TVP zapadła decyzja, żeby informacja o jego wystąpieniu w Jedwabnem 10 lipca 2017 r. nie pojawiła się na ogólnopolskiej antenie telewizji publicznej (choć oddział w Białymstoku przygotował relację i wyemitował ją w programie lokalnym – można ją tutaj zobaczyć). W następnych dniach posunięto się wręcz do wydania, po kolaudacji, administracyjnej decyzji zakazującej emisji gotowego materiału filmowego w jednej z audycji katolickich TVP. Tym samym – chyba po raz pierwszy w niemal 30-letniej historii programów katolickich w telewizji publicznej – audycja przygotowana do emisji została ocenzurowana decyzją kierownictwa ant