wscieklyuklad
09.10.21, 08:59
Kiedy już PiS upadnie
Wbrew naszym własnym notorycznym deklaracjom i wbrew zdaniu Tuska, że do zła nie wolno się przyzwyczaić – przyzwyczaić powinniśmy się już dawno. Tusk wrócił, notowania PiS leciały w dół, sondaże od dawna dawały i wciąż dają zwycięstwo opozycji, tym razem niezależnie od tego, ile list wystawi. Jakoś nie było słychać okrzyków triumfu, prawda? Dziwne? Z pewnością dziwić powinno, ale nikogo nie zdziwiło. Dziwaczność wczorajszej sytuacji dobrze wyjaśnił stan dzisiejszy. Dzisiaj jest mianowicie jasne, dlaczego postulat przedterminowych wyborów w warunkach „wojny hybrydowej” byłby szaleństwem. A referendum w sprawie UE? Też?
Moja teza może się wydać dziwna, ale jest mniej więcej taka: dopóki w pisowskiej Polsce, tu i teraz, obywatelskie organizacje wspólnie z politykami opozycji lub bez ich udziału nie przeprowadzą ogólnopolskiej debaty choćby o aborcji, nie zorganizują obrad panelu obywatelskiego i obywatelskiego referendum powszechnego, faktami dokonanymi zmuszając właśnie tę, a nie żadną inną władzę do akceptacji norm cywilizowanego świata, żaden wyborczy sukces nie ucieszy nas wcale. I bardzo słusznie – bo niczego nie da. PiS upadnie, ale „pisowska sprawa” wygra. Podobnie jest w Europie i wszędzie. Ktokolwiek chciałby się dziś zachować, jak się zachowała Angela Merkel w 2015, ten przegra wybory. Dopóki trwa ten prosty jak cep mechanizm – tworząc podstawową dzisiaj zmienną w polityce – trzyma nas w szachu ten sam żywioł, który doprowadził do Brexitu, rządów Trumpa w USA, Orbana na Węgrzech, Kaczyńskiego w Polsce, Putina w Rosji – i który dzisiaj zagraża Europie. Cywilizacji, jaką znamy.
To żywioł społeczny, nie żaden polityczny mechanizm. Uparliśmy się tego nie widzieć. Jeśli przy dzisiejszym, wciąż jeszcze ogromnym poparciu dla UE polscy politycy boją się referendum – a boją się go wszyscy – to mamy trwale przechlapane. Brytyjczycy wyszli z Unii po referendum. Polacy wychodzą inaczej – i wyjdą, jeśli europejskie standardy, podobnie jak prawa kobiet i konstytucyjna praworządność, staną się „tematem zastępczym”. Ten proces już trwa. Ktoś by się chciał założyć, jak się skończy?
Kiedy już PiS upadnie
Nigdy dość dobrych wiadomości w tym ponurym pejzażu. Dobra wiadomość jest więc wciąż ta sama: według dzisiejszej wiedzy o społecznych nastrojach PiS straci władzę najpóźniej w 2023 roku. Dokładniej mówiąc, PiS odda władzę choćbyśmy bardzo nie chcieli jej brać i w tym sensie jesień 2023 jest po prostu ostatnim możliwym terminem. Dłużej władzy nie brać się już nie da, choć nie da się wykluczyć, że opozycja nie spróbuje również tym razem.
Im częściej Donald Tusk powtarzał, że żadne przedterminowe wybory nie wchodzą w grę, tym bardziej rosło we mnie przekonanie, że jednak wchodzą i w dodatku są częścią planu Tuska lub przynajmniej jednym z jego wariantów. To jednak było jakiś czas temu i ten czas bardzo wiele znaczy. Od głosowania piątki dla zwierząt – o całą epokę wstecz – w którym Kaczyński nie tyle liczył szable (bo akurat ten rachunek dobrze znał, to tylko my mogliśmy nie być pewni szczegółów), co pokazywał przede wszystkim Ziobrze i Gowinowi, że bunt nie ma szans, bo głosy Kaczyński znajdzie zawsze, choćby na opozycji – więc co najmniej od tego momentu powinno być jasne (i dzisiaj już może nawet jest), że tak to teraz będzie szło. Głosowania, reasumpcje, targi, a w razie czego przećwiczone w czasie pandemii rządy rozporządzeniami – to wszystko znamy. Poznajemy właśnie – część z nas – uroki stanu wyjątkowego. Pytaniem oczywistym w tym kontekście jest, jak długo tak się da. Jednak utrzymanie przez PiS władzy do wyborów w 2023 nie będzie specjalnie trudne dla Jarosława Kaczyńskiego. Trudniejsze będzie dla tych, którzy tę władzę mogliby od PiS przejąć. Władza nie raz już pchała się w ręce opozycji. I nie tylko entuzjazmu nie widzieliśmy, ale mieliśmy wszyscy wrażenie, że parzy te ręce jak gorący kartofel. Wśród wielu powodów poparzeń dzisiaj znaczenia nabrała niewątpliwie „obrona europejskich granic”.
Polityczny sezon miał się rozpocząć miesiąc temu od Lex TVN i szukania większości przez PiS. Władzą PiS miała też zatrząść zapowiadana ofensywa o odwołanie Witek. O sądach i praworządności w charakterystyczny sposób milczano, ale akurat tą sprawą – też nie po raz pierwszy – zajęła się zamiast opozycji Bruksela. Należało się w tej sytuacji po Kaczyńskim spodziewać kolejnych wrzutek na miarę zakazu aborcji sprzed roku. Zbawca narodu nie rozczarował, a nawet dał z siebie więcej. Kryzys humanitarny wywołany na granicy z premedytacją i z wielką pomocą Łukaszenki unieważnił wszystkie wcześniejsze i już dziś zapomniane emocje oraz wszelkie naiwne kalkulacje. Ów akt niesłychanego barbarzyństwa jest równocześnie tylko przykładem tego, co nas czeka. Doczekaliśmy czasów, w których nieskrywane okrucieństwo służb państwa, cierpienie i śmierć ludzi uczynionych narzędziem polityki obozu władzy, jest właśnie… – cóż, przykładem…
Kolejny akt rozpoczął „wyrok TK”. Odtąd „obrona suwerenności” będzie stałym tematem kampanii prawicy i coraz bardziej kłopotliwym „tematem zastępczym” dla opozycji. Zakład?
Michnik ma zawsze rację
Od początku katastrofy rządów PiS w zasadzie wszyscy ludzie z politycznym, ale również z intelektualnym dorobkiem – sam najmocniej i najlepiej zapamiętałem tu właśnie Adama Michnika jeszcze z 2016 roku – powtarzali, że nie żaden Majdan, tylko po prostu wybory zdecydują o polskim losie. Społeczne wzmożenie, akty oporu i demonstracje były w tym Michnika myśleniu ważne wyłącznie tak, jak docenił je niedawno Donald Tusk. „Ducha nie gaście”, „bądź jak kamień, stój, wytrzymaj” – no, takie rzeczy. Podtrzymanie sprzeciwu i nic ponad to. W ostatecznym rachunku liczy się bowiem tylko „dorosła polityka”.
Wybory natomiast – zauważał przy tym Michnik trafnie i to spostrzeżenie jest nawet ważniejsze – dotychczas zawsze się w Polsce przegrywało, a nigdy nie wygrywało. Tę samą starą prawdę wyraził ostatnio również Donald Tusk, idąc przy tym nawet dalej i zauważając, że również w ’89 roku to nie my wygraliśmy – to tylko abdykowali wówczas komuniści, a system ich władzy w rzeczywistości upadł po prostu pod własnym ciężarem. Jaruzelski z Kiszczakiem byli jak Benedykt XVI: zobaczyli rozmiar katastrofy, mieli dość i nie mieli już siły, choć o wyrzuty sumienia posądzić byłoby ich trudniej niż papieża. W każdym razie żaden rewolucyjny program – a za taki wciąż w niektórych kręgach uchodzi program Franciszka – żadna polityczna ofensywa ani żadne społeczne wzmożenie nigdy nie miały przesądzającego znaczenia. Już w III RP kolejne rządy upadały w wyniku własnych błędów, a nie dlatego, że przychodził ktoś, kto miał lepszą ofertę i czegoś innego chciał. PiS zaś – prorokował Michnik w tym duchu – zaplącze się we własne nogi wcześniej niż plątali się inni, ponieważ rządzi wyjątkowo nieudolnie. Te prognozy zarówno studziły głowy rozpalone wizją Majdanu, jak i dawały nadzieję. Michnik miał rację – jego prognoza się sprawdzi, choć z pewnością później niż myślał wtedy, w 2016 roku.
cdn