al-szamanka
30.08.11, 18:10
Julenka tak głośno zatrzasnęła furtkę, że wystraszona, o mało co nie straciłam ze stołu wiaderka pełnego, świeżo przyniesionych z Lasu, jagód. Miałyśmy smażyć konfitury, lecz widząc gwałtowne ruchy Julenki i jej zaniepokojoną twarzyczkę rozpoznałam, że plany uległy zmianie.
Ach, Mąż Pani Sąsiadki wybiera się z prosiaczkiem Zakamarkiem do weterynarza. Maluszek zachłysnął się wczoraj serwatką z ziemniakami i od tego czasu ma ciągłą czkawkę, opowiedziałam to Rybce Niezabudce, a ta szlocha od samego rana, w strumyku, przez jej łzy znacznie przybyło wody. Czy mogę jechać razem z nimi? Chcę także poprosić o poradę, Sowa Większa od Wrony jest ostatnio wyjątkowo osowiała, niepokoję się, bo przecież zawsze jest taka mądra i rozsądna, ale teraz coś przeżywa, jakby ją coś pod skrzydłami gniotło.
Zaledwie zdążyłam skinąć głową, a Julenki już nie było, tylko kłęby kurzu i terkot starej furgonetki upewniły mnie, że Mąż Pani Sąsiadki liczył się z moim pozwoleniem i po prostu cierpliwie zaczekał.
Konfitury usmażyłam sama.
A jako, że dzień był bardzo słoneczny i powietrze niemal stało w miejscu, słodka chmura zapachu utrzymywała się do późnego popołudnia. Wtedy też powróciła Julenka. Bez specjalnego zachwytu postawiła przed sobą garnek - uwielbiała wyskrobywać resztki po smażeniu konfitur - i wiercąc się na taborecie, na swojej małej poduszeczce, która prawie wszędzie ze sobą nosiła, popatrywała z roztargnieniem w jego wnętrze. Coś ją wyraźnie dręczyło.
Ach, świat jest taki dziwny, często inny niż ten, co go na co dzień widzimy. Niekiedy dopiero nieoczekiwany przypadek pokazuje jaki jest naprawdę. Sowę Większą od Wrony wsadziłam do kartonu z dziurkami, a Zakamarka do koszyczka wymoszczonego sianem, do małego koszyczka, bo Zakamarek jest przecież bardzo niewielki. Maź Pani Sąsiadki jechał powoli i ostrożnie, aby obu pacjentów dodatkowo nie przestraszyć. Niestety, na drzwiach u weterynarza wisiała kartka z zawiadomieniem, że jest on na urlopie. Zakamarek tak się przejął, że dostał jeszcze głośniejszej czkawki, ale Sowa otworzyła tylko jedno oko, na malutką chwilkę. I znowu się zamyśliła. W drodze powrotnej, w ostatnim niemal momencie, zauważyłam na tarasie restauracji, wiesz, tej pod akacjami, mojego doktora, zawsze był miły i uśmiechał się, gdy trzeba mi było zrobić zastrzyk. Pomyślałam, że może uleczy też ptaka, bo Zakamarek tak się wystraszył gwałtownym hamowaniem, że wszystko mu raptownie przeszło. Pan doktor zajadał strasznie wielki kawał tłustego mięsa i zagryzał go kiszonymi ogórkami. Na moją prośbę, aby chociaż spojrzał na Sowę wykrzywił się, burknął coś chrapliwie i tak machnął ręką, że o mało co nie wytracił mi kartonu z rąk, marszczył czoło i nie uśmiechał się, być może mnie nie poznał, a może tak po prostu to ja go nigdy nie znałam. Pobiegł też gdzieś z tym talerzem, nawet sos po drodze rozlał, ale ja to wytarłam, bo przecież ktoś mógłby się pośliznąć i złamać nogę, a przy okazji nawet i serce. Z Sową pójdę jutro do Pani Znachorki, ona zna się na wszystkim i na pewno nam pomoże.
Julenka, zawsze skłonna w każdym człowieku wyszukać to, co najlepsze, a jednocześnie go usprawiedliwić, westchnęła ciężko, głos jej pełen był wahania.
Ach, może w tym momencie mięso było dla niego najważniejsze, a może tylko się gdzieś spieszył, bo mu te kiszone ogórki zaszkodziły...