W związku z licznymi prośbami wielbicieli leziowej tfurczości, publikuję ponownie tekst o dorzynkach ( korekta, nie poprawiać).
Ponoć pora aktualna.
No to jadziem.
D O R Z Y N K I
Żniwa miały się łońskiego roku już ku końcowi. Zboże było z pól posprzątane, wszystko zaorane grzecznie, snopy młócono na potęgę, a po miedzach pijane kombajnisty się walali.
Tak, co na zgromadzenie do świetlicy my się zeszlim, gdzie ustalilim, że plony byli dobre w tym roku, tak co cieszyć się trzeba, natury naszej nie obrażając i zrobim my jak zwykle, dorzynki.
Zwyczaj u nas taki, jak i w innych wsiach, bo i gdzie indziej dożynki też przecie ludziska robią. Tylko tak się jakoś utarło, że nasze święto trochu inne jest od tych tradycyjnych dożynków i bardziej takie ludowe.
Tradycja dorzynków we wsi naszej, od czasów bitwy pod Grunwaldem pielęgnowana, stąd się wzięła, że pradziadowie nasi po wielkiej bitwie rannych Krzyżaków dorzynali, które mocno im się dali we znaki grabieżami i daninami. Co naszym pradziadom się należało, to mogli oni sami po wszystkim, jak się już zwycięskie wojska rozjechali, sobie odebrać, a przez to nasza wioska stała się potem bogata i zasobna, tenże poziom utrzymując do dziś. Tak się złożyło, że żaden z Krzyżaków, co jeszcze dychali wtedy trochu, nie dożył następnego dnia, to i nie musim my się dzisiaj obawiać tej swołoczy, czy jak ich tam nazywają, no, wiecie, tych jakichś tam spadkobierców, oraz innych psubratów, co przyjadą tu na białych, albo innych numerach kolorowych i powiedzą nagle, że chałupa jego. Bo takowych nie ma już dawno na Ziemi kochanej, całe rody wielkopańskie w zapomnienie poszły przy pomocy dzielnych pradziadów naszych. A jakby tak kto jednak twierdził, niech się lepiej we wsi naszej nie pokazuje, bo mu będzie na pohybel.
Późniejsza dorzynkowa tradycja nie była już tak krwawa, jak zaraz po bitwie, chociaż trochę też, bo potem dziadowie nasi zadowolenie znaleźli takie w dorzynaniu, że jak Krzyżaków zabrakło, to się między sobą dorzynać zaczęli. Utarło się, że ten, kto podczas dorzynkowego święta najweselszy był i dorzynał najlepiej, otrzymywał na cały następny rok stołek sołtysa.
Z czasem dorzynki przeniesiono na sierpień i ze świętem plonów połączono. Ale my nadal, mówiąc, albo o naszym święcie pisząc używamy "rz", coby tradycyjnie już sama nazwa mówiła, o co nam chodzi.
No, to ja tyle chciał powiedzieć, co do tradycji się odnosi, żeby wy dobrze wiedzieli, co we wsi naszej w sierpniu ciekawego się odbywa. Może zajrzycie i wy do nas kiedy, to i rozumieć będziecie doniosłość uroczystości i gniewać się nie będzieta za tych parę szturchańców niewinnych, co pewnikiem otrzymata na powitanie.
No, a tu już długo przed wielkim świętem porządki ogólne się zaczęli
i gorączkowa krzątanina. Nawet, w co początkowo nikt nie chciał uwierzyć, sterty obornika leżące na podwórku u starego Wojciecha gdzieś od 1950 roku zostały uprzątnięte, jakby świat zawalić się miał jutro. Nad łąkami
i szopami cienkie smużki oparów fruwali, co się wydobywali byli
z aparatów gorzelniczych, które ludziska we wsi i wokół niej poustawiali. Do kanistrów i trzydziestolitrowych kanek na mleko cienkimi strużkami berbelucha spływała, mająca rolę ważną w naszym święcie odegrać
i nastroje rozgrzać do bitki i wypitki.
Zgrzytali ostrzone noże, widły i kosy. Z kuźni dobiegało stukanie młota.
To kowal Malina okuwał orczyki blachą stalową, co by czyjaś głowa lub kości nie byli twardsze, niż cenny na wsi orczyk, co zawsze złamać się nieszczęśliwie mógł.
Dziewuchy malowali powieki i brwi mieszanką kleju stolarskiego
i fioletowej farby, na paznokcie nakładali zaś czerwoną powłokę barwnika do malowania kombajnów "Bizon-super". Przy odrobinie szczęścia powłoka taka wytrzymać mogła bez jakiejś ci tam specjalnej pielęgnacyji do następnych dorzynków, bo to dobre farby ochronne przecie w Polsce naszej kochanej robią.
Każda dzioucha chłopakom podobać się chciała. Wszak to już jutro zaczynało się nasze święto dorzynkowe, w całym województwie znane, chociaż nie bardzo ono jakoś przez władzę, nie wiadomo czemu, tolerowane było. W najbliższym mieście szykowano nowe miejsca
w szpitalach, aresztach i tychże ich śmiesznych wytrzeźwień izbach, jakby pijak nie mógł jak człowiek w rowie się przespać, tylko w luksusach jakich, słono potem za to płacąc, jakby w burdelu jakim był.
Emocje zaczynali już dzisiaj o sobie dawać znać. Pierwsze dynksiarze pojawili się w polnych bruzdach i na łąkach okolicznych, smacznie sobie pochrapując i śniąc pewnie już o jutrzejszym dorzynaniu.
*****