25.08.25, 14:16
W związku z licznymi prośbami wielbicieli leziowej tfurczości, publikuję ponownie tekst o dorzynkach ( korekta, nie poprawiać).
Ponoć pora aktualna.
No to jadziem.
big_grin

D O R Z Y N K I

Żniwa miały się łońskiego roku już ku końcowi. Zboże było z pól posprzątane, wszystko zaorane grzecznie, snopy młócono na potęgę, a po miedzach pijane kombajnisty się walali.
Tak, co na zgromadzenie do świetlicy my się zeszlim, gdzie ustalilim, że plony byli dobre w tym roku, tak co cieszyć się trzeba, natury naszej nie obrażając i zrobim my jak zwykle, dorzynki.
Zwyczaj u nas taki, jak i w innych wsiach, bo i gdzie indziej dożynki też przecie ludziska robią. Tylko tak się jakoś utarło, że nasze święto trochu inne jest od tych tradycyjnych dożynków i bardziej takie ludowe.
Tradycja dorzynków we wsi naszej, od czasów bitwy pod Grunwaldem pielęgnowana, stąd się wzięła, że pradziadowie nasi po wielkiej bitwie rannych Krzyżaków dorzynali, które mocno im się dali we znaki grabieżami i daninami. Co naszym pradziadom się należało, to mogli oni sami po wszystkim, jak się już zwycięskie wojska rozjechali, sobie odebrać, a przez to nasza wioska stała się potem bogata i zasobna, tenże poziom utrzymując do dziś. Tak się złożyło, że żaden z Krzyżaków, co jeszcze dychali wtedy trochu, nie dożył następnego dnia, to i nie musim my się dzisiaj obawiać tej swołoczy, czy jak ich tam nazywają, no, wiecie, tych jakichś tam spadkobierców, oraz innych psubratów, co przyjadą tu na białych, albo innych numerach kolorowych i powiedzą nagle, że chałupa jego. Bo takowych nie ma już dawno na Ziemi kochanej, całe rody wielkopańskie w zapomnienie poszły przy pomocy dzielnych pradziadów naszych. A jakby tak kto jednak twierdził, niech się lepiej we wsi naszej nie pokazuje, bo mu będzie na pohybel.
Późniejsza dorzynkowa tradycja nie była już tak krwawa, jak zaraz po bitwie, chociaż trochę też, bo potem dziadowie nasi zadowolenie znaleźli takie w dorzynaniu, że jak Krzyżaków zabrakło, to się między sobą dorzynać zaczęli. Utarło się, że ten, kto podczas dorzynkowego święta najweselszy był i dorzynał najlepiej, otrzymywał na cały następny rok stołek sołtysa.
Z czasem dorzynki przeniesiono na sierpień i ze świętem plonów połączono. Ale my nadal, mówiąc, albo o naszym święcie pisząc używamy "rz", coby tradycyjnie już sama nazwa mówiła, o co nam chodzi.
No, to ja tyle chciał powiedzieć, co do tradycji się odnosi, żeby wy dobrze wiedzieli, co we wsi naszej w sierpniu ciekawego się odbywa. Może zajrzycie i wy do nas kiedy, to i rozumieć będziecie doniosłość uroczystości i gniewać się nie będzieta za tych parę szturchańców niewinnych, co pewnikiem otrzymata na powitanie.
No, a tu już długo przed wielkim świętem porządki ogólne się zaczęli
i gorączkowa krzątanina. Nawet, w co początkowo nikt nie chciał uwierzyć, sterty obornika leżące na podwórku u starego Wojciecha gdzieś od 1950 roku zostały uprzątnięte, jakby świat zawalić się miał jutro. Nad łąkami
i szopami cienkie smużki oparów fruwali, co się wydobywali byli
z aparatów gorzelniczych, które ludziska we wsi i wokół niej poustawiali. Do kanistrów i trzydziestolitrowych kanek na mleko cienkimi strużkami berbelucha spływała, mająca rolę ważną w naszym święcie odegrać
i nastroje rozgrzać do bitki i wypitki.
Zgrzytali ostrzone noże, widły i kosy. Z kuźni dobiegało stukanie młota.
To kowal Malina okuwał orczyki blachą stalową, co by czyjaś głowa lub kości nie byli twardsze, niż cenny na wsi orczyk, co zawsze złamać się nieszczęśliwie mógł.
Dziewuchy malowali powieki i brwi mieszanką kleju stolarskiego
i fioletowej farby, na paznokcie nakładali zaś czerwoną powłokę barwnika do malowania kombajnów "Bizon-super". Przy odrobinie szczęścia powłoka taka wytrzymać mogła bez jakiejś ci tam specjalnej pielęgnacyji do następnych dorzynków, bo to dobre farby ochronne przecie w Polsce naszej kochanej robią.
Każda dzioucha chłopakom podobać się chciała. Wszak to już jutro zaczynało się nasze święto dorzynkowe, w całym województwie znane, chociaż nie bardzo ono jakoś przez władzę, nie wiadomo czemu, tolerowane było. W najbliższym mieście szykowano nowe miejsca
w szpitalach, aresztach i tychże ich śmiesznych wytrzeźwień izbach, jakby pijak nie mógł jak człowiek w rowie się przespać, tylko w luksusach jakich, słono potem za to płacąc, jakby w burdelu jakim był.
Emocje zaczynali już dzisiaj o sobie dawać znać. Pierwsze dynksiarze pojawili się w polnych bruzdach i na łąkach okolicznych, smacznie sobie pochrapując i śniąc pewnie już o jutrzejszym dorzynaniu.
*****
Obserwuj wątek
    • leziox Re: Dorzynki 25.08.25, 14:17
      Jakoś tak nad ranem, zanim jeszcze pierwsze kury zapiali, wieś całą obudził wrzask Kmity:
      -Pomóżta ludziska, cholera, moja szopa z drewkiem mi się pali!!
      I prawda to była, co by nie gadał. Kłęby czarnego, tłustego dymu
      i płomienie buchali z kmitowej szopy, jak z pieca hutniczego.
      No to chwycili my zara z Józwą za wiadra z wodą i dalejże biec
      z innymi szopę gasić. Zanim my jednak na miejsce dobiegli, coś zagwizdało, grzmotnęło głośno i ogień jak w piekle dla potępieńców
      w górę buchnął, a z szopy tylko drzazg kilka się ostało i dół wielki, co zara

      wodą podciekł. Myśleli my, że to ruski atom koło nas wystrzelił, albo inna neutronowa zaraza. Mnie wbiło jakoś tak w ziemię na pół metra głęboko,
      a Józwa ze strachu czapkę swoją maciejówkę włosami aż przebił, tak mu się one podniosły.
      I już gasić nie było co, bo wszystko samo zgasło.
      -O wciurności! - zaklął Kmita głośno - ażeby cię grom jasny trzasł! Toć to wszystkie paliwo do samochodu szlag trafił, całe 6.000 litrów, nieubezpieczone! Cholera jasna!
      Wzruszyli my byli z Józwą ramionami. Każdy wiedział, że Kmity syn na stacji benzynowej pracował i nocami jakieś kanistry do domu nosił, ale żeby aż tyle tego tu natargać? Chciwość ludzka nie zna granic żadnych, to i kara boska być musiała za pychę.
      Że gasić nie było co, a na spanie już za późno, to poszli my z Józwą na wódkę do sołtysa. Pal sześć szopę, ale jakoś tak w środku zadowolone my byli, że dorzynki hucznie się zaczęli.
      Wieś żyła świętem, a młode też już szykowali się na zabawę. Zawczasu trenowali te swoje karaty u skośnookich w telewizorni podpatrzone, piorąc się po pyskach butami i coś tam nie po bożemu krzycząc. Wzruszył ja się był trochu, że te nasze młode pokojowe takie i spokojne terozki są. Pół dnia po pyskach się piorą, tu i tam szczęka poleci czy ząb, o nosach nie wspominając i żaden jeszcze drugiemu chałupy nie poszedł spalić,
      ani siekiery w plecy zza węgła nie wbił. Inne czasy, inne zwyczaje,
      ale tradycja przez telewizyje nam chyba jednak podupada.
      No, my tu gadu, gadu, a trzeba było też o sobie zacząć myśleć, bo już powoli ciemniało i pora przyszła, aby na zabawę się szykować. A że w tym roku ja chciał ze wszystkich najlepszy być, bom jeszcze nie sołtysował nigdy, to musiał ja podjąć szczególne kroki, no wiecie, coby w konkursie zwyciężyć. Wziął ja ze strychu maszynkę poręczną zniósł, co to ją dziad mój dla Niemca w 43 roku w lesie zabrał i co leżała te wszystkie czasy na górze. Jak to dziadek powiadali, nigdy nie wiadomo, kto ostatnią świnię, czy ziarno będzie zabrać chciał. A wtedy zawsze takie cóś lepsze na gada, niż widły w ręku, czy to kapitalista, czy czerwony albo inny faszysta.
      Do maszynki wziął ja ze skrzyni malowanej 4 magazynki zapasowe, dwa granaty, com je kiedyś na starym pobojowisku wygrzebał i wyczyścił, no
      i też kosałkę jedną od Gerlacha, co w garści dobrze leżała. A, tyż kanister bimbru musiał ja wziąć, co popić by sobie, jak gardło przy tańcowaniu wyschnie. Trochu jeszcze od traktora ropą cuchnął ten mój kanister, ale kto by tam na takie głupoty zważał, kiedy i bimber nie lepszy w smaku.
      Ubrał ja się w świąteczną kufajkę, beret nowy założył, gumofilce od gnoju wymył i poszedł na zabawę. Ciemno było, choć oko wykol, ale i ślepy do remizy by trafił, bo pijackie śpiewy z daleka słychać było.
      Jak ja na miejsce doszedł, to zobaczył, że przed remizą stoją już Kmita, Józwa, Maciej, dziewuch parę no i młode kręcili się też dookoła.
      Kapela w środku rżnęła aż miło, tańcowniki wirowali w te i wewte, dudniąc ciężkimi buciskami w podłogę i kurz podnosząc, aż karaluchy wszystkie
      i pluskwy ze strachu uciekły precz.
      Strażaki remizowe leżeli już wszystkie co do jednego pijane w krzakach
      i choćby nie tylko wioska spalić się miała, ale i świat cały, to żaden na

      alarm by nie powstał. Ale co by się tam miało podczas święta palić, toż podpalaczy u nas we wsi już od XVIII wieku nie ma, jak to nasi dziadowie ich wtedy powywieszali na wierzbach, a przypadkiem to nikt ognia nie zaprószy...
      Maciej tylko mnie zobaczył, już krzyknął:
      -Hej, Walenty, dyć chodź no tu, to sobie popijem!
      Tak i podlazł ja do nich z bimbru kanistrem i zaczęli my żłopać gorzałę jak smoki. Myślał ja, co te dwadzieścia litry starczy na długo, ale coraz to ktoś nowy do nas przybywał, patrzał oczami błagalnymi, jak dziad proszalny jaki, albo pies, co kość by chciał - no to weź takiemu nie daj. Dostawszy działkę w stakanie blaszanym, co jakie pół litra na oko mieścił, wypijał zaraz jeden i drugi, a potem odchodził w stronę remizy na coraz to bardziej chwiejnych nogach.
      I tak kropla po kropli, aż kanister zrobił się całkiem pusty. Tak, co rzucił ja go w zarośla, żeby nikt nie skradł i poszedł żem trochu z kobitami podokazywać. Gorzała tak mi w głowie szumiała, jakby odrzutowców stado z pełną pryndkością nad moją głową w kółko latało, ale co tam! Większą ja ochotę na zabawę złapał.
      Wlazł ja do środka i dalejże w tany się puścił z Maciejową, bo akurat ona pierwsza pod rękę mi wpadła. Zaczęli my wirować po całej sali coraz pryndzej i pryndzej, aż w głowach się zakręciło. Nagle ręce mi się
      z Maciejowej omskły i tak z półobrotu grzmotnął ja ciężko w kąt, bo tak mnie ten samogon zmógł jakoś.
      Nawet i dobrze, akurat czas ku temu najwyższy był, bo akurat jak ja w ten kąt leciał, nad głową zafurczał mi ciężki stół ciśnięty przez Kmitę, a zaraz potem pierwsza butelka trzasła o ścianę.
      • leziox Re: Dorzynki 25.08.25, 14:19
        Stary Maciej szybko załatwił orczykiem jakichś ci tam dwóch miastowych, co bitkę uciszyć próbowali i krzyczeli cóś tak:
        -Panowie, kultury trochę, nie jesteśmy przecież na polu!!
        A Maciej, jak to on, nie słuchał za długo, ale tak im wygodził, że pewnikiem nieprędko zechcą znowu we wsi naszej mącić i dobrą zabawę nam psuć. No bo kultury ci u nas dosyć, czy to na polu czy w oborze, a jak kto nie wierzy w to i wrzeszczy, że kultury brak we wsi naszej, to go w łeb orczykiem, a potem to niech sobie taki gada, co tylko zechce, jak już ze szpitala wyjdzie. Zawsze można powiedzieć, że to waryjot jaki i w głowie mu się całkiem pomieszało od uderzenia nagłego.
        Jakiś młody, głupi, co pewnikiem popisać się przed dziouchami chciał, do Józwy podbiegł i dalejże mu przed nosem rękami i nogami machać, coś wrzeszcząc w żółtych języku.
        Stał młodzik, karaty pokazywał, a Józwa, jak to on, bez pośpiechu i z godnością gołowąsa krzesełkiem trzasł, aże ten szybko jak piorun się obalił. Potem na niego gumofilcem nadeptał i poszedł tłuc po gębie tego łodmieńca z kolonii, co z nim jeszcze stare porachunki miał. Zaraz obok mnie ktoś prał sąsiada po gnatach łańcuchem od motóra, w powietrzu butelki jak skowronki na wiosnę już latali. Krzyk wielki i tumult się podniósł. Kurz, pył izbę remizy przesłonił, aże nic widać już nie było.
        Tylko co chwila z kurzawy ktoś wypadał po uderzeniu mocniejszym
        i leżał, nie ruszając się wcale...
        Tak, co ja za stakanek znowu złapał, żeby sobie jeszcze trochu popić za tą całą awanturę naszą. A tu nagle jak coś mnie w mordę nie łupnie, ażem wszystkie gwiazdy i galaktyki w oczach zobaczył. Dostał ja pewnikiem śtachetą od płota, bo drewno w zębach poczuć było można. Chyba sosnowe nawet. Ale jak to tak? Choć przeca ja spokojny był i nikogo nie zaczepiał na razie i nie bił, to i tak za darmo w mordę ja dostał?!
        Oj, poruszyło mnie to mocno, krew w żyłach zawrzała, tak co za kosałkę ja złapał i w tłum wstąpił, w kurzawę i zamęt, wśród walczących. Wszyscy wiedzą, że tradycje przodków naszych spod Grunwaldu godnie podtrzymywać trzeba.
        No to ciął ja tak nożem jak leci, na lewo i prawo, z dołu do góry i z góry znowu na dół. Krew oczy zalewała, ręka mdlała od ciosów zadawania, nóż chrzęścił po kościach i żebrach, jakby ja w mięsnym sklepie sprzedawał, a nie na zabawie był. A tu już walczące się zorientowali, że ktoś ich z partyzanta tnie. Te, co jeszcze ruszać się mogli, hurmem się zaraz na mnie rzucili...
        Oj, marna moja dola by była, żeby mnie tak w remizie dopadli, ale zdążył ja na dwór wybiec i jeszcze dwa granaty przez okno wciepać. Grzmotnęło jak cholera i ogień przez okna buchnął, a futryny polecieli gdzieś daleko
        w las. Reszta tych, co nie byli mocno ranne, wybiegli zara na dwór, żeby mnie łapać. Wyciągnął ja tak więc zza kapoty dziadkowe empi, odbezpieczył i siekł ja krótkimi seriami po remizie i krzakach, wszędzie tam, gdzie tylko jakowyś cień się pokazał, tak co w końcu nikt mnie już łapać nie chciał i chyba nie mógł, bo żaden cały się nie ostał. Potem nagła cisza zapadła, jakby na cmyntarzu jakowym, tak co odważył ja się do remizy ostrożnie, jeszcze z automatem w ręku, zajrzeć. Zarozki mógł ja wyjaśnić, że nieboszczyka żadnego w tym roku nie ma, bo bywało już i tak, że wieś cała wyludniała się mocno po święcie dorzynkowym. Prawda, że pokłute wszystkie byli, pocięte i ranne od kul i odłamków, ale żywe. Jęk wielki wokoło roznosić się zaczął, jak krew się uspokoiła w żyłach i szok popuścił. Ale na pociechę sołtys, Józwa i Maciej, co do tej pory za remizą pijane spali, pobudzili się strzelaninę słysząc i śmieli się teraz serdecznie, że ja taki wesołek jestem.
        Zara potem kupę karetek pogotowia się zjechało i policji od pioruna, żeby sprawę wyjaśniać. Ranne do szpitala pojechali, a policjanty z powrotem na komendę. Ich posterunkowy powypisywał jakieś ci tam głupoty z palca wyssane do protokoła, bo coś przecież powypisywać musiał, a potem sprawa zamknięta została. Wiadomo, że we wsi nikt nic nie widział i nie słyszał, a nawet jeżeli, to nasza wiejska sprawa jest, a nie policyjna. Powiedzieli my tylko, że pewnie mafia jakowaś z miasta musiała zajechać w okolice, diabli wiedzą po co, pewno przez pomyłkę. Albo te modne ostatnio, no, te...terrorysty, co to gdzieś w okolicach lądować mieli, no może na grzyby przylecieli czy cóś...
        I tak zabawa się skończyła, a my musieli nazajutrz do rzeczywistości wrócić. Zniszczoną remizę odbudowali my szybko ze składek wiejskich, a rodziny tych, co jeszcze w szpitalu byli, na dobrą pomoc sąsiedzką liczyć
        mogli. Bo dorzynki dorzynkami, ale ludziska u nas wszak serdeczne są i pomocne dla innych w potrzebie. Tegoroczne dorzynki będą we wsi jeszcze długo wspominać. Nawet dzieci, widząc mnie na drodze, szepczą coś z respektem na mój temat, a potem lecą w dorzynanie się bawić, ot, taka tradycja nasza wesoła...
        Powoli ze szpitala powychodzili wszyscy, co poranione byli podczas dorzynkowego święta. Ile ja już z nimi samogonu popił, to nie zliczyć. Nikt przeca do mnie pretensji nie ma żadnej, bo niepisane prawo dorzynkowe mówi, że po święcie wybacza się wszystko. A mnie stanowisko sołtysa też się spodobało.
        W następnym roku gorszy nie chcę być i już rozpoczął ja po cichu przygotowania. Daleko w lesie, jak grzybów ja szukał, znalazł ja zamiast grzybów porzucony czołg poniemiecki,"Tygrys", z potężną lufą
        i w całkiem dobrym stanie. Ropy mu widać zabrakło, jak w wojnę uciekali przed Ruskim, tak, co i został czołg, a załoga gdzieś przepadła. Silnik ja przejrzał i wyczyścił, od Jelcza akumulatory założył, paliwa wlał i zapuścił motor. Łoj, chodzić to on ładnie chodzi, jak zegarek. Silnik mruczy, a jak gazu się dociśnie, to ryczy jak smok. Wiadomo, niemiecka solidna robota. Trochę ja pojeździł, ale że drzewek ja naprzewracał, no to musiał ja przestać, coby alei nowej w puszczy nie wyciąć, jeszcze leśniczy za bardzo by się interesować zaczął. No, dyć trochu się tym inaczej, niż traktorem jeździ. W deszczową jesienną noc, kiedy ulewa zagłuszała każdy dźwięk, przyjechał ja do wsi i w stodole żem bydlaka zamelinował, co by warsztat na miejscu mieć i nie latać do lasu za każdym razem.
        Pełen zapas amunicji w nim jest, która nawet nie zardzewiała, bo wszystko ładnie zapakowane w towocie leżało i smarach. Jeszcze tylko wyreguluję armatę i karabin maszynowy. Może jeszcze farbę nową położę, chociaż krzyże niemieckie jeszcze na nim i numer jakiś do tej pory widać. To byndzie zabawa, jak odłamkowym w szopę koło remizy przypieprzę,
        z cekaema po okolicy trochu postrzelam, a potem do sali wjadę i przy bufecie setkę zamówię i śledzika na zagrychę. Mój Burek też pojedzie ze mną, niech chociaż raz wierna psina poczuje się jak ten psi aktor Szarik
        z filmu. A co! I niech mnie policjanty wtedy zatrzymają, jak bez świateł pojadę w remizy stronę...
        Ha, ha, ha! Już widzę wyobraźni oczyma, jak wszyscy do rozpuku chichotać się z mojego kawalu byndą!


        THE END
        Copyright by Leziox


    • e-zybi Re: Dorzynki 25.08.25, 14:48
      Tak na czasie, wczorajszy rowerowy rekonesans zaowocował takimi fociami...
      • leziox Re: Dorzynki 25.08.25, 15:03
        Teściowe się wyroiły.
        big_grin
        • dunajec1 Re: Dorzynki 26.08.25, 02:23
          Thx Lezio, posmialem sie, ale byly i takie czasy, pamietam jak moj kuzyn przylecial do nas do domu po mlotek bo wiedzial gdzie znajdzie a bitka byla. Drugi kuzyn opamietal sie jak jak mu slabo sie zrobilo, nie poczul noza w plecach, ze nie wspomne o plotach zn. sztachet potrzebnych do "pracy", ale potem wszystkim ulzylo, jak inny jeszcze kuzyn, zn. jego ojciec a moj stryj musial wyciagnac krowe i swinie aby sprzedac bo on komus tam szczeke zlamal, a ten bidok mial zasznurowana szczeke przez kilka tygodni. No byloo, ale przeminelo, nie wiem czy z wiatrem ale jednak.
          • leziox Re: Dorzynki 26.08.25, 13:03
            Znaczy pamiętasz jeszcze kultywowanie tradycji do(rz)żynkowej?
            big_grin
            • dunajec1 Re: Dorzynki 26.08.25, 15:00
              Ja to bylem dzieciak wtedy, ale takie rzeczy sie pamieta jak sie slyszy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka