diabollo
17.03.11, 07:48
Życie na wyspie
Cezary Michalski
Życie na Wyspie jest przyjemne, tyle że przyczyny jego ewidentnej przyjemności bardzo trudno jest rozdzielić na te płynące z bieżących politycznych wyborów Wyspiarzy i te wynikające z akumulowanego „przez tak liczne wieki” bogactwa, kapitału społecznego, cywilizacyjnego dorobku. Wyspa nie przechodziła tak często z rąk do rąk. Ostatnia inwazja udała się Wilhelmowi Zdobywcy, zwanemu także Wilhelmem Bękartem, w XI wieku. Do tego niektórzy dodają jeszcze nieszczęsne przystąpienie Wielkiej Brytanii do Związku Sowieckiego Republik Europejskich (cyt. za niektórymi Torysami i nieco większą częścią polskiej prawicy).
Nawet skok w neoliberalizm, jeśli skaczemy z trampoliny państwa opiekuńczego budowanego wcześniej przez ponad dwa wieki, wygląda trochę inaczej niż analogiczny skok w Polsce wykonany ze spróchniałej deski dogorywającego PRL-u. Znów chyba pisząc o starych dobrych czasach nie potrafię się zdobyć na „rzetelną i wyważoną ocenę tamtego okresu” (cyt. za Jakub Majmurek, z bardzo zresztą ciekawego skądinąd przeglądu prasy na portalu KP).
ABR zapłaciła właśnie swój podatek komunalny (odprowadzany tutaj co miesiąc przez podatnika bezpośrednio do kasy lokalnego samorządu, niezależnie od podatku odprowadzanego co miesiąc do kasy centralnej). To sporo pieniędzy i chciałoby się w pierwszym neoliberalnym odruchu zarejestrować nauczanie akademickie jako działalność gospodarczą z siedzibą w raju podatkowym, ale po chwili przychodzi jednak refleksja. Przychodzi i zostaje na dłużej. Dzielnica Nottingham, w której wynajmujemy mieszkanie, a za jakiś czas zamierzamy je kupić na kredyt hipoteczny (obleśnie łatwy do uzyskania dla pracujących na Wyspach i nieporównanie tańszy od polskiego, między innymi z tego powodu, że zjawisko „Balcerowicz” zdecydowanie częściej występuje na peryferiach niż w centrum, więc stopę redyskontową tutejszy bank centralny utrzymuje przemocą na niskim poziomie), za podatki zebrane od swoich mieszkańców potrafi sensownie zorganizować im życie. Na przykład zapewniając sprawną komunikację publiczną, nawet jeśli opartą na konkurencji przewoźników „publicznych” i „prywatnych”. Właśnie parę tygodni temu zatrzymująca się na naszym przystanku linia autobusowa Indigo została uzupełniona przez nowego przewoźnika, którego autobusy jeżdżą z logiem Red 5 (skojarzyło się nam to z „Red Dwarf” więc od razu wypróbowaliśmy, tym bardziej, że autobusy są w zdecydowanie lepszym stanie niż statek kosmiczny „Czerwony Karzeł” z kultowego serialu BBC).
Konkurencyjność nowego przewoźnika polega na oferowaniu nowych tras i komplementarnej siatki godzin, a nie na wykorzystaniu autobusów, które od paru dziesięcioleci powinny być wycofane z ruchu, ponieważ nie spełniają żadnych norm emisji spalin do wnętrza i na zewnątrz pojazdu (tak jak to się dzieje w przypadku konkurencyjności stosowanej przez prywatnych przewoźników na linii otwockiej). Za „nasze pieniądze” (no dobra, głównie za pieniądze ABR), nasza „komuna” kończy także przysposabiać mikrorezerwat „ptactwa wodnego i ważek” na rozlewiskach płynącej przez Nottingham rzeki Trent. Rezerwat nie jest „zachowany”, ale odbudowany z niczego pośród przemysłowego pejzażu północnej Anglii (tutaj nawet rolnictwo od dawna jest przemysłowe), gdzie większe lasy – łącznie z Sherwood, z którego pozostały „ursynowskie” ogryzki – znikły pod koniec średniowiecza.
Trudno się dziwić, że żyjąca w ujutnej atmosferze końca historii Wyspa, kiedy pojawia się kryzys, ma ciągotki do izolacjonistycznego faszyzmu. Tym, którzy stwierdzą, że używając tego pojęcia, jak zwykle przesadzam, ja z kolei odpowiem: odczarujmy faszyzm, zacznijmy o nim mówić analitycznie a nie egzorcystycznie, nazwijmy go może delikatnie za Markiem Cichockim „renacjonalizacją”. Wtedy zrozumiemy jego nieustającą i niepokojącą atrakcyjność, także dla nas samych. Ustrój był to przecież bez wątpienia bardzo wspólnotowy. Jak ktoś nie chciał być wspólnotowy i nosić pochodni, to mógł wyemigrować „poza mury miasta, tam, gdzie żyją dzikie zwierzęta i ludzcy idiotes” (jak to wszystkim nieco mniej wspólnotowym Polakom doradzano po katastrofie smoleńskiej na łamach „Kronosa”, pisma dotowanego w tym roku na sumę 140 000 złotych przez demoliberalne polskie państwo). Dopiero jak nie chciał ani być wspólnotowy i nosić pochodni, ani nie chciał emigrować (albo też nie było go stać na emigrację), wtedy zaczynał się dla niego problem, czasem wielki problem. Politykę faszyzm traktował jednak bardzo poważnie, a nie ironicznie jak ci okropni demoliberałowie z Krakowskiego Przedmieścia z mistrzami Yoda na głowie. Faszyzm szanował także lokalną tradycję (nawet jeśli rekonstruowaną od podstaw) i sceptycznie podchodził do całej tej kosmopolitycznej globalnej modernizacji. Te cechy faszyzmu nie tylko wielu prawicowcom, ale także wielu lewicowcom mogłyby się dzisiaj spodobać, nie każdy jest w końcu tak nudnym (nawet jeśli wredniejszym od Bella i Kołakowskiego) konserwatywno-liberalnym socjaldemokratą jak ja.
CDN...