diabollo
31.10.11, 10:04
Obciach jako forma buntu
Mariusz Zawadzki, Waszyngton 2011-10-31
W powszechnej ekscytacji buntem młodych, którzy koczują w parkach w całej Ameryce, żeby zaprotestować przeciw obrzydliwie bogatym bankierom ("Okupuj Wall Street!"), umyka szerszej publiczności inne szokujące zjawisko społeczne. Również ono ma swój przewodni slogan, a mianowicie: "Pozwólcie Hermanowi być Hermanem!".
W powszechnej ekscytacji buntem młodych, którzy koczują w parkach w całej Ameryce, żeby zaprotestować przeciw obrzydliwie bogatym bankierom ("Okupuj Wall Street!"), umyka szerszej publiczności inne szokujące zjawisko społeczne. Również ono ma swój przewodni slogan, a mianowicie: "Pozwólcie Hermanowi być Hermanem!".
Chodzi tutaj o Hermana Caina, byłego menedżera sieci pizzerii, który postanowił zostać prezydentem USA. Ten klasyczny bohater znikąd, początkowo lekceważony i wyśmiewany, niespodziewanie wysforował się na pozycję lidera sondaży w wyścigu po nominację Republikanów na wybory 2012 r.
Jeden wyścig już wygrał - na najbardziej obciachowego kandydata w najnowszej historii Ameryki. Jest to niemałe osiągnięcie, bo inni kandydaci też są obciachowi, np. nie wierzą w teorię ewolucji albo podejrzewają, że naukowcy z całego świata zawiązali spisek i wymyślili efekt cieplarniany, żeby zdobywać granty na badania. Ale to oczywiście typowy dla Ameryki, konserwatywny obciach. Cain nawet nie angażuje się w takie odwieczne głupawe debaty - on wyznacza nowe standardy obciachu.
- Obama nie jest prawdziwym czarnym mężczyzną! - ogłosił cztery miesiące temu. Prawdziwym, silnym Murzynem nie może być mulat po Harvardzie, któremu wszystko w życiu przychodziło łatwo. Co innego Cain, dumny syn sprzątaczki i szofera, który dorastał w czasach, kiedy Murzyni byli dyskryminowani, studiował na prowincjonalnych uczelniach, a potem mozolnie wspinał się po drabinie społecznej i wreszcie zrobił zawrotną karierę w gastronomii.
- Przez słabość Obamy tak zwani Palestyńczycy ośmielili się samowolnie domagać niepodległości w ONZ - mówi prawdziwy czarny mężczyzna. "Tak zwani Palestyńczycy" - to mocne nawet jak na proizraelską Amerykę. Ale nie wynika ze świadomej pogardy dla Palestyńczyków, tylko z totalnego braku orientacji kandydata w świecie. Ostatnio sam przyznał: Nie będę udawał, że wiem jak nazywa się prezydent jakiegoś tam U-beki-beki-beki-beki-stanu-stanu! Kilka dni potem Hillary Clinton była w Kabulu i tłumaczyła się z tego - raczej na wesoło - prezydentowi Afgani-stanu-stanu.
Orientacja Caina w sprawach krajowych nie jest dużo lepsza. Mówił np., że aborcja powinna być suwerenną decyzją rodziny. Jak na kandydata konserwatywnej Ameryki to śmiała teza. Potem wyjaśniał, że został źle zrozumiany i że gdyby zaproponowano w konstytucji poprawkę o ochronie życia poczętego, to jako prezydent zaraz by ją podpisał. Problem w tym, że prezydenci nie podpisują poprawek do konstytucji.
Himalaje obciachu to dopiero reklama, w której wąsaty i niezbyt pociągający szef kampanii Caina mówi, że Ameryka nie widziała jeszcze takiego kandydata, a potem zaciąga się papierosem i z upodobaniem wydmuchuje dym, z głupawą nonszalancją gapiąc się w kamerę. Potem z kolei widzimy wielką twarz Caina - początkowo jest poważna, ale stopniowo rozpogadza ją demoniczno-idiotyczny uśmieszek. Niektórzy podejrzewali, że reklama to parodia. Inni zastanawiali się, czy kandydat naprawdę startuje na prezydenta, czy robi sobie jaja z 310 mln rodaków.
Jakby wpadek było mało, Cain zupełnie i ostentacyjnie lekceważy zasady uprawiania polityki w Ameryce. "Normalni" kandydaci gorączkowo organizują sztaby i codziennie spotykają się z wyborcami w stanach, w których najpierw będą prawybory. Werbują tam setki ochotników i sypią dolarami, żeby zapewnić sobie dobry start. Tymczasem Cain wędruje po Ameryce dość losowo, a na wiecach z wyborcami promuje swoją książkę. W kluczowych stanach ma po jednym lub najwyżej po kilku ludzi.
Wydawałoby się, że robi wszystko, żeby przegrać wybory i się ośmieszyć. Ale - ku irytacji republikańskich strategów i ekspertów - ciągle rośnie w sondażach. Jego słabości okazują się jego największą siłą. Każdą kolejną gafą dowodzi, że nie jest "zwykłym" politykiem, czyli facetem, który wygodnie urządził się w Waszyngtonie i dawno zapomniał o zwykłych Amerykanach.
"Pozwólcie Hermanowi być Hermanem!" - to na razie strategia wygrywająca, bo w ciężkich czasach kryzysu, kiedy zaufanie do Kongresu deklaruje 9 proc. obywateli, amerykańska polityka stanęła na głowie. Lewica okupuje Wall Street, prawica popiera obciachowego Caina - to dwie twarze tego samego buntu przeciwko elitom polityki i biznesu (choć sam Cain potępia "okupantów": Jeśli nie macie pracy i nie zostaliście bogaci, to obwiniajcie siebie, a nie bankierów).
Czy obciach może wygrać? Wydaje się to niewyobrażalne, ale rzeczywistość czasami przerasta najdziksze fantazje. Szczególnie w świecie Hermana Caina. Niedawno proponował w telewizji, żeby wzdłuż całej granicy z Meksykiem wybudować wysoki mur przeciw imigrantom - podłączony do prądu. Były prezydent Meksyku Vincente Fox pytał zirytowany: A może ten facet zechce wybudować wzdłuż granicy kanał i wpuścić do niego krokodyle?
wyborcza.pl/1,75968,10564462,Obciach_jako_forma_buntu.html