Penis w torcie

05.06.13, 17:46
Tenis w porcie
Kinga Dunin

Jestem człowiekiem jak wielu innych i kiedy widzę jakąś skandaliczną informację o celebrycie czy polityku na czołówce „GW” – klikam. Nie czytam pudelka ani innego ratlerka, ale moi znajomi czytają, a ja nie zatykam uszu, kiedy dzielą się ze mną jakimś smacznym kąskiem. Oczywiście czytają to tylko dla beki, tak się chyba teraz mówi, to dość oczywista strategia, kiedy czegoś chcemy i nie chcemy zarazem.

W „GW” strategia ta polega na tym, że po podaniu skandalizującej informacji publikuje się teksty, które krytykują „godną jedynie brukowców pogoń za sensacją” i dostarczają czytelnikom – np. mnie – miłego poczucia wyższości. Oto my, gardzący brukową prasą, jej prymitywizmem, nas nie interesują plotki ani donosy. Dokładnie tak samo postąpiła „GW” w przypadku prowokacji dziennikarskiej wobec Fibaka, z której dość jasno wynika, że bywa pośrednikiem między sponsorami a paniami poszukującymi sponsora. Najpierw poinformowała, potem skrytykowała. To ciekawe, że Fibak zajmuje się stręczycielstwem, i okropne, że zostaliśmy o tym poinformowani. Ciekawość zaspokojona, czystość zachowana.

Ostatecznie mamy przyjąć do wiadomości taki oto komunikat: celebryta postąpił brzydko, ale to jego prywatna sprawa, która nie powinna być rozpatrywana w sferze publicznej. A właściwie czemu nie? Jeśli już ktoś tym celebrytą jest, i to z wyższej półki, to ma z tego wiele korzyści oraz kłopoty. I nie ma co liczyć na ochronę prywatności. Tak brzmi odpowiedź cyniczna. Mniej cyniczna odwołuje się do prawa. Prywatność prywatnością, ale jeśli ktoś łamie prawo, to należy się tym zająć. Stręczycielstwo w Polsce jest karalne, zagrożone karą więzienia do lat trzech. Co prawda stręczycielstwo do nierządu, a nie do sponsoringu, ale tym niech już zajmie się sąd.

Czy jednak publicznie wolno zajmować się czyjąś moralnością, gdy nie dochodzi do naruszenia prawa? W Polsce monopol na moralność ma KK, który na wszystko, co dotyczy sfery seksualno-obyczajowej, ma swoje przepisy, do których można się odwołać. Po drugiej stronie obowiązuje nie do końca przestrzegana zasada dyskrecji i desinteressment. To znaczy – jak zostało powiedziane – wolno powiedzieć, że ktoś źle postąpił, ale trzeba dodać, że to jego prywatna sprawa i nas to w zasadzie nie interesuje. Jako szczerych liberałów nie powinno interesować.

W ten sposób pozbywamy się ze sfery publicznej dyskusji na tematy moralne. Chociaż przecież wiemy, że zasad moralnych nie dał nam żaden Pan Bóg, tylko tworzymy je sami, w dyskursie praktycznym.

I jeśli nie uważamy, że wszystko, co nie jest zakazane, jest dozwolone, także w sensie etycznym, to sposobem wytwarzania świeckiej moralności jest też publiczne dyskutowanie o niej. Wymaga to na przykład uzasadnienia swoich odruchów moralnych, tak dalece, jak jest to możliwe. Źle się pan Wojtek zachowuje, ale właściwie dlaczego? Żyjemy w kulturze, w której panuje kult pieniądza i sukcesu, młodości i piękna, a kobietom i mężczyznom przypisane są różne role i miejsca w strukturze władzy i prestiżu. Wszystko też daje się podobno przeliczyć na pieniądze. Kontrakt między bogatym kolesiem i atrakcyjną młodą kobietą wydaje się tylko prostą konsekwencją tej konfiguracji.

Innym wyjaśnieniem może być to, że mężczyźni zakochują się w pięknych młodych kobietach, a kobiety w bogatych lub wysoko postawionych mężczyznach. Czy należałoby tego zakazać? A przynajmniej potępiać? (Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że to nie kultura, a natura. No cóż, natury też nie musimy lubić ani słuchać w każdym calu. Moralność, nawet jeśli ma swoje biologiczne podstawy, bywa również antynaturalistyczna).

Czyżby zatem grzechem Fibaka był po prostu konformizm? A za potępieniami kryje się jedynie zazdrość tych, których nie stać, wobec kogoś, komu dostał się zdecydowanie większy kawałek tortu? Na jego obronę można powiedzieć, że nie złamał żadnej normy, którą by publicznie deklarował, nie jest świętoszkiem, których tutaj pełno. Jeśli ktoś uczciwie chce skrytykować Fibaka, powinien umieć też skrytykować tę część kultury, którą on reprezentuje. Jeśli sprzyjają temu bezrefleksyjne odruchy – tym lepiej. Etyka jednak na bezrefleksyjnych odruchach się nie kończy.

www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130605/tenis-w-porcie
    • diabollo Cudowni ludzie z klasą 05.06.13, 17:54
      Tomasz Stawiszyński

      O tym mówiło się od dawna – to prawda. „Wprost” użył metod brukowca – i to prawda. Że jednak fakty mówią same za siebie – to najważniejsza prawda.

      „On ma gest. Zawsze wam coś da, coś wam kupi. Im jesteście milsze, im mniej chcecie, tym więcej dostaniecie. To nie jest tak, że ktoś mówi: ja mogę zrobić to i to i chcę tyle a tyle. Skąd! To nie o to chodzi w ogóle. On to jest taki człowiek z klasą, będzie was pytać: a co potrzebujecie? To powiecie: mamy rachunki za mieszkanie, za telefon, ale nie będziecie chciały... Nie jesteście materialistkami. Ale wiadomo, że coś tam potrzebujecie. Ja na przykład też komuś więcej dam, jak widzę, że ktoś nie chce. A jak ktoś mi powie konkretnie, na przykład 400 zł, no to dobrze, to dam, ale na drugi raz nie zadzwonię. To nie chodzi o to. Nie spotkaliśmy się po to. Ma być jakaś atmosfera. Ludzie pewnej klasy nie chcą profesjonalistek. Nie chcą dziewczyn zepsutych”.

      To cytat z tekstu opublikowanego w ostatnim „Wprost”, który od poniedziałku jest jednym z głównych tematów burzliwych medialnych dyskusji. Wojciech Fibak instruuje w ten sposób dwie dziewczyny, dziennikarkę i jej koleżankę, które zgłosiły się do niego, żeby „poznać miłych panów, przy których można zarobić”. Szczegółowo tłumaczy, w jaki sposób mają się zachowywać w towarzystwie „cudownego człowieka”, „bardzo inteligentnego, miłego, kochanego”, z którym obiecuje je skontaktować – tak żeby broń Boże go nie zrazić. On bowiem lubi „naturalność”. Jeśli tylko będziecie „naturalne”, obiecuje Fibak, dostaniecie naprawdę solidną gratyfikację.

      W przesłanym do mediów oświadczeniu Fibak twierdzi, że jakiekolwiek skojarzenia ze stręczycielstwem czy w ogóle jakimkolwiek wyrachowanym działaniem są tutaj absolutnie krzywdzące i chybione. To wszystko odruch szczerego, otwartego serca – on po prostu „przez całe życie łączył ludzi z różnych ścieżek życia, pomagał i wspierał wielu z nich”.

      Czy powyższy fragment, jak również cały kontekst opisanej we „Wprost” sytuacji – esmesowy kontakt z pytaniem o możliwość „zarobienia”, dość jawne erotyczne sugestie czynione podczas spotkania, ogólna atmosfera „wiemy, o co chodzi” itp. itd. – brzmią jak „łączenie ludzi z różnych ścieżek życia” czy raczej jak opis specyficznego erotycznego kodu, który akurat preferuje ów tajemniczy „cudowny człowiek” (spotykający się ponoć z najwyższymi urzędnikami RP)? Nie wiem jak państwo, ale ja zdecydowanie obstawiam drugą możliwość.

      Nic w tym zresztą nadzwyczajnego. Rozmaite gry, inscenizacje, przebieranki i wcielanie się w role to przecież częsty element ludzkiego życia erotycznego – zarówno, nazwijmy to, darmowego, jak i odbywającego się w ramach transakcji obejmującej wymianę dóbr seksualnych za materialne.

      „Cudowny człowiek”, czy szerzej, „ludzie z klasą i na poziomie”, którym „pomaga” Fibak, preferują akurat „grę w naturalność” i za nią gotowi są sowicie zapłacić.

      Nie lubią, kiedy im przypominać, że transakcja od początku jest wiązana – to by mogło urazić ich subtelne poczucie smaku i dobre samopoczucie. Wydaje się to wszystko dość jasne. Fibak pośredniczy w kontaktach, umawia „miłe dziewczyny” z „cudownymi ludźmi z klasą”, gratyfikacja finansowa od początku jest tu założona, tyle że strony zaangażowane lubią o niej mówić językiem ezopowym (co już samo w sobie jest także elementem erotycznej gry).

      Czy tego rodzaju działalność spełnia definicję „stręczycielstwa”, które – przypomnijmy – nie polega bynajmniej na czerpaniu korzyści majątkowych z prostytucji, a jedynie na nakłanianiu do niej? Nie jestem prawnikiem, ale bez wątpienia prawnicy mają się tu nad czym zastanawiać. Czy w tle jest gdzieś także sutenerstwo, a więc czerpanie korzyści? To jest w każdym razie coś, co odpowiednie służby powinny – na podstawie przedstawionego materiału – przynajmniej solidnie zbadać.

      Tymczasem w niektórych komentarzach prasowych pojawiają się głosy, że skoro Fibak to nie polityk, ksiądz albo moralista – nie ma właściwie powodu, żeby się takimi aspektami jego działalności „prywatnej” w ogóle interesować. Albo że autorka materiału z „Wprost” – zbudowanego zresztą w oparciu o dość konwencjonalne metody dziennikarskiej prowokacji i tzw. „wcieleniówki” – współpracuje z tygodnikiem „NIE”. Albo że rynsztokowa jest tutaj nie tyle osobliwa praktyka Fibaka, ile raczej fakt, że towarzyszący artykułowi „wywiad” z tenisistą przeprowadzony przez Sylwestra Latkowskiego to zapis rozmowy telefonicznej nagrywanej bez wiedzy indagowanego.

      To prawda, publikowanie wywiadu w takiej formie jest bez wątpienia sporym nadużyciem warsztatu i metodą rodem z brukowców. Nie zmienia to jednak faktu, że choćby nawet Fibak nie był Fibakiem – człowiekiem zaangażowanym w polskie życie publiczne, przyjaźniącym się z osobistościami świata polityki, sztuki i biznesu, niegdysiejszym członkiem honorowego komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego – a zwykłym, nieznanym nikomu Janem Kowalskim, i tak byłby tutaj temat. Nie tylko dla dziennikarzy, ale także dla organów państwowych zajmujących się ściganiem tego rodzaju praktyk. Dlatego nie sądzę, żebyśmy mieli dzisiaj powody, aby Wojciecha Fibaka jakoś szczególnie żałować i rozpaczać nad marnym poziomem polskiej prasy.

      Że o tym od dawna „mówiło się w Warszawie” – z czego jeden z publicystów „Gazety Wyborczej” czyni właściwie zarzut, a w każdym razie niedostateczną rację, żeby tematem się zająć (czy wobec tego pisać należy wyłącznie o rzeczach, o których „się nie mówi”?) – to akurat prawda. Że „Wprost” zastosował metody brukowca – to również prawda. Że jednak w tekście „Wprost” fakty mówią same za siebie – to niestety także prawda. I zaryzykowałbym stwierdzenie, że akurat ta ostatnia prawda jest w kontekście całej tej sprawy najważniejsza.

      www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20130605/stawiszynski-cudowni-ludzie-z-klasa
    • diabollo Dla czcigodnego Gumpela 05.06.13, 19:51
      Pozwolę się zwrócić tutaj, bo na innym Forum (z którego mnie wyrzucono, żeby było śmieszniej nie za moje "kurwy" i "chuje")...

      ...ale najpierw dygresja. Pan Michalski uwielbia tę metaforę filmu "Django" pana Tarantino, jak to "straszni mieszczanie, w strasznych miasteczkach" na strasznym południu USA wpadali w osłupienie, bo nigdy wcześniej nie widzieli "Murzyna na koniu".
      Ta metafora pana Tarantino jest super, ale w tym filmie była jeszcze jedna: tak na poważnie to dopiero wkurwił się na widok "Murzyna na koniu"... inny Murzyn.

      No, więc czcigodny Gumpel też nie widział nigdy "Murzyna na koniu", mianowicie nie słyszał nigdy o przemocy symbolicznej.

      Pozwolę sobie zatem wkleić hasło z wikipedii.
      Kłaiam się nisko.

      **********
      Przemoc symboliczna – jedna z kluczowych kategorii teorii francuskiego socjologa Pierre'a Bourdieu. Jest to miękka forma przemocy, która nie daje po sobie poznać, że jest przemocą. Polega na uzyskiwaniu różnymi drogami takiego oddziaływania klas dominujących czy uprzywilejowanych na całość społeczeństwa i na klasy podporządkowane, by podporządkowani postrzegali rzeczywistość, w tym samą relację dominacji, której są ofiarą, w kategoriach percepcji i oceny, które wyrażają interes klas dominujących. W ten sposób podporządkowani postrzegają swoją sytuację jako naturalną lub nawet korzystną czy pożądaną dla nich samych, bo postrzegają rzeczywistość społeczną w kategoriach stworzonych przez klasy dominujące w celu legitymizacji ich dominującej pozycji.

      Koncepcja przemocy symbolicznej wiąże się z koncepcją habitusu. Edukacja miała być czymś co niweluje nierówności społeczne. Bourdieu na podstawie badań nad systemem edukacyjnym doszedł do wniosku, że doprowadza on do odtworzenia się struktury, do jej reprodukcji. Instytucja, która miała walczyć z podziałami społecznymi, wzmacnia je. Szanse edukacyjne ucznia w znacznej mierze zależą od dopasowania jego habitusu do habitusu wymaganego przez system edukacyjny, habitusu wyższych klas klasy średniej, klasy dominującej.

      Jak działa przemoc symboliczna?

      Grupa społeczna może wywierać nacisk symboliczny, gdy posiada wystarczająco duży kapitał symboliczny, który uzyskuje w drodze konwersji nań innych odziedziczonych lub zdobytych kapitałów (kulturalnego, społecznego, etc.). Duży kapitał symboliczny pozwala oddziaływać przemocą symboliczną (lub władzą symboliczną), np. takimi sposobami jak:
      poprzez system edukacji i wpajane przezeń treści,
      poprzez symboliczną otoczkę pola władzy, na którą mogą się składać np.: monumentalna architektura, onieśmielająca "szarego człowieka",
      insygnia i atrybuty władzy, od korony królewskiej po perukę czy młotek sędziego;
      specyficzny język, np. prawniczy, naukowy lub w inny sposób elitarny, np. wyrafinowany literacko i w ten sposób demaskujący "prostactwo" języka przedstawicieli klas podporządkowanych;
      tytuły szlacheckie, naukowe, prawnicze, kościelne, etykiety VIP, etc.

      poprzez otaczanie się wyrafinowaną, ekskluzywną (czyli etymologicznie wykluczającą) sztuką, drogimi przedmiotami, strojami, pojazdami;
      oraz innego rodzaju formy tworzenia dystansu (distanciation) społecznego dzielącego pole władzy czy jakąś węższą w jego obrębie klasę społeczną od reszty społeczeństwa, zwłaszcza od klas podporządkowanych, ale także od innych klas konkurencyjnych.

      Przemoc symboliczna jest najskuteczniejszą formą sprawowania władzy nad klasami podporządkowanymi, gdyż z reguły nie dostrzegają one nawet, że jest to forma przemocy. Są one przekonane, że jest to naturalny porządek, że osoby i grupy społeczne posiadające duży kapitał symboliczny po prostu są lepsze i ich lepsze społeczne usytuowanie jest normalne, nie poddają go więc refleksji.

      całość:

      pl.wikipedia.org/wiki/Przemoc_symboliczna
      • gumpel Re: Dla czcigodnego Gumpela 05.06.13, 22:40
        O Czcigodny,
        nie pierwszy raz mile mnie łechtasz moją próżność, gdy okazuje się, że czytujesz moje wpisy (nawet na innym forum). Rzadko, za rzadko mam czas na ich pisanie. I nie tylko na pisanie, ale na czytanie też. To tak na marginesie, ale nie całkiem od rzeczy. Wyobraź sobie, że na jednej z pólek mojej biblioteczki leży sobie Męska dominacja autora rzeczonego pojęcia. Trochę kurzeje bo tylko przejrzałem zawartość i odłożyłem - widać w poprzedniej epoce nabawiłem się wstrętu do marksizmu w każdej postaci, zwłaszcza językowej wink

        I do tego właśnie wątku chciałbym nawiązać. Czy wysłuchałem może rozmowy w której wziął udział Kurkiewicz? Jak nie to zachęcam:
        bi.gazeta.pl/im/1/14039/m14039731.mp3
        Gdy posłuchałem tego rano to muszę powiedzieć, że ostatecznie ugruntowałem się w przekonaniu, że kluczowym problemem nowej lewicy jest język komunikacji społecznej. Nawet dziennikarze Gazety Wyborczej nie potrafili zrozumieć o co chodzi Kurkiewiczowi z tą przemocą. Słusznie powiedział sam Kurkiewicz Zdornowi, że dla tego drugiego (czytaj prawicy) najlepiej byłoby by Kurkiewicz gadał jak najwięcej. Ja rozszerzyłbym to na całą neolewicę - więcej palikotowców z ich pomysłami w mediach, więcej marszów "szmat" i tym podobnych, a o przyszłość tego kraju ludzie myślący podobnie do mnie mogą być spokojni. Zmarginalizujecie się sami. Jak to już kiedyś napisałem - neolewica jest jak Jarosław Kaczyński - najwięcej zyskuje gdy milczy. Chyba zaczyna to rozumieć Gazeta Wyborcza (vide: artykuł, który stał się podstawą mojego wcześniejszego wątku).

        Bo, Diabollo, wyjaśnij mi -tylko tak w prostych słowach- po co Wam ta nowomowa? Dlaczego zmieniać znaczenie słów i wymyślać jakieś karkołomne konstrukcje? Po jaką cholerę używać w omawianym kontekście słowa "przemoc", skoro żadnej przemocy tam nie ma? Na takiej debilnej nowomowie przejechali się w poprzedniej epoce komuniści, musicie w to brnąć dalej?

        A propos komunistów. Czy zastanawiałeś się kiedyś jak JPII zdobył serca i dusze Polaków? Moim zdaniem dzięki temu, że mówił normalnym językiem. Jak u Herberta - tak, tak, nie, nie. Wtedy była to wielka wartość bo w przestrzeni publicznej panował marksistowski bełkot. Teraz, gdy zabrakło JPII Kościół się pogubił, zaczyna tworzyć metajęzyk, zniechęca tym do siebie ludzi, któzy przestają rozumieć o co chodzi. Jednak i tak ten katolicki język to nic w porównaniu z Waszym neomarksizmem. Kościół komunikuje się ze społeczeństwem o niebo sprawniej niż środowiska nowej lewicy. O niebo sprawniej. Jeśli szukać powodów dla których nawet wśród młodzieży przekonania chrześcijańskie przeważają nad neolewicowymi to to jest moim zdaniem jeden z ważniejszych.


        G.
        P.S.
        Ponieważ nie wszyscy jak założyciel wątku czytują P&C to wklejam zamieszczone tam moje wypowiedzi:

        "Język nowej lewicy dawno już rozjechał się z tym używanym przez normalnych ludzi. Ot, dzisiaj wysłuchałem sobie Roberta Kurkiewicza, czołowego przedstawiciela tego kierunku, jak peroruje na temat sprawy Wojciecha Fibaka. A zatem przychodzi dziewczyna do Fibaka i prosi go by skontaktował ją z jakimś bogatym gościem (cel oczywisty). Potem przyprowadza ze sobą koleżankę (cel oczywisty). Fibak kontaktuje panie z panami (w celu oczywistym). Jak tę sytuację opisuje język nowej lewicy? Sutenerstwo? Rajfurstwo? Kur...wo? Otóż nie. Oddajmy głos R. Kurkiewiczowi:

        R. Kurkiewicz: "de facto oglądamy przemoc symboliczną dobrze sytuowanego, białego mężczyzny wobec kobiet"


        "Bycie mężczyzną to forma przemocy wobec kobiet. Bycie białym mężczyzną to wręcz znęcanie się nad kobietami, a bycie do tego dobrze sytuowanym to znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem!"
        • grzespelc A żeby było śmieszniej... 05.06.13, 23:44
          .. to ten pan ewidentnie nie zrozumiał, co to jest przemoc symboliczna.
          • gumpel Re: A żeby było śmieszniej... 06.06.13, 11:04
            Czuję się w obowiązku stanąć w obronie red. Kurkiewicza :-0. Kopiowałem moje wpisy z P&C i zrobiłem to tak, że być może moje słowa poczytałeś na jego.

            Otóż słowa Kurkiewicza to tylko te:
            "de facto oglądamy przemoc symboliczną dobrze sytuowanego, białego mężczyzny wobec kobiet"

            Natomiast słowa:
            "Bycie mężczyzną to forma przemocy wobec kobiet. Bycie białym mężczyzną to wręcz znęcanie się nad kobietami, a bycie do tego dobrze sytuowanym to znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem!"
            to mój złośliwy (przyznaję) komentarz do słów Kurkiewicza o symbolicznej przemocy wobec kobiet oraz będącej przedmiotem dyskusji innej "genialnej" koncepcji nowej lewicy, czyli tzw. Critical Whiteness.


            G.
            • grzespelc Re: A żeby było śmieszniej... 06.06.13, 14:03
              > Czuję się w obowiązku stanąć w obronie red. Kurkiewicza :-0. Kopiowałem moje wp
              > isy z P&C i zrobiłem to tak, że być może moje słowa poczytałeś na jego.

              Nie, nie, puściłem sobie audycję i słyszałem, co mówi.

              > Otóż słowa Kurkiewicza to tylko te:
              > "de facto oglądamy przemoc symboliczną dobrze sytuowanego, białego mężczyzny wo
              > bec kobiet"
              > Natomiast słowa:
              > "Bycie mężczyzną to forma przemocy wobec kobiet. Bycie białym mężczyzną to wręc
              > z znęcanie się nad kobietami, a bycie do tego dobrze sytuowanym to znęcanie się
              > ze szczególnym okrucieństwem!"
              > to mój złośliwy (przyznaję) komentarz do słów Kurkiewicza o symbolicznej przemo
              > cy wobec kobiet

              Trafny. Przemoc symboliczna nie jest w tym, że on jest bogatym mężczyzną, a one biednymi kobietami. Przemoc symboliczna byłaby wtedy, gdyby opisano to tak, że te panie to kurwy, a jego zostawionoby w spokoju.
              Tak jak w starej sprawie pani Lewinsky. Pani Lwewinsky miała przerąbane i musiała sięukrywać przed ludźmi, a pan Clinton spokojnie dalej pełnił urząd do dziś jest szanowaną osobistością. I na tym właśnie polega przemoc symboliczna, że za to samo zwykli ludzie cierpią, a uprzywilejowane warstwy nie.
              Albo na tym, że jak nadchodzą katolickie święta, to można usłyszeć w telewizji, że wszyscy świetują, a w radiu 24 h/dziennie puszczają kolędy, a w tv biskup wygłasza orędzie i nie będąc katolikiem nie masz jak się schować przed tym zjawiskiem, a do tego kiedy są święta u prawosławnych, to nie ma o tym ani słowa.
              Polega też na rozpowszechnianiu chorych stereotypów typu - bezrobotni są leniwi, a pracownicy roszczeniowi, Cyganie kradną, a każdy gej to pedofil itp.
        • turbinowy Jeśli można, niewielkie się wtrącenie 06.06.13, 12:59
          gumpel napisał:

          > Nawet dziennikarze Gazety Wyborczej nie potrafili zrozumieć o co chodzi
          > Kurkiewiczowi z tą przemocą.

          Akurat w przypadku red. Wielowieyskiej to nie dziwota. Ostatnio zastanawiała się czemu premierowi D.Tuskowi opadają słupki - co się wydarzyło bo się nic nie wydarzyło - nie było przecież żadnej afery, jakiegoś błędu nie popełnił, w nic nie został uwikłany:
          bi.gazeta.pl/im/8/14026/m14026258.mp3
          Jeszcze ciekawiej jest w wywiadzie z Kaliszem - książki nie przeczytałam ale się wypowiem, ale tytuł książki jest zły. Dalej Kalisz wskazuje, że Wielowieyska i Nowakowska minęły się z prawdą w artykule GW ale idzie w zaparte itd. itp.
          bi.gazeta.pl/im/3/13802/m13802913.mp3
          Wracając do inkryminowanej audycji - pani red. Wielowieyska powinna być bardziej moderatorem niż udziałowcem w tej pyskówce i jak Kurkiewicz użył terminu jej nieznanego, dopytać, wyjaśnić.

          > A propos komunistów. Czy zastanawiałeś się kiedyś jak JPII zdobył serca i dusze
          > Polaków? Moim zdaniem dzięki temu, że mówił normalnym językiem. Jak u Herberta
          > - tak, tak, nie, nie. Wtedy była to wielka wartość bo w przestrzeni publicznej
          > panował marksistowski bełkot.
          A propos kiedy Wojtyła został papieżem to komuniści w Polsce już nie rządzili a język był po prostu nudny i kłamliwy albo wkurzający i kłamliwy. I co innego było słychać i co innego widać (np. akurat weźmy wypowiedzi pierwszych z brzegu Gierka, Urbana, Rakowskiego). JPII mówił to co ludzie chcieli usłyszeć, jak czasami zmieniał narrację przestawali rozumieć. A i tak głównie kremówki zapamiętali i doszło do tego, że na napoleonki też mówią kremówki.
          Oczywiście język jest istotny (IMHO dlatego Krytyka Polityczna jest mocno niszowa). Warto chociażby przypomnieć Jacka Kuronia, który potrafił mówić z sensem i zrozumiale.


          > P.S.
          > Ponieważ nie wszyscy jak założyciel wątku czytują P&C to wklejam zamieszczone t
          > am moje wypowiedzi:

          Poproszę o link do P&C, jeśli można.
          • diabollo Re: Jeśli można, niewielkie się wtrącenie 06.06.13, 18:34
            turbinowy napisał:

            > Poproszę o link do P&C, jeśli można.

            Proszę bardzo, czcigodny Turbinowy:

            forum.gazeta.pl/forum/f,103528,Pro_Contra.html
            To forum zamknięte naszej byłej koleżanki z Forum KiR.

            Kłaniam się nisko.
          • gaika Re: Jeśli można, niewielkie się wtrącenie 06.06.13, 18:42
            Po niemal dekadzie wspólnego formowania przyszedł ksiądz i rozpirzył towarzystwo. Cudzymi rękami/nożycami rzecz jasna. Część przyszła tu, niektórzy do Marii, inni przepadli w czarnej dziurze internetu.
        • diabollo Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 18:29
          Czcigodny Gumpelu,

          1. "Męska Dominacja" Pierre Bourdieu - Baalu zapłać za rekomendację, nie czytałem, przeczytam. A że na razie nie czytałem, powstrzymam się od komentarza.

          2. Dziwi mnie dlaczego zwracasz się do mnie, czcigodny, per "wy"? To jakas nowomowa? Choć kiedy dostrzegłeś we mnie, cytuję z pamięci: "ducha Dzierżyńskiego", za bardzo się nie dziwuję.

          3. Być może należysz do tej części post-komunistycznej inteligencji, która uważa, że "my mamy poglądy, oni mają ideologię"; "My mamy język, oni mają nowomowę", etc, etc.
          Oczywiście ideologia czy nowomowa to Zło.
          Może to będą truizmy dla tak wybitnego intelektualisty jak Ty, ale zaprawdę powiadam Ci, zawsze dominuje jakaś ideologia (u nas akurat katoideologia darwinizmu ekonomicznego), i zawsze jest jakaś nowomowa, aktualny przykład:
          wo.blox.pl/2013/05/Wszyscy-jestesmy-roszczeniowi.html
          4. O śp. panu Wojtyle napisał już czcigodny Turbinowy. Również absolutnie nie zgadzam się z Twoją tezą, że popularność pana Wojtyły jakoś wiązała się z jego "normalnym językiem".
          Jeżeli chodzi o treść, to albo pierdolił kompletne głupoty, albo kompletnie słuszne truizmy.
          Jeżeli chodzi o sam język, to był to język nowomowy katoideologicznej, próbki (z pamieci):
          "Naród, który zabija własne dzieci jest narodem bez przyszłości"; tudzież przepyszna "Cywilizacja Śmierci".
          Pan Wojtyła zrobił wielką karierę międzynarodową, a co za tym idzie został wielką ikoną popkulturową, dużo większą niż Michael Jackson, na przykład.
          Lud wiedział, że Kościół Gin-Kat jest w Polsce mocny, więc myślał, że tak jest i na świecie, wierzył zatem, że "nasz papież" w pewnym stopniu ma udział w "rządzeniu światem".
          Pozytywne była w tym wszystkim Nadzieja, mianowicie taka, że skoro "nasz papież" współrządzi światem, to świat może będzie lepszy.
          Stąd na przykład mit, że Jan Paweł numer Drugi "obalił komunę".
          Pan Wojtyła o tym doskonale wiedział, i swoimi talentami aktorskimi wzmacniał swoją popkulturową ikonę, to co mówił miało drugorzędne znaczenie. Nawet kiedy mówił dyrdymały o kremówkach wielbiciele sikali po majtkach.
          Do filozofii nic nowego nie wniósł, jego jedyna oryginalna myśl to ta o Wolności. Mianowicie wolność jest wtedy, kiedy człowiek wybiera Dobro, jeżeli wybiera Zło to wolności nie ma.
          (A czym jest Dobro, czym Zło, to wam powie ksiądz proboszcz).
          To odkrycie wycmokane przez rodzimych klakierów, na świecie zostało powszechnie przyjęte jako kompromitujące intelektualne pierdnięcie.

          5. Nie wiem czy przemoc symboliczna jest "marksistowska" czy nie jest. Wiem, że tacy prawicowcy i konserwatyści jak von Bismarck poważnie brali Marxa i wprowadzali, wstrętny, marksistowskie osłony socjalne.
          Ale trochę w tym punkcie się wygłupiam. Wiem, że u Ciebie przymiotnik "marksistowski" to obelga pozbawiona treści, ot, nowomowa taka.

          6. Już Ci kiedyś tłumaczyłem, że wytłukiwanie wszelkich postulatów emancypacyjnych pałką "marskstowski", albo "bolszewizm" jest nie tylko post-peerelowski złogiem (podobnie jak pozycja KGK) ale jest też niezwykle w dzisiejszej Polsce szkodliwe.

          Albowiem, zaprawdę powiadam Ci: Polsce dzisiaj nie grozi ani komunizm, ani bolszewizm, ale salazarski faszyzm - jak najbardziej.

          Kłaniam się nisko.
          • gumpel Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 20:40
            Pozwól Czcigodny, że odniosę się tylko do jednego Twojego zarzutu (nad innymi niech zapadnie milczenie). Otóż, określenie marksistowski nie jest u mnie inwektywą bez treści ustawiającą przeciwnika. W żadnym wypadku nie należy tego porównywać do neolewicowego "faszysty". Marksizm to opis pewnej ważnej w XIX i XX, a jak się okazuje także XXI w. doktryny społeczno-politycznej. Niezmiernie destrukcyjnej społecznie moim zdaniem. Istotą marksizmu jest teza o nieprzezwyciężalnych różnicach w interesach poszczególnych grup społecznych. Różnicach tak fundamentalnych, że decydują one o dynamice procesów społecznych. W efekcie marksizm opisuje społeczeństwo jako pole nieustającej bitwy pomiędzy aktorami życia społecznego. W tej bitwie nie ma pola na kompromisy - albo jesteś panem, albo niewolnikiem. To "prawidło społeczne" jest jak instynkt przetrwania. Ludzie nawet jeśli sobie tego nie uświadamiają to i tak działają zgodnie ze swą pozycją społeczną (byt określa świadomość). Stąd grupa, która jest u władzy wykorzystuje instytucje społeczne do utrwalenia swojego panowania (podporządkowania sobie innych). Marks nazywał to "walką klas", a mechanizm podporządkowania sobie innych "nadbudową". Bourdieu używa pojęcia "przemoc symboliczna". Ale na jedno wychodzi - jedno i drugie stanowi sposób realizacji interesów tych, co na górze.

            I jeszcze jedno, Czcigodny, na Boga Wszechmogącego w Trójcy Jedynego, nie mieszaj Marksa z Bismarckiem! To pomysł horrendalny. Ten ostatni zasłużył się tym właśnie, że rozbroił marksistowską bombę udowadniając, że Marks nie miał racji. Pokazał mianowicie, że konfrontacja interesów nie jest dziejową koniecznością, że pomiędzy interesami pracowników i pracodawców można znaleźć kompromis, który będzie korzystny zarówno dla jednych, jak i dla drugich. Oczywiście, Bismarck tego nie wymyślił. To założenie przejął od największego konkurenta Marksa Eduard Bernsteina. Jak dowiodła historia Europy w XX w. Bernstein miał rację. To na jego koncepcji oparła się zachodnia socjaldemokracja współtworząc Europę jaka znamy. Marksizm znalazł się na marginesie myśli zachodniej w latach 50-tych. Niestety, nowe życie w marksistowskiego trupa tchnęła nowa lewica ... i jak widać Nasferatu nadal straszy ...


            G.
            • diabollo Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 21:46
              Rozumem, czcigodny Gumpelu:

              "Mówimy: Marx, myślimy: Lenin i Stalin".

              Eh, post-peerelowski intelektualizm...

              Marx, czcigodny Gumpelu, to jednak nie to samo co Lenin i Stalin.

              A Rady Robotnicze w zarządach niemieckich przedsiębiorstw (dzisiaj jeszcze) nawet jeżeli wprowadzone do tych zarządów przez konserwatystów chyba tylko w Polsce mogą być dowodem na to, że Marx wstrętnym filozofem był.

              No i ten kłam dla analiz Marxa w postaci zachodnioeuropejskich socjaldemokracji (dla której rzeczywiście największym wrogiem byli komuniści, doktrynerzy rewolucji proletariatu, nawet po wprowadzeniu Rad Robotniczych do współzarządzania przemysłem)...

              Rzeczywiście chyba jeszcze długo nie wyjdziemy z PRLu.

              Kłaniam się nisko.
              • gumpel Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 23:36
                Jesteś niereformowalny, Diabollo. Marks i rady robotnicze ... ucieszne. Wpisz sobie do Wiki hasło Bernstein, zaręczam, że będzie to dla Ciebie niezła przygoda intelektualna.


                G.
                • diabollo Re: Dla czcigodnego Gumpela 07.06.13, 00:34
                  gumpel napisał:

                  > Jesteś niereformowalny, Diabollo. Marks i rady robotnicze ... ucieszne. Wpisz s
                  > obie do Wiki hasło Bernstein, zaręczam, że będzie to dla Ciebie niezła przygoda
                  > intelektualna.
                  >
                  >
                  > G.

                  No i...?

                  pl.wikipedia.org/wiki/Eduard_Bernstein
                  To u Ciebie Marx był jakąś bombą.
                  A Jan Paweł Drugi był kolejnym wielkim (po Stalinie) językoznawcą.

                  Marx był filozofem w XIX wieku, który słusznie zauważył, że społeczeństwo (na pocz. XIX w Europie Zach.) nie dzielą się już jak za feudalizmu na stany-srany, tylko trochę inaczej - mianowicie na tych co mają dostęp do koryta (wtedy to były "srodki produkcji") i na tych co nie mają, i że to jest ważne w stosunkach społecznych, a cała reszta to właśnie ideologia zabobonów takich czy siakich przykrywająca ową rzeczywistość; ideologia pracująca na rzecz tych co przy korycie siedzią (kosztem oczywiście tych co nie siedzią, którzy na tych pierwszych za grosze zapierdalają od rana do nocy sześć dni w tygodniu).

                  Marx miał tutaj zwyczajnie rację; jego futuryzm podobnie jak próby rozwiązania tego słusznie zarysowanego przez problemu przez wielu ludzi dawno po jego śmierci to już zupełnie inna sprawa.

                  Kłaniam się nisko.
                  • gumpel Re: Dla czcigodnego Gumpela 07.06.13, 09:32
                    Diabolciu,
                    nie przypisuj Marksowi nie jego zasług. Na podział o którym piszesz zwrócił uwagę niemal stulecie wcześniej Rousseau. Oryginalny wkład Marksa do tej teorii polegał na uznaniu, że sprzeczność interesów tych warstw jest nieprzezwyciężalna. Z kapitalistami nie da się dogadać. Dlatego robotnicy muszą ich po prostu pozabijać i przejąc fabryki (ten mord nazwał rewolucją). Pokolenie młodszy od Marksa Bernstein zaprzeczył temu. Zauważył, że w państwie kapitalistycznym tkwią elementy, które można wykorzystać dla dobra robotników. Dlatego zamiast to państwo zniszczyć należy je zreformować (stąd nazwa ruchu - reformiści). Jako mieszkaniec XXI w. Europy możesz ocenić który z panów miał rację.


                    G.
                    • diabollo Re: Dla czcigodnego Gumpela 08.06.13, 07:11
                      Czcigodny Gumpelu,

                      Być może jestem "niereformowalny", a być może o Markxie słyszałem nieco inne opinie i to od ludzi, którym ufałem i którzy oczywiście żadnymi marksistami nie byli.

                      Ale wyjaśniłeś tutaj coś jeszcze. Wcześniej myślałem, że "marksistowski" to u Ciebie zwyczajnie obelga pozbawiona znaczenia.

                      Jednak u Ciebie epitet "marksistowski" (czy też w moim, skromnym przypadku porównania do Dzierżyńskiego) oznaczają, że masz doczynienia z ludźmi, którzy "chcą pozabijać właścicieli fabryk", którzy "mord nazywają rewolucją".

                      Osobiście napewno nie jestem zacnym człowiekiem, niemniej jednak ogromnie przywiązanym do demokracji, idei emancypacji i właśnie zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji.
                      Pewnie z innymi, których tytułujesz jak mnie jest podobnie. O czym, jako wybitny intelektualista doskonale wiesz.

                      Dlaczego zatem tak brzydko "mówisz fałszywe świadectwo o bliźnich swoich"?

                      Kłaniam się nisko.
                      • gumpel Re: Dla czcigodnego Gumpela 09.06.13, 16:53
                        Czcigodny,
                        co jest dla mnie istota marksizmu napisałem tu:
                        forum.gazeta.pl/forum/w,95165,144960089,144986150,Re_Dla_czcigodnego_Gumpela.html?t=1370781493366
                        Jak łatwo się przekonać, nie ma tam ani słowa o mordach, a nawet o rewolucji. Jest natomiast o mentalności. Mentalności opartej na przekonaniu, że społeczeństwo jest polem walki grup, których interesy są nieprzezwyciężalne. Efektem jest postrzeganie ludzi o odmiennych przekonania i przede wszystkim interesach jako wrogów. Żeby nie szukać daleko weźmy takiego czcigodnego forumowicza Diabolla i jego stosunek do Kościoła Katolickiego. Oczywiście, nie podejrzewam Cię o to, że podłożysz bombę pod Świątynię Opaczności Bożej, ani nawet, że podpiszesz się pod manifestem by chwycić za norze i podrzynać gardła każdemu napotkanemu facetowi w sutannie, niemniej z wszystkich Twoich aż wylewa się przekonanie, że najlepsze co mogłoby Polskę spotkać to znikniecie z tego kraju KK i katolików. Wtedy zbudowałbyś sobie nowy wspaniały świat całkowicie na swoją modłę. Czyż nie radowałaby Cię taka wizja?

                        Dla porównania, ja, jakkolwiek mam sporo zastrzeżeń do KK, a jeszcze więcej do ludzi myślących tak jak Ty, wcale nie pragnę Waszego zniknięcia. Ba! nawet nie chciałbym, żebyście dali się przekonać do moich poglądów. No, może tylko troszkę się odradykalizowali. Bo widzisz, Czcigodny, wcale nie mam pewności, co do tego, że świat poukładany na moją modłę, byłby lepszy od tego w którym żyjemy. Więc potrzebuję i Ciebie i KK i wielu, wielu innych, żebyśmy się wszyscy spierali i żeby wychodził z tego wciąż na nowo zawierany kompromis. Jedyne na czym mi naprawdę zależy to to, by nikt nie wygrał za bardzo. Zwłaszcza Ty wink


                        A co do Feliksa Edmuntowicza to przypominam, że nazwałem Cię czekistą, gdy zdemaskowałeś Palikota jako ukrytego agenta prawicy. Mogłem nazwać Cię Cenckiewiczem, ale myślę, że czekista w tym kontekście lepiej pasuje ...


                        G.
                        • grzespelc Demonizujesz 09.06.13, 19:45
                          Nie chodzi o to, żeby nie było kk czy katolików, tylko żeby nie regulowali nam życia. Niech sobie żyją, jak chcą, ale od ustawodawstwa wara.
                          • gumpel Re: Demonizujesz 09.06.13, 22:27
                            Dzięki za ten post Grzesiu. Pięknie zilustrowałeś to o co mi chodziło.


                            G.
        • gaika Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 18:37
          To prawda, że język części prawicy (patrz poseł Pawłowicz) jest bardzo klarowny.
          Natomiast większość, np. kiedy związki partnerskie (homoseksualne) są na tapecie, uruchamia przekaz pt. : równia pochyła, zagrożenie dla większości hetero- należy się bać i drżeć; nic już nie będzie takie samo, upadek dotychczasowego porządku świata. Ale gdy zapytać o konkrety-na czym to ma polegać, w jakim sensie, o co chodzi, jak to grozi komukolwiek, czyjejkolwiek rodzinie- zapada cisza. Język prawicy, która woła na trwogę, jest nieprzetłumaczalny na żadne racjonalne argumenty,odwołuje się wyłącznie do poziomu emocjonalnego, bliżej niesprecyzowanego zagrożenia, ale bardzo sprecyzowanego napiętnowania. A język może być trucizną, potrafi krzywdzić bardziej niż przemoc fizyczna. Mamy insynuacje, oskarżenia, budowanie lęku-a to spycha mniejszości na jeszcze większy margines i nakręca agresję.

          Ciekawe, że przywołałeś w kontekście przemocy symbolicznej KK. Strzał w dziesiątkę
          Dzieci z in vitro-Frankensteiny, rodzice realizujący swoje zachcianki-moralne karły. Od dziecka straszenie karą niewyobrażalnie okrutną, naznaczanie seksualności nie poczuciem odpowiedzialności, ale wstydem i poczuciem winy. Schematy i autorytety łykane bezwiednie.

          JPII mówił o zgwałconych w Bośni kobietach rzeczy straszne. Że powinny rodzić. To doskonały przykład przemocy symbolicznej, ale oczywiście możemy powiedzieć, że to kurewstwo, draństwo, okrucieństwo i podłość. To tylko kwestia doboru języka. Powiem więc 'po lewicowemu' o wyzuciu z empatii.
          • gumpel Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 20:05
            Gajko,
            no proszę, znowu się zgadzamy. Jeśli chodzi o problematykę homo to też nie widzę żadnego zagrożenia w małżeństwach homo. Problem w tym, że lewica nie potrafi o tym ze społeczeństwem porozmawiać. A dlaczego? Bo nie potrafi znaleźć właściwego języka komunikacji społecznej. Jak napisałem w innym wątku, jedyny pomysł lewicy na rozmowę ze społeczeństwem o homoseksualizmie to przyklejenie każdemu, kto ma inne poglądy niż lewicowe nalepki "homofob". A potem Diabollo biadoli, że spadek społecznej akceptacji dla zachowań homoseksualnych to wina Kościoła ...

            Co do KK i "przemocy symbolicznej" to mi nie przeszkadza diagnoza tylko język. No pewnie, że trawa walka o język (czego najbardziej znanym efektem jest antynomia: dziecko poczęte - płód). Tylko jaki sens ma nazywanie tego "przemocą". Chyba tylko taki by być potraktowanym tak jak Kurkiewicz przez pozostałych dziennikarzy w podlinkowanej przeze mnie rozmowie.




            G.
            • diabollo Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 22:54
              Czcigodny Gumpelu,

              Gdybym miał się wygłupiać, to bym napisał, że po marksistowsku przywiązujesz zbyt dużą wagę do "nadbudowy". I czepiasz się lewicy, że ma język do bani.

              Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej prozaiczna. Lewica jest słaba. Bo łatwo jej przypierdolić z prawej Stalinem, z lewej poprawić Dzierżyńskim, na koniec zapytać:
              "nie wstyd ci za Popiełuszkę?".
              Z resztą, co mam uczyć ojca dzieci robić - wszak sam masz to obcykane.

              Lewica w Polsce jest zdegenerowana.
              Jaskółki takie jak Krytyka Polityczna - moim zdaniem ze świetnym językiem - pozostają w niszy.
              Nie przez język. Przez brak środków.

              To nie lewica w Polsce ma miliardy na katoideolo-agitację z budżetu państwa. To nie lewica układa programy edukacyjne. To nie lewica ma TVN24.
              Lewica nawet gdyby któregoś pięknego dnia się zesrała i wynalazła super-język, to skąd ma przemówić? Z niszy Krytyki Politycznej?

              Czepiaj się, czcigodny Gumpelu, kato-prawicy, która w Polsce ma i "bazę" i "nadbudowę".

              Małżeństwa komoseksualne w UK wprowadzili konserwatyści.
              Podobnie jak ubezpieczenia społeczne i Rady Robotnicze do zarządów przedsiębiorstw w Niemczech za Biskarcka.

              W Polsce na razie "żydka" zastąpił "pedał" jako wygodny chłopc do bicia, nie odwracaj kota ogonem, że to wina lewicy.

              To dzieło tych, którzy mają władzę rzeczywistą i władzę symboliczną w Polsce.
              Katoprawactwa. Ich rozliczaj.

              Kłaniam się nisko.
      • gaika Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 18:39
        diabollo napisał:

        > Pozwolę się zwrócić tutaj, bo na innym Forum (z którego mnie wyrzucono, żeby by
        > ło śmieszniej nie za moje "kurwy" i "chuje")...

        Diabollo, na Baala(za Diabollo), Maria Cię wycięła?! Po tylu latach trudnej przyjaźni i niekończących się dyskusji? Normalnie przerwana dekada. Nie do wiary i wstrząs. Chociaż, droga Azerka wycięła Uffo. Musi jakiś wirus.
        • diabollo Re: Dla czcigodnego Gumpela 06.06.13, 21:48
          E, tam, czcigodna Gaiko, to już bardzo stara historia.

          Kłaniam się nisko.
    • diabollo Wprostytutka 08.06.13, 08:09
      O odbijaniu piłeczek Wojciecha Fibaka, pieprzeniu garbatych kobiet i sukach wcielonych JERZY URBAN rozmawia z MALINĄ BŁAŃSKĄ - panną, na której Fibak popłynął i się utopił.

      - Pani wie, że ja się nazywam Urban i że rozmowa ze mną bardzo Pani zaszkodzi politycznie i towarzysko?
      - Jak widać po ostatnim zamieszaniu wokół Wojciecha Fibaka, rozmowy ze mną szkodzą równie mocno.
      - Czy jest jeszcze coś, o czym Pani nie napisała we „Wprost”, a uważa, że powinna wyjawić Czytelnikom?
      - Owszem. W miniony weekend, tuż przed ukazaniem się gazety w kioskach, doszło do jeszcze jednego mojego spotkania z tenisistą.
      - To znaczy?
      - Umówiliśmy się na mecz w piątkowy wieczór. Ledwo weszliśmy do szatni, a on zaczął wyciągać swój tenis. Trzeba przyznać, że ma dość okazałą rakietę, no i dwie dorodne piłki w torbie…
      - Doprawdy?
      - Dziewczyny mówiły, że to zawodowiec, ale on rzucił się do grania jak amator! Nie byłam ani trochę rozgrzana. Coś tam bredził, że musi szybko, bo ma problemy z żyłkami w rakiecie. Z początku nie mógł trafić w kort (na marginesie - woli lekko trawiaste), ale jak już trafił, to przyznam, że ruchy miał dobre jak na swój wiek…
      - Wygrała Pani?
      - Niestety. Gdy gra zaczęła robić się ciekawa - a graliśmy zaciekle, punkt za punkt – niespodziewanie opuścił kort. Namawiałam go do dokończenia seta, ale on tylko machnął parę razy backhandem, po czym wytarł rakietę ręcznikiem i powiedział, że ze względu na kontuzję musi skreczować. I jeszcze na odchodnym chamsko zapytał, czy jak następnym razem przyprowadzi kolegę, to będę chętna na debla… Żartuję, oczywiście.
      - Poważnie: co Pani strzeliło do głowy, by znęcać się nad biednym emerytowanym sportowcem Fibakiem?
      - A co panu strzeliło do głowy, by odmówić wydrukowania tej pokupnej historii w „NIE” i puścić mimo swych dużych uszu informację, że zostanie ona sprzedana innej gazecie?
      - Niech Pani pierwsza się wytłumaczy.
      - W całym artykule we „Wprost” nie krytykuję w żaden sposób zachowania pana Fibaka. Nie pada tam żadna moja ocena. To, że pan Fibak czuje się skompromitowany, jest wymysłem jego samego, on sam zatem musi uważać, że to, co robi, jest złe.
      - Żadnych złych intencji?
      - Żadnych. Uznałam, że skoro ten proceder nie był znany szerszej publiczności, a pan Fibak pomaga tylu dziewczynom, to warto sprawę nagłośnić. Tyle dziewczyn się marnuje…
      - To teraz ja wytłumaczę się Czytelnikom, ale - w przeciwieństwie do Pani - szczerze. Co prawda nie uważam się za człowieka, który posiada sumienie (jeśli już, to czyste, gdyż nieużywane), ale po przeczytaniu Pani artykułu zastanawiałem się, czy takiemu pismu jak „NIE” wypada oburzać się na działalność Wojciecha Fibaka. I czy ja sam widzę w tym coś złego. Uznałem, że w żadnym wypadku.
      - Tylko tyle?
      - Powiem więcej. Gdyby do mnie przyszła taka piękna dziewczyna i składała propozycje, dawała coś do zrozumienia, to ja bym się na pewno nie oparł, a gdyby dziewczyna się oparła, bo np. cuchnie mi z gęby albo nie zmieniałem od urodzenia tenisówek, albo wydaję jej się za stary, albo zbyt zużyty, albo za głupi, jak to sportowiec, i zaproponowałbym Pani kolegę, przyjaciela, no to byłby tylko wyraz troski o Panią i tego przyjaciela. Co więc złego właściwie Fibak robi? Za co Pani go tak piętnuje paskudnie i jeszcze do tego pozwala, by on robił z siebie idiotę w rozmowie z red. Latkowskim?
      - Powtórzę raz jeszcze: w ani jednym zdaniu mojego artykułu nie pojawiła się jakakolwiek ocena zachowania pana Fibaka – tę wyrobili sobie odbiorcy. Oczywiście domyślam się, że z wizerunkowego punktu widzenia to zamieszanie mu szkodzi. Chciał uchodzić za światowca, człowieka kulturalnego, z wyższych sfer, a okazało się, że przy nowo poznanych dziewczynach zachowuje się jak napalony małolat – jednej na siłę wpycha jęzor do gardła, drugiej każe podnieść ręce i ocenia jak lochę na świniobiciu…
      - Pani twierdzi, że zrobiła rzecz pozytywną, ale oto wynik jest taki, że „Gazeta Wyborcza”, dyżurne świętoszki, Panią atakują. Red. Waldemar Kumór, cytuję: „Ten mój tekst to skowyt”, użala się nad biednym Fibakiem. Prawdę mówiąc, ja podzielam pogląd Kumóra, choć nie skowyczę. No bo cóż - Fibak jest znanym filantropem. Pomaga wielu ludziom, w szczególności dziewczętom…
      - Toteż uznałam za cenne to opisać. Dziwne, że pan Fibak nie ocenia swojej roli tak, jak my oceniamy. Jego zdaniem on chyba robi coś złego.
      - A dlaczego ten chór skowyczy? Co to za mentalność, Pani zna się na mężczyznach, najlepszy dowód, że nie dała Pani Fibakowi… Czy oni tak w tej „Wyborczej” muszą prawić kazania i umoralniać?
      - To przez ich słabość do staroci. Gazeta, która wychodzi na papierze, jest oburzona, za to na portalach Agory nadal wyświetlane są teksty o Fibaku. W elektronicznej formie Gazeta.pl nie oburza się, robi publikacje z moimi wypowiedziami, które cieszą się dużą klikalnością, a to pewnie przekłada się na wpływy z reklam.
      - Pamiętam czas, gdy Pani kolega po fachu, nazywał się Ryszard K. (nie przytaczam nazwiska, bo wdowa po nim jest strasznie wyrywna do procesów) zerżnął w redakcji „Dookoła Świata” garbatego gońca, który przyniósł szpalty, bo gońce wówczas nosili szpalty. Goniec był płci żeńskiej, ale garb był tak podniecający dla K., że doszło do ekscesów i potem odbyło się zebranie na temat, czy wypada nadużywać gońca, który nie ma wielu adoratorów i został pokrzywdzony. Ten wybitny reporter oświadczył, że to wielkie szczęście dla takiej dziewczyny.
      - Był to dziennikarz „Gazety Wyborczej”?
      - „Gazeta” jeszcze wtedy nie istniała, ale pies drapał innych dziennikarzy. Pani Malino, może byśmy przeszli na ty. Jestem pełen zachwytu i admiracji. Chciałbym w swoich następnych wspomnieniach, gdy skończę 90 lat, móc napisać, że byłem na ty z Osiecką, Błańską, Kapuścińskim, Cyrankiewiczem…
      - Przejdę, jeśli pan przyzna, że żałuje, iż nie wziął artykułu o Fibaku.
      - Nie mogłem wziąć artykułu o Fibaku, bo znalazłbym się w głupiej sytuacji, że oburzam się na to, iż ten zacny człowiek pomaga potrzebującym, że uważam, iż sponsoring jest niewłaściwy…
      - I dzięki temu pomogłeś mi, bo szum wokół tego, że opublikowałam artykuł we „Wprost”, jest większy niż to, że Fibak ładował mi język do gardła po pierwszej godzinie od poznania.
      - To wynika z wielkości tygodnika „Wprost” i szmatławości tygodnika „NIE”, w którym pracujemy. Gdybym ja miał to drukować, to Fibak by nie rozmawiał ze mną tak jak z redakcją „Wprost” – prosił czy błagał. Mnie zagroziłby sądem.
      - Gdybyś był gołodupcem, to ludzie nie byliby tacy chętni do procesowania się.
      - Jakie masz plany twórcze?
      - Zamierzam wrócić do pisania w „NIE”. Odmówić „Wprost”.
      - Doceniam lojalność.
      - Nie z lojalności odmawiam, lecz z wygody. Redakcja „Wprost” jest w biurowcu, a recepcja nie wpuszcza psów.
      - Jesteś suką?
      - Nie, ale mam sukę, która towarzyszy mi na co dzień. Choć po tej historii z Fibakiem niektórzy mogą twierdzić, że są nas już dwie.

      www.nie.com.pl/24-2013/wprostytutka
    • diabollo Latkowski, pisz wiersze 08.06.13, 22:43

      Święte oburzenie ma ugruntowaną tradycję również w Polsce. Tak samo jak zamiatanie problemów pod dywan – pisze Agata Szczęśniak w „Gazecie Wyborczej” z 7 czerwca.

      „Wszyscy przewrażliwieni i pruderyjni, wszyscy, którzy wolą żyć w ogłupiającym raju wyimaginowanej niewinności i czystości, niech lepiej nie czytają poniedziałkowej gazety”. Nie, to nie są słowa redaktora naczelnego „Wprost” Sylwestra Latkowskiego, w ten sposób w sobotę 4 lipca 1885 r. W.T. Stead, redaktor naczelny „Pall Mall Gazzette”, lojalnie ostrzegł swoich czytelników. W poniedziałek zafundował im "pielgrzymkę do prawdziwego piekła", raport na temat „białego niewolnictwa” – dziecięcej prostytucji w Londynie.

      Przez cztery dni, kiedy ukazywały się kolejne części cyklu, gazeta sprzedawała się na pniu, a po ulicach wiktoriańskiego Londynu krążyły nawet nielegalne kopie. Ale już kilka dni później nakład gazety spadł, święcie oburzeni czytelnicy zaczęli odwoływać subskrypcje, dystrybutor odmówił sprzedaży „Pall Mall”, parlamentarzyści domagali się, by sądownie zakazać rozpowszechniania gazety, bo obraża moralność publiczną, a na naczelnego posypały się wyzwiska i oskarżenia: o szukanie sensacji, opisywanie drastycznych szczegółów i propagowanie pornografii oraz – a jakże – o niszczenie reputacji wyższych klas.
      [...]

      Co takiego zrobił Stead? Pisząc swój tekst, kupił od pośredniczki 11-letnią Elizę Armstrong za 5 ówczesnych funtów. Posłużył się zatem prowokacją dziennikarską, potrzebował naocznego przykładu, by pokazać, jak działa stosowana w Londynie praktyka: kupowanie za kilka funtów biednych dziewczyn, wysyłanych następnie do burdeli w Anglii lub kontynentalnej Europie. Przy czym nietrudno było kupić dziecko młodsze niż legalne 13 lat, co właśnie zrobił Stead. [...]

      Być może Stead chciał tylko podnieść nakład swojej gazety, być może w domu używał brzydkich słów i śmierdziało mu z ust. Na pewno zbadali to już dociekliwi amerykańscy naukowcy i im to zostawmy. Niewątpliwe jest to, że Maiden Tribute of Modern Babylon rozpoczyna historię nowoczesnego dziennikarstwa śledczego, używania prowokacji do pokazywania tego, co ważne, bolesne, a jakoś dziwnym trafem ciągle zamiatane pod dywan. Święte oburzenie ma ugruntowaną tradycję również w Polsce. Tak samo jak zamiatanie problemów pod dywan.

      Malina Błańska i Sylwester Latkowski nie opisują „piekła na ziemi”, a Wojciechowi Fibakowi daleko do właścicieli nieletnich niewolników z końca XIX w. Czy jednak przypadkiem współczesna publiczność nie zachowuje się wedle podobnego wzoru co czytelnicy Steada?

      Kiedy polskim dziennikarzom i innym moralistom pokazuje się stręczycielstwo, zepsucie wyższych klas, zablokowany awans młodych kobiet itp., kiedy pokazuje się to wszystko w pięknie wystylizowanych, a nawet (o zgrozo!) brutalnych amerykańskich filmach, to chętnie się użalą, pokiwają głowami i westchną, jakie to życie jest trudne. Kiedy ktoś podstawi im pod nos obrazek z własnego podwórka, ze świętym oburzeniem skomentują, że kolory dobrał nie takie, a w ogóle to złą metodę wybrał – obrazki są pfe! Trzeba było napisać wiersz.

      Czytaj cały tekst Agaty Szczęśniak w „Gazecie Wyborczej” z 7 czerwca 2013.

      www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20130607/szczesniak-latkowski-pisz-wiersze
    • diabollo Fałszywe oburzenie w sprawie Fibaka ukrywa przemoc 09.06.13, 11:12

      Z tekstu Błańskiej wynika ewidentnie, że ta dziewczyna była traktowana jak towar.

      Jaś Kapela: Doniesienia o tym, że Fibak „pomaga” młodym dziewczynom, sięgają lat osiemdziesiątych. Jak to się stało, że dopiero Malina Błańska, dziennikarka „Nie”, musiała wysłać SMS-a, żeby wiedza ta wyszła poza środowisko?

      Roman Kurkiewicz: Cała ta Fibakgate ma kilka wymiarów. Po pierwsze – co robił Fibak, jakie rodzaju jest to zachowanie. Po drugie – co z mediami w związku z tym. Co z tym wieloletnim milczeniem, ale też formułą, w jakiej powstał tekst Błańskiej.

      Okazuje się nagle, że milczenie jest cnotą. Wszyscy wiemy, ale nie mówimy.

      To jest bardzo ciekawe zjawisko, ale nie pojawiło się po raz pierwszy. Istnieje coś takiego jak wiedza środowiskowa. Coś, co prawicowcy nazywają salonem, choć ta wiedza dotyczy także salonu prawicowego. To są opowieści, która zna wtajemniczona grupa ludzi. Czasami są to informacje, czasami tylko podejrzenia dotyczące nagannych zachowań. One zostają w rodzinie. Dzisiaj na Facebooku, czyli, można powiedzieć, publicznym forum, niektóre osoby piszą pod imieniem i nazwiskiem, że wiedziały o tego typu zachowaniach Fibaka już wiele lat temu. Ale nie trzeba sięgać do Facebooka – już w latach dziewięćdziesiątych opisano dużą aferę o podobnym charakterze we Francji, gdzie nazwisko Fibak się pojawiało. W konsekwencji przestał być konsulem honorowym w Monako.

      Można się zastanawiać: dlaczego wtedy nikt się tym nie zainteresował? Dotykamy tutaj tabu polskiej sfery publicznej, tego, że pewne sprawy są wyłącznie prywatne. To jest słynny spór: co jest prywatne i czy rzeczywiście jest prywatne? Czy prywatne jest polityczne, czy jest obojętne? Czy ma być ukryte, tajemne? Kościół na przykład uważa, że sprawa pedofilii to też jest właściwie prywatna sprawa poszczególnych księży, która nie dotyczy instytucji. Dlatego nie trzeba niczego ujawniać, trzeba pomóc księdzu, bo on jest ofiarą, i bać się głównie tego, jakie będą konsekwencje ujawnienia takiej historii.

      W przypadku Fibaka nie wydaje mi się, żeby to była zadekretowana zmowa milczenia. To jest pewien stan, który w sposób niewymagający tłumaczenia zakłada, że pewnych kwestii nie ruszamy.

      Kulturalni ludzie o takich rzeczach nie rozmawiają?

      Dżentelmeni. To się pojawia w tej retoryce, która została opisana przez Błańską: my jesteśmy z wyższych sfer, jesteśmy bardzo kulturalni, jesteśmy na poziomie. To są ludzie z elity majątkowej, społecznej. Wojciech Fibak jest przedstawicielem tego środowiska dzięki swojej karierze w latach siedemdziesiątych i przyjaźniom, które wówczas nawiązał. Należy do celebrytów światowego wymiaru, choć, co prawda, raczej drugiej ligi. Ale do jego przyjaciół należą osoby z pierwszej ligi. Okazuje się, że ten status sprawia, że taka osoba staje się niewidzialna, jej czyny stają się niedotykalne. Niespecjalnie ktoś chce się na to porwać i powiedzieć: hola, tutaj jest chyba coś nie tak.

      Powtarza się jednak tezę, że Fibak nie jest osobą publiczną.

      To jest głęboko nieprawdziwa teza. Jeśli ktoś był honorowym konsulem, choćby w Monako, to jest osobą publiczną. Jeśli ktoś pracuje, zarabia swoją twarzą, to jest osobą publiczną. Wystarczy policzyć okładki pism kolorowych, gdzie Fibak wystąpił jako gwiazda, koneser, znawca sztuki, jako człowiek, który ma kolejne wspaniałe rodziny. Jest osobą publiczną. TVP pozytywnie mnie zaskoczyła, że błyskawicznie zerwała współpracę z Fibakiem jako komentatorem. Jeśli ktoś jest komentatorem, ekspertem, osobą medialną, to strasznie trudno powiedzieć, że nie jest osobą publiczną. Fibak czerpał ze swojego wizerunku rozmaite korzyści, niekoniecznie materialne.

      W tej całej wymianie handlowej, która się tam zawiązuje z Błańską, pojawia się motyw, że on nie bierze za to żadnych pieniędzy.

      Korzyści mogą być różne. Być może buduje się w ten sposób pewne więzi. Zakładając – a mamy dziś takie podstawy – że nie była to pierwsza historia, kluczowe staje się pytanie, kto jest w tym gronie obdarowanych przyjaźnią Wojciech Fibaka.

      Ile celebrytek w ten sposób zrobiło karierę?

      Inaczej: ilu celebrytów zaznało tego typu serdeczności ze strony Fibaka? To jest trudne pytanie. Trudne dla tych, którzy są w tej historii. Ale nie na tym chciałbym się skupiać. W tej historii pojawia się słowo stręczycielstwo, które jest mocnym słowem. Mało tego: ma swoją formułę prawną. W Polsce stręczycielstwo, w przeciwieństwie do prostytucji, jest zabronione i karalne. Ale to jest pytanie, na które powinien odpowiedzieć prokurator, a nie ja.

      Z samego tekstu Błańskiej i rozmowy Latkowskiego wynika ewidentnie, że ta dziewczyna była traktowana jak rodzaj przedmiotu. Coś, co można komuś dać. Agnieszka Ziółkowska napisała gdzieś na Facebooku, że warto Wojciechowi Fibakowi zadać pytanie, jak by się zachował, gdyby to jego córki (które zresztą przywoływał na swoją obronę, że przecież on ma rodzinę) zostały potraktowane przez jakiegoś mężczyznę jak towar, który można wrzucić komuś do łóżka.

      Okazuje się więc, że jego rodzina jest wyjęta spod tych praw. Co innego te dziewczyny – są inną klasą. Nimi się de facto pogardza. Są ładne, miłe. Nie chcą dużo pieniędzy. Są przecież świeże i prawdziwe.

      Naturalne.

      Cała ta sytuacja odbywa się tak, jakby te dziewczyny zostały uwiedzione. Ale one nie zostały uwiedzione, zostały kupione/sprzedane. Mamy do czynienia z targiem niewolników.

      CDN...
      • diabollo Re: Fałszywe oburzenie w sprawie Fibaka ukrywa pr 09.06.13, 11:16
        Jakoś ginie to, że to nie była jednorazowa prowokacja, że ten proceder trwał latami.

        Na blogu niejakiego Kominka jest wywiad z dziewczyną, która zresztą zapewniła, że w sądzie, jeśli będzie trzeba, wystąpi pod imieniem i nazwiskiem. Nie zgłosiła się do Fibaka, ale została „wyjęta” z jakiego baru i została wrzucona koledze Fibaka do pokoju hotelowego.

        Może sama chciała, a potem jej się odechciało?

        Tutaj się kłania termin, którego użyłem w rozmowie w Tok FM: przemoc symboliczna. Przemoc symboliczna jest wtedy, gdy ofiara nie jest świadoma, że jest przemocy poddana. To, co się dzieje, wydaje się jej naturalne. Dziewiętnastoletniej dziewczynie, która przyjeżdża z prowincji i spotyka kogoś takiego jak Wojciech Fibak, człowieka z pierwszych stron kolorowych gazet, który zna wszystkich na świecie i jest otoczony nimbem „kulturalności” i „porządności”, wydaje się niemożliwe, żeby on tak po prostu wrzucił ją znajomemu do łóżka. Ona nie widzi, że tu jest rodzaj przemocy, bo ta przemoc odbywa się w oparach dobrego alkoholu i miłych słów. U Kominka jest to dość wstrząsająco opisane. Dziewczyna uczestniczy w kolacji, gdzie jest kilku mężczyzn. Nikt na nią nie zwraca uwagi, bo oni wiedzą, po co ona jest. Tylko ona tego do końca nie wie.

        To też jest trochę odpowiedź na pytanie, dlaczego to wcześniej nie wypłynęło. Bo jak się poskarżyć na kolegę Komorowskiego i De Niro? Donieść na niego na policję?

        To jest bardzo częsty powód, dla którego pewnych postaci się nie tyka. Jest grupa, przeważnie mężczyzn, ustosunkowanych, którzy należą do elity finansowej, kulturalnej, społecznej, politycznej. Żeby sobie nie robić kłopotu, media, bojąc się na przykład reperkusji prawnych, trzymają się z dala. A w ogóle to co się takiego stało? Przecież sama chciała, sama poszła. Wolni ludzie, dorośli.

        Problem polega na tym, że nie mamy tutaj symetrycznej, czystej i równorzędnej sytuacji.

        To nie jest partnerski układ. Przewaga bogatego, znanego, pozaprzyjaźnianego mężczyzny nad dwudziestoletnią dziewczyną jest oczywista.

        Ta przewaga jest wykorzystywana do czegoś, co może być zakwalifikowane jako przestępstwo. Ciekawe jest milczenie prokuratury w tej sprawie. Ciekawe, czy ona się tym zajmie? Ktoś słusznie zwrócił uwagę, że wątek stręczycielstwa jest w Polsce usunięty poza nawias. W naszym katolickim kraju właściwie nie ma tego problemu. Właściwie jedyną osobą, która w tej sprawie próbowała cokolwiek zrobić, był prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Wydał wojnę, co prawda nie samemu zjawisku prostytucji i sutenerstwa, ale oknom agencji towarzyskich, które były właściwie takimi witrynami domów publicznych. Natomiast generalnie w naszym wolny, wyzwolonym społeczeństwie nie mówimy o tym problemie. Gigantyczny rynek usług seksualnych, który istnieje w Internecie, jest właściwie nietykalny. To też jest jakieś tabu. Jest pytanie, czy to jest objaw zdrowy. Jesteśmy tak tolerancyjnym, libertyńskim krajem? Nie wydaje mi się.

        Fibak to nie jest historia miłości, jakichś romansów przekraczających granice. To jest historia, że ktoś z ważną pozycją staje się pośrednikiem właściwie w handlu ludźmi. Czy ta wymiana jest gotówkowa czy bezgotówkowa, to nie jest ważne. Korzyści opisywane przez „Gazetę Wyborczą” w aferze w Samoobronie też nie były gotówkowe. To były miejsca pracy, miejsce w strukturze.

        Przy Lepperze „Gazeta Wyborcza” nie miała wątpliwości, czy ujawnianie tej sprawy jest odpowiedzialne społecznie i czysto ludzko.

        Nie miała, bo to dotyczyło Andrzeja Leppera. Zdumienie ogarnia, co się dzieje z mediami w tej sprawie. Słyszymy krzyk o tabloidyzacji. Malina Błańska posłużyła się techniką starą chyba tak jak samo dziennikarstwo. Nazywa się to dziennikarstwem wcieleniowym. Będąc dziennikarką, udaje się kogoś innego. Zadziwia mnie to święte oburzenie.

        Skowyt.

        Skowyt moralistów, że jest to niedopuszczalne. Sama „GW”, z której ten skowyt się wydobył, publikowała dziesiątki reportaży dziennikarzy, którzy stosowali tę metodę. Dotykamy tutaj tabu na skrzyżowaniu seksualności i relacji patriarchalnej. Jak Hugo-Bader udawał menela i siedział pod Bristolem, to to jest OK. Ale tutaj mamy rodzaj zależności wykraczający poza sferę seksualną, dotyczący układu społecznego, patriarchalnej dominacji, której nie wolno dotykać.

        Warto też zauważyć, że w tej całej dyskusji autorka gdzieś zginęła. Została dotknięta rodzajem anatemy.

        W końcu to dziennikarka „Nie”.

        Więc w domyśle ktoś gorszy z definicji. Cokolwiek by zrobiła, jest źle. Jest fenomenem tygodnika „Nie”, że być może opisał największą liczbę różnych afer. Ale kiedy pisze o tym „Nie”, to nie ma afery. Po paru miesiącach dziennikarze, którzy pod stołem czytają „Nie”, biorą temat na tapetę i wtedy dopiero jest ogólnopolska afera. Zresztą dla mnie argument Urbana, dlaczego nie wydrukował tekstu Błańskiej, jest zrozumiały. Swojego czasu robił przewodnik po burdelach, więc brzmiałoby dziwnie, gdyby się teraz oburzał.

        Ale Błańska w swoim tekście nie oceniała, opisała tylko swoje przygody.

        I zniknęła z debaty. Jej się nie zaprasza. Waldemar Kumór w swoim skowycie nie zająknął się, jak się nazywa autorka tekstu. Do rozmowy w Tok FM też jej nie zaproszono.

        W Niemczech za sprawą Güntera Wallraffa odbyła się wielka dyskusja na temat dziennikarstwa wcieleniowego. On wcielał się w różne osoby, demaskował pewien rodzaj powszechnych nastawień – rasistowskich albo dotyczących wyzysku ekonomicznego. Zatrudniał się w piekarni, charakteryzował na Somalijczyka i próbował wynająć mieszkanie. Konfrontował się ze zwykłymi ludźmi. Wytaczano mu mnóstwo procesów. Mało tego: doszło do debaty parlamentarnej, czy dziennikarzom i dziennikarkom wolno używać metody wcieleniowej, udawać kogoś innego. Niemcy zdecydowali, że jest to dozwolona metoda. Nazywa się to prawem Wallraffa.

        Nie można zamykać oczu na to, że Błańska napisała swój tekst w gatunkowej formie. Oczywiście można się zastanawiać, jaką formę gatunkową wykorzystał Latkowski. No ale w Polsce inni redaktorzy naczelni też nagrywali swoich rozmówców bez ich wiedzy.

        Masz na myśli Michnika?

        Być może przełomem była ta historia rywinowska. Nie pamiętam, żeby wcześniej redaktor naczelny nagrał kogoś po kryjomu. Oczywiście można powiedzieć, że to inna waga sprawy. Ale waga sprawy jest dyskusyjna. Można powiedzieć, że sprawa Rywina dotyczyła całego narodu, dobra publicznego – ale może jednak przede wszystkim spółki giełdowej Agora… Nie da się zrobić listy spraw, w których wolno podsłuchiwać, a w których nie wolno. Broniłbym oby tych rzeczy: po pierwsze dziennikarstwa wcieleniowego, po drugie nie mogę zrozumieć oburzenia.

        Skrzywdzono wspaniałego człowieka, jak stwierdził Olbrychski.

        To jest klasyczna forma przemocowa, że winę zrzuca się na ofiarę. Sprawca, czyli Fibak, staje się osobą skrzywdzoną. Mówimy, że to ona jest zła. Albo: sama chciała. Albo: co nas to obchodzi, ona jest dorosła. Tylko zapomnijmy o tym porządnym, zasłużonym dla ojczyzny człowieku. To jest ten rodzaj hipokryzji.

        Poza tym w ogóle wystawianie sobie dzisiaj przez media takich laurek jest po prostu śmieszne. Nie ma mediów, które są tutaj bez grzechu. „GW” nie jest tu wyjątkiem, ani telewizja, ani żaden z tygodników. Mamy obronę wyidealizowanego bytu, który tu od lat nie istnieje, ponieważ nie istnieją standardy dziennikarskie, które by chroniły od tabloidyzacji. To jest możliwe, ale wymagałoby istnienia mediów publicznych, niezależnych od bieżącego finansowanie i od polityki. Takich mediów w Polsce nie ma. A ponieważ nie ma takich mediów, to nie ma takiego standardu.

        Fałszywe oburzenie w sprawie Fibaka pokrywa społeczne tabu. Ukrywa strukturę przemocy i władzy, która jest w naszym życiu obecna i ma się świetnie, bo osobom uprzywilejowanym, znanym wolno więcej.

        <a href="
        • diabollo Re: Fałszywe oburzenie w sprawie Fibaka ukrywa pr 09.06.13, 11:25
          www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20130608/kurkiewicz-falszywe-oburzenie-w-sprawie-fibaka-ukrywa-przemoc
        • grzespelc O, więc jednak 09.06.13, 13:28
          Jednak się zaczyna wykręcanie kota ogonem.
    • diabollo Prowokacja „Wprost” to durna bajka ze świata... 12.06.13, 18:10
      ... celebrytów.


      Tylko utwierdzono fałszywe wyobrażenia kobiet, że prostytucja to picie szampana na jachcie.

      Jaś Kapela: Słyszałem plotki o Fibaku, zanim pojawiła się afera z tekstem z „Wprost”. One sięgają zresztą lat osiemdziesiątych. Dlaczego dopiero teraz to wypłynęło?

      Kazimiera Szczuka: Tak, każdy słyszał te plotki. Jeszcze koszulę w zębach nosiłeś, Jasiu, kiedy mi koleżanki aktorki opowiadały, jak je Fibak wabił do De Niro do hotelu. Potem to już nie były plotki, tylko informacje. Całkiem niedawno Fibak był zamieszany w dużą sprawę o sutenerstwo w Paryżu. Jakoś się z tego wykręcił, podobno jedynie uczestniczył w eleganckim party. Nie wiem, dlaczego teraz to wypłynęło. To jest pytanie do służb, które powinny były to zrobić już dawno i w dyskrecji. No i do mediów, które takiego pięknego grzyba od dawna miały pod nosem i jakoś nikt się nie schylił. Skądinąd to, z czym można się było zapoznać na łamach „Wprost”, wzbudziło we mnie jedynie niesmak. Dwie dziewczyny, których całe ryzyko polega na tym, czy trafią we właściwy guzik dyktafonu, i bezkompromisowy redaktor śledczy naczelny, Latkowski, błagany przez Fibaka na różne sposoby o litość. Jakoś trudno mi było temu wszystkiemu przyklasnąć. Z wielu powodów.

      Ale jest raczej mało prawdopodobne, że przez trzydzieści lat tego procederu nie doszło do żadnego czynu zabronionego.

      Zapewne. Sutenerstwo jest przestępstwem, trudnym do udowodnienia, ale, jak widać, nie aż tak trudnym. Redakcja musi jednak mieć w zanadrzu coś więcej, bo to, o czym czytamy, to mgliste pogranicze przestępstwa i dyskretnego uroku burżuazji. Parokrotnie mowa jest o tym, że pan Wojtek nie czerpie korzyści materialnych z „łączenia ludzi”. Robi to z przyjaźni, jako „fajny chłopak”. Co innego znalazło się na jednym z blogów. Pisze tam dziewczyna, podobno gotowa zeznawać, że Fibak zaczepił ją w restauracji, gdzie pracowała jako kelnerka, i wysłał do jakiegoś faceta do hotelu, rzekomo w sprawie pracy, a tymczasem chodziło o seks. I to jest konkret. Ale z dziennikarkami z „Nie” było inaczej. Przyszły i powiedziały, że poznałyby panów...

      I nie ma w tym nic złego?

      W samej tej sytuacji teoretycznie nie. Fakt, próbował się do jednej z nich dobierać, ale czytamy, że łatwo się odczepił. Samo to jest chyba słabym dowodem na czerpanie korzyści ze stręczenia kobiet. Pewnie w podobny sposób wybronił się we Francji. Pomijając już czysto prawny aspekt, to, co niemoralne, schowane jest tu gdzieś za kurtyną. I w moim odczuciu mglistość, nieprzejrzystość tego kontraktu sama w sobie jest złem. We współczesnym zachodnim systemie patriarchatu sprzężonego z kapitalizmem coraz bardziej zaciera się podział na to, co jest, a co nie jest płatne, legalne albo jawne. A to daje zupełnie nowe pole do wyzysku, w ramach niedookreślonych umów.

      Jasne, wiem, że w dawnym świecie podziału na kobiety upadłe i uczciwe też istniał potworny wyzysk tych „upadłych”. Ale dziś jakoś wracamy do takiego porządku, w którym kobiety są wyjątkowo łatwą zdobyczą. I nawet jeśli same są chętne, to nie one ustalają zasady. Istnieje mnóstwo różnych sytuacji z pogranicza, takich jak sponsoring, kluby, półmodelki, półasystentki, półtancerki, hostessy i tak dalej. Tak kobiety zarabiają, a mężczyźni wydają kasę. To wszystko istnieje jako wielka, neoliberalna hipokryzja. Relacje między prostytucją a nie-prostytucją są nieprzejrzyste.

      I nie powstrzymamy tego umoralnianiem kobiet, mówieniem im, czym jest więź intymna, integralność cielesna i seksualność jako domena wolności, a nie komercji. Mało która dziewczyna powie: „Jestem prostytutką, bo to moja wymarzona życiowa droga”. Raczej mówią: „Dlaczego mam mieć mniej pieniędzy, jak mogę mieć więcej? Młodość i uroda to kapitał, którym dysponuję, i mogę tu coś zyskać”. Albo, bardziej filozoficznie: „Moje ciało należy do mnie i mogę z nim robić, co chcę, nawet sprzedać na korzystnych warunkach”. Piętnowanie obleśności facetów też niewiele daje. Oni naprawdę nie interesują się tym, czy my ich uznamy za obleśnych. Do tych wyższych sfer, tych „naj, naj, naj”, jak mówił Fibak, nie przenikają nasze oburzone głosy

      Ale chyba dobrze, że takie sytuacje wychodzą na jaw?

      To nie jest takie proste. Po pierwsze, ta sprawa nie wypływa dlatego, że ktoś się troszczy o bezpieczeństwo i morale kobiet. Wypływa dlatego, że chodzi o Fibaka i jest to komercyjna bomba.

      Tymczasem to salonowe sutenerstwo, które Fibak uprawia, albo mówi, że uprawia, jest bardzo daleko od realiów prostytucji i handlu kobietami.

      „Wprost” nie obchodzi ani BHP prostytucji, ani skala korupcji, jaka stoi za wyzyskiem kobiet. Hiszpański dziennikarz, Antonio Salas, napisał o tym książkę, wcieleniowy reportaż pod tytułem Handlowałem kobietami. Ryzykował życiem i opisał rzeczy wstrząsające, straszne. Prowokacja „Wprost” byłaby na tym tle śmieszna, gdyby nie była też szkodliwa. Fibak i jego „klientki” to durna bajka ze świata celebrytów.

      Właśnie dlatego powiedziałam, że takie dziennikarstwo budzi mój niesmak. Wszystko zrobiono dla zysku, ale przy okazji utwierdzając totalnie fałszywe wyobrażenia kobiet. Był taki mocny telewizyjny serial dokumentalny, ironiczna telenowela z życia wzięta, Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym w reżyserii Jerzego i Ireny Morawskich. Występował w niej pan Mończyk z Łodzi, który zapraszał dziewczęta, niektóre nieletnie, do udziału w rozmaitych sytuacjach typu myjemy biustem samochody, tańczymy na rurze i okładamy się w kisielu. To było szokujące przede wszystkim dlatego, że dziewczyny były tak bardzo chętne. Widziały to w kategoriach kariery. Nawet ich matki uważały, że pan Mończyk jest dobrodziejem, który z mojego Kopciuszka zrobi królewnę. Mało tego – efekt wyświetlania tego reportażu był taki, że do pana Mończyka ustawiły się długie kolejki. Tymczasem główne bohaterki Ballady jeździły do Italii i tam pracowały jako najzwyklejsze kurwy. Ludność, wbrew intencjom autorów, niewiele z tego pojęła.

      Historia o Fibaku jest w gruncie rzeczy podobna. Nie musisz w ogóle nic robić, poznasz miłego pana, wystarczy, że się „kulturalnie wysłowisz” i nie będziesz jak przekupa domagała się pięciuset złotych – tak jakoś opowiada Fibak. Dajemy ci szansę, wybijesz się, jak będziesz mądra. Z tego, co pisze „Wprost” – a nie jest to jednak „Fakt” z opowieściami o wielorybie w Wiśle – wynika, że dzięki działaniom Fibaka można znaleźć się na jachcie i z milionerami pić szampana. A na koniec ci milionerzy się z nami wszystkimi ożenią.

      CDN...
      • diabollo Re: Prowokacja „Wprost” to durna bajk 12.06.13, 18:12
        To co robić?

        Po pierwsze należałoby logicznie rozebrać tę dziwną gadkę Fibaka. Wszystko, co on proponuje, jest tak niekonkretne, że w gruncie rzeczy cała odpowiedzialność spoczywa na dziewczynie. „Im mniej będziesz chciała, tym więcej dostaniesz” – tak jakoś to brzmi. Pojedziesz, pokażesz się, spróbujesz. Ryzyko i odpowiedzialność dziewczyna bierze na siebie. A równie dobrze może to się skończyć bardzo źle, tak, że ktoś cię wyrzuci z hotelu w nocy, siedzisz w parku, nie masz pieniędzy, a Fibak nie odbiera komórki. Może nie aż tak źle, jak w tych opowieściach o pracy w klubie, które kończą się gdzieś w piwnicy w Berlinie, gdzie cię dyma dziesięciu facetów po kolei. Ale, z drugiej strony, skąd my możemy wiedzieć, co robią mili z ludzie w czasie wolnym? A ty ufasz Fibakowi, bo to jest Fibak.

        Ufasz, że oni są kulturalni.

        Że wpadniesz komuś w oko. Jest we „Wprost” zdjęcie pani Katarzyny Gwizdały, która wyszła za mąż w Paryżu. Jestem pewna, że dziewczyny to czytają i myślą sobie, że wcale się nie muszą zdeklarować jako prostytutki, a świat stoi przede nimi otworem. Bajka.

        Ciekawe jednak, że to nie jest jakiś anonimowy pan Wojtek, tylko Wojciech Fibak, przedstawiciel polskiej elity.

        Przecież wiemy, że ten świat jest taki. Co druga wielka biznesowa konferencja korzysta z usług agencji, muszą być dziewczyny na wieczór. Bardzo łatwo to sprawdzić. Tak jak zrobiły to dziennikarki z „Nie”.

        Jakoś nie czytałem o tym w prasie.

        I nie wiesz, że jak jest wielki mecz na stadionie, catering, alkohole i VIP-owskie trybuny, to dziewczyny, które chodzą porozbierane jako hostessy, stają przed dylematem, że są w pracy, ale ta praca jest zupełnie inaczej rozumiana przez panów?

        Nie wiem.

        Nawet dyskusja o aborcji nie dzieli środowisk kobiecych tak jak temat prostytucji. Wanda Nowicka, która obraca się w rozmaitych ONZ-owskich gremiach, relacjonowała nam kiedyś te spory. To jest bardzo ostra walka, na noże niemal. Pojawiają się działacze z organizacji zrzeszających ludzi, którzy pracują w seksusługach, i mówią, że tu chodzi o pracę, o podatki, o związki zawodowe, o bezpieczeństwo pracy, o świadomość swoich praw i informacje na temat zagrożeń. Chcą zrobić z tego normalny zawód, bo w przeciwnym razie nie da się walczyć o prawa tych wyzyskiwanych, i zmaltretowanych, tych, które, nie mając żadnego wyboru, pracują na samym dnie globalnego rynku seksusług. Działaczki pochodzą nie tylko z Europy, również z Indii czy tych krajów azjatyckich gdzie kwitnie turystyka seksualna. I nie są to same kobiety, istnieje też prostytucja męska przecież. Ale z drugiej strony pojawiają się inne feministki, które mówią, że to jest uprzedmiotowienie, niszczenie osobowości, clue całego patriarchatu.

        A jakie jest twoje zdanie?

        Gdzieś pośrodku. Ale miałam kilka zażartych dyskusji na ten temat i stawałam na ogół po stronie, można rzec, praw pracowniczych, a niekoniecznie złożonych kwestii moralnych i duchowych. Jest faktem, że mężczyźni mają pieniądze, a kobiety – przez krótki czas – młodość i niektóre urodę. Ponieważ żyjemy w świecie konsumpcji i powszechnego kapitalizmu, te fakty się łączą chyba łatwiej i szybciej niż kiedykolwiek.

        Feministyczne wyjście z tej sytuacji jest chyba tylko takie, że kobiety muszą stawiać warunki. Bo co innego można postulować?

        Wanda Nowicka mówiła też, że wśród osób z całego świata, które działają w przemyśle erotycznym na rzecz praw pracowników, nie ma nikogo z Polski. Po '89 roku całkiem niezłe warunki pracy w zachodniej Europie, które wywalczyły sobie kobiety, załamały się, bo rynek zalały kobiety z bloku wschodniego, pracujące w warunkach nawet niewolniczych. Tutaj z jednej strony działa ekonomia, a z drugiej odium katolickiego potępienia kobiet upadłych. Trzeba by te dwie rzeczy opanować, żeby takie organizacje mogły zacząć w Polsce powstawać. Wówczas ani klienci nie będą tak bezkarni, ani dziewczyny takie naiwne.

        Prostytucja mężczyzn zasadniczo różni się od prostytucji kobiet. Jeżeli mężczyzna pracujący w agencji dla pań przychodzi do prywatnego mieszkania, najczęściej jest z ochroniarzem. Sprawdza pokoje, czy tam nikt nie siedzi w szafie, czy ta pani nie ma jakiejś koleżanki albo kolegi zboczeńca, którzy go przywiążą do łóżka. Faceci to sprawdzają, kobiety nie. Kobieta idzie sama do jakiegoś hotelu. Dziewczyny nie umieją się obronić, przewidywać zagrożeń. „Pójdę z koleżanką”, tak sobie myślą. Chłopak, który opowiadał mi o byciu prostytutką, traktował to po prostu jak pracę. Musi się dobrze odżywiać, uprawiać sport. Godzina mija i się żegna. A kobiety wchodzą jak w masło w opowieść, że są „upadłe”. I że to jest równia pochyła. Nie oszczędzę pieniędzy, będę pić.

        Myślę, że Fibak działał w Polsce, bo ma tu bardzo dobre warunki. Nie tylko dlatego, że jest Fibakiem, ale też dlatego, że kobiety są tu dużo bardziej naiwne. Może czasem jest to udawana naiwność. Ale nie zawsze. Jeżeli on im wmawia, że im mniej będą chciały, tym więcej dostaną, to znaczy, że ma na co dzień do czynienia z naiwnymi osobami.

        Ewa Wanat zwróciła uwagę na jeszcze inny wątek: że dziewczyny mają prawo w taki sposób realizować się seksualnie. Że niektóre po prostu lubią być kupowane.

        Niedawno wyszła u nas książka Dziewczyna, której jedno w głowie Zoe Margolis. Autorka to brytyjska blogerka, zdobyła niesłychany rozgłos i uznanie. Pisała anonimowo, z punktu widzenia politycznie świadomej, wyzwolonej dziewczyny hulającej sobie po świecie swobody i przyjemności. Ludzie dyskutowali o jej tekstach, zwierzali się, dzielili problemami najrozmaitszymi, a wszystko dotyczyło seksu. W końcu tabloidy wykryły jej prawdziwą tożsamość i miała różne kłopoty. Równocześnie bloga pisała prostytutka o pseudonimie Piękność Dnia, call girl działająca w bardzo luksusowych sferach. Jej tożsamość też próbowano odkryć, ale widocznie jacyś wpływowi klienci do tego nie dopuścili. Potem ujawniła się sama. Zoe Margolis i Piękność Dnia spotkały się i rozmawiały. Jeśli chodzi o seks za pieniądze, to nie było między nimi zgody. Margolis, która określa się jako feministka i socjalistka, mówi, że robi się to tylko dla przyjemności, że jeśli to jest za pieniądze, to przyjemność znika. Z kolej Piękność Dnia twierdzi, że tą przyjemnością są właśnie pieniądze, które się z tego ma.

        Jest dużo feministek, która bardzo bronią wolności seksualnej i mówią, że prawo do przyjemności, do pożądania, jest taką cenną zdobyczą, że nie wolno tego sprzedawać. Druga strona z kolei mówi: to jest najbardziej uczciwy kontrakt w patriarchacie. Dajemy za pieniądze w określonych godzinach, na określonych warunkach. Jedna strona mówi więc, że to jest wolny wybór. Druga – że to nigdy nie jest wolny wybór. A ty co myślisz?

        Że to konserwatywna utopia, że zawsze będzie patriarchat, więc jedyne, co możemy, to brać pieniądze od naszych ojców, patriarchów.

        Teraz ponoć u młodzieży istnieje taki obyczaj, że się czasami daje pieniądze. Można się na coś takiego umówić. W filmie Szumowskiej Sponsoring jest taka scena, że dziewczyna uprawia seks z chłopcem w swoim wieku i on jej za to płaci. Dziewczyna czerpie z tego przyjemność. Ale pieniądze też. No nie wiem. Dziwne. Ale istnieje.

        www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20130612/szczuka-prowokacja-wprost-durna-bajka-ze-swiata-celebrytow
        • turbinowy Re: Prowokacja „Wprost” to durna bajk 13.06.13, 21:35
          Dziś u red. Łasiczki gościła pani prof. Płatek.
          Było o Fibaku i prostytucji. Całości nie mogłem wysłuchać ale jest podcast:
          bi.gazeta.pl/im/5/14092/m14092915.mp3
          Łyżkami bym jadł tę ... no to co mówi.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja