diabollo
08.09.15, 07:51
Lincze w Ameryce. Pocztówka ze śmiercią
Katarzyna Surmiak-Domańska
Widokówki z linczów wysyłano znajomym z podobną intencją, z jaką dzisiaj zamieszczamy fotki na Facebooku. Największa atrakcja jest wtedy, gdy nadawca może zaznaczyć na zdjęciu siebie.
W czerwcu 2005 roku amerykański Senat uchwalił rezolucję-przeprosiny za to, że nigdy nie ustanowił prawa penalizującego lincz. W latach 1882-1968 w USA w samosądach zostało zamordowanych co najmniej 4743 obywateli, głównie Afroamerykanów. Sprawcy nigdy nie ponieśli konsekwencji. Dopiero dziesięć lat temu w obecności siedzących na sali potomków ofiar i jednego staruszka, który sam o mało nie został kiedyś powieszony przez tłum, padły słowa: "Senat wyraża swoje najgłębsze współczucie wobec osób, które zostały pozbawione życia, godności i konstytucyjnej opieki państwa, i zapewnia, że ich tragedie nigdy nie zostaną zapomniane i nigdy się nie powtórzą".
Spośród 100 senatorów 13 nie podpisało się pod rezolucją.
Dziwny owoc
Poeta Abel Meeropol nazwał ich "dziwne owoce". Napisał o nich wiersz, a potem piosenkę. "Strange Fruit" w 1939 roku nagrała Billie Holiday. W 1999 roku magazyn "Time" ogłosił utwór piosenką XX wieku.
Południowe drzewa wydają dziwne owoce.
Na liściach krew, krew przy korzeniach.
Czarne ciała kołyszą się w południowym wietrze.
Dziwne owoce zwisające z gałęzi topoli.
Billie Holiday: Nie stroniła od heroiny, whisky i opium, ale jej najbardziej zgubnym nałogiem byli mężczyźni
"Dziwnym owocem" był na przykład Jesse Washington.
W maju 1916 roku miał 17 lat. Siedział na ganku swego domu w Waco w Teksasie, kiedy po niego przyszli. Proces, zeznania świadków, wszystko odbyło się błyskawicznie. Usłyszał, że zamordował białą kobietę. Może nawet nie do końca zrozumiał, był opóźniony w rozwoju. Po czterominutowej naradzie sędziowe wydali wyrok śmierci. Jednak do celi śmierci Jesse nie dotarł. Prosto z sądu porwał go tłum.
Na rynku zebrało się kilkanaście tysięcy osób. Żeby lepiej widzieć, ludzie wdrapywali się na słupy i dachy automobili, podnosili do góry dzieci. Szeryf i burmistrz Waco patrzyli z okna ratuszu na pierwszym piętrze. Najpierw chłopaka tylko skopano i opluto. Dostał też kilka solidnych uderzeń łopatą. Wreszcie ktoś krzyknął: "Spalić go!". Przewiązali mu pod pachami łańcuch, który przerzucili przez konar dębu. Usypali stos ze skrzynek. Kiedy obcinali mu uszy, Jesse stracił przytomność. Ocknął się, kiedy ktoś obcinał mu genitalia. W przerażeniu zaczął uciekać w jedynym możliwym kierunku, czyli w górę, podciągając się na łańcuchu. Wtedy obcięli palce. Podpalono stos. Człowiek obsługujący dźwignię to spuszczał Jesse'ego na łańcuchu w płomienie, to podnosił. "Coon Cooking" (gotowanie czarnucha) trwało tego dnia dwie godziny.
Na twarzach zebranych widocznych na zdjęciu maluje się znużenie. Ktoś nawet ostentacyjnie przysypia oparty o słup. Zwęglone szczątki Jesse'ego wiszą z rozpostartymi kikutami ramion i z resztkami nóg, przypominają ogromne czarne ptaszysko, które szykuje się do sfrunięcia na stojących pod nim mężczyzn w kapeluszach. Ale ich uwagę pochłania teraz obiektyw aparatu. Nad jednym z kapeluszy widać rozmazany znaczek X. Pocztówka ze stemplem miejscowego zakładu fotograficznego została nadana nazajutrz na poczcie w Waco. Na odwrocie ktoś napisał: "Wczoraj mieliśmy tu grill. Stoję po lewej stronie, zaznaczyłem krzyżykiem. Wasz syn Joe".
Kolekcjoner
W pierwszej połowie XX wieku do Kongresu wpłynęło prawie dwieście projektów ustawy antylinczowej. Siedmiu prezydentów składało w tej sprawie petycję. Trzy raz projekt przeszedł nawet przez Izbę Reprezentantów i dostał się pod głosowanie Senatu. Za każdym razem upadał przez opór białych kongresmenów z południa kraju. Ostatni raz w latach 50.
Inicjatorka rezolucji z 2005 roku senator Mary Landrieu z Luizjany nie kryje, że zmotywowała ją wystawa zatytułowana "Bez nabożeństwa" ("Without Sanctuary, Lynching Photography in America"). Składa się na nią 145 zdjęć, głównie w formie kartek pocztowych, zrobionych podczas linczów.
W 2000 roku zostały także wydane w formie albumu. Człowiek, który stworzył tę kolekcję, nazywa się James Allen i sam jest białym z Południa.
Urodził się w konserwatywnej rodzinie na Florydzie. Wśród jedenaściorga rodzeństwa wyróżniał się niecodziennym hobby, które niepokoiło rodziców. Lubił starocie. Gdy bracia chcieli na urodziny rower albo strzelbę, on prosił o zabytkowy wazonik. Z czasem jego ojciec zorientował się, że ta odmienność jest dużo poważniejsza, okazało się bowiem, że syn jest gejem. Poczekał, aż James skończy 18 lat, i wyrzucił go z domu.
Młody Allen postanowił uczynić ze swojej pasji zawód. Polował na oryginalne przedmioty, które walały się po domach, i odsprzedawał z zyskiem. Potrafił przejechać kilka stanów na wieść o garnku wykonanym kiedyś rękami czarnego niewolnika. Raz stracił prawo jazdy w pogoni za stuletnią ręcznie szytą kołdrą. Jego ambicją było zostanie profesjonalnym kolekcjonerem. Takim, który tworzy unikatowy zbiór, by żyć z jego pokazywania.
W 1980 roku, miał wtedy 26 lat, na pchlim targu w Atlancie zobaczył starą pocztówkę. Przedstawiała wiszącego na dębie mężczyznę otoczonego grupką widzów. Był to głośny lincz z sierpnia 1915 roku na żydowskim dyrektorze fabryki ołówków w Atlancie Leo Franku. Frank został skazany na śmierć za zamordowanie 13-letniej robotnicy Mary Phagan. Gubernator stanu Georgia zamienił mu jednak wyrok na dożywocie. W proteście grupa obywateli nazywających się Rycerzami Mary Phagan porwała Franka z więzienia. Ponieważ był biały, potraktowano go z respektem. Skręcono pętlę, przyniesiono taboret.
"Większe wrażenie niż wiszące ciało Franka w nocnej koszuli zrobiły na mnie psie twarze ludzkiej sfory, która kręciła się wokół niego" - napisze 20 lat później James Allen w przedmowie do swojego albumu.
Za tę pierwszą pocztówkę zapłacił 15 dolarów.
Kilka miesięcy później, na innym targu, sprzedawca wziął go na bok: - Mam dla pana coś specjalnego - szepnął. I wręczył mu pocztówkę przedstawiającą śmierć Laury Nelson.
Laura była matką 14-latka oskarżonego o zabicie szeryfa. Wzięła winę na siebie, więc powiesili oboje. Na moście nad Canadian River w Okemah w Oklahoma w 1911 roku. Ją przedtem zgwałcili. Zdjęcie pokazuje wiszącą na sznurze młodą kobietę z opadniętą głową, w szczelnie zapiętej pod szyję sukni sięgającej bosych stóp. "Przypominała dziecinny papierowy latawiec zaczepiony o druty i powiewający smętnie na wietrze".
Allen zapłacił za "Laurę" 75 dolarów. Pomyślał, że takich zdjęć musi być dużo więcej.
CDN...