diabollo
23.02.19, 10:30
Były zakonnik Tadeusz Bartoś napisał powieść "Mnich": Wróciły wspomnienia z 20 lat w systemie psychicznej opresji
wywiad
Grzegorz Wysocki
Tadeusz Bartoś - filozof, profesor Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku, autor książek „Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu”, „Wolność, równość, katolicyzm”, „Jan Paweł II. Analiza krytyczna”, współautor - z Agatą Bielik-Robson - „Kłopot z chrześcijaństwem. Wieczne gnicie, apokaliptyczny ogień, praca”. Były dominikanin, z zakonu odszedł 12 lat temu
13 marca nakładem wydawnictwa Marginesy ukaże się jego debiutancka powieść "Mnich. Historia życia, którego nie było"
Grzegorz Wysocki: Nie tęskni pan za tym „ojcze”, „proszę księdza”?
Tadeusz Bartoś: Nie tęsknię. Poproszę następne pytanie.
Nie tak prędko. Nie wierzę.
- Nie brakuje mi tego, bo od kiedy sięgam pamięcią, drażniła mnie czołobitność wobec duchownych, ich sakralizowanie, także autocelebracja, całowanie w rękaw i w pierścień. To uniżenie względem duchownych nawet pielęgnujący wolność od religijnego skażenia ateiści mogą mieć zapisane w głębszej pamięci swoich organizmów.
Nie rozumiem. Na widok księdza czy zakonnicy wszyscy głupiejemy?
- Gdyby przeszła tu teraz chodnikiem zakonnica albo proboszcz w birecie, stule, komży, z wiatykiem na piersi, to gwarantuję panu, że coś by w panu drgnęło, coś by się panu przypomniało. Choćby że od dawna nie był pan w kościele. No, chyba że wychował się pan w środowisku zupełnie niereligijnym i ominęły pana wszystkie te celebracje, katechezy, rekolekcje?
Nie ominęły.
- No właśnie. To w Polsce mało prawdopodobne. Więc mamy to uwarunkowane prawie że genetycznie, naturalny odruch, kody kulturowe. Być może są tacy, którzy są całkowicie obojętni, ale nawet tacy „mniej wrażliwi” byliby grzeczniejsi w czasie rozmowy z zakonnicą czy biskupem w pełnym rynsztunku. Bo uroczysty strój, sakralny, święty.
A pan za taką miłą świętością nie tęskni?
- Wyjście z tej roli było uwolnieniem. Nie przywiązywałem znaczenia do tej całej tytulatury, „ojca”, „brata”. „księdza”. Oczywiście w każdej strukturze – kościelnej, zakonnej, rodzinnej, małżeńskiej, korporacyjnej - bardzo wiele rzeczy dokonuje się stopniowo. I to rozłożenie w czasie, niezauważalne zmiany, drobne kroki, sprawiają, że przywyka się nawet do najdziwniejszych, najbardziej absurdalnych i najbardziej szkodliwych rzeczy. Trucizna sączona kropka po kropli wchłania się bez problemu.
I między innymi po to, by opisać takie mechanizmy, napisał pan „Mnicha”? Ni to powieść rozliczeniowa z 20 latami w zakonie, ni to esej.
- Wiele wskazuje na to, że to powieść. Ale na pewno wiele osób będzie to czytać jako moją rozliczeniową spowiedź.
Ja też to tak czytałem.
- A moja intencja była prosta. Opuściłem dominikanów w 2007 roku, miałem różne z tym związane przeżycia i wspomnienia, i uznałem, że warto to jakoś udokumentować. Miałem dwa wyjścia – albo zrobić to jak zwykle, albo przerobić na jakąś opowieść. Jak zwykle, czyli językiem dyskursywnym, eseistycznym, z użyciem różnych abstraktów, że system opresji i przemoc symboliczna...
Katorga.
- Tak, takie abstrakty mówią dużo i nic nie mówią. Przekonanych nie trzeba przekonywać, a reszta nic nie zrozumie albo uzna wręcz, że usiłuję obrazić, rzucam obelgi.
Porzuca pan zakon i następnego dnia siada do pisania?
- Nie, nie. Po dwóch, trzech latach zauważyłem, że tamten świat niezawodnie odchodzi w niepamięć. Więc chciałem go sobie spisać. Najpierw dla siebie, do szuflady.
Ale w końcu pan uznał, że trzeba by to jednak pokazać miastu i światu?
- Gdzieś w okolicach 2016 roku pomyślałem, że może by do tego wrócić? Zacząłem ten tekst sprzed paru lat ponownie czytać, z dystansem.
I co się okazało?
- Że to opis systemu opresyjnego, który przeraża.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Kto jest kłamcą? Ksiądz Andrzej Szostek o klauzuli sumienia
Czyli horror psychologiczny?
- Wróciły do mnie wspomnienia 20 lat spędzonych w systemie psychicznej opresji. Jak to możliwe? Jedni powiedzą, że „ludzie ludziom zgotowali ten los”. A inni, że sam żeś to sobie zgotował, na własne życzenie, z własnej głupoty czy naiwności. Tak czy inaczej – byłem w samym środku.
„Byłem człowiekiem systemu, zaprogramowanym przez rytm, przez takt, z powodu pełnej zapału młodości spędzonej w zamkniętym świecie monokultury, monomyślenia, monoodczuwania, sądzenia, widzenia, rozumienia”.
- Element religijnego uwiedzenia jest tutaj bardzo istotny. W języku kościelnym mówi się o powołaniu. Chodzi o to, by zdobyć takich, którzy całe życie poświęcą „sprawie”. Najłatwiej uwodzić naiwnych, potrzeba więc młodzieży, po maturze albo młodszej.
Czyli gdy jest się jeszcze „młodym i głupim”?
- Tylko że „głupi” nie powinno być tutaj wyzwiskiem. Może lepiej powiedzieć, że trzeba być głuptasem, co przynależy młodości i ma w sobie jakieś elementy urody, świeżości, pasji. W starszym wieku można na to patrzeć nawet wręcz z jakąś zazdrością.
Wstępuje pan do zakonu w 1987 roku, czyli mając 19-20 lat. Umie pan dzisiaj zrekonstruować swoje ówczesne myślenie?
- Cechą tak młodego wieku jest to, że obraz świata się dostaje i przyjmuje go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdy wychowujesz się w środowisku skrajnego islamu, to sam najczęściej pozostajesz radykałem. Zdarzają się wyjątki, ale bardzo rzadko. Średnia jest, jaka jest. Jeśli ktoś wychowuje się w systemie katolickim, protestanckim czy żydowskim, taki po prostu będzie. Bez socjalizacji nie byłoby więzi i społeczeństwo by nie przetrwało. Więc ja również byłem takim zwykłym i przeciętnym przypadkiem udanej socjalizacji.
CDN...