Dodaj do ulubionych

Podatki albo śmierć

16.12.21, 12:30
wyborcza.pl/7,179012,27912441,thomas-piketty-podatki-albo-smierc-rewolucja-jest-blizej.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Podatki albo śmierć 16.12.21, 19:07
      Thomas Piketty: Podatki albo śmierć. Rewolucja jest bliżej, niż myślicie [EL PAIS]
      Marc Bassets, El Pais

      - Znajdujemy się w sytuacji podobnej do tej, która doprowadziła do rewolucji francuskiej - przekonuje francuski ekonomista i autor bestsellerów.

      Nie ma państw bogatych bez państw biednych – w historii każde wzbogacenie się jest wynikiem systemu międzynarodowego podziału pracy oraz wykorzystania
      Uznany francuski ekonomista zakłada, że przywileje przyznane wielkiemu kapitałowi doprowadzą do ogromnego kryzysu politycznego na Zachodzie. I przypomina kontekst buntu z końca XVIII wieku, kiedy arystokracja odmówiła płacenia podatków.

      50-letni dziś Thomas Piketty dzięki swoim książkom osiągnął coś, co w historii udało się tylko nielicznym ekonomistom – wprowadził dziedzinę swoich badań do centrum dyskusji politycznych i międzynarodowych agend. Ich głównym tematem jest nierówność lub, innymi słowy, długa historia postępu w kierunku równości. Ponieważ autor „Kapitału w XXI wieku" oraz „Kapitału i ideologii" określa się mianem optymisty, woli widzieć szklankę do połowy pełną (równości).

      Niedawno ukazała się jego nowa rzecz, „Krótka historia nierówności" – synteza jego idei i propozycji, zawarta na niecałych 300 stronach.

      Piketty nie należy do klubu apokaliptyków, wierzy – a potwierdzają to dane – że pomimo potknięć i komplikacji świat staje się jednak coraz lepszym miejscem. I mówi, że mimo iż partie skłaniające się do jego poglądów są w mniejszości, a w wielu krajach, jak w jego własnym, klasy pracujące głosują na populistyczne i nacjonalistyczne opcje, to i tak nie wierzy, że jego kazania trafiają w próżnię.

      – Od czasu kryzysu w 2008 r. zwiększyła się świadomość nadmiaru deregulacji finansowych lat 80. i 90., a COVID-19 dołożył do tego znaczny wkład – mówi mi w swoim gabinecie w École d’économie de Paris.

      Krytykuje pan kapitalizm, ale czy kapitalizm nie przyczynił się ostatecznie do poprawy średniej długości i standardu życia oraz do zmniejszenia nierówności?
      – To, co umożliwiło nasz cywilizacyjny dobrobyt, to złagodzenie XIX-wiecznego kapitalizmu za pomocą socjaldemokratycznej gospodarki mieszanej, czyli takiej, w której część bogactwa jest uspołeczniana. I należy kontynuować ruch w tym kierunku. Socjalizm partycypacyjny, demokratyczny i federalny, który postuluję, jest etapem długiego procesu niezwykle istotnych zmian, które już się dokonały. Panujący obecnie w krajach Europy Zachodniej system mieszanej gospodarki socjaldemokratycznej ma niewiele wspólnego z kapitalizmem kolonialnym, patriarchalnym i autorytarnym z, powiedzmy, 1910 roku. A opisywany przeze mnie system pożądany dla przyszłości różni się od obecnego tak jak ten od kapitalizmu z 1910 roku.

      Sugeruje pan, że do zmniejszenia nierówności przyczyniły się dopiero wojny, rewolucje i katastrofy naturalne.
      – Rewolucje nie zawsze są katastrofami. Faktycznie w historii mieliśmy ruchy polityczne, radykalne bunty, które dużym kosztem pozwalały zbliżyć się do większej równości. Ale nalegam na pozytywne przesłanie, na które może sobie pozwolić obserwator z dużego dystansu: istnieje stały ruch w stronę równości, który ma odległe korzenie, jest długofalowym zjawiskiem i którego spazmatycznymi emanacjami bywają rewolucje. Chodzi tu o ruch zainicjowany pod koniec oświeconego XVIII wieku, głównie dzięki rewolucji francuskiej, a także buntowi w dzisiejszym Haiti. Te dwa wydarzenia wyznaczają początek końca podziału społeczeństwa na klasy uprzywilejowane i niewolników.

      Ale postęp nie zawsze osiąga się poprzez bunty i rewolucje.
      – Owszem, innym przykładem jest Szwecja. Aż do początku XX wieku było to jedno z państw z największymi nierównościami w Europie, z bardziej ekstremalną kodyfikacją instytucjonalną nierówności niż we francuskim ancien régimie czy w cenzusowych monarchiach Francji i Hiszpanii w XIX wieku. Zaledwie 20 proc. najbogatszych mężczyzn miało prawo do głosowania, a w obrębie tych 20 proc. można było posiadać prawo do od 1 do 100 głosów, w zależności od tego, kto był najzamożniejszy wśród uprzywilejowanych. Prawo głosu miały także spółki akcyjne w zależności od zainwestowanego w gminach kapitału. I – dodajmy tu – globalne korporacje chciałyby, żeby podobny model funkcjonował dziś!

      A potem następuje wielki bunt związków zawodowych oraz rozkwit partii socjaldemokratycznej w kraju o stosunkowo wysokim wskaźniku wykształcenia – i klasa robotnicza przejmuje władzę. Jednak dochodzi do tego w sposób względnie pokojowy.

      Niemniej tego typu rewolucji nie można przeprowadzać, przestrzegając zasad wcześniejszego reżimu. W pewnym momencie następuje instytucjonalne pęknięcie. Tak się dzieje zawsze.

      Na przykład kiedy administracja Obamy oznajmiła Szwajcarii, że koniec z tajemnicą bankową, a jeśli Szwajcaria ją utrzyma, to USA cofną licencje szwajcarskim bankom, to nie było to przewidziane w międzynarodowych traktatach regulujących wolny przepływ kapitałów. A jednak wychodzi na to, że te traktaty nie zabraniają jednej ze stron powiedzenia w pewnym momencie: zmieniamy zasady gry.

      CDN...
      • diabollo Re: Podatki albo śmierć 16.12.21, 19:08
        USA to wiodąca na świecie potęga. Inne państwo prawdopodobnie nie byłoby w stanie dokonać czegoś takiego.
        – Ale zmiany historyczne napędzane są relacjami opartymi na sile, tak było i w 1789, i w 2010 r. [kiedy w USA uchwalono Foreign Account Tax Compliance Act, nakazujący ujawnianie amerykańskich aktywów za granicą – red.]. Jeśli grzecznie prosi się arystokrację o wyrzeczenie się chociaż części swoich przywilejów, to nie działa. Jeśli grzecznie prosi się Szwajcarię albo Luksemburg, żeby nie były rajami podatkowymi, to też nie działa. I te transformacje zazwyczaj wiążą się z przekształceniami instytucjonalnymi, ze zmianami w traktatach i konstytucjach.

        Nie mówię, że praworządność, w tym wiarygodność umów, nie jest ważna, ale nie powinna stawać się pretekstem do utrzymywania w nieskończoność raz uzyskanej, a niesprawiedliwej pozycji. Wszystkie opisywane przeze mnie transformacje zostały przeprowadzone w sposób wywracający wcześniejszy system prawny – ale z założeniem zastąpienia go bardziej sprawiedliwym, emancypacyjnym i egalitarnym państwem prawa.

        Postcovidowy świat będzie bardziej egalitarny?
        – Pierwszym efektem COVID-19 jest większa nierówność. Po pierwsze, między Północą a Południem. To, jak państwa Północy odmówiły przekształcenia szczepionki w globalne dobro publiczne, to więcej niż skandal – to stracona szansa. Widzimy również, jak wielkie fortuny świata urosły w czasie pandemii. Cały sektor wysokiej technologii niebywale i szybko się wzbogacił. Natomiast najbiedniejsi i najsłabsi cierpią z powodu COVID-19 najbardziej.

        Jednocześnie – jak wszystkie kryzysy tego typu – pandemia wywołała złożone procesy, ponieważ m.in. przyczyniła się także do rehabilitacji pewnej wizji usług publicznych, np. szpitali czy szerzej rozumianej opieki zdrowotnej, a to pozwala nam uprawomocnić politykę reinwestowania w usługi publiczne.

        Czyli idziemy w dobrym kierunku?
        – W tej chwili postępy są powolne.

        Sytuacja, w której 50 proc. społeczeństwa prawie nic nie posiada – we Francji czy Hiszpanii biedniejsza połowa populacji posiada raptem 5 proc. wszystkich aktywów, podczas gdy 10 proc. najbogatszych posiada po 50- 60 proc. – nie jest jedynie niesprawiedliwa, ale również nieefektywna z gospodarczego punktu widzenia.
        Te 50 proc. najbiedniejszych oraz ich dzieci mają tyle samo pomysłów i inicjatyw, co dzieci najbogatszych.

        Na dłuższą metę utrzymywanie takiej nierówności jest zbiorową stratą, bo ogranicza możliwości ekonomiczne i rujnuje perspektywę bardziej dynamicznej gospodarki, z większą cyrkulacją bogactw, własności i władzy.

        Ale musi być pan usatysfakcjonowany, że UE przyjęła porozumienie w sprawie uwspólnienia długu i masowych inwestycji w ramach uzdrawiania sytuacji po pandemii, prawda?
        – Jestem europejskim federalistą. Wszystko, co idzie w tym kierunku, jest dobre. A wspólne zadłużanie się przynajmniej pozwoliło zyskać na czasie i uratowało ideę europejską. Wolałbym jednak, żeby plan odbudowy został przyjęty przez węższą grupę, za to bardziej zdeterminowanych krajów, i przy większej demokratyzacji europejskich instytucji, przy głosowaniu większościowym, a nie jednomyślnym.

        Proszę sobie wyobrazić, że za sześć miesięcy, albo za rok, będzie potrzebny nowy dług i nowy plan odbudowy. Czy znów będzie potrzeba jednomyślności 27 członków?

        Rozwiązaniem przyszłych impasów może być wyłączenie z akcji państw, które nie chcą zaawansowanej solidarności – nie musimy zmuszać Holandii, Szwecji czy Danii do udziału. Ci, co chcą wspólnej, ściślej zjednoczonej Europy, proszę bardzo, mogą się odłączyć.
        Chociaż z mojego punktu widzenia to także będzie stracona szansa – dla nich.

        A porozumienie odnośnie do globalnego podatku minimalnego od korporacji?
        – To pociąga za sobą dwa problemy. Po pierwsze, 15-procentowa stawka podatkowa jest śmiesznie niska. Jakieś małe lub średnie przedsiębiorstwo czy gospodarstwo domowe należące do klasy średniej lub robotniczej nie może przecież sobie ot tak założyć spółki zależnej w raju podatkowym. We Francji małe i średnie przedsiębiorstwa w sektorze gastronomicznym czy budowlanym płacą przynajmniej 20-30 proc., a bardzo często łącznie nawet 30-40 proc. podatku dochodowego. Zatem 15 proc. dla korporacji międzynarodowych z możliwością zakładania spółek zależnych w rajach podatkowych jest jednoznaczne z utworzeniem uprzywilejowanego systemu derogacyjnego dla najpotężniejszych graczy.

        Obawiam się, że ta reforma 15 proc. przyniesie bardzo mało pieniędzy i tylko umocni ogromną nierówność między korporacjami i najbogatszymi z jednej strony a klasą średnią z drugiej.

        A drugi problem?
        – Jest on jeszcze bardziej poważny niż pierwszy. Chodzi o to, że ta reforma została zaprojektowana dla państw Północy, a nie Południa. Państwa, które otrzymają dodatkowe dochody, to te, w których mają swoje siedziby korporacje, czyli najbogatsze.

        Wydaje nam się, że kryzysy w Mali czy Afganistanie nas nie dotyczą, ale gdy tylko pojawia się bogactwo do wyeksploatowania – jak np. uran w Nigerii czy miedź w Kongu – zachodnie firmy od razu się tam pojawiają, tak samo jak chińskie, które działają na tej samej zasadzie.
        Jednocześnie skumulowane emisje CO2 krajów europejskich i USA będą stanowić poważny koszt dla krajów Południa, jeszcze bardziej je cofając. A pamiętajmy, że nie ma państw bogatych bez państw biednych – w historii każde wzbogacenie się jest wynikiem systemu międzynarodowego podziału pracy oraz wykorzystania, a czasem wyzysku zasobów naturalnych i ludzkich planety, jak na przykład wielkie uprzemysłowienie sprzężone z epoką kolonializmu i niewolnictwa.

        Co zatem należy zrobić?
        – Idea, że skoro dane państwo bądź osoba jest w pełni odpowiedzialne za swoje bogactwo, to musi trzymać je wyłącznie dla siebie, jest konstrukcją intelektualnie mało przekonującą.

        Musimy wyobrazić sobie system dystrybucji bogactwa, w którym wpływy z podatków pochodzą przede wszystkim od najbogatszych podmiotów gospodarczych. Gdybyśmy wzięli tylko małą cząstkę zysków międzynarodowych korporacji oraz bogactw miliarderów i rozdystrybuowali je po wszystkich państwach proporcjonalnie do ich populacji, to zasoby na inwestycje w edukację i zdrowie byłyby od ręki dziesięciokrotnie wyższe niż cała aktualna pomoc międzynarodowa, która w Afryce jest czterokrotnie niższa niż zyski operujących tam przedsiębiorstw zachodnich i chińskich.

        Podkreślam, że tworzymy system, który uderzy w nas rykoszetem. Raczej wcześniej niż później.
        Rewolucja?
        – Znajdujemy się w sytuacji zbytnio nieodbiegającej od tej, która doprowadziła do rewolucji francuskiej – mamy do czynienia z ucieczką w kierunku długu publicznego, tłumaczoną tym, że nie można wymagać od klas uprzywilejowanych, by płaciły. Wtedy to arystokracja nie chciała płacić. I jak rozwiązano tę kwestię? Kryzysem politycznym, Stanami Generalnymi, Zgromadzeniem Narodowym i ostatecznie końcem przywilejów arystokracji, której wielu reprezentantów dodatkowo położyło głowę. A teraz, w ten czy inny sposób, skończy się to tak samo. Kiedy przed chwilą mówiłem o systemie, który uderzy w nas rykoszetem, miałem na myśli nieuniknioną konfrontację Północy z Południem. Możemy to nazwać rewolucją. Dla historii rewolucje to chleb powszedni – rok 1945 czy 1968 to także były rewolucje.

        CDN...
        • diabollo Re: Podatki albo śmierć 16.12.21, 19:09
          A teraz?
          – Rewolucja, o której mówię, polega na sprawieniu, aby największe fortuny dały swój wkład w rozwój świata. Jeżeli tworzy się system, w którym można się wzbogacić, używając infrastruktury publicznej danego kraju, jego systemu edukacji, opieki zdrowotnej, a potem, klikając w zwykły przycisk, można przenieść swój majątek pod inną jurysdykcję, gdzie nie ma żadnej formy kontroli, a następnie po prostu wystawić rachunek klasie średniej i robotniczej, która oczywiście nie może przenieść się do innego kraju – to jest system nie do utrzymania.

          Pytanie, czy zakwestionowanie tego systemu nastąpi w chaosie, czy w sposób spokojny, jak bym oczywiście wolał. Jestem przecież intelektualistą, sam wybrałem ścieżkę pisania, a nie partyzantki.

          tłum. Anna Wójcicka

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka