diabollo 15.11.24, 12:36 weekend.gazeta.pl/weekend/7,177342,31464361,strzelili-rozy-w-glowe-i-wrzucili-ja-do-kanalu-jak.html#do_w=399&do_v=1159&do_st=RS&do_sid=1728&do_a=1728&do_upid=1159_ti&do_utid=31464361&do_uvid=1731596895088&s=BoxOpMT Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
diabollo Re: R. Luksemburg 16.11.24, 08:46 Ciekawe są komentarze pod artykułem. Świetnie pokazujące mental naszej średniej czy niższej klasy średniej. Napewno MC potrafiącej czytać i pisać. Niczego nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. "Raz sierpem, raz młotem żydowsko-lewacką hołotę": ot cały horyzont myślowy. Kłaniam się nisko. Odpowiedz Link
diabollo Re: R. Luksemburg 08.12.24, 07:21 www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,53662,31509534,roza-obserwuje-swoje-cialo-zaczyna-zauwazac-siwe-wlosy-i-to.html?_gl=1*xvm5nd*_gcl_au*MTc4NTczMjA3MC4xNzI4ODAxNDEx*_ga*NTg5ODc3NDk5LjE3MTMwODA1Mzk.*_ga_6R71ZMJ3KN*MTczMzYzODgxMC4xNjguMC4xNzMzNjM4ODEwLjAuMC4w&_ga=2.101292673.1255452782.1733553093-589877499.1713080539#S.MT-K.C-B.1-L.1.duzy Odpowiedz Link
diabollo Re: R. Luksemburg 08.12.24, 07:26 Żeby w ten sposób pozwolić ukochanemu odejść - bez gniewu i pretensji - trzeba dojrzałości. A Róża cierpi wywiadMonika Tutak-Goll Róża mówi własnym głosem, i w związku, i w polityce. Przerasta Leona intelektualnie, tak jak przerasta innych otaczających ją mężczyzn. Rozmowa z Weroniką Kostyrko, autorką książki "Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat" Monika Tutak-Goll: Na zdjęciu z dzieciństwa widać, że jeden ze skórzanych trzewików Róży Luksemburg ma bardzo grubą podeszwę. Czemu? Weronika Kostyrko: Róża przeszła we wczesnym dzieciństwie chorobę stawu biodrowego, która była źle diagnozowana i źle leczona. Rok spędziła w łóżku, w gipsie, bo lekarze myśleli, że dzięki temu „naprostują" stawy. To wtedy, w tym łóżku, zrodziła się jej miłość do książek. Matka, kobieta uduchowiona, kochała niemiecką i polską literaturę, więc podsuwała ją córce, choć Róża miała ledwie sześć lat. Po roku wstała z łóżka utykająca dziewczynka – nie udało się wyleczyć dysplazji, przez całe życie już potem kulała, i to kulała wyraźnie – ale oczytana, ciekawa świata, mądra ponad wiek. Z jakiej rodziny pochodziła? Z niezamożnej rodziny żydowskiej. Jej dziadek co prawda był bogatym kupcem, ale ojciec nie miał głowy do interesów. Róża miała trudny start. Urodziła się w małym Zamościu jako poddana despotycznego cara. Żydówka w Królestwie Polskim, czyli dyskryminowana podwójnie. A że była niezbyt urodziwa, kulejąca, miała też małe szanse na zamążpójście. Rodziców nie było stać na posag. Od początku świetnie się uczyła, miała niezwykły głód wiedzy. W wieku siedemnastu lat dostała dyplom gimnazjum i patent nauczycielski, a to znaczy, że osiągnęła najwyższy stopień edukacji dostępny dla kobiet w Królestwie Polskim. Żadna uczelnia w Cesarstwie Rosyjskim nie przyjmowała wtedy kobiet, więc wyjechała do Zurychu. Rodzina wolała złożyć się na jej studia, niż zbierać pieniądze na posag? Myślę, że chciała tego sama Róża, a dla rodziny była to decyzja racjonalna. Szwajcaria była wtedy tania dla cudzoziemców. Żydówki o progresywnych poglądach kształciły się tam często na lekarki i nauczycielki. Niezamożne studentki z Cesarstwa Rosyjskiego wynajmowały wspólnie całe poddasza, dzieliły się herbatą, świąteczną bluzką, tworzyły wspólnotę. Róża jedzie studiować botanikę – do dziś przetrwały jej zielniki – ale po roku przenosi się na prawo i ekonomię. I w wieku 22 lat wkracza na scenę polityczną. Wkracza dosłownie, bo jako nikomu nieznana studentka, redaktorka nielegalnej gazety, wchodzi na krzesło podczas kongresu Drugiej Międzynarodówki w Zurychu. Przemawia do kilkuset delegatów światowej socjaldemokracji, którzy w końcu biją jej brawo. Ale dla prasy sensacją jest sam fakt wystąpienia „panienki o drobnych dłoniach". Nie to, co mówi. Tę nielegalną gazetę oraz konspiracyjną partię założyła z grupką przyjaciół – piszesz, że cała Socjaldemokracja Królestwa Polskiego to były początkowo trzy studenckie pary. Róża najwięcej pisze i redaguje, jest mistrzynią słowa. Kończy studia z najwyższym wyróżnieniem i robi doktorat. Rodzice byli z niej ogromnie dumni, bo o doktorce ekonomii nikt jeszcze wtedy nie słyszał w całej żydowskiej Warszawie. Kiedy Róża przysłała im wiadomość o doktoracie, codziennie rano odbywała się w domu kłótnia, kto ma ten list przy sobie trzymać: czy ojciec, który chodzi po mieście i pokazuje go wszystkim napotkanym znajomym – czy matka, bo liczy na to, że przyjdzie do domu gość i będzie mogła się pochwalić córką. Przywiązana do tradycji matka wychowała pewną siebie, niezależną, odważną kobietę. Pewną swojej wiedzy, umiejętności, zdolności, także swojej kobiecości. Róża nie bała się oceny, krytyki, odrzucenia. Odwagę miała też w miłości. Czy to ona przejmuje inicjatywę i zaczyna relację z Leonem Jogichesem, wręczając mu paczuszkę herbaty? Nie jestem pewna, czy ona pierwsza wyszła z inicjatywą. Musieli się poznać na studiach, mieszkali zresztą na tej samej ulicy i pokonywali tę samą trasę na zajęcia. Leon Jogiches był młodym rewolucjonistą, który uciekł z Wilna. Zaczął w Zurychu studia, a pieniądze z odziedziczonego po ojcu majątku przeznaczył na druk i kolportaż socjalistycznych gazet. Historię ich związku poznajemy z długich, przejmujących listów Róży. Pisała żywe, piękne literacko listy do kilkorga przyjaciół i do ukochanych. W ten pierwszy związek weszła całą sobą, bezgranicznie oddana nie tylko w miłości, ale i wspólnej pracy. A Leon i w pracy, i w miłości był apodyktyczny, niedostępny emocjonalnie. Nie znamy jego listów, ale ona pisze do niego: „Dziodziu", „Złoto moje", „Moje serce", „Miły" – skarżąc się często, że on odpowiada jej rzadko, rzeczowo i sucho. Róża pisze o wszystkim: co myśli, co czuje, co jej dolega. Bardzo często cierpiała fizycznie. Miała nadwrażliwość żołądka, mogła mieć też endometriozę, sądząc po tym, jak opisuje swoje dolegliwości. Leon bywa brutalny w słowach – nie lubi, gdy ktoś mu się sprzeciwia, chyba wszystkich traktuje instrumentalnie. A ona w tym związku podejmuje walkę o siebie. Tak, on się świetnie zna na marksizmie, na polityce, na ruchu robotniczym, ale nie ma w ogóle talentu do pisania. A ona jeszcze niewiele na te tematy wie, ale już fantastycznie pisze – zarówno po polsku, jak i po niemiecku. On wciąga ją w pracę nad nielegalną gazetą, a ona zaczyna się wyzwalać. W jej listach da się to prześledzić: na początku żartobliwie kwestionuje jego poprawki, potem zaczyna się złościć, nawet wściekać. Wreszcie otwarcie mu się stawia: odrzuca podsuwane przez niego tematy, proponuje własne. Nie uzgadnia z nim treści swoich artykułów. Po kilku latach Róża mówi już własnym głosem, i w związku, i w polityce. Przerasta Leona intelektualnie, tak jak przerasta większość otaczających ją mężczyzn. Ich związek po 16 latach kończy się bardzo burzliwie. Bo Leon nie pozwala jej odejść. Prześladuje ją, a ponieważ nosi przy sobie rewolwer, ona też sobie taki sprawia. On szaleje z zazdrości, w życiu Róży pojawia się bowiem Kostia Zetkin, syn sławnej feministki. Kostia zaopiekował się mieszkaniem Róży w Berlinie i jej kotem, kiedy trafiła do warszawskiej cytadeli w 1906 roku. Po powrocie do domu pozwoliła mu zostać. Połączyła ich podobna wrażliwość na literaturę, sztukę i bogactwo natury. W tej relacji Róża odkrywa swoje zmysły. A potem zaczyna dostrzegać, że się starzeje. I to było dla mnie bardzo przejmujące. Ona zbliża się do czterdziestki, a Kostia ma niewiele ponad 20 lat. Róża obserwuje swoje ciało, zaczyna zauważać siwe włosy i to, że przytyła. Przy jego młodości odkrywa swoją starość. Boi się, że Kostię straci. Zrywa ten związek po dwóch latach, bo czuje, że on się od niej oddala. List pożegnalny kończy tak, jakby wypuszczała go z dłoni: „Jesteś teraz wolny jak ptaszek, bądź więc także szczęśliwy". Żeby w ten sposób pozwolić ukochanemu odejść – bez gniewu i pretensji – potrzeba niezwykłej dojrzałości. A przecież Róża cierpi. W liście wysłanym miesiąc później z alpejskiego uzdrowiska opisuje nadejście jesieni: „Ostatni kuracjusz wyjechał, na soczyście zielonych łąkach widzę tylko chłopów i chłopki z grabiami, powietrze jest pełne zapachu siana. Brzęczące osy wlatują zaaferowane do domu, na stół, niemal do moich ust. Nie odganiam ich". To dla mnie obraz kobiety skamieniałej z bólu. Po zerwaniu z Kostią Róża wraca do prowadzenia zielnika. Zajmuje tym ręce i myśli. Zbiera rośliny, suszy, opisuje w najdrobniejszych szczegółach. Pewnie jeszcze myśli o ukochanym, który często przysyłał jej w listach zasuszone kwiaty. Może się martwi, co z nim będzie? Ona namawiała go do nauki, podsuwała książki z historii, filozofii, ekonomii, botaniki. On wreszcie skończył studia medyczne, z wyróżnieniem – ale dopiero, gdy zbliżał się do czterdziestki. Jest dziś pamiętany jako adresat pięknych listów miłosnych Róży Luksemburg. Kilku mężczyzn zapamiętano tylko jako miłości Róży. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: R. Luksemburg 08.12.24, 07:28 Wszystkie późniejsze związki Róży były namiętne, z pasją. Była pełna pasji w ogóle: w jednym z listów pisze, że „Akumulację kapitału" pisała jak na rauszu. I że to był najpiękniejszy okres w jej życiu. Tych 700 stron naszpikowanych faktami napisała w cztery miesiące, a książka do dziś nie straciła wagi jako praca teoretyczna w dziedzinie ekonomii. Róża Luksemburg jako pierwsza opisała kapitalizm jako system globalny, bo naprawdę interesował ją cały świat. Gdy siedziała w więzieniach – a spędziła w nich więcej lat za pacyfizm niż za socjalizm – czytała „jak dzika". W 1918 roku w celi wrocławskiego więzienia przygotowuje krytyczny esej o rewolucji rosyjskiej, a jednocześnie pisze do przyjaciółki: „Geologia całkowicie mnie pochłonęła, niesamowicie mnie interesuje i uszczęśliwia". Potrafiła zbudować sobie cały mikrokosmos, obserwując rośliny na podwórzu więziennej kuchni albo rozpoznając głosy ptaków. Przyjaciele przynosili jej do więzienia bukiety polnych kwiatów, by dalej robiła zielniki. Zbierała pospolite rośliny, jakieś trawy, zwykłe chwasty. Bo nie chodziło jej o komponowanie pięknych stron, każdy fragment materii żywej był dla niej po prostu ważny. Czy kiedykolwiek się poddawała? Nie, ale zdarzało się, że wpadała w depresję. Wojna była dla niej najgorszą katastrofą. Była pewna, że robotnicy zorganizowani w milionowych partiach i związkach zawodowych, przez dekady uczeni internacjonalizmu, odmówią bratobójczej walki. Gdy zobaczyła entuzjazm wojenny w Europie latem 1914 roku, uznała to za swoją osobistą klęskę. W listach pisanych do przyjaciół powtarza się jednak takie sformułowanie, które bardzo lubię: „mimo wszystko" – że właśnie teraz trzeba być pogodnym i jasnym, być „mimo wszystko". Pod koniec XIX wieku rzadko który robotnik na ziemiach polskich dożywał czterdziestki. Górnicy chorowali na pylicę, garbarze truli się arszenikiem, szczotkarze dusili się od kurzu z lnu. Fosfor zabijał kobiety w fabrykach zapałek. Róża to widziała? Wiedziała o tym z książek i czasopism, ale tak naprawdę miała niewiele styczności z proletariatem. Ona nie była społecznicą. Wychowała się w niezamożnej rodzinie kupieckiej, a nędzę mogła z bliska widzieć u koleżanek gimnazjalnych. Te, których nie było stać na podręczniki, umawiały się na wspólną naukę w najbiedniejszych domach warszawskich, w facjatce u praczki na Starym Mieście czy suterenie u szewca. Właściwie wszyscy przywódcy socjaldemokracji w Europie żyli wtedy wygodnie, po mieszczańsku. Tym bardziej dziwi, że Róża potrafiła napisać na przykład bardzo ciekawy tekst o konieczności uregulowania pracy w piekarniach. Skąd wiedziała, jak wygląda dzień pracy piekarza, w jakich godzinach pracownicy śpią, w jakich godzinach pieką albo rozrabiają ciasto? O czym by zresztą nie pisała, to jej teksty są pełne realnej, konkretnej, rzetelnej wiedzy. A jednocześnie miała zdolność i odwagę tworzenia wielkich syntez. Podobno przewidziała kryzys gospodarczy 2008 roku? Sto lat wcześniej opisała mechanizm wielkiego kryzysu zadłużenia. Nie mogła tylko przewidzieć jednego: że rządy demokratycznych państw ośmielą się ratować banki i korporacje z pieniędzy podatników. To się wydaje politycznie niemożliwe. Prędzej by się pewnie spodziewała rewolucji? Ona wierzyła, że rewolucja wydarzy się jeszcze za jej życia, to przekonanie wzięła od Marksa i traktowała bardzo serio. W 1905 roku przyjechała z Berlina do Warszawy, żeby zobaczyć na własne oczy strajk powszechny. Wyjechała pod ogromnym wrażeniem i próbowała potem propagować na Zachodzie idee spontanicznej rewolucji. Ale dla Niemców nawet myśl o strajku powszechnym okazała się zbyt radykalna, bo działające legalnie partie robotnicze miały już swoich posłów w parlamentach. Drogą reform parlamentarnych wprowadzano ubezpieczenia społeczne, zasiłki i emerytury, a związki zawodowe wymuszały podwyżki. Robotnicy mieli już coś do stracenia, zwłaszcza działacze mieli do stracenia dobre partyjne i związkowe posady. Po tej rewolucji 1905 roku Róża była już outsiderką w socjaldemokracji europejskiej. Czemu w Polsce nie chcemy pamiętać o Róży? Nie ma już zakładów jej imienia, kilka lat temu skuto nawet tablicę na domu w jej rodzinnym Zamościu. Różę zupełnie niesłusznie kojarzy się z PRL-em, albo łączy z Dzierżyńskim i Leninem. Tymczasem ona była ideową przeciwniczką bolszewików, aż do śmierci toczyła z Leninem zasadniczy spór o wolność polityczną. Uważała, że socjalizm jest niemożliwy bez wolności debaty, bez otwartej dyskusji. Ma również łatkę przeciwniczki polskości, co jest oparte na niewiedzy i nieporozumieniu. To prawda, że nie chciała angażować robotników do walki o niepodległą Polskę. Wierzyła, że po światowej rewolucji nie będzie żadnej podległości, dominacji, dyskryminacji. Była jednocześnie miłośniczką polskiego języka i polskiej kultury. Pierwszy proces polityczny wytoczono jej w Niemczech właśnie za obronę polskości. W 1901 roku Róża napisała ostry artykuł przeciwko germanizacji dzieci w zaborze pruskim. Została wtedy skazana na grzywnę za obrazę pruskiego ministra edukacji. Na Zachodzie też miała czarną legendę – mówiono o niej Czerwona, albo wręcz Krwawa Róża. Jej czarna legenda na prawicy miała podłoże antysemickie. Bo ona przez całe życie była atakowana jako kobieta i jako Żydówka. Starała się te zaczepki ignorować. Kto ją zamordował? Po rewolucji w Niemczech, która wybuchła w 1918 roku, pojawiły się publiczne nawoływania do linczu na Róży. Przemysłowcy utworzyli specjalny fundusz – zebrali 500 milionów marek – i z tych pieniędzy finansowali propagandę anty-rewolucyjną. Wyznaczyli nagrodę za pojmanie albo zabicie Róży Luksemburg, finansowali druk ulotek i plakatów, które po prostu wzywały do mordu. Nie zachował się – być może nie istniał – plakat z napisem „Zabijcie Luksemburg", ale w Niemieckim Muzeum Historycznym widziałam plakat, na którym wielkimi literami wypisano „Zabijcie Liebknechta". To rewolucjonista, który ukrywał się razem z Różą. W styczniu 1919 roku zostali oboje wytropieni przez sąsiadów ze Straży Obywatelskiej i doprowadzeni do koszar nacjonalistycznych bojówek. Sfrustrowani żołnierze, którzy przegrali wojnę i którzy nienawidzili Żydów i kobiet, zastrzelili Różę i wyrzucili jej ciało do kanału w centrum Berlina. Mówi się dzisiaj czasem, że była pierwszą ofiarą Hitlera. Bo ci, którzy ją zamordowali, potem przyłączyli się do nazistów. Uznałaś, że Różę trzeba odkłamać, przywrócić, bo…? Bo została po niej wyrwa. Kiedy w pierwszej połowie lat 90. byłam korespondentką „Gazety Wyborczej" w Berlinie, na murze w zachodniej części miasta zobaczyłam wielki napis: Rosa Luxemburg. „Skąd Róża na Kreuzbergu? – pomyślałam – Ktoś ją tu pamięta?". Prędko się przekonałam, że poza Polską i Rosją pamięta o niej cały świat. Ciągle powstają nowe biografie, komiksy, filmy, nawet opery. A kiedy później zakładaliśmy „Wysokie Obcasy", to przekonałam się, ile można opowiedzieć przez historię kobiet. I że historia Róży Luksemburg to tak naprawdę historia świata w epoce rewolucji. Nie przeszkadza ci, że Róża dystansowała się od feminizmu? Rzeczywiście, nie była emancypantką, ale jest przykładem emancypacji. Nie dała sobie narzucić żadnej tożsamości, odbierała to jako ograniczenie. Była rewolucyjną uniwersalistką. Naprawdę za swój dom uznawała cały świat, „gdziekolwiek są chmury, ptaki i ludzkie łzy". Te słowa Róży są dla ciebie najważniejsze? Lubię je, ale na co dzień towarzyszy mi inny cytat, z listu do jej ostatniej miłości. Młody lekarz Hans Diefenbach jest wtedy w okopach pierwszej wojny światowej, a ona zamknięta we wrocławskim więzieniu. I pisze do niego, a oni byli na „pan" i „pani" do końca: „Chciałabym krzyknąć głośno ponad murami: Proszę zauważyć ten wspaniały dzień! Proszę nie zapominać, jaki Pan by nie był zajęty, gdy Pan gdzieś śpieszy w niecierpiących zwłoki sprawach, niech Pan nie zapomni unieść szybko głowę i spojrzeć na te olbrzymie srebrne chmury i ten błękitny ocean, po którym one płyną". *Weronika Kostyrko – dziennikarka i pisarka, pierwsza redaktorka naczelna „Wyso Odpowiedz Link
diabollo Re: R. Luksemburg 08.12.24, 07:28 *Weronika Kostyrko – dziennikarka i pisarka, pierwsza redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów". Kierowała też portalem Culture.pl, tworzonym przez Instytut Adama Mickiewicza. Nominowana do nagrody Nike za książkę „Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej" Redagowała Paulina Reiter Odpowiedz Link