diabollo
22.11.24, 07:35
Wojciech Orliński
Muskizm-seldonizm
Wysyłamy na Marsa łaziki, a nie ludzi, bo łazik przyniesie więcej bitów informacji kosztem nieporównywalnie mniejszej energii. Elon Musk chce wysyłać ludzi. Postęp to czy regres? Gdy ktoś przekonany o własnej wybitności zaczyna tworzyć nowy świetlany ustrój, skutki są upiorne.
Rafał Kasprów, niegdysiejszy gwiazdor prawicowego dziennikarstwa, zachwycał się niedawno na Facebooku Elonem Muskiem. „To urealnienie bohatera rodem z powieści Ayn Rand” – napisał i wyraził nadzieję, że przyniesie „skok cywilizacyjny ludzkości na skali Kardaszowa”. Wychowałem się na science fiction, więc zetknąłem się ze skalą Kardaszowa, jeszcze zanim Reagan został prezydentem. Ze zdumieniem obserwuję więc dziś, jak do prawicowej publicystyki przenikają powiedzonka, którymi jeszcze kilkanaście lat temu posługiwano się głównie na konwentach fantastów.
Cóż to za skala? Radziecki astrofizyk Nikołaj Kardaszow zaproponował 60 lat temu metodę oceniania poziomu rozwoju imperiów międzyplanetarnych. Nadał naukowy formalizm temu, o czym avant la lettre pisali kilkanaście lat wcześniej pisarze s.f.: Isaac Asimov, Olaf Stapledon czy mój ukochany Stanisław Lem. Za kryterium przyjął skalę energii, którą dana cywilizacja potrafi pozyskać. Typ 1. w skali Kardaszowa to cywilizacja, która kontroluje energię całej planety (a więc potrafi m.in. sterować klimatem), typ 2. – energię gwiazdy, a typ 3. – galaktyki.
Najważniejszą zaletą skali Kardaszowa jest to, że pozwala na stawianie testowalnych naukowo hipotez. Cywilizacje od jedynki wzwyż powinny wywoływać anomalie widoczne nawet z Ziemi. Na przykład gwiazda, z której jakaś dwójka doi energię, powinna mieć nietypowe widmo (czyli świecić innym kolorem, niżby to wynikało z diagramu Hertzsprunga-Russella). Astronomowie zaczęli więc na serio szukać cywilizacji ze skali Kardaszowa. Przez 60 lat nie znaleziono ani jednej, choć mamy aparaturę pomiarową dostatecznie czułą, by obserwować już nie tylko gwiazdy, ale także planety spoza Układu Słonecznego.
Dlaczego? Jedno z popularnych wyjaśnień (przytoczył je polski fizyk Andrzej Dragan, z którym kiedyś prowadziłem rozmowę na ten temat) jest takie, że zanim cywilizacja osiągnie choćby jedynkę, musi najpierw osiągnąć zdolność samozagłady. A skoro ma taką możliwość, to z niej skorzysta, bo historia nas uczy, że czy naszym przodkom udało się rozłupać kamień czy jądro atomu, w pierwszej kolejności używali tego, by się pozabijać.
Dziś wiemy już, że zdolność do produkcji energii jest słabą miarą postępu cywilizacji. Pochodzi z czasów, w których pojazdy międzyplanetarne w powieściach s.f. dźwigały pokładowe biblioteki z papierowymi książkami, bo nikomu nie przyszło do głowy, że to wszystko można zapisać na pendrivie. Dzisiaj więc modne jest mierzenie poziomu rozwoju w bitach, a nie w dżulach (zainteresowanym polecam przede wszystkim książki Jacka Dukaja, „Starość aksolotla” i „Perfekcyjna niedoskonałość”).
Brytyjski fizyk Freeman Dyson, którego teoretyczne rozważania przyczyniły się kiedyś do sprecyzowania skali Kardaszowa (dwójki powinny się charakteryzować tzw. sferami Dysona), później się od tej skali całkiem odciął. W 1979 r. zasugerował, że kluczem do postępu jest właśnie nauczenie się gospodarowania ograniczonymi zasobami energii. To właśnie staramy się dzisiaj robić – wysyłamy na Marsa łaziki, a nie ludzi, bo łazik przyniesie więcej bitów informacji kosztem nieporównywalnie mniejszej energii. Elon Musk chce wysyłać ludzi. Postęp to czy regres?
Rafał Kasprów zachwyca się, że Musk pierwsze miasto na Marsie nazwie Terminus „na cześć kolonii, jaką grupa naukowców, bohaterów powieści Assimova, założyła w odległym zakątku galaktyki, aby obronić cywilizację przed upadkiem”. Ileż tu błędów! W „Fundacji” Asimova (przez jedno „s”, panie Rafale!) nie chodzi o „obronę cywilizacji przed upadkiem”, bo główny bohater Hari Seldon za pomocą wymyślonej przez siebie nauki zwanej „psychohistorią” odkrył, że upadek jest nieuchronny. Nie próbuje go więc powstrzymać, natomiast naukowców na planetę Terminus zwabił podstępem – okłamał ich, że mają pracować nad „Encyklopedią Galaktyczną”. Wyjawił im prawdę, dopiero gdy nie mieli już możliwości ucieczki. Ta zbrodnia – podobnie jak następne popełniane przez Seldona i jego następców – jest jednak usprawiedliwiona, bo przyczynia się do zbudowania nowej lepszej cywilizacji, bazującej na zasadach naukowego seldonizmu.
Kawał fantastyki powstał w polemice z totalitarnym przesłaniem „Fundacji”. „Star Trek”, „Gwiezdne wojny”, „Ekumene” Le Guin, „Mówca umarłych” Carda, a nawet „Diuna” Herberta to alternatywne wizje imperiów galaktycznych, pokazujące bohaterów, którzy kierują się minimalizowaniem śmierci i cierpienia – w odróżnieniu od Seldona, który ma to gdzieś (wiadomo, budowa nowego lepszego ustroju wymaga ofiar).
Leninizm, seldonizm i tzw. obiektywizm głoszony przez Ayn Rand mają wspólne literackie źródło. To powieść „Co robić?” rosyjskiego nihilisty Nikołaja Czernyszewskiego. Była główną inspiracją dla Lenina (a Ayn Rand i Isaac Asimov znali ją dzięki swoim rosyjskim korzeniom). Główny bohater Rachmetow to oszust i drań, ale jest postacią pozytywną, bo z proroczego snu niejakiej Wiery Pawłownej dowiadujemy się, że jego zbrodnie przybliżają nadejście Świetlanej Przyszłości. Rachmetow to pierwowzór Seldona, ale także Johna Galta, bohatera Ayn Rand – kapitalisty doskonałego, który gardzi życiem zwykłych ludzi (zwanych przezeń „pasożytami”).
Wszystko to, czym tak zachwyca się Rafał Kasprów, powinno nas niepokoić. Gdy ktoś przekonany o własnej wybitności zaczyna tworzyć nowy świetlany ustrój, skutki będą upiorne. Jak wielokrotnie pisał choćby Stanisław Lem.
Polityka 47.2024 (3490) z dnia 12.11.2024; Felietony; s. 97