Dodaj do ulubionych

Tymczasem obecnie w Ameryce...

29.04.25, 07:07
Nikt nie skapitulował przed Trumpem tak upokarzająco, jak najbogatsi prawnicy


Mateusz Mazzini

wyborcza.pl/magazyn/7,124059,31866655,nikt-nie-skapitulowal-przed-trumpem-tak-upokarzajaco-jak-najbogatsi.html#S.index-K.C-B.1-L.2.duzy
"Cofnięcie przepustki". Biały Dom jednym zdaniem wykańcza kolejne kancelarie prawne.
- Jeśli myślisz, że to, co widziałeś ze strony uniwersytetów czy niektórych urzędników federalnych, to szczyt hipokryzji, to posłuchaj o firmach prawniczych. To nowy level appeasementu autorytaryzmu.

Sebastian jest młodym prawnikiem korporacyjnym z dyplomami najlepszych uczelni na świecie. Prosi, żeby go nie przedstawiać, bo daleko mu jeszcze do statusu gwiazdy palestry pozwalającego na więcej. Za takie słowa, jakimi zaczynamy rozmowę, grozi mu w najlepszym razie zawodowy ostracyzm. W najgorszym - utrata możliwości wykonywania zawodu na terenie USA

I nie chodzi wcale o koniunkturalizm. U Sebastiana strach o własną karierę łączy się z autentyczną troską o pracodawcę i o dobro sprawy. Bo pracuje dla jednej z kancelarii, które akurat Trumpowi się postawiły i postanowiły walczyć z systemową presją Białego Domu.

Appeasement, o którym mówi, dotyczy wojny, którą Trump wytoczył całemu środowisku prawniczemu.

Za pomocą dekretów, koncentrując władzę w egzekutywie, całkowicie omijając Kongres, w praktyce zakazał instytucjom publicznym korzystania z usług wskazanych kancelarii.
Początkowo ewidentnie chodziło o zemstę, bo pierwsze podpisane dekrety dotyczyły firm w przeszłości reprezentujących ważnych Demokratów albo bezpośrednio zaangażowanych w procesy przeciwko obecnemu prezydentowi. Ale wkrótce Trump wziął na cel firmy, którym trudno przypiąć łatkę liberalnych, lewicowych, progresywnych czy w ogóle jakkolwiek politycznie zaangażowanych.

Zemsta na szefie FBI i prokuratorze z czasów Busha i Obamy
Mechanizm jest banalnie prosty. Prezydent podpisuje dekret, często krótki, oszczędny w słowach. Niektóre pokazane mi przez Sebastiana liczą zaledwie kilka stron, czasem mniej niż dwie.

Uderza w tych notach brak jakiejkolwiek próby ustrojowego uzasadnienia decyzji Białego Domu, choćby śladu teorii prawnej. Autorzy nawet nie ukrywają motywacji, jaką jest rewanż.

Na przykład Executive Order 14230 z 27 marca nakazuje całkowite odcięcie od kontraktów rządowych kancelarii WilmerHale. W dekrecie jest wprost napisane, że to kara za zatrudnienie w przeszłości na stanowisku partnera zarządzającego Roberta Muellera.

Na pierwszy rzut oka Mueller to amerykański bohater narodowy, archetyp kogoś, kto oddał całe życie służbie temu państwu. Weteran wojny w Wietnamie, oficer marines, absolwent Princeton, prawnik. Były szef departamentu kryminalnego w biurze prokuratora generalnego, a potem, przez 12 lat, za czasów George’a W. Busha i Baracka Obamy, szef FBI.

Ale przede wszystkim - specjalny śledczy powołany w 2017 r. do przeprowadzenia niezależnego śledztwa w sprawie rosyjskiego wkładu w zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich rok wcześniej. I wszystko jasne.

Obecny prezydent nigdy mu tego nie zapomniał, choć Mueller nie zawsze był jego wrogiem – na początku kadencji Trump namawiał go na powrót do kierowania FBI. Ale gdy chwilę potem Mueller, zamiast przyjąć propozycję, został śledczym w sprawie, którą Trump od początku uważał za motywowane niechęcią doń polowanie na czarownice, sprawa stała się osobista.

Trump nie wpuszcza prawników do sądu
Odcięcie od kontraktów rządowych może wydawać się niewielkim problemem, bo przecież wielkie kancelarie o wieloletniej renomie mogą to sobie odbić z nawiązką, pracując z klientami prywatnymi, na przykład z wielkimi korporacjami. W Ameryce biznesmenów i firm potrzebujących prawnej reprezentacji nie zabraknie, nawet jeśli część świata biznesu woli trzymać dystans od "tych, co podpadli rządowi"

Ale EO są tak zaprojektowane, żeby wykoleić cały biznes podpadniętej kancelarii.

- Tu nie chodzi tylko o utratę klientów, tylko o być albo nie być. Taki dekret to dla firmy natychmiastowa egzekucja – wyjaśnia Sebastian.

- Kancelarie wskazane w EO lub memorandach prezydenckich nie mogą funkcjonować na rynku prawniczym. Dosłownie – bo

Trump nakazuje cofnięcie wszystkim ich prawnikom przepustek do budynków federalnych. A sądy to też budynki federalne.
Nie mówiąc o bardziej wyspecjalizowanych zezwoleniach na przebywanie na przesłuchaniach komisji senackich czy na dostęp do informacji niejawnych. To też zostaje zabrane wszystkim prawnikom firmy. Jednym ruchem.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Tymczasem obecnie w Ameryce... 29.04.25, 07:10
      Do tej pory Trump zaatakował ponad 20 kancelarii.

      Perkins Coie, firma z ponadstuletnią tradycją, znalazła się na celowniku, bo jej prawnicy reprezentowali sztab Hillary Clinton w kampanii wyborczej w 2016 r., a potem przeciwników Trumpa w procesach dotyczących rzekomych fałszerstw wyborczych cztery lata później. Wygrali w 64 z 65 przypadków.
      Covington and Burling pracowała dla Jacka Smitha, specjalnego śledczego federalnego zajmującego się dwoma sprawami dotyczącymi Trumpa: jego rolą w szturmie na Kapitol z 2021 r. oraz niewłaściwym przechowywaniem tajnych dokumentów zabranych z Białego Domu do jego rezydencji w Mar-a-Lago.
      Smith od dawna jest jednym z głównych celów politycznej krucjaty obecnej administracji - amerykańskie media spekulują, że niedługo sam może znaleźć się na ławie oskarżonych.
      Paul Weiss, czyli Paul, Weiss, Rifkind, Wharton and Garrison, oberwali za to, że jeden z partnerów zarządzających sam obsługiwał pozew pro bono przeciwko bojówkarzom z ataku na Kapitol.
      Jenner and Block z kolei zatrudnia Andrew Weissmanna, dawniej śledczego w zespole śledczym Muellera.
      Najnowszą ofiarą jest Susman Godfrey - kancelaria, która reprezentowała firmę Dominion w sporze z telewizją Fox News.
      Po wyborach z 2020 r. stacja wielokrotnie podawała, że producent maszyn zliczających głosy jest winien fałszerstw, bo tak naprawdę Trump wygrał. Firma poszła do sądu, zmuszając Fox News do gigantycznej ugody w wysokości 787,5 mln dolarów. 9 kwietnia Trump podpisał nowy EO, zakazując prawnikom Susman Godfrey wstępu do budynków federalnych na podstawie bliżej nieokreślonych „nieprawidłowości".

      Lista wydłuża się z tygodnia na tydzień. I już od dawna nie ogranicza się do kancelarii, które kiedyś miały związki z Partią Demokratyczną lub w jakiś sposób zadarły z Trumpem.

      Prezydent atakuje za wszystko, co mu się nie podoba. Obsługa progresywnych programów typu DEI („diversity, equity, inclusion", czyli różnorodność, równość, włączanie), historia reprezentowania organizacji pozarządowych w procesach pro bono, zaangażowanie w sprawy migracyjne – a ostatnio na muszce można znaleźć się tak po prostu.

      12 kwietnia serwis Bloomberg Law, część znanej redakcji biznesowej zajmująca się korporacjami prawniczymi, poinformował, że pięć wielkich kancelarii podpisało z Białym Domem „ugody przedwstępne". Żadna nie ma historii współpracy z Partią Demokratyczną, jej partnerzy zarządzający nie widnieją na liście darczyńców kampanii prezydenckich w rubryce „Demokraci". I żadna nie została jeszcze opisana w EO ani prezydenckim memorandum.

      O co więc chodzi?

      Fuzje i przejęcia. Stawka zbyt wysoka, żeby stawiać się rządowi
      Jak zwykle o pieniądze.

      Największe kancelarie prawnicze w USA to przedsiębiorstwa o miliardowych dochodach. Zatrudniają tysiące prawników, mają kilka, często kilkanaście biur na całym świecie. Ich działy obejmują wszystkie dziedziny prawa, od spraw kryminalnych, przez obsługę fuzji i przejęć po arbitraż międzynarodowy, bezpieczeństwo publiczne, prawa konsumenckie.

      Jak podaje branżowy portal Above the Law, Ponad Prawem, największa pod względem przychodów kancelaria Kirkland & Ellis w 2024 r. odnotowała 7,2 mld dolarów wpływu. W przeliczeniu na pojedynczego equity partner, czyli partnera mającego udziały w firmie, oznacza to średni przychód 8 mln dolarów rocznie.

      Kirkland & Ellis nie jest kancelarią udzielającą się w sprawach politycznych. Ale na wszelki wypadek jako jedna z pięciu wspomnianych poszła na ugodę z Trumpem.

      Justin Henry, reporter Bloomberg Law, tłumaczy, że to model biznesowy. Zdecydowaną większość przychodów w wielu kancelariach generują nie sprawy trafiające do sądów i tam rozstrzygane, tylko obsługa transakcji i działań korporacyjnych.

      Krótko mówiąc, najlepiej zarabiają ci, którzy przed sędzią stawiają się rzadko albo wcale. Ich bogactwo bierze się ze współpracy z elitami biznesowymi i z pracy nad wielkimi projektami typu fuzje i przejęcia.

      A że spora część rynku korporacyjnego regulują władze federalne, żaden poważny klient nie zaryzykuje porażki z powodu zatrudnienia prawników, którzy są na czarnej liście Białego Domu.
      Henry dodaje, że w tej polityczno-biznesowej układance decydujący są partnerzy zarządzający. To oni mają koneksje na najwyższym szczeblu i przynoszą wielomilionowych klientów. Jeśli w kancelarii trafi się prawnik, którego ta czy inna administracja nienawidzi, firma ma spory dylemat.

      Z jednej strony wygodnie byłoby go po prostu zwolnić, co jednak nie zawsze jest możliwe - partnerzy najczęściej są współwłaścicielami firmy. Z drugiej - szkoda pozbywać się kogoś, kto ma świetną sieć kontaktów i jest obiektywnie doskonałym prawnikiem.

      Dlatego ci, których bogactwo zależy od klientów ściąganych przez partnerów, znacznie częściej będą szli na ugodę z administracją niż firmy, które zarabiają dzięki realnym wygranym w sądzie - konkluduje Henry.

      Konserwatywny prawnik wygrywa z Białym Domem
      Nie wszyscy pocałowali pierścień Trumpa. Kancelaria Sebastiana zdecydowała się walczyć w sądzie.

      - Jestem z tego dumny. Podobnie jak cała firma. Między nami mówiąc, morale wśród pracowników jest naprawdę wysokie. Doskonale wiemy, że prawo jest po naszej stronie - nawet jeśli ta awantura może się skończyć przed Sądem Najwyższym.

      Jak na razie publicznie prezydentowi postawiły się trzy znaczące kancelarie: Perkins Coie, Jenner & Block oraz WilmerHale. Przypadek tej ostatniej jest głośny, bo odniosła już częściowe zwycięstwo.

      Jej kierownictwo wynajęło Paula Clementa, znanego i doświadczonego konserwatywnego prawnika konstytucjonalistę, pełniącego obowiązki prokuratora generalnego pod koniec drugiej kadencji George’a W. Busha. Clement, który w 2022 r. założył własną kancelarię, dekret Trumpa zaskarżył właśnie na płaszczyźnie niezgodności z ustawą zasadniczą.

      To zresztą najczęstsza interpretacja używana w obronie kancelarii - prawnicy oraz ich prawnicy powtarzają, że dekrety prezydenckie naruszają pierwszą, piątą i szóstą poprawkę, czyli swobodę wypowiedzi, prawo do uczciwego procesu oraz reprezentacji przez prawnika przed sądem.

      Clement poszedł do waszyngtońskiego sądu w imieniu WilmerHale - i sporo ugrał. Sędzia Richard J. Leon tymczasowo zawiesił EO, choć z wyłączeniem zapisu o odebraniu dostępu do informacji niejawnej prawnikom kancelarii.

      Podobny sukces odnotowała kancelaria Jenner & Block. Może nawet większy, bo ich reprezentuje Cooley's, złożona z prawników mocno związanych z Partią Demokratyczną, nawet będących swego czasu członkami administracji prezydenckich z tego ugrupowania.

      Najbogatsi prawnicy nie są solidarni
      Walkę trzech kancelarii obserwuje całe środowisko big law, wielkich firm prawniczych zza oceanu. Choć prywatnie zdecydowana większość ich pracowników kibicuje rebeliantom, to grupa tych, którzy są gotowi ukorzyć się przed administracją, jest nieporównywalnie większa i potężniejsza od tych, którzy walczą o swoje prawa.

      CDN...
      • diabollo Re: Tymczasem obecnie w Ameryce... 29.04.25, 07:11
        Pomiędzy kancelariami od kilkunastu dni krąży tzw. amicus brief - coś na kształt publicznego listu poparcia dla renegatów. Kancelarie wypowiadają się jako strona zainteresowana, ale nie procesowa. Na zasadzie: na razie nas ta sprawa nie dotyczy, ale w przyszłości może się to zmienić, wolimy więc zawczasu zaznaczyć nasze stanowisko.

        Ponad 20 prokuratorów generalnych szczebla stanowego w stanach rządzonych przez Demokratów wystosowało podobne pisma do rządu federalnego - jak pisał Reuters, powoływali się przy tym na ryzyko odebrania dostępu do reprezentacji sądowej najbardziej wykluczonym i zmarginalizowanym grupom.

        Ale spośród najbogatszych kancelarii prawniczych amicus brief nie podpisał nikt.
        Above The Law prowadzi „spine index" - wskaźnik kręgosłupa moralnego. To internetowe narzędzie monitoruje stanowisko każdej dużej kancelarii. Autorzy wskaźnika wiedzą doskonale, co chcą powiedzieć odbiorcom, bo pozycje poszczególnych firm zestawili z rocznymi przychodami i zyskami w przeliczeniu na partnera mającego udziały w swojej spółce.

        Spośród 20 najlepiej zarabiających kancelarii w USA tylko jedna, zajmująca 19. miejsce Cooley's, zdecydowała się na publiczny sprzeciw. Ich nazwa w narzędziu Above The Law jest na zielono. Zdecydowana większość uwzględnionych w rankingu firm jest na żółto - „cisza". Brak stanowiska, bierne zaakceptowanie rzeczywistości.

        Z 30 najbardziej dochodowych kancelarii 9 podpisało już ugody.

        - Ale co to właściwie znaczy „pójść na ugodę z Trumpem" - dopytuję Sebastiana, nie mogąc sobie wyobrazić, co prywatna spółka świadcząca wyspecjalizowane usługi może dać prezydentowi.

        - To właśnie ten niewyobrażalny poziom appeasementu - tłumaczy. I zaczyna wyliczać.

        Jako pierwsza ugodę podpisała firma Paul Weiss, zobowiązując się do wykonania „na rzecz administracji Trumpa i kolejnych administracji" pracy pro bono o wartości 40 mln dolarów. Zaraz potem Skadden Arps, piąta najbardziej dochodowa kancelaria kraju, zrobiła to samo - tyle że na kwotę 100 mln.

        Dodatkowo obie firmy zgodziły się, że

        Biały Dom wsadzi im „zewnętrznych niezależnych audytorów", którzy będą sprawdzać, jak w ostatnich latach prowadzone były rekrutacje i polityka personalna.
        To kolejny element krucjaty Trumpa przeciwko DEI. Logicznym następstwem tych audytów będą więc sytuacje, w których ludzie prezydenta stwierdzą, że prawnik czy prawniczka zostali zatrudnieni na bazie płci czy rasy, a nie zasług - i doprowadzą do ich zwolnień za pomocą kolejnego szantażu czy presji wywieranej na kierownictwie.

        - To działa tak jak sankcje na Iran - mówi Sebastian. - Pracujesz dla mnie, robisz robotę w sprawach, na których mi zależy i które ja wskazuję, albo eliminujemy cię z rynku.

        Mąż Kamali Harris dogaduje się z Trumpem?
        Ekspertów, prawników i komentatorów uderza nie tylko tempo zawarcia tych ugód, ale też ich skala i stopień samokrytyki. Skadden Arps w porozumieniu z Białym Domem praktycznie przyznał się do instrumentalizowania wymiaru sprawiedliwości w czasie poprzednich rządów, w ten sposób nie tylko donosząc na siebie, ale też napędzając mit założycielski MAGA mówiący o tym, że Biden nie był prawowitym prezydentem, a jego administracja używała środowiska prawniczego do celów ściśle politycznych.

        Samokrytyka to mało powiedziane. Amelia, prawniczka średniego szczebla z dużej kancelarii, opowiada, że Skadden Arps całkowicie skasowała 10 wewnętrznych grup wsparcia. W kancelarii istniały zespoły mentoringowe dla weteranów, czarnoskórych pracowników, ale też dla młodych rodziców. Wszystko bezkosztowe, starsi koledzy pomagali młodszym. Skadden Arps dobrowolnie wyeliminowało wszystkie te inicjatywy.

        Wojna prawników z Białym Domem ma już swoich męczenników.

        Pierwszą gwiazdą została Rachel Cohen, prawniczka ze Skadden Arps, która złożyła warunkowe wypowiedzenie kilka dni przed ugodą z Trumpem.
        Chciała dać szefom szansę, ale podpisali papier, i wypowiedzenie stało się wiążące.

        Pozbawiona ograniczeń korporacyjnych rozpoczęła medialne tournée. Na antenie CNN przepytywał ją słynny prezenter Jake Tapper, a młoda prawniczka nie brała jeńców. Krytykowała partnerów zarządzających za chciwość. Przypominała, że ci, którzy zrezygnowali z pracy w firmach kolaborujących z Trumpem, to prawnicy niższego i średniego szczebla, którzy „nie zarabiają 20 mln dolarów rocznie" jak ich przełożeni.

        I wrzuciła granat w sam środek powoli ogarniającej się antytrumpowskiej opozycji, bo przypomniała, że w jednej z firm, które dogadały się z prezydentem, pracuje Doug Emhoff, mąż Kamali Harris.

        „Jestem niesamowicie rozczarowana i uważam za żenujący fakt, że osoba z trzyletnim doświadczeniem musi prowadzić tę walkę, podczas gdy ludzie tacy jak Emhoff pracują w firmach idących na ugodę z Trumpem" - grzmiała w CNN.

        Cohen z miejsca stała się internetową sensacją, urosła wręcz do jednego z symboli wczesnej opozycji wobec obecnej administracji.

        Najlepsi prawnicy w USA będą pracować dla rządu. Za darmo
        Największa kwota, której równowartość we własnej pracy zadeklarowały firmy z kolaboranckiej wielkiej dziewiątki, to 125 mln dolarów. Ponieważ te kwoty nic nie mówią zwykłym śmiertelnikom, przeliczmy je na realny wysiłek prawników.

        Według danych Bloomberg Law "Above the Law" i publicznie dostępnych baz danych kancelarie najwyższego szczebla fakturują klientów na poziomie pomiędzy 800 dolarów (młody, mniej doświadczony prawnik) a 2 tys. dolarów (partner zarządzający) za godzinę.

        Uśredniając stawkę do 1 tys. dolarów za godzinę pracy, mamy 125 tys. godzin wysokiej jakości pracy najlepszych prawników w kraju. Lub 60 prawników pracujących przez rok na pełen etat.

        Za darmo. Dla rządu. W tematach i przy sprawach ręcznie przez rząd wskazanych.

        A mowa tylko o jednej firmie. Mnożąc to razy dziewięć, otrzymujemy już 540 prawników – i wciąż mowa o tych najlepszych. Trump kilkoma podpisami zmusił wielomiliardowe korporacje do oddania im swoich najcenniejszych zasobów całkowicie bez walki.

        Ktoś się nie podoba prezydentowi? Nie dostanie ani dolara za pracę dla rządu
        Ale żeby śmietanka amerykańskiej palestry nie wyszła na pazernych tchórzy i oportunistów, trzeba odnotować, że im bezczelniej Biały Dom naciska, tym więcej słychać głosów sprzeciwu.

        Adam Unikowsky, partner z Jenner & Block, w eseju w „The Atlantic" tłumaczy – zastrzegając, że pisze jako osoba prywatna - dlaczego kancelaria podjęła walkę. I ujawnia, czego Biały Dom chce nie tylko od kancelarii, ale i od wszystkich ich klientów.

        Na przykład Trump zmusza wszystkie podmioty rządu federalnego, ale też podwykonawców rządu, do ujawnienia transakcji z Jenner & Block
        - co samo w sobie brzmi niebezpiecznie, grozi upublicznieniem tajemnic pomiędzy prawnikami a klientami.

        Jeszcze ważniejsze jest to, dlaczego prezydent tego oczekuje. Otóż w EO napisano, że należy „upewnić się, że dolary podatników nie trafiają do podwykonawców rządu, których przychody zasilają działania niespójne z amerykańskim interesem".

        Trump w prezydenckim dekrecie napisał jasno i wyraźnie, że nikt, kto się z nim nie zgadza i kto robi rzeczy, które mu się nie podobają, nie otrzyma nawet grosza z publicznych pieniędzy. Nawet jeśli byłoby to wynagrodzenie za uczciwie wykonaną pracę.

        Wrogowie Trumpa: prawnicy, dyplomaci, dziennikarze, naukowcy, wykładowcy, bankierzy
        Na nic argumenty o łamaniu poprawek do konstytucji, nawet tych najbardziej fundamentalnych. Apele do Kongresu, wystąpienia medialne, międzynarodowa uwaga.

        Żaden z dotychczasowych sporów Trumpa z konkretną grupą społeczną, sektorem, instytucjami nie pokazywał tak wyraźnie natury tej prezydentury, jak wojna z kancelariami prawniczymi. Jednostki się buntują, część się poddaje, zdecydowana większość po prostu milczy, licząc na to, że awantura przejdzie bokiem.

        CDN...
        • diabollo Re: Tymczasem obecnie w Ameryce... 29.04.25, 07:13
          To już nie publicystyczna przesada: Trump naprawdę zawłaszczył największą demokrację świata i rządzi nią jednoosobowo. Nikt w szeregach administracji nie próbuje go hamować, nie mówiąc o zatrzymaniu.

          Jak zauważa komentator „New York Timesa" Ezra Klein, gdy administracja w pierwszej kadencji Trumpa była inhibitorem powstrzymującym dyktatorskie zapędy i absurdalne pomysły prezydenta, tym razem jest katalizatorem tych prądów. Cokolwiek Trump chce, ludzie wokół niego zrobią, a nawet podkręcą, dodając do tego ideologiczne zacietrzewienie oraz brutalność.

          Na historię z Big Law nie można patrzeć wycinkowo: w USA zachodzi transformacja polityczna, prawna, ustrojowa, ekonomiczna i społeczna. Wojna z kancelariami jest tylko jednym jej elementem. Precyzyjnie opisał to Franklin Foer, publicysta „The Atlantic", wskazując, że

          Trump prowadzi swoją wersję marksistowskiej walki klas.
          Jego przeciwnikiem klasowym jest tzw. PMC, Professional Managerial Class, klasa zawodowych menedżerów. To zbiór zawierający wszystkie zawody wykorzystujące intelekt i wiedzę nabytą na poziomie uniwersyteckim. Prawnicy, dyplomaci, analitycy think tanków, dziennikarze, naukowcy, wykładowcy akademiccy, bankierzy inwestycyjni.

          W Trumpowej definicji elity nie chodzi o wpływy, pozycję czy dochody - bo jakie zakulisowe możliwości oddziaływania na rząd i kraj ma naukowiec? A zarobki przeciętnego dziennikarza, który nie zna dnia ni godziny, od dochodów prawnika dzielą rzędy wielkości.

          Foer opisuje tę elitę jako ludzi, „którzy mieli przygotowanie akademickie, żeby opanować złożoność zglobalizowanej gospodarki oraz umiejętności podbicia świata cyfrowego". I zauważa, że o ile do lat 80. grupa ta po równo istniała w elektoratach Partii Republikańskiej i Demokratycznej, to już w latach 90. prawie w całości migrowała do Demokratów.

          Dla Trumpa to autentyczna oligarchia, ludzie, którzy przejęli Amerykę na własność. Dla jego wyborów - to znienawidzona elita, która narzuca im gusta estetyczne i normy społeczne, także płciowe. Prezydent nie chce jednak tych instytucji wyczyścić, a PMC zastąpić swoimi ludźmi - jego celem jest zniszczenie całej klasy i ich miejsc pracy. W Ameryce Trumpa klasy kreatywnej i menedżerskiej ma po prostu nie być.

          Opór może wyjść tylko od tych, których ta czystka dotyka. Pytam więc Sebastiana, co dalej.

          - Będziemy walczyć, bo chcemy walczyć.

          - A zdajesz sobie sprawę z tego, że czekają was długie i bolesne zapasy w błocie? - pytam.

          - Jeśli wybór jest między kolaboracją a zapasami w błocie, wybieram zapasy w błocie za każdym razem.

          *Sebastian i Amelia występują pod zmienionymi imionami.

          Mateusz Mazzini (ur. w 1990 r.) - reporter, socjolog, latynoamerykanista. Absolwent Oksfordu, studiował także w Kordobie i Bilbao oraz na University College London. Pisze o krajach Ameryki Łacińskiej, globalnego Południa, wydarzeniach na zachodzie i południu Europy oraz o europejskiej skrajnej prawicy. Nominowany do Grand Press za reportaż prasowy w 2020 r. Autor książek „Koniec tęczy. Chile po Pinochecie" oraz właśnie ukazującej się „Włochy prawdziwe. Podróż śladami mafii, migracji i kryzysów". Współprowadzi program "Wider View" w TVP World.

          wyborcza.pl/magazyn/7,124059,31866655,nikt-nie-skapitulowal-przed-trumpem-tak-upokarzajaco-jak-najbogatsi.html#S.index-K.C-B.1-L.2.duzy

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka