eddie_82
12.06.10, 01:56
Witam wszystkich,
jestem tu pierwszy raz dlatego mocno się rozpiszę żeby lepiej opisać
swój problem. Pragnę zrozumieć czy mój przypadek jest odosobniony i
z czym tak naprawdę sie borykam. A nóż ktoś to przeczyta:)
Mam 28 lat, jestem bardzo dobrze wykształcony, wiem że jestem
przystojnym i dobrym, czułym, troskliwym ale też niezmiernie
wrażliwym facetem. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że idealna
partia. Mam żonę i 4-letniego syna, rodzice zagwarantowali nam
wspaniały start - mamy duże mieszkanie, którego przez długi czas nie
będziemy musieli zmieniać, niczego nam w zasadzie nie brakuje, stać
nas wszystko, wydawałoby się sielanka. Czuję jednak, że popadam w
coraz głębszą depresję i nie wiem czy to dzieje się zupełnie bez
przyczyny czy wpływ ma na to postępowanie żony. Czasami czuję do
niej olbrzymie pretensje, czasem wydaje mi się że to wszystko moja
wina.
Poznaliśmy się 9 lat temu na studiach. Zakochałem się na zabój. Już
wtedy miałem za sobą bardzo krótkie epizody depresyjne. Zawsze
miałem zbyt niskie poczucie własnej wartości, ale często drobne
sukcesy potrafiły je na jakiś czas znacząco podnieść stąd też
stosunkowo szybko z tych dołków wychodziłem. Bardzo zależało mi na
tej znajomości, nie wyobrażałem sobie bycia z inną kobietą.
Zamieszkaliśmy razem, związek już na studiach był bardzo intensywny,
całe dni spędzaliśmy razem. Co jakiś czas popadałem jednak w coraz
silniejsze dołki. W moim odczuciu brało się to z 2 powodów - po
pierwsze zawsze miała wokół siebie znacznie większe grono
przyjaciół, w tym grupę adoratorów z której niejako ją wyrwałem. Co
jakiś czas spotykaliśmy się w tym gronie i ona jakby zapominała o
mnie, kokietowała ich. Z początku rodziło to moje pretensje do niej,
po czym po kilku dniach traciłem pewność siebie i niejako grunt pod
nogami. Wydawało mi się że wszyscy są atrakcyjniejsi ode mnie,
bardziej zabawni i ciekawsi. Potwornie bałem się że ode mnie
odejdzie. Druga sytuacja to ta,gdy pojawiała się co jakiś czas
typowa nuda w związku - bywało że nie potrafiłem jej zaradzić,
wydawało mi się że to wyłącznie moja wina, że brak mi pomysłów, znów
bałem się że odejdzie robiłem się sztuczny, próbowałem robić
wszystko by znów było fajnie, jak mi się nie udawało to się
załamywałem. Ona była zawsze czuła i wyrozumiała. Poza tymi chwilami
byłem zawsze wesołym i spontanicznym chłopakiem. I tak do ślubu.
Po ślubie szybko urodziło nam się dziecko, żona została z nim na
półtora roku w domu ja poszedłem do pracy, kończyłem jednocześnie
drugie studia i wykańczałem mieszkanie, będąc przy tym opiekuńczym
mężem i dzieckiem.
Generalnie od ślubu (teraz jesteśmy prawie 5 lat po) przez 4 lata
był spokój. Wróciło w listopadzie ub.r. ze zdwojoną siłą. Równia
pochyła zaczęła się gdy w maju ub.r. musiałem zmienić pracę (z
powodu kryzysu). Zmieniłem na lepiej płatną (w sumie awans) ale
trafiłem w grono osób które bardzo żle mnie przyjęły (przyszedłem z
zewnątrz na wyższe od nich stanowisko). To coraz bardziej mnie
podłamywało. Ale zawsze się pocieszałem, że mam przecież wspaniałą
rodzinę, dla której warto się starać i to znosić. Moja żona 3 lata
temu zaczęła pracę w dużej zagranicznej korporacji. Praca związana z
licznymi kontaktami ze współpracownikami z zagranicy, powiązana co
jakiś czas (średnio co 2-3 miesiące) z tygodniowymi wyjazdami niby
biznesowymi ale tak naprawdę integracyjnymi w różne fajne miejsca w
Europie (drogie hotele, liczne atrakcje, itp.). Na początku byłem
pewny swego, z czasem ją jednak coraz bardziej zaczęło to kręcić.
Zauważyłem że znacznie mniej ode mnie angażuje się w sprawy domowe,
zaczęła tracić zainteresowanie mną, poznała wielu fajnych dużo
bardziej wyluzowanych ode mnie ludzi i chyba sama się przy tym
trochę za bardzo wyluzowała. Do tego doszedł coraz większy brak
obowiązkowości jeśli chodzi o np. sprzątanie w domu, robienie
prania. Zawsze była pod tym względem ignorantką (ja robiłem zawsze
więcej) ale myślałem że wraz z wiekiem zmieni się to na lepsze a nie
na gorsze (szczególnie po urodzeniu dziecka). Zawsze myśleliśmy o
powiększeniu rodziny, teraz zaczęła mówić że nie chce mieć więcej
dzieci. Punktem zapalnym był jej kolejny wyjazd pod koniec roku. Jej
najbliższym współpracownikiem jest 40-letni Anglik o trochę
artystycznym usposobieniu. On ma dziewczynę ale nie mają dzieci
(twierdzi że nigdy do tego nie dorósł). Myślę że swoim luzackim
podejściem do życia potrafi jej imponować, a jemu imponuje to że w
pewnym sensie interesuje się nim dużo młodsza i piękna dziewczyna.
Przypadkowo dowiedziałem się że podczas tego pobytu wyjątkowo dużo
imprezowała i rozbijała się z nim po pubach. Zrobiłem jej awanturę
że nie zachowuje się jak przykładna matka i żona. Ona mówiła że
przecież mnie kocha i że wszystko wyolbrzymiam, mi jednak załamał
się świat, najbardziej w życiu zwątpiłem w jej uczucie i popadłem w
najsilniejszą w życiu depresję. Uraz pozostał do dziś. Nim się
pozbierałem, musiałem wtedy wziąć zwolnienie z pracy na cały
miesiąc. Po dwóch miesiącach brania leków było mi już trochę lepiej,
wróciłem do pracy.Z żoną jednak oddalamy się od siebie, coraz
częściej brakuje wspólnych tematów, ja staje się coraz mniej pewny
siebie i zazdrosny, tym bardziej że na kolejnych wyjazdach firmowych
nie zmieniła swojego zachowania. Wciąż wątpię by mnie na nich
zdradzała, ale w moim przekonaniu realizuje się coś znacznie
gorszego niż zwykły nic nie znaczący skok w bok - stopniowo i
konsekwentnie się ode mnie oddala, co coraz bardziej boli. Do tego
pojawiła się dla mnie nowa oferta znów lepiej płatnej pracy, którą
postanowiłem przyjąć by odciąć się przynajmniej od nieprzyjaznego mi
otoczenia w robocie. Myślałem że to będzie zmiana na lepsze. Okazało
się jednak że jest to praca w której całymi dniami siedzę sam i
dosłownie nie mam z nikim kontaktu. Pojawiła się między nami
niebezpieczna nierównowaga - ona bryluje w towarzystwie i się
realizuje, ja czuje się potwornie samotny i coraz bardziej
niepotrzebny, co więcej zaczęła mnie stresować jej obecność, boje
się że przez moje pogarszające się stany ona mnie zostawi. Coraz
częściej wyrzucam jej to że to przez nią, a ją coraz bardziej to
wszystko wkurza. Czuję się jak bym był jej problemem. Ja czuje w
sobie potworną pustkę, często łapią mnie ataki rozpaczliwego płaczu.
Ona to widzi przytula mnie wtedy i mówi że bardzo mnie kocha.
Potrafi być czuła i wyrozumiała. Chwilę później zachowuje się jednak
jakby to zupełnie lekceważyła i jest bardzo skupiona na sobie. Ona
kompletnie tego nie rozumie, choć zdobyła się nawet na pójście ze
mną do psychiatry (to i tak postęp). Jedyne co mnie mobilizuje do
walki z chorobą to mój syn, który jest wspaniały i którego szalenie
kocham. Bardzo się staram przez co wygląda to tak, że bardzo szybko
przechodzę ze stanu głebokiego doła w stan w którym nikt z zewnątrz
nie podejrzewał nawet że mam depresję. To zmienia się nawet kilka
razy w ciągu dnia. Mam w głowie diabelski młyn. Coraz trudniej mi z
tym żyć boje się że zawalę pracę, że przegram życie. Czasem wydaje
mi się że to choroba czasem że to przez moją żonę. Coraz częściej
myślę o odejściu od niej, ale z drugiej strony nie potrafię sobie
wyobrazić jak dużą krzywdę wyrządziłbym przez to swojemu dziecku.
Poza tym nie wiem czy w ogóle potrafiłbym żyć bez niej. Czuje się
sam jak pień.
Jeśli ktoś dotrwał do tego momentu, to sorki że tak długo. Musiałem
się wyżalić, tak naprawdę nie mam komu. Poza psychiatrą...