Dodaj do ulubionych

Pierwszy raz tutaj...

06.04.04, 17:15
... i nie za bardzo wiem, co napisać. Nie wiem co sie ze mną dzieje, wpadłam
w jakiś dziwny stan, z którego nie potrafię wyjść. To wszystko zaczęło sie
kilka lat temu.
Już jako dziecko miewałam ataki lęku i histerii, byłam strasznie
znerwicowana, gdy mialam występować publicznie nie umiałam wydusic z siebie
słowa, bałam się wszystkiego i wszystkich dookoła... zaczełam chorować, ale
nikt nie wpadł na to, że przyczyną mogą być nerwy. Moze i lekarze coś tam
wspominali, ale moi rodzice nie chcieli tego do siebie przyjąć.
Później poszłam do LO, było coraz gorzej. Opuszczałam sporo lekcji,
znienawidziłam siebie i swiat, ktory mnie nie rozumiał. Zaczęłam brać leki
uspokajajace, każdy dzień był dla mnie koszmarem. W pewnej chwili nie
wytrzymałam, postanowiłam pójść do bliskiej mi wtedy osoby(jednego z
nauczycieli) i porozmawiac, nawet poprosić o jakąś pomoc... to był mój
największy błąd, gdyż zostałam odrzucona... życie przestało mieć dla mnie
wartość.
Stopniowo pogłebiała się moja depresja(zdiagnozowano ją podczas pobytu w
szpitalu), dwa razy zmieniałam szkołę aż wreszcie przeniosłam się do
zaocznego LO, bo nie byłam juz w stanie chodzić codziennie na lekcje. Ale
zamiast lepiej, to było jeszcze gorzej.
Od kilku miesiecy czuję się strasznie... nie mam siły na niczym sie skupić,
nie mam siły do najzwyklejszych czynności, pozawalałam egzaminy... całkowicie
odcinam się od świata, nie odbieram telefonów, nie chce mi sie wychodzić z
domu... czegoś się boję, ale sama nie wiem czego. W piątek poinformowano
mnie, że chcą skreślić mnie z listy uczniów - na miesiąc przed maturą...
Juz nie mam siły życ... jestem zła na siebie, bo nie umiem się do niczego
zmobilizować, bo spieprzyłam sobie życie... co zrobić gdy umrzeć wydaje się
jedynym rozwiązaniem...? nie chcę już więcej cierpirć i zadawac bólu innym...
Obserwuj wątek
    • empeka Re: Pierwszy raz tutaj... 06.04.04, 18:43
      carmen19 napisała:
      > W piątek poinformowano
      > mnie, że chcą skreślić mnie z listy uczniów - na miesiąc przed maturą...

      No tak, szkoły (znaczy ciała uczące) bywają beznadziejnie głupie. Twój lub rodziców błąd polega
      na tym, że nie macie papierka od stosownego lekarza, że jesteś chora. To nie zwolni ze
      zdawania matury, ale można tak załatwić żeby cię dopuścili i się nie czepiali. Leć po papierek
      (do Poradni Zdrowia Psychicznego).
      Zdasz dobrze, nie - też nic takiego. Wtedy zdasz w następnym terminie.
      Znam dziewczynę, która bardzo dobrze wyszla na tym, że odsunęła od siebie problem matury
      na później.

      > Juz nie mam siły życ... jestem zła na siebie, bo nie umiem się do niczego
      > zmobilizować, bo spieprzyłam sobie życie... co zrobić gdy umrzeć wydaje się
      > jedynym rozwiązaniem...? nie chcę już więcej cierpirć i zadawac bólu innym...

      Leczyć się.
      Bardzo intensywnie.
      Z wiarą że to pomoże i z cierpliwością, bo nie pomaga natychmiast.

      Zauważ, że to forum jest dla ludzi którzy cierpią podobnie do ciebie. Mimo to radzą sobie coraz
      lepiej dzięki lekom, psychoterapiom, zwiększaniu samowiedzy i wymianie doświadczeń, np
      tutaj.

      Powodzenia
      Marta
      • uri_ja Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 08:27
        ja też taką znam:-), matura nie jest czymś co utrzyma Cie przy życiu, nie w tym
        roku to w przyszłym! uwierz mi! idź koniecznie do lekarza i niech przepisze Ci
        leki o szerokim zakresie działania, wbrew pozorom aktywizujące, nie
        uspokajające i przeciwpsychotyczne, które dadzą Ci "kopa". a na noc
        przeciwlękowe. najdalej po miesiącu zobaczysz słońce.
        ******************************************
        myślę więc jestem- powiedziałam i zniknęłam!
        stary dowcip, wiem...
        • carmen19 Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 10:39
          Dziękuje Wam za wszystkie słowa. Byłam już u dwóch lekarzy, niestety w obu
          przypadkach trafiłam na niewłaściwe osoby... ale chyba będę musiała szukać
          dalej.
          Wiem, że matura nie jest w tej chwili najważniejsza - ale powiedzcie mi jak to
          wytłumaczyć rodzicom??? Nawet mi ciężko było się z tym pogodzić, przyjąć do
          siebie kolejną porażkę, a co dopiero rodzicom dla których szkoła i kariera są
          najważniejsze...? Pare dni temu próbowałam o tym rozmawiać z mama i wykrzyczala
          mi, że ma córke idiotke, która nawet nie potrafi skończyć szkoły średniej... a
          na moje słowa, że na nic nie mam siły zarówno psychicznie jak i fizycznie i że
          chwilami nie mam siły dłużej żyć odpowiedziała, że ją szantażuję. A przecież mi
          wcale o to nie chodzi... ja chce tylko normalnie życ. Nie jestem małym
          dzieckiem, nie wiem pewnie źle myślę ale może rozwiązaniem byłoby to, gdybym
          przestała mieszać (szczególnie) mame do mojego wykształcenia i gdybym sama
          małymi kroczkami dochodziła do wszystkiego? Za kilka miesięcy moi znajomi idą
          na studia i mam możliwość przeprowadzenia się tam z nimi, więc może wtedy
          zacząć kończyć LO i przygotowywać się do matury? Nie mam pojęcia czy dobrze
          myślę, bo jak do tej pory każdy mój pomysł okazywał się niewypałem...
          A tak na marginesie, to jak moja mama dowiedziała się, ze chcą skreślić mnie z
          listy, to pogadała sobie z dyrektorem i załatwiła mi, że w środę(zaraz po
          świetach) mam wszystko naraz zaliczać... czy ona naprawde jest taka ślepa, że
          nie widzi w jakim jestem stanie??? Dla mnie najprostsze czynności są
          koszmarem...
          Prosze, powiedzcie mi co mam z tym wszystkim zrobić...
          • empeka Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 11:40
            carmen19 napisała:

            > małymi kroczkami dochodziła do wszystkiego? Za kilka miesięcy moi znajomi idą
            > na studia i mam możliwość przeprowadzenia się tam z nimi,

            Czemu nie? Zdecydujesz jak się podleczysz. Wcale nie wykluczam, że mogłabyś zdać tę maturę,
            bo przez miesiąc można się podleczyć, tylko musieliby Cię (może warunkowo?) dopuścić.

            > świetach) mam wszystko naraz zaliczać... czy ona naprawde jest taka ślepa, że
            > nie widzi w jakim jestem stanie???
            Jest taka ślepa.
            Nie znam jej i nie wiem, czy może pojąć co się z Tobą dzieje. Na razie nie załapuje. Na pewno
            chce dobrze, ale źle czyni.
            Ja od swojej mamy ucieklam, ale to określiło jakoś moje życie, teraz sądzę że moglam spokojnie
            robić swoje i puszczać mimo uszu tzw teksty mamy.
            Może daj swojej mamie przeczytać to co tu piszemy?

            Pozdrowienia
            Marta
          • emarcki Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 17:42
            Witaj, Carmen19!
            Wierze Ci - i wierze, ze pokonasz to COS.
            Trzymaj sie - szczerze zycze sukcesu, woli walki!
            Do zobaczenia
      • carlabruni Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 20:01
        Droga Carmen. zgadzam się z Empeką w 100%. Leć szybko do lekarza i załatw sobie
        odpowiedni papierek. Pozdrawiam Cie gorąco. wierzę, że kiedyś wszystko Ci się
        uda. Idź do lekarza!!!!Pozdrawiam.
    • mskaiq Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 08:14
      Wszystko obraca sie przeciwko Tobie i bedzie to trwalo az zrozumiesz ze musisz
      zmienic sposob dzialania. Ty w tej chwili poddajesz wszystko, wystepy, szkole,
      a teraz nie chce Ci wychodzic Ci sie z domu, odcinaszsie od swiata i czujeszsie
      zmeczona.

      Musisz zmusic sie do wychodzenia, musiszodbierac telefony. To normalne,
      depresja polega wlasnie na tym ze nie chce sie nam robic rzeczy ktore
      powinnismy i czesto wystepuje lek ktory odbiera ochote do dzialania.
      Piszac w tej chwli mam lekkie uczucie niecheci do pisania, ale pisze wbrew temu
      uczuciu bo wiem ze to uczucie jest przeciwko mnie.
      Ja dbam o moje zywienie, biegam, robie cwiczenia fizyczne ale za kazdym razem
      kiedy wychodze na moj bieg mam uczucie niecheci do biegu a nawet zmeczenia.
      Znam te uczucia i dlatego ignoruje je. Po biegu czuje sie swietnie.
      Nie mozna byc zlym na siebie, trzeba zaczac przelamywac te negatywne uczucia
      ktore spychaja nas w depresje.
      Jesli zaczniesz przelamywac sie to zobaczysz jak wszystko zacznie sie zmieniac
      wokol Ciebie. Wroci chec do zycia, dzialania i nauki. Przestaniesz byc samotna
      wroci usmiech i chec zycia.
      Mysle ze powinnas rozmawiac o Swoich problemach, masz forum, piszo rzeczach
      ktore Cie gnebia i o Swoich strachach. Jest tutaj ich pelno i dlatego nie sa
      takie straszne.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • empeka Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 11:33
        mskaiq napisał:

        > Wszystko obraca sie przeciwko Tobie i bedzie to trwalo az zrozumiesz ze musisz
        > zmienic sposob dzialania.

        BARDZO ŹLE radzisz.

        W depresji nie ma m u s i s z.
        Im bardziej musisz, tym mniej się udaje.
        Tylko lekkie stany i doświadczony pacjent może regulować swoje sprawy siłą woli.
        Cieszę się że sobie tak dobrze radzisz, ale nie radź dziewczynie która stanęła pierwszy raz
        przed tym problemem i nawet nie wiemy czy depresja jest zdiagnozowana, czy to sytuacyjna czy
        endogenna, a może nerwica lękowa...?
        Więc co tu radzić jak ma ze sobą postępować... to na nic.

        Pozdrawiam
        Marta
    • mskaiq Re: Pierwszy raz tutaj... 07.04.04, 17:18
      Moze warto abys pogadala z psychologiem. Bardzo wiele sukcesow przynosi
      pokonwanie strachu i slabosci. Nie mozna akceptowac zawsze co dyktuje nam
      cialo. Czesto dyktuje otylosc bo ciagle chce sie nam jesc, czesto jest to
      sennosc ktora wpycha nas do lozka i spimy po 16 godzin i nie chcemy sie
      obudzic, czesto jest to samobojstwo jako rozwiazanie problemu. Niewazne jak
      nazywa sie depresja ktora to wywoluje, wazne ze musimy przezwyciezyc mysl
      popychajace nas do samobojstwa, czy mysli ktore dzialaja niszczaco na nas.
      Bardzo wiele osob z bardzo ciezka depresja pozbylo sie jej nie biorac zadnych
      lekarstw a stosujac tylko psychoterapie i pokonywanie slabosci ktora siedza w
      nas.
      Zwykle siegamy po psychpteraqpie kiedy leczenie srodkamo farmakologicznymi nie
      przynosi zadnych rezultatow.
      Wtedy jestesmy dostatecznie zdeterminowani do szukania nowej drogi bo stara nie
      przynosi rezultatow.
      Mamy prawo robic wszystko aby sie wyrwac z depresji jakakolwiek
      metoda,najwazniejsze jest pozycie sie tego co nie daje nam zyc.
      Serdeczne pozdrowienia.

      Zalaczylem list ktory ostatnio napisane zostaly na tym forum od osoby ktora
      wyszla z bardzo ciezkiej depresji. Mysle ze warto ten list przeczytac.

      musztarda_ziolowa napisala

      Prawde mowiac to nie wiem, co napisac. Nie wiem, jak mi sie udalo wyjsc z
      depresji. Wiem tylko jedno. Nagle zaczelo mi na mnie samej zalezec.
      Wydaje mi sie, ze kolosalny wplyw na wyleczenie miala psychoterapia i lekarz.
      Sprawil, ze zaczelo mi zalezec na jednej rzeczy w zyciu. Na psychoterapii. Na
      niczym innym mi nie zalezalo poza terapia. Zylam nia do tego stopnia, ze calymi
      tygodniami myslalam tylko o tym.
      Potem powolutku zaczelo mi zalezec na coraz wiekszej ilosci rzeczy. Na tym,
      zeby zjesc posilek, na tym, zeby wstac z lozka, zeby sie wykapac, uczesac...
      To byla nauka zycia od nowa!
      To bylo tak trudne i mozolne, ze az mi ciary po plecach leca, jak sobie
      przypomne stan sprzed roku.

      A trafilam do lekarza w koszmarnym stanie. Nie mialam mysli samobojczych, ale
      po kilku wizytach pojawily sie. Generalnie pogorszylo sie bardzo. Ciagle
      myslalam o tym, ze na terapie poszlam chyba po to, zeby mi on (terapeuta)
      udowodnil, ze nie mam prawa zyc!
      Ale po tym kryzysie nastapila poprawa. Na krotko, ale jednak.
      Potem znow dol. Potworny. To bylo w lecie.
      I potem, po tym dole powoli, powoli do gory.
      Od terapii (od jej konca) minelo 8 miesiecy. Z kazdym dniem czuje sie
      silniejsza, zycie jest coraz piekniejsze, zaczynam podejmowac bardzo odwazne
      inicjatywy, na ktore nie bylo mnie stac nawet przed choroba (m.in. robie prawo
      jazdy, staram sie o prace w swoim zawodzie w prestizowej firmie).

      Lekow nie bralam zadnych. Mialam terapie indywidualna i grupowa. Bardzo duzo
      czytalam na temat psychologii, roznych zachowan ludzkich, mechanizmow itp.
      W moim przypadku raczej mi sie pogarszalo po tych lekturach, bo wszystko bralam
      do siebie. To znaczy, wszystkie zarzuty, jakie sa w takich ksiazkach. Jesli np.
      pisali o tym, ze ludzie maja sklonnosc do jakis zlych zachowan, to ja
      oczywiscie dorabialam sobie ideologie, ze to o mnie i ze jestem najgorsza osoba
      na swiecie i w zwiazku z tym musze umrzec...

      Reasumujac: u mnie najwiekszy wpyw na wyzdrowienie mialo moje zaangazowanie w
      terapie i ambicja, ze wlasnie, ze pokaze lekarzowi, ze wyzdrowieje! Ze
      jestem "dobra pacjentka" i wyjde z tego.

      I na koniec chcialam wszystkich pozdrowic i powiedziec jeszcze raz: to sie da
      wyleczyc!!!
      Ja jestem tego dowodem.
      Caluski









      Prawde mowiac to nie wiem, co napisac. Nie wiem, jak mi sie udalo wyjsc z
      depresji. Wiem tylko jedno. Nagle zaczelo mi na mnie samej zalezec.
      Wydaje mi sie, ze kolosalny wplyw na wyleczenie miala psychoterapia i lekarz.
      Sprawil, ze zaczelo mi zalezec na jednej rzeczy w zyciu. Na psychoterapii. Na
      niczym innym mi nie zalezalo poza terapia. Zylam nia do tego stopnia, ze calymi
      tygodniami myslalam tylko o tym.
      Potem powolutku zaczelo mi zalezec na coraz wiekszej ilosci rzeczy. Na tym,
      zeby zjesc posilek, na tym, zeby wstac z lozka, zeby sie wykapac, uczesac...
      To byla nauka zycia od nowa!
      To bylo tak trudne i mozolne, ze az mi ciary po plecach leca, jak sobie
      przypomne stan sprzed roku.

      A trafilam do lekarza w koszmarnym stanie. Nie mialam mysli samobojczych, ale
      po kilku wizytach pojawily sie. Generalnie pogorszylo sie bardzo. Ciagle
      myslalam o tym, ze na terapie poszlam chyba po to, zeby mi on (terapeuta)
      udowodnil, ze nie mam prawa zyc!
      Ale po tym kryzysie nastapila poprawa. Na krotko, ale jednak.
      Potem znow dol. Potworny. To bylo w lecie.
      I potem, po tym dole powoli, powoli do gory.
      Od terapii (od jej konca) minelo 8 miesiecy. Z kazdym dniem czuje sie
      silniejsza, zycie jest coraz piekniejsze, zaczynam podejmowac bardzo odwazne
      inicjatywy, na ktore nie bylo mnie stac nawet przed choroba (m.in. robie prawo
      jazdy, staram sie o prace w swoim zawodzie w prestizowej firmie).

      Lekow nie bralam zadnych. Mialam terapie indywidualna i grupowa. Bardzo duzo
      czytalam na temat psychologii, roznych zachowan ludzkich, mechanizmow itp.
      W moim przypadku raczej mi sie pogarszalo po tych lekturach, bo wszystko bralam
      do siebie. To znaczy, wszystkie zarzuty, jakie sa w takich ksiazkach. Jesli np.
      pisali o tym, ze ludzie maja sklonnosc do jakis zlych zachowan, to ja
      oczywiscie dorabialam sobie ideologie, ze to o mnie i ze jestem najgorsza osoba
      na swiecie i w zwiazku z tym musze umrzec...

      Reasumujac: u mnie najwiekszy wpyw na wyzdrowienie mialo moje zaangazowanie w
      terapie i ambicja, ze wlasnie, ze pokaze lekarzowi, ze wyzdrowieje! Ze
      jestem "dobra pacjentka" i wyjde z tego.

      I na koniec chcialam wszystkich pozdrowic i powiedziec jeszcze raz: to sie da
      wyleczyc!!!
      Ja jestem tego dowodem.
      Caluski
    • awanturka Do Carmen. 07.04.04, 21:15
      Carmen! Najpierw kilka słów o sobie, żebyś wiedziała z jakiech doświadczen płynie to co wiem o depresji.

      Moja depresja (wtedy okreslano to "znerwicowaniem" właśnie) też ciagnęła się od dziecinstwa. Z tym,że ja pod presja, że "muszę" przeszłam przez maturę i skonczyłam studia. Teraz żałuje, że okazałam się aż tak silna.

      Moja choroba i tak później uległa takiemu zaostrzeniu, ze spędziłam pół roku w szpitalu.

      Wyszłam z tego i chociaż dalej miewam teraz stany depresyjne to już nie takie jak były i potrafię z nimi jakoś żyć.

      Nie wiem co Ci radzic, bo mimo tego, że napisalaś o sobie dosc dużo to nie wiem o Tobie wielu rzeczy. W ogóle jestem bardzo ostrożna w dawaniu jekichkolwiek rad, bo zdaje sobie sprawę, że każdy przypadek jest inny.

      Mimo wszystko spróbuję coś napisac. Tylko basrdzo proszę, nie traktuj tego co napiszę jako "jedynie słuszne", nie jesten żadnym ekspertem a w takich sprawach nawet eksperci czesto moga sie mylic.

      Myślę, że jak najszybciej powinnaś trafic do lekarza. I dobrze się zastanowic czy warto zaliczac "na siłę" przedmioty w szkole i przystepowac do matury w tym stanie. Z drugiej strony nie wiem czy potrafisz sobie to w ten sposób "odpuścic", żeby to, ze nie bedziesz próbowac, nie załamało Cię jeszcze bardziej.

      Koniecznie znajdź jakaś życzliwa osobę, która wtajemniczysz w swoje problemy i poprosisz o pomoc. Możesz potrzebowac pomocy w wielu sprawach, będac w tym stanie. Nie wstydź sie prosic, w sytuacji w jakiej sie znalazłaś masz prawo pomocy oczekiwac.

      Wiem jak to jest, gdy tego, że możesz miec problemy z własna psychika nie sa wstanie zrozumiec rodzice. I chyba na przekonanie ich o tym, ze sprawa jest poważna, sama, masz niewielkie szanse. Natomiast może o tym przekonac ich lekarz (są ludzie dla których lekarz jest jakimś tam autorytetem). Problem tylko w tym czy trafisz do lekarza, który wyrazi chęc porozmawiania z Twoimi rodzicami. Gdy znajdziesz się u lekarza opowiedz mu o wszystkim, on zadecyduje co dalej. Nie spodziewaj się efektów leczenia od razu, tym bardziej, ze wyglada to na sprawę dośc zadawniona.

      W tej chwili nie ma dla Ciebie ważniejszej sprawy niż wyjście ze stanu w jakim sie znalazłaś. Tutaj chodzi o Twoje przyszłe życie. Co Ci po maturze (nawet jeżeli ja zdasz) jak bedziesz dalej siedziec w domu i dalej nie będziesz mogła się do niczego zabrać? A jak będziesz w dobrej formie psychicznej to z wszystkim powoli sobie poradzisz.

      Bardzo Ci współczuję, tym bardziej, że jak czytałam Twój post przed oczami stanęły mi moje własne problemy z przed wielu lat.

      Życzę madrych decyzji (madrych to nie koniecznie znaczy, że polegajacych na zastosowaniu się do tego co napisałam).

      Tak naprawde to tylko Ty, gdzieś bardzo głęboko, wiesz co może byc dla Ciebie dobre.
      - awanturka
      • uri_ja Re: Do Carmen. 07.04.04, 23:36
        podpisuję sie pod postem awanturki. jak ty to robisz, że zawszemasz rację (no
        prawie)...Pozdrawiam.
        ******************************************
        myślę więc jestem- powiedziałam i zniknęłam!
        stary dowcip, wiem...
        • empeka Do Uri_ji. 08.04.04, 21:21
          uri_ja napisała:

          > podpisuję sie pod postem awanturki. jak ty to robisz, że zawszemasz rację (no
          > prawie)...

          Jak ty to robisz, że wiesz kiedy Awanturka ma rację? Masz jakąś lepszą miarę słuszności?

          Marta

          PS Chodzi mi oczywiście o to "no prawie".
          • uri_ja Re: Do Uri_ji. 09.04.04, 03:12
            empeka napisała:

            > uri_ja napisała:
            >
            > > podpisuję sie pod postem awanturki. jak ty to robisz, że zawszemasz rację
            > (no
            > > prawie)...
            >
            > Jak ty to robisz, że wiesz kiedy Awanturka ma rację? Masz jakąś lepszą miarę

            > uszności?
            >
            > Marta
            >
            > PS Chodzi mi oczywiście o to "no prawie".

            Marto, pozwolisz, że przemyślę "na głos"...o ile dzisiaj potrafię myśleć. miarą
            słuszności cudzych pogladów sa zazwyczaj nasze poglądy. im bardziej te pierwsze
            zbliżone do tych drugich, tym bardziej (lub mniej) wydają nam się słuszne.
            podoba mi_sie, to co pisze Awanturka,jednak nie z tego powodu. ponieważ nie
            zawsze się z nią zgadzam, muszę przemyśleć...i wiesz, często się w końcu
            zgadzam, dla mnie więc ma rację. tylko raz ja "złapałam" na odejściu od
            zdroworozsądkowego podejścia do problemu i dlatego napisałam "no prawie".
            napiszę Ci coś jeszcze, z Toba też bardzo często się zgadzam. Pozdrawiam bardzo
            serdecznie. Uri.
            P.S. mam nadzieję, że coś z tej pisaniny zrozumiałaś- w moje myśli wkradł sie
            barok.
            ******************************************
            myślę więc jestem- powiedziałam i zniknęłam!
            stary dowcip, wiem...
            • empeka Re: Do Uri_ji. 09.04.04, 10:17
              Jasne, że zrozumiałam, piszesz dorzecznie.
              Nawet masz pewnie rację ;-)))

              Marta
              PS. Żal mnie ogarnia na myśl jak bardzo lubimy być utwierdzani we wlasnych przekonaniach, a
              jak mało interesuje nas dochodzenie do wiedzy lepiej umocowanej.
              M
              • uri_ja Re: Do Uri_ji. 09.04.04, 11:32
                mnie też żal,Marto, alecóż zrobić, taka natura :-). Pozdrawiam!
                ******************************************
                myślę więc jestem- powiedziałam i zniknęłam!
                stary dowcip, wiem...
                • zorro1234 Re: Do Uri_ji. 09.04.04, 11:39
                  Dzięki uri_ja.
                  własnie sie umówiłem na wizytę u psychiatry. b. mi pomoglaś.
                  mam nadzieje że bedziemy w kontakcie...
                  Dzięki,
                  Z.
                  • uri_ja Re: Do Uri_ji. 09.04.04, 13:05
                    nie ma za co. naprawdę. Pozdrawiam!
                    ******************************************
                    myślę więc jestem- powiedziałam i zniknęłam!
                    stary dowcip, wiem...
      • carmen19 Re: Do Carmen. 10.04.04, 11:28
        Kochani!
        Bardzo Wam dziękuje za pomoc. Niestety, nie wszyscy tak dobrze mnie
        rozumieją... ciagle tylko słysze teksty typu: "dasz sobie radę", "przecież
        jesteś zdolna", "gdyby Ci bardziej zależało, to napewno byłoby inaczej"... Tak,
        pani dyrektor szkoły oznajmiła mi ostatnio, że wcale mi nie zależy, że wcale
        się nie staram... kieydś jeszcze miewałam chwile siły, chciało mi się cos tam
        ludziom udowadniać. Chciało mi się udowadniać, że jednak nie przegrałam, że
        walcze... ale teraz wszystko jest mi obojętne...
        i tylko myśl, żeby pożeglować sobie bezpowrotnie na tamtą stronę tęczy przynosi
        mi jakies ukojenie... a może to ja jestem zła i leniwa?
        eh, taka świąteczna atmosfera a ja Wam marudze... przepraszam
        • uri_ja Re: Do Carmen. 10.04.04, 11:42
          nie marudzisz. wiesz, może nie do końca zrozumiałam: jesteś zdiagnozowana a
          Twoi najbliżsi zachowują się tak, jakby tej dignozy, albo choroby nie było.
          myślę, że powinnaś zmusić któregoś z rodzicieli do pójścia z Tobą do Twojego
          lekarza.mozna jeszcze zrozumieć zniecierpliwienie stanem chorej osoby (choć z
          trudem),ale negowanie rzeczywistości to już lekka przesada! szkoda,że nie mogę
          z nimi pogadać...Pozdrawiam Cię serdecznie.
          ******************************************
          myślę więc jestem- powiedziałam i zniknęłam!
          stary dowcip, wiem...
        • awanturka Re: Do Carmen. 10.04.04, 12:01
          carmen19 napisała:

          > Byłam już u dwóch lekarzy, niestety w obu
          > przypadkach trafiłam na niewłaściwe osoby... ale chyba będę musiała szukać
          > dalej.

          Nie zrozumiałam. Byłas u dwóch psychiatrów i oni zbagatelizowali Twój problem?
          Jazeli tak to jak najszybciej poszukaj trzeciego.

          To, że "tylko myśl, żeby pożeglować sobie bezpowrotnie na tamtą stronę tęczy przynosi jakies ukojenie" świadczy o tym,że Twój stan jest poważny.

          Szybko do lekarza! Nie ma co z tym zwlekac!!
          -awanturka
        • carmen19 Re: Do Carmen. 10.04.04, 20:33
          Uri_ja... myślę, że wszystko dobrze zrozumiałaś - moi bliscy nie dopuszczaja do
          siebie mysli o chorobie, udaja przed soba, że cos takiego jak depresja w ogóle
          nie istnieje... a juz napewno nie u mnie...

          Awanturko... pani psychiatra byla tak miła, ze przez pół mojej wizyty robila
          notatki dotyczace poprzedzajacego mnie pacjenta, a druga polowe próbowala
          mi "wcisnąć" teorie zmuszania sie do różnych rzeczy, czyli cos podobnego do rad
          Mskaiqe'a... ja nawet nie mialam sily myslec, a ona mi mowi, ze napewno nie
          jest tak źle... że przeciez powinnam byc szczesliwa...
          o drugim lekarzu nawet nie wspomne.

          Heh... jutro przyjezdza do mojego domu jakas rodzinka na Świeta. Jak pomysle,
          ze bede musiala troche sprzatnac w pokoju i do tego rano wstac... i jeszcze
          jakos normalnie sie ubrac(zrobic z siebie czlowieka) to juz na sama mysl
          wszystkiego mi sie odechciewa.
          Chcialabym sie schowac, gdzies zniknac zeby miec spokoj... zasnac i juz sie nie
          obudzic... przespac to chore zycie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka