emarcki
09.04.04, 17:39
Wielu spraw. Dlaczego nie można uciec, po co te lęki, kogo to wszystko obchodzi, wiesz najlepiej, co teraz się w "życiu" liczy, uwierz w ludzi, uwierrz w siebie...Słowotok, banałów deszcz.
Moja depresja to koniec liceum i początek studiów. Kawał czasu temu. Klasyka: zwątpienie, zniechęcenie, zmęczenie, przemęczenie, znużenie, choroba.
Pusta przestrzeń wokoło w celach jakoby izolacyjnych.
Dorobienie sobie teorii o takiej już konstrukcji świata, który lubi po prostu uwalić i upodlić człowieka.
Były takie przesłanki, była też i walka, ale wzięło górę najgorsze - zmory.
Remedium-samoleczenie.Jak?-nicnierobienie z TYM.
Próba akceoptacji takiego właśnie stanu rzeczy.Świat się nie kręci wokól, tylko woków Śłońca, a kto nie zdąża i zdąża - może powinien wysiąść.
A cholera wie.
Są pozytywne sprawy przebywania w takim potwornym dole - zaczyna się naprawdę kleic teoria tego całego parszywego świata.
Można obiektywnie, z ostrością żylety ocenić swoje wszystkie klęski.
A dlaczego piszę - wynurzyłem się na chwilunię, złapałem tlenu - ale to co zobaczyłem, jak w bajce o starcu i rusałce, twarz człowieka, który jest już zbyt - dorosły, by swojej walce nadać odpowiedni temperament i orientację na zwycięstwo - to straszne przeżycie.
Boli po nocy światło.
A pytanie o radę - łykać pigułki czy dać spokój własnej biochemii?
Rozpisałem się - przepraszam.Emarcki