Dodaj do ulubionych

Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo

25.04.04, 21:47
Często spotykam się z opinią, co gorsza często wśród ludzi chorych, że
pozukiwanie przyczyn swojej depresji, lęku, słabości psychicznej i
nadwrażliwości w traumatycznym dzieciństwie, jest zasługującym na naganę
samousprawiedliwianiem się i że to nie honor. A przecież oczywistym jest
fakt, że deficyty emocjonalne nie biorą się z niczego - brak pozytywnych
relacji z rodzicami, brak poczucia bezpieczeństwa we wczesnym dzieciństwie i
należytego wsparcia psychicznego dają rezultat taki, że jednostka wkracza w
dorosłość zalękniona, zakompleksiona, przepełniona poczuciem winy, z niską
samooceną, nieszanująca samej siebie, nieufająca sobie i niezdolna do ufania
ludziom. Jak ktoś taki ma odnosić sukcesy, walczyć, bronić i zdobywać? Jest
skazany na porażkę! Jednakże ludziom, z którymi przestaje, oczywiście nie na
rękę jest, żeby taki ktoś miał jakąś taryfę ulgową, więc kładą mu do głowy,
żeby szukał winy w sobie, a nie w dzieciństwie - że jest leniwy i niezdolny.
I ktoś taki się pogrąża, bierze na siebie pełnię odpowiedzialności, która go
przygniata, zaciska zęby i próbuje brnąć przed siebie, wydaje mu się, że jest
w stanie dogonić innych, ale to daremny trud. Porównuje siebie z innymi i
dochodzi do wniosku, że przeganiają go ludzie przeciez głupsi i mniej zdolni
od niego - zaczyna wierzyć w jakieś złe fatum, które go prześladuje, ale
wciąż wstydzi się przyznać, że pod skorupą społecznej pozy kryje się u niego
ropiejąca rana z dzieciństwa, która osłabia go coraz bardziej.
Jedyna droga dla takiej osoby to psychoterapia i praca ze sobą, próba
poznania siebie i samoakceptacji - zejście na poziom emocji, które go
wypalają i próba ich rozgryzienia, przeżycia do końca, pokonania. Jeśli
mieliście nieudane dzieciństwo, a teraz macie problemy ze sobą, nie bójcie
się połączyć tych dwóch faktów! Zrzucenie choć odrobiny odpowiedzialności z
samego siebie pozwala zdystansować się wobec swoich problemów i jest poważnym
krokiem w stronę wyzdrowienia.
Obserwuj wątek
    • carlabruni Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 25.04.04, 21:55
      witam Cię negatywisto. Jest dokładnie tak jak piszesz. W moim domu zawsze były
      kłutnie, karczemne aantury. Wydaje wiec mi się, że płacę za to dość wysoką
      cene. Jestem atrasznie nerwowa i pewnie z tego brała sie moja depresja.Kontakt
      z ojcem jako dziecko tez miałam nienajlepszy. Pewnie dla tego też ciągle nie
      jestem pewna czy mój facet mnie kocha, chociaż nie zadręczam go takimi
      pytaniami bo to głupie. Wszyscy dookoła trąbią mi, że nie mam się czego
      obawiać. Mówią mi, że mam wspaniałego, zaradnego mężczyznę, a ja gdzieś tam
      dusze w sobie obawy czy będe dobrą dla niego żoną, czy bede dobrą matką dla
      naszych dzieci. Na szczęscie on wybija mi to z głowy i jest mi łatwiej. Pewnie
      dla tego tez tak szybko wróciłam do siebie i stałam sie na powrót radosna. Ale
      sie rozpisałam. Jeszcze raz bardzo gorąco Cię pozdrawiam. Zrób cos dla mnie....
      USMIECHNIJ SIĘ.
    • psychodelic Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 25.04.04, 21:59
      Masz racje. Przeszłości nie zmienisz, a los jest wg mnie JEDYNYM czynnikiem, i
      nie mylić tu z determinizmem. To znaczy nie" co ma byc to będzie" ale raczej "
      jest, jak jest". Nie mamy wpływu na czynniki genetyczne, środowiskowe itd. Nikt
      się zreszta, jak to się mówi na swiat nie prosił. Nawet jesli jestes zdrowy,
      zdolny, ambitny, efektywny, wytrwały etc.etc. to sobie tego nie wybrałes i
      żadna twoja zasługa. Tak jak nie wybierasz marnego losu. Jest jak jest.
    • angharad Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 25.04.04, 22:27
      Negatywisto,
      Po raz pierwszy w życiu mogę się podpisać pod KAŻDYM słowem Twojego postu.
      Bardzo mi z tego powodu miło.
      Pozdrawiam.
      Angharad.
    • vinja Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 25.04.04, 22:53
      Negatywisto , to wszystko prawda o czym piszesz.
      Długo byłam przeciwna hipotezie , że moja choroba to następstwo traumatycznych
      przeżyć w dzieciństwie.
      Byłam przeciwna , bo zdawało mi się to upokarzające dla mnie , dla rodziny ,
      którą chciałam koniecznie postrzegać w dobrym świetle.
      Niestety podczas psychoterapii , psychoanalizy wyszło wszystko i sama sobie
      przyznałam , że moje dzieciństwo nie było takie jakim chciałabym je pamietać.
      Długo trwało zanim sie z tym oswoiłam , pogodziłam.
      Teraz umiem nawet nazwać po imieniu to co działo się w moim domu rodzinnym ,
      pomimo wykształcenia rodziców i świetnej o nich opinii - była to PATOLOGIA.
      Wciąż pracuję nad tym , żeby wyrzucić z siebie to co zostało we mnie odkryte,
      żeby pozbyć się " poczucia winy małej dziewczynki".
    • troll30 Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 26.04.04, 00:53
      Tak, to wszystko o czym piszesz negatywisto to prawda. Jedno tylko mnie
      zastanowilo: ta "taryfa ulgowa". Nie do konca jestem pewna co przez to
      rozumiesz? Czy jezeli mialam nieszczesliwe dziecinstwo to znaczy ze cos mi sie
      wiecej od innych nalezy w ramach rekompensaty? Ludzie, z ktorymi przestajesz
      nie mieli swego udzialu w Twojej nienajmilszej przeszlosci, byc moze wielu z
      nich mialo podobne albo nawet gorsze doswiadzcenia, tylko nie mowia o tym, wiec
      trudno wymagac od nich by dawali Ci jakas taryfe ulgowa. Moze brzmi to
      brutalnie ale taka jest prawda. Rola psychoterapii jest wlasnie przepracowanie,
      wyczyszczenie i niestety, niestety zaakceptowanie przeszlosci taka jaka byla,
      bo w innym przypadku mozna probowac isc przed siebie biczujac sie kazdego dnia
      z powodu tego co nas kiedys spotkalo i oczekujac od innych by sie nad nami
      uzalali, litowali i dawali nam te taryfe ulgowa. Ale takie podejscie zaprowadzi
      nas dokladnie do punktu wyjscia. Bardzo trudno jest pozbyc sie zalu i tych
      wszystkich emocji, ktore nie pozwalaja nam normalnie zyc, bo w pewnym sensie
      dostarczaja nam one swego rodzaju masochistycznej przyjemnosci. Bo
      latwiej "plawic" sie w tym zapieklym zalu a najtrudniej sprobowac sie z nim
      rozprawic raz na zawsze i wziac odpowiedzialnosc za tu i teraz, co napawa nas
      takim lekiem. Pozdrawiam.
    • randybvain Problem winy i kary 26.04.04, 01:20
      Bo gdzie jest wina, musi być kara. Jeśli myślimy w kategorii: jestem winny/a ,
      albo zrzucacie to na rodziców: to oni są winni, to gdzieś tam majaczy jakaś
      kara. Siebie karzemy sami wiecie najlepiej jak, rodziców chyba nie, ze względu
      na miłośc, która temu przeszkadza (chodzi mi o podświadomą miłość), a w ramach
      zastępstwa obrywają nasi nowi bliscy: dzieci, małżonkowie, przyjaciele. A
      najcześciej problem jest tak cholernie złożony, że przyczynę można odsunąć
      dalej w przeszłośc, i usprawiedliwić kolejną osobę:|
      Na przykład u mnie fakt, że matka rzucała mną po ścianach, wynikał z tego, że w
      dzieciństwie sama miała zakłócone relacje ze swoim ojcem, a to z powodu babci,
      która... i tak dalej. Ale eskalacja nastąpiła na mnie i zaczęła się przerzucać
      na inne osoby ze mną związane.
      Kiedyś trzeba przestać obwiniać, kiedyś trzeba zaakceptować, kiedyś trzeba
      wybaczyć. Life goes on and on...
    • cptniamo ZRESZTĄ NIE WIEM 26.04.04, 07:25
      Dobry wątek.
      Przepraszam, że napiszę o sobie, ale myślę, że to dość ciekawe. Ja i moja
      siostra (super babka, kumpela) mamy depresję.
      Ona łazi po klubach i dość lekko się prowadzi - ja 2 lata dążyłam do bycia z
      konkretnym gościem, a teraz jestem z nim od 2 lat.
      Ona piękna, kobieca - ja problemy z anoreksją.
      Ona pzed lustrem cały czas, "jaka jestem piękna" - mnie można straszyć
      zwierciadełkiem jak bazyliszka.
      Ona czuje się szarą myszką towarzyską - ja jestem centrum trzydziestoosobowej
      paczki ludzi, znających się dzięki mnie.
      Ja sukcesy "naukowe" - ona równie mądra, ale nieambitna.
      Teraz ona jest 4 dni w tygodniu w klubie, codziennie poznaje nowych ludzi - ja
      wciąż w domu i boję się odebrać telefon.
      Ona mówi: "niech starzy całują mnie po rękach za to, że biorę od nich kasę" -
      ja chcę ciąnąć jak najmniej.
      W okresie dojrzewania ona zawsze "tak tak, tato", a ja nienawidziłam go i
      potrafiłam poczęstować go stekiem podwórkowej łaciny.
      I tak dalej...

      Fakt, że jesteśmy rodzeństwem wskazuje na to, że nasza depresja wynika z
      problemów w domu. Jednak bezpośrednia przyczyna jest zupełnie inna - u niej owo
      poczucie, że jest "szarą myszką", u mnie poderwanie tego wymarzonego - i strach
      przed tym, że jestem nie taka i mogę go stracić (stąd anoreksja, chociaż nigdy
      gruba nie byłam).
      Mimo świadomości (racjonalnej), że jestem piękna jak moja siostra, że mój facet
      mnie kocha, a rodzice rozumieją czym jest depresja i opiekują się jak
      niemowlakiem, nie potrafię poczuć się bezpieczna.
      Te rzeczy wymyśliłam sama. Psychoterapeutka dziwiła się (już ją pożegnałam), że
      u mnie w domu było właściwie ok, skąd więc moje schizy?
      Właściwie przez nią zwalanie na dzieciństwo traktuję jako freudowską półbzdurę.
      W związku z tym wszystkim nie chcę zwalać na traumatyczne dzieciństwo. Wiele
      rzeczy było nie tak, ale to nie wina rodziców, są zbyt głupi. Dzięki temu
      przynajmniej zaczęłam myślec samodzielnie i dużo (trochę za dużo, stąd
      depresja). Teraz oni żałują, czują się winni, chcą odpokutować. Ja im nie daję
      (np ciągnięcie kasy)...
      Muszę być samodzielna, wygrzebać się. Dali mi schizę, ale dali mi też mózg,
      jesteśmy kwita. Nie będę na nich zwalała. Są takimi śmieciami, że nawet nie
      będę się na nich wściekała. Niech żałują, pokutuja - to nie moja sprawa. Kiedyś
      się buntowałam, nienawidziłam ojca, teraz nawet mogę słuchać jego bzdurnych
      radiomaryjowych i antyżydomasońskich przemówień.
      Cóż, normalnym ludziom rodzice dali bezmózgowie i katolicyzm, normalność i
      konstruktywizm, mnie zaś - myślenie i samodzielność światopoglądową,
      autodestrukcję. Naprawdę nie wiem, co gorsze.
    • angharad Owadzie życie... 26.04.04, 10:23
      Taki ten wątek mądry. Takie niby oczywiste sprawy poruszacie, a jednocześnie
      potwierdza się zasada, że proste prawdy są najgłębsze. Szczegónie, że tak
      trudno akceptowalne. Trudno nam przyjąć to, że nie dokońca decydujemy o tym
      jacy jesteśmy. Że zadecydowano za nas, a szczególnie, że ci, którzy
      zadecydowali, też nie zrobili tego z własnej woli. Szukamy winnego, ale kiedy
      już znajdziemy, to z różnych przyczyn nie możemy go ani oskarżyć, ani mu
      wybaczyć. I wracamy do punktu wyjścia.

      Naczytałam się o tym problemie, napasłam wiedzą na ten temat, ale pomijając mój
      obecny stan intelektualny, nie jestem w stanie przywołać wiele z rzetelnej
      wiedzy jaka swego czasu posiadłam, właśnie z tego powodu, że tę wiedzę wyparłam
      możliwie skutecznie jak się dało. Prostsze i o wiele bardziej oczywiste jest
      oskarżenie o wszystkie nieszczęscia siebie, bo nie dość, że w razie czego
      konfrontacja z sobą samym jako karzącym jest znośniejsza, to jeszcze rośnie
      mniej lub bardziej poczucie własnego znaczenia w sensie mocy sprawczej.

      Swego czasu byłam poddana na wpół freudowskiej metodzie psychoterapeutycznej
      polegającej na wizualizacji wybaczenia osobie, która jawi się nam jako ta,
      która miała najwiekszy wpływ na nasze późniejsze zachowania i problemy w
      relacjach ze światem, a którą instynktownie najtrudniej byłoby na przykład
      przytulić, popatrzeć jej w oczy i powedzieć: "kocham Cię". Powiecie może, że
      to głupie i nic trudnego? Ha! Głupie, to nie wiem, bo do różnych "metod"
      podchodzę z rezerwą, ale i zaciekawieniem. Nic trudnego? O Boże! Nie
      przeżyłam wielu podobnie trudnych sytuacji. Pomimo iż doskonale zlokalizowałam
      w swoim otoczeniu rzeczoną osobę, to jak piskorz próbowałam wywinąc się od
      zbliżenia. Doszło nawet do tego, że w zastępstwie oskarżyłam o wszystkie swoje
      traumy kogoś, kto był najbliższym moim sprzymierzeńcem, bo tak łatwo było sie
      do niego przytulić...

      Psychologowie spierają się co do wieku, do kiedy kształtują się nasze
      charaktery, do którego traumy maja decydujący wpływ na nasze późniejsze życie.
      Osobiście jestem podobno trudnym przypadkiem, bo huśtawka od beztroski do
      nieprawdopodobnych trudnosci trwała u mnie nieprzerwanie i cyklicznie przez
      okres pierwszych 10 lat życia. Ponieważ przeszłam zarówno przez traumy z
      okresu nieswiadomego dzieciństwa, jak i doświadczenia głęboko już zapadłe w
      pamięć świadomą oraz wspomnienia absolutnego dopieszczenia, nawet wychuchania w
      sensie zarówno emocjonalnym jak i intelektualnym, ta cykliczna huśtawka z
      jednej strony mnie wzmocniła, z drugiej udowodniła, że nic nie trwa wiecznie i
      że za wszystko, co dobre czeka mnie kara. To dlatego tkwi we mnie ciągłe
      poczucie zarówno jednostkowej unikalności i niezwykłości, z drugiej zaś
      zasługiwania na każdą, nawet najbardziej bezpodstawną krytykę mojej osoby.
      Stąd ciągła potrzeba potwierdzania swojej wartości i jednoczesne umniejszanie
      tej wartości wobec reszty świata. To tak jakbym bezustannie się
      przepoczwarzała z ohydnej gasienicy w motyla. A wiadomo, że proces ten jest
      bolesny, i że owadzie życie bywa krótkie.

      pozdrawiam
      angharad.

    • another_story Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 26.04.04, 15:13
      Wspomnienia z dzieciństwa były pierwszą rzeczą, o jaką spytała mnie pani
      psycholog na początku naszej krótkiej znajomości. Tyle że w moim wypadku było
      to zrozumiałe i oczywiste... tak oczywiste, iż nagle sama zaczęłam szukać
      dziury w całym. Bo może faktycznie przeceniam tamte wydarzenia? Ludzie mnie
      krzywdzili, zgadza się, ale coraz częściej myślę o tym jako o pretekście do
      permanentnego użalania się nad sobą. To się ponoć zwie lepkością psychiczną.
    • emanon Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 26.04.04, 15:19
      Dzieciństwo jest chyba najważniejszą częścią naszego życia. To tu zaczyna się
      wszystko,tu najwięcej się uczymy,tu zaczynamy dokonywać naszych pierwszych
      wyborów, tu nasza psychika nabiera kształtów. Jeśli w tym okresie jest się
      olewanym uczuciowo, bitym,utwierdzanym w tym że jest się do dupy etc. to ciężko
      potem zmienić swój sposób bycia i podejście do niego. Poczucie
      osamotnienia,lęki,poczucie braku własnej wartości,obwinianie się o
      wszystko,niechęć do bycia,zostają .

      Cóż,"zepsuto" mnie i własnie z tego powodu,że to nie tylko ja jestem winny
      swego stanu,będę brnął przez życie dalej.


      A Ndzieja niech doda skrzydeł Wam i mnie.
    • empeka Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 26.04.04, 22:13
      A co z genami?
      Zawsze sądziłam, że najpierw trzeba mieć predyspozycję genetyczną, potem niefart
      w dzieciństwie (ewentualnie później) i dopiero można sobie wyhodować np. depresję,
      szczególnie, jak sama nazwa wskazuje, tę endogenną.

      A taką schizofrenię, to już tylko na bazie DNA... żadnej dowolności.
      Itd.

      Marta
      • uri_ja Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 27.04.04, 06:36
        nie, to ne tylko geny, przecież moze być jakiś pierwszy w rodzinie, poza tym
        przeceniamy nasz genom, albo go niedoceniami. ja mam jedno i drugie: DNA, które
        nie poddało sie schizofrenii i niefartowne dzieciństwo, które dało mi (ja tak
        uważam) depresję...przewaga przeżyć nad biologią...ja tak uwazam. acha,
        powinnam według wszelkich teorii pić, a ja z napoi to wodę...pozdrawiam.
    • mskaiq Re: Zwalanie na traumatyczne dzieciństwo 27.04.04, 07:54
      Mysle ze w dziecinstwie poznajemy to co jest dobre a co zle. Czesto z takich
      albo innych powodow nasz wybor nie jest taki jak byc powinien. Powodem moga byc
      Rodzice, Koledzy czy ogolna opinia. Mozna akceptowac zazdrosc , nienawisc,
      strach czy walke o przetrwanie jako normalne wartosci z ktorych trzeba budowac
      zycie.
      Mozna przyjac ze milosc to cos malo powaznego, dobro jako glupote, radosc jako
      dziecinade. Problem jest tylko jak z tym zyc, nasze wartosci przestaja miec
      sens.
      Mysle ze wlasnie wtedy pojawia sie depresja, nie ma nic co przynosi radosc bo
      ja omijamy.
      Serdeczne pozdrowienia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka