narcyzpierwszy
07.05.08, 02:18
Od 38 lat tkwię w poczekalni życia. Co w niej robię? Ano czekam. Czekam na życie. Na ten moment, gdy otworzy drzwi, zauważy mnie i wywoła: „Teraz twoja kolej!”
Moje istnienie to koktajl z samotności, tęsknoty, lęku (strachu), rozpaczy i nadziei. Tak było zawsze. Lęk jest czwartym wymiarem mojej rzeczywistości, dla mnie równie realnym jak dla innych czas, miejsce i przestrzeń. Moja reakcja na niebezpieczeństwo ma wiele odcieni: od niepokoju, przez lęk, strach, trwogę po regularną panikę. Lista rzeczywistych i antycypowanych zagrożeń, którymi karmi się mój strach, jest długa i wymienianie ich tutaj mijałoby się z celem, tym bardziej, że próby usystematyzowania moich lęków podejmowałem w tym miejscu kilkakrotnie.
W dzieciństwie bałem się o mamę, ale tak samo bałem się jej samej. Drżałem o jej zdrowie i życie oraz przed jej niekontrolowanymi atakami furii, które zwracały się przeciw temu, kto był aktualnie pod ręką (o ile mama się go nie bała i nie czuła przed nim respektu), czyli najczęściej przeciwko mnie.
Niektórzy pewnie wskazaliby całkowity brak ojca jako przyczynę mojej samotności. Nigdy nie odczuwałem potrzeby jego posiadania. Moje poczucie osamotnienia potęgowała mama, która – w zależności od nastroju – oddawała mi się bez reszty, by za chwilę mnie siebie pozbawić. Na porządku dziennym było, że rano wyznawała mi, iż jestem dla niej najważniejszy i oddałaby za mnie życie, a w południe oznajmiała, że idzie się utopić, bo ma mnie dość. A dziadkowie? Mimo że spędziłem z nimi 10 pierwszych lat życia, trudno by mi było powiedzieć coś konkretnego o ich stosunku do mnie. Oni po prostu byli wpisani w krajobraz mojego dzieciństwa, tak samo jak rozłożysta lipa koło naszego domu. Na moje życie nie mieli bezpośredniego wpływu. Dziadek plus mama równało się nieustająca awantura. Babcia coraz bardziej pogrążała się w swoim świecie. Niewykluczone, że jej Alzheimer był wynikiem konsekwentnej odmowy angażowania się we wszczynane przez dzidka awantury, której pozostała wierna przez całe życie.
Remedium na moją samotność wśród tych trojga ludzi stał się mój prywatny mit o bracie-wybawcy, który miał, w bliżej nieokreślonej przyszłości, zabrać mnie do naszej wspólnej Arkadii. Geneza powstania owego mitu ginie w mrokach mojej (nie)pamięci. Z pewnością należy jej szukać w książkach, które przeczytałem, obejrzanych przeze mnie filmach, obserwacji rzeczywistości i własnych przemyśleniach. Nazywałem swojego wybawcę bratem, ponieważ słowo to było dla mnie kwintesencją wszystkiego, czego pożądałem i czego oczekiwałem od człowieka, którego chciałbym kochać i przez którego chciałbym być kochany. W rzeczywistości jednak cechy, w które go wyposażyłem, pasowały bardziej do archetypów ojca i matki niż brata, choć i to nie oddaje w pełni oczekiwań, które w nim pokładałem. Miał być mi aniołem stróżem, przyjacielem, (raczej) platonicznym kochankiem i esencją rodziny.
Około 23 roku życia, zamiast „brata”, zacząłem faworyzować określenia „mój chłopak/ mąż”, lecz oczekiwania wobec niego pozostały niezmienne. Jednak wraz ze zmianą nazwy stał się bardziej osiągalny, istniała szansa, że teraz może się stać to, co nie było możliwe w dzieciństwie i okresie nastoletnim – szansa na zmaterializowanie się mitycznego wybawcy.
Z chłopakiem-wybawcą zawsze wiązałem największe nadzieje na opuszczenie poczekalni życia. Tylko on może mnie uwolnić od strachu poprzez zabezpieczenie moich potrzeb materialnych i nadać mojemu życiu sens poprzez bezwarunkową, wiecznotrwałą miłość do mnie. Chłopak-wybawca był moim najważniejszym pomysłem na życie. Gdy w 1994 stało się jasne, a w 1998 ponownie się potwierdziło, że nie jestem w stanie o własnych siłach zabezpieczyć materialnie swojej egzystencji, chłopak-wybawca stał się wyłącznym pomysłem na osiągnięcie szczęścia i stabilizacji. Moja nadzieja na jego pojawienie się z każdym rokiem topnieje, a jeśli dojdzie do jej unicestwienia, będzie to oznaczało mój fizyczny koniec lub obłęd. Tak jak moja wiara na lepsze życie po śmierci zasadza się na chrześcijańskim Bogu, tak cała moja nadzieja na poprawę mojej ziemskiej doli opiera się na wierze w nadejście chłopaka-wybawcy. Poza nim nie ma dla mnie nadziei. Jak Mojżesz wywiódł Izraelitów z egipskiej niewoli, tak tylko bohater mojego prywatnego mitu może mnie wyprowadzić z poczekalni życia.
To, że moje dzieciństwo było smutnym i mrocznym czasem, w przypływach wspaniałomyślności przyznaje nawet moja mama, która na silną tendencję do uwypuklania własnego cierpienia, przy jednoczesnym umniejszaniu niedoli innych. Nie było w nim nikogo, kogo mógłbym kochać bez ryzyka, że moje uczucie zostanie podeptane czy choćby szczerze lubić; nikogo, komu mógłbym powierzyć swe troski. Pocieszałem się, że wraz z pójściem do szkoły wszystko się zmieni na lepsze. Może nawet znajdę przyjaciela. Ale gdy fantazjowałem o szkole, lęk przed tym nowym etapem życia znacznie przewyższał nadzieję.
Podstawówka nie przyniosła upragnionej odmiany losu na lepsze. Do długiej listy lęków doszły dwa nowe: przed współuczniami i zabieraniem głosu na lekcjach. Ten drugi udało mi się skutecznie ukryć, a może po prostu nauczyciele byli zbyt niedouczeni i niewrażliwi, by cokolwiek dostrzec. Dziś lekką ręką rozdaje się zaświadczenia o dysfunkcjach typu dysleksja czy dysgrafia, które w większości przypadków są zwykłą próbą zamaskowania lenistwa czy miernoty intelektualnej, podczas gdy ja nie mogłem liczyć na żadną taryfę ulgową z powodu fobii społecznej, choć byłaby ona w pełni usprawiedliwiona.
Nadzieja na lepsze jutro powróciła z chwilą, gdy zdecydowano, że będę kontynuować naukę w liceum. Tu okazało się, że byłem niedocenionym geniuszem. Cóż z tego, że wreszcie odkryto moje możliwości, skoro nie miałem nikogo, z kim mógłbym się cieszyć sukcesami? Samotność, poczucie wykluczenia i wszechobecny lęk, który tu dotyczył przede wszystkim życia w internacie, nie odstępowały mnie ani na krok, lecz narkotyk sukcesu uśmierzał mój ból na tyle, że gdzieś w głębi czułem się na swój sposób szczęśliwy. Może po raz pierwszy w życiu. Wraz z sukcesem pojawiła się nadzieja przez duże N. Lepsze jutro nie było już li tylko mrzonką, ale realnie się przybliżyło. To dało mi niewiarygodną siłę do walki. Nieważne, że nikt mnie nie lubił, nie kochał, nie rozumiał, nie potrzebował bezinteresownie. Świadomie i podświadomie wierzyłem, że życie nagrodzi mnie w przyszłości za sukces intelektualny, w sobie tylko wiadomy sposób przekuje go na szczęście w życiu osobistym i zawodowym. Najstraszniejszą udrękę da się przeżyć, gdy w perspektywie rysuje się świetlana przyszłość.
Studia to czas, w którym mój lęk przed ludźmi, a zwłaszcza przed publicznym zabieraniem głosu, osiągnął apogeum. Nadal przytłaczało mnie poczucie nieadekwatności i wyobcowania. W rubryce „zatrudnienie” mógłbym wpisać w tamtym okresie równie dobrze „etatowy pacjent” co „student”. Przez 5 lat przewinąłem się przez gabinety około 200 lekarzy. Byli wśród nich interniści, kardiolodzy, neurolodzy, alergolodzy, psychiatrzy, ale nikomu nie przyszło do głowy, że u podstaw absolutnej większości moich problemów zdrowotnych leży chroniczna depresja i tzw. fobia społeczna. Ot, polska służba zdrowia. Na osłodę los zwiększył mi dawkę narkotyku, jakim był podziw i uznanie, bo być gwiazdą na wielkim uniwersytecie, to daleko więcej, niż brylować w małym prowincjonalnym liceum. Równocześnie, mimo dotkliwego nieprzystosowania do ogółu, udało mi się nawiązać mniej lub bardziej satysfakcjonujące znajomości z jednostkami. K woli ścisłości to raczej owe „jednostki” nawiązały je ze mną. Zachłysnąłem się odkryciem, że mogę być atrakcyjny dla ludzi nie tylko jako podręczna encyklopedia, ale i dla samego siebie. To wszystko sprawiło, że okres studiów był jednym z najlepszych, mimo dźwiganego przeze mnie krzyża, jeśli nie najlepszym okresem mojego istnienia.
Wszystkie sygnały na niebie i ziemi mówiły, że po studiach świat stanie przed