Dodaj do ulubionych

Baśnie i legendy - c.d.

10.04.06, 21:08
Żeby nam się łatwiej otwierało okienko z legendami i bajkami z Warmii i
Mazur - druga część tego oto wątku
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=38887491
"Bajki warmińskie i mazurskie zostały przygotowane do druku przez mgr Halinę
Kurowską, ktora dokonała wyboru materiałów zebranych na terenie. Dązeniem tej
pracy było jak najściślejsze zachowanie wszystkich własciwości fonetycznych,
gramatycznych czy składniowych języka bajek, ale nawet i toku opowiadań."
Obserwuj wątek
    • tralala33 Re: Baśnie i legendy - c.d. 10.04.06, 21:08
      Jak chłop listonosza wystraszył
      Po trumne jechoł gospodarz': jeden drugiego wyrasziuł (przestrzegał).
      Jeden gospodarz' jechał. Pode drogo padał desz'cz', spotkał go młodzieniec -
      gospodarzia - i prosił z sobo jechać, tak go wziuł i kazoł mu do trumny wliźć
      podług desz'cziu. Tak jechał kawał dali i trafiuł go listonosz' i go wołoł,
      wołoł gospodarzia, aby go ze sobo wziuł. Wziuł go ze sobo i kazoł mu sie usiąść
      na trumnie, i jado dali. Temu drugiemu, co w trumnie leżioł buł, zdawało mu sie
      długo dos'ić jado, trumne do góry podnosił, chciał 'uchylić - podług desz'cziu
      padania. Tak dopiero ten listonosz' sie bar'zo przielunk, na ty trumnie co
      siedziuł. Skocził z woza z ty trun'i, bar'zo sie potłuk i m'iślał, zie ten
      zmarli za niem leci. Pogubził swój psiejądz ludzki - trzi tigodnie pozostał
      chori 'od przieraszienia.

      Opowiedział Jabłonowski 1950

      • tralala33 Drzewo Krzyża 10.04.06, 21:09
        Bajki podaniowe
        Drzewo krzyża
        Adam stworzuny buł na pocuntku śwata i zuł dziewięcet trzydzieści lat i nigdy
        nie chorował. A jek zachorzał, to posłał swego syna do rajskiego ogroda, coby
        dostał oleju zywota, bo jego ociec jest chory. I ten syn sed i tego anioła
        prosiuł, az płakał, coby dostał. "Poprzestań płakać, tego nie dostąpis, ale ja
        ci dam trzy ziarna i obsadzis na mogile ojcowo i jek urosno te rózgi na tej
        mogile, to jena pójdzie w liwo, a druga w prawo, a trzecia do góry w'irośnie.
        To na tym drzewie urośnie taki 'owoc, co "olejkiem pomaze swego ojca i
        wszystkich wierzuncych".
        To jek Salamon budował kościół w Jerozolimie, to to drzewo było ścinte. Ale
        rzemieśniki nie mogli tego drzewa do nicego brukować (potrzebować) i ostało
        lezeć. To jek Salamon pobudował kościół, to buło połozono popod cedru do
        przechodu. I jak królowa Sab'i przyjechała mądrość oglądać Salomonowo, to
        mówziła: "Przeniesłeś tą sławe", i szli. Krol przesed przez te kładź, a ta
        królowa Sab'i nogie chciała postawić na to kładź, to sie zaruchniło (poruszyło)
        to drzewo. Teraz mówi: "To drzywo jest święte, to przyjdzie ten cas, swojego
        Mesyjosa ukrzyzują na niem". I wrzucił i była ta kładź utopiona w Betsedzie.
        Tam anioł chodził i porusył tu wode. Kto piersy stąpił po tem aniele...Ale
        przysła ta godzina, co ta sadzowka zarosła. i wyc'iścili ju i to drzewo
        naleźli. Jek Pan Jezus był ukrzyżowany, to do większej hańby to szpetne drzewo
        było dano Panu Jezusoziu.

        Opowiedział A. Rohn, wieś Jagodno, pow. Pisz 1950 (Mazury)
        • tralala33 Jak diabeł kozę stworzył 10.04.06, 21:10
          Jak diabeł kozę stworzył
          Pon Bóg nastwarzał 'owoców, a Abel pasoł. A diabeł zidział, chodził na
          przyględy, sie mu prziględał, jek zawraca (owce), tak on chciał go podkusić,
          ale nie podkusił Abla, tlo Kajna. Udały mu sie jego ablowe oziecki, tak sie
          zwrócił z duzym pędem i z duzo prośbo do Pana Boga, aby Pan Bóg mu pozwolił
          tiakżeż 'owieczke stworzyć. Pon Bóg zezwolił mu na te stworzonko, coby jego
          utworzeć, ale nie owieczke, tlo chudo koze. Jek diabeł uformował koze, to z
          długiem ogonem i z rogoma. Jek stworzył , tak sie jej naprziglądał i jo prosił,
          coby wstała i żerła i chodziła. A jek jo stworzył, tak sie połoz'iła i leżała,
          wstać nie chciała. Tak sie zwrócił znowu z prośbo do Pona Boga i oskarżał koze,
          że mu nie chce posłuszeństwa wypełnić. Tak Pan Bóg sie użalił i lekarstwa
          użicził: "Tilko, mówi, na mój rozkaz ma wstać, to będzie żerła i chodziła".
          Diabeł chciał nasiać przed koze żiwności, cob'i koze w'iżiwieć, to wiki i
          kąkolu. Jak to w'ipowiedział Panu Bogu, to Pon Bóg mówi: "Za szkoda je". Jak
          leciał i chciał mówić: "Na mój rozkaz wstań, już masz żercie, to będziesz
          żerła". Jak lecioł z pędem, to pod'i wtem zabac'ił. Sie cofnoł i Pon Bóg
          mu 'odwróc'ił nie wike, ale oset i kąkol. Tak diabeł koze wzioł, a ma wstać i
          zreć, bo jej nasiał futru (pożywienia), i krziczi: "Na mój rozkaz wstań". Tak
          Pon Bóg go posłał i rozkazał mu, co ma mówić: na Bozi rozkaz ma wstać. Koza
          usłuchała: "Na Bozi rozkaz" to z dużem pędem wstała i derła do pożiwienia, do
          ostu. A diabeł chciał jo zatrzimać i sie przijrzić jeszcze. To jó złapsił,
          schwyc'ił za ogón, az ji zerwał ogón. Ji koza ma udręcenie, bo nie może przed
          owatoma (owadami) , muchoma ognać, bo jej dużo szkode w'itworził.

          Zapisano w Szczytnie 1948 (Mazury)
          • tralala33 Dlaczego koń jest zawsze głodny 10.04.06, 21:10
            Dlaczego koń jest zawsze głodny
            Pan Bóg sed i buł wół i k'oń. I Pan Bóg prszised do konia i mu mówił, co ma z
            nim prszez wode peszepłinąć, i koń móhił: "Az ja szie nie nazer". To Pan Bók
            móhił: "Cob'isz szie nigdy nie nazer".
            Prszised do wołu. Móhi wołohiu.... Tak ten wół ukląk prszed nim i peszepłinoł z
            niem. To mózio, co kóń szie nigdy nie nazrze.

            Opowiedział Dyckti, wieś Sondry, pow. Mrągowo 1948 (Mazury)
            • tralala33 Wic o Adamie i Ewie 10.04.06, 21:10
              Wic o Adamie i Ewie
              Psierse ludzie na sz'wieczie byli Adam i Ewa. Mieli siedem synów i jedno córke.
              Jak te syny porosły duze, chciały sie żenić. Z kiem sie pożenili ?
              Tedy wszystkie chciały sie żenić z tó swojó sziostró. No to ne sło (niemożliwe
              jest).
              Tedy dał Adam upleść sziedem kosów (koszów); jeden uplót mały i scupły, drugi
              duzy i seroki, gruby. I tedy dał te kose postawić na podwórek. Pod ten psiersy
              kos posadził kokos, pod ten drugi giensz' (gęś), pod ten trzeci kos kacke, pod
              ten cwarty kos owcu, pod ten piąty niedźwiedzia, pod ten szósty źmijó, a pod
              ten sziódmy wsadził swojo własnó córkie. Tedy zawołał swoich synów z pola. Bez
              ten cas zmieniły sie te zwierzęta na bziółki, i kózdy uniósł kos i mniał swojo
              kobziete.
              Ale te charaktery pozostały w tych kobzietach od tych zwierzętów. Tak i teraz
              te kobziety so rozmaitej duzości, i małe i duze, i grube i cienkie, jak te kose
              były.
              Tak dzisiaj ta panna, co sie ozeni, ma ten charakter od tej kokosy, ma zielki
              majentek, to porozgrzebuje jak ta kokos.
              Ta druga ma ten charakter od tej kacki, to kackie kiej sie puści do kupki
              jenemienia, to zawdy z dołu podsufluje kupkie wyzej.
              Ta od tej giensi, gienga jak gienś.
              Ta cwarta ma charakter od tej owiecki, spokojna jak owiecka.
              A ta piąta od tego niedźwiedzia, jak sie pyto kto, to tak odbąknie jak ten
              niedźwiedź.
              A ta szósta od tej żniji, jak ta żnija fałsywa i tego by zagryźć, pokłócić, i
              tego pokłócić - fałsywo jest.
              A ta siódma ma bycz ta prawdziwa, ma ten charakter od tej Ewie, ale nie ma tej
              prawdziwej (Ewy), bo Adam i Ewa zyli prziesło trzista lat. W ten cas tyz sie
              pod sobą pokłóczili i Ewa ostawiła Adama i posła na dłusse casy. Tak i dzisiaj
              te prawdziwe ostazio swoich męzow i ido za innymi męzoma.

              Opowiedział J.Kuk, wieś Miluki, pow. Szczytno 1952 (Mazury)
              • tralala33 Wybawienie zaklętej rodziny cz. I 10.04.06, 21:29

                Wybawienie zaklętej rodziny
                To buł jeden chłop i móził zawdy pocierz na szybzie. Jenego żieczora to wołało
                do niego: "Bracie, retuj mnie !" 'Un wzioł poszed szukać na ten głos. Szed i
                szed drogami, a zawdy wołało. Tak przyszed do jenego lasu i w tym lasku ognisko
                sie paliło. I przyszed do tego ogniska, to kiele niego kila chłopów siedziało,
                i w tym ognisku leżała żnija, i ta żnija wołała: "Bracie, retuj !". A te chłopy
                mnieli łopatki i te żnije w ten ogień ciskali. 'Una zawdy wyłaziła, a 'uni jo w
                ten ogień wtykali. 'Un sie chcioł przysiąść do ty gromodki i żnija skokoła, i
                jemu na szyje sie przyżiązała, i móziła, teroz mu sie nie odkręci, aż jo 'un
                wybazi.
                I poszed dalej drogo z to żnijo. Przyszed kiele lasu, to stojała taka stara
                chatka. Prziszli kiele tej chatki i skokoła ta żnija, i wleciała pod to chatke.
                Jak 'un od tego ogniska odszed, to po drodze żidział staro kobyłe leżeć koło
                drogi. A jak do tej chatki dochodził, to młody kotek leciał. Tedy wlaz 'un do
                tej chaty, a ta chatka buła próżna, nie buło nic. Tedy sobzie przemóził:
                "Kieby tak buł stołek, to by rad by se usiad". A zo sile (chwile) sie znoloz.
                "Kiedy by tak stół buł" - znoloz sie tyż.
                "Kiedy by tak na niem co jeść buło" - za sile sie znalazło.
                Jak sie najad, to rad by buł sie układ. Móżił:
                "Kieby łóżko buło" - i za sile sie znalazło.
                Wzioł sie układ i spał. Nad zieczorem znalazła sie panna do niego.
                cdn
                • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. II 10.04.06, 21:29
                  Nad zieczorem znalazła sie panna do niego. "Mój kochany bracie" móziła ta panna
                  do niego. To mu pożiedziała, co " ta żnija to buła moja matka, a ta kobyła
                  siostra, a ten kotek to jestem jo". Teroz co noc to będo przychodzić z muzyko i
                  będo skokać, i tańcować w tej izbzie, i będo go wołać i drzeć, i wywalo go z
                  łóżka, i będo go kamlować (szarpać) i go nareszcie potno. A 'un nie móził nic ,
                  tlo słuchał.
                  Jak oni przyjechali, to 'un udawał, że spsi. I tedy przyszli, i natańczyli sie,
                  i pocieli go na kawałki, tak, jak ta panna poziadała. I tedy przyszła ta matka
                  i te dwa córki, i zaczeli te kawałki składać. Poskładali w łoże nazad i
                  psierzyno przykryli. I na zrenku (o ranku) przyszła panna sie p'itać, jek 'un
                  spał, 'un odpożiedział, co słodko spał, co nic nie zi (nie wie).
                  A jeść to zawdy dostał; co 'un nikogo nie zidział, a jad, ile chciał. A na
                  zieczór przyszła druga panna i móżiła: "Jeno noc toś wybaziuł noju, ale nie
                  wiem, czy to drugo noc przeżyjesz". To mu pożiedała, że teraz jeszcze żiancej
                  ich przyjdo z muzyko i jeszcze głośniej będo grali, "a ty spsij i sie nie
                  odzywaj". "Uni bedo tańcowali, burgotali (hałasowali) i stukali, nareszcie z
                  łoża go wyrzuco i bedo kamlować, co ma sie odezwać - "a ty spsij" - i odeszła.
                  Za sile to muzyka grała jeszcze głośniej niż psierszy raz i skokoli, i
                  burgotali, nareszcie wrzeszczeli, co sie ma odezwać, a 'un spał. Nareszcie go z
                  łoża wyrucili i go pocieli jeszcze na mniejsze kawałki jak psierszy raz, a 'un
                  nie czuł. Jak to zrobzili, to za sile znowu przyszli te dwa córki i matka i
                  znów te kawałki zkładali w łoże, i jek wszystko pokładali, psierzyno przykryli
                  i odeszli. Jek z rana przyszła ta panna, to mu podziękowała i pożiedziała,
                  co "już noju dwa wybaził" - i odeszła. W tem przyszła matka do niego, coby go
                  prosiła, coby " un jeszcze trzecio noc został, coby i 'uno wybaził.

                  Jak będzie wyglądała ta trzecia ? - najgorsza noc, to poczekajcie na następną
                  częśc - naprawdę warto przeczytać do czego mogą doprowadzić kobiety wink))))
                  • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. III 10.04.06, 21:30
                    W tem przyszła matka do niego, coby go prosiła, coby " un jeszcze trzecio noc
                    został, coby i 'uno wybaził. "Kochany synu, jeś dwa nocki wycierzpsioł
                    (wytrzymał), teroz ta trzecia będzie gorsza, ale prosze cie, śpsij i sie nie
                    odzywaj. Teroz gwołt buło, ale teroz sto razy żięcej będzie, niż przed tem
                    buło".
                    Znów przyszed dzień i jeść i psić dostał dobrze i nikogo nie zidział. Jak na
                    żieczór poszed spać, to znów muzyka jeszcze głośniejsza buła. To znów
                    tańcowali, skokali, burgotali i wołali go, co ma sie odezwać i z łoża wywalali,
                    aż go na dwór wyrucili i ryczeli, co sie ma odezwać. I derli go, i bzili, i na
                    muze pocieli, i dwunasta wybziła, i musieli uciekać.
                    Za sile przyszła matka i te dwa córki, i wzieli go, postykali te kruszynki w
                    łoże i płakali, i sztukowali, i łzami oblewali, że braciszka nie mogo zetchnąć
                    (złożyć). Jak pokładli wszystko, to psierzyno zakryli i znów poszli precz.
                    Nad zrenkiem obudziuł sie som i żidział, że dwa panny i staro matka kręci sie
                    kiele kuchni. Uwarzyli frisztik i wszyscy zasiedli go jeść z radości, co 'un
                    ich wszystkich wybażił. Nie buła stara chatka, tlo duży zamek. A ta matka i
                    córki to buło duże królestwo, tlo było zaklęte. Tedy matka mu móżiła, co ma sie
                    z jedno córko ożenić, ale 'un nie chciał, bo wołał dalej w świat wędrować.
                    Jek szed w świat to .... hoho co dalej będzie ? hoho
                    • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. IV 10.04.06, 21:31
                      Jek szed w świat, to jena (siostra dała mu) tubakiera, jek wykręci na jeno
                      strone, to sto wojska wyjdzie, a w drugo dwasta. Jena - nóż, co móg nim
                      wszystko pościnać. A jena - koszule, co jek mniał obleczono na sie, to buł
                      namocniejszy. Tedy dali mu konia kulawego, i 'un tym koniu pojechał w świat.
                      Jek pojechał, to przyszed do jenego królestwa i przyjechał do karczmy, to
                      opożiedali, co król chce córke zażenić. A tyle mnieli przyjś do tej córki w
                      rejby (zmówiny) takie feine pany. To przyszed jeden murzyn i 'un też wzioł
                      pojechał, to 'una wołała murzyna, a ojciec król jego wołał, to tedy ten król
                      wydał znaczone; 'una pójdzie z obuma spać, do którego gębą spała, to z tym sie
                      musi ożenić. Tedy na zieczór było fejne jedzenie i pieczonki i sznapsy (wódki).
                      Wyprażili dużo uczte i duże ps'ijaństwo. Jek w nocy dobrze spali i 'una
                      princesa zasneła. I jak ojciec przyszed, spała gębo kiele tego - i z nim sie
                      musiała ożenić. Ślub mnieli wesoły i ożeniła sie. A tego murzyna to do takiego
                      domu wsadzili.

                      I tak chłop został mężem księżniczki, a murzyna wyrzucili do obory mieszkać smile
                      To nie wszystko jednak, trafiliśmy na długie opowiadanie. Ta kobzita, co to
                      opowiadała znana nam już Kensbok z Purdy Wielkiej była niezłą bajarką. Ciekawe
                      też muszą być jej dzieje.
                      • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. V 10.04.06, 21:31
                        To rządz'ił na swoim królestwie. To potem jak dłuzej byli, to ta princesa
                        możi: " Na co ty zawdy chodzisz w ty jedny koszuli?" A 'un jej odpożiedział, że
                        w tej koszuli nic sie nie stanie. To 'una go sie pytała: "Na co ty zawdy te
                        tubakiere przy sobzie nosisz ?" A on opożiedział, że jak wykręci na jeno
                        strone, to może mnieć wojska jeden regiment, a jak dwa, to dwa regimenty. A ten
                        nóż to wszystkie mury i kamnienie potłucze, bo jest naostrzejszy. A tedy za
                        sile to poszła ta żona do murzyna i mu opożiadała. A ten murzyn to opożiedał,
                        że ma mu mózić, co ma koszule sewlec, una mu jo wypłucze. "I jak on sewlecze,
                        to weź te koszule, nóż i tubakiere i przynieś mnie". I una poszła i tak
                        zrobziła. A jak przyszła do swojego męża, to mu opożiadała. I ten król buł
                        litościwy i sewlók to koszule, a na noc otłożył te tubakiere i ten nóż, a czsto
                        obluk. 'Un sie ukłod spać, a 'una wszystko zaniosła murzynożiu i murzyn obluk
                        to koszule. A un był w takiem domie zamurowany, co móg tylko przez tako durke
                        patrzeć. Nożem pobził ten mur i wyszed z tego domu. Wykręcił tubakiere i wojsko
                        przy nim staneło. I przyszed do tego młodego króla z jego żono i móżi:
                        "Teraz musisz ty rumować (usunąć się), bo ja pan". I pyta go: "Co ja mom teraz
                        zrobzić ?" A 'on młody król móził: co ma dwa torby ze skóry uszyć i mo go
                        pociąć na kawałki. I wszystko krew i ciało w torby włożyć, i przez jego konia
                        przewiesić. Konia batogami wyźdźgać i wygnać w świat. Murzyn wzioł skóry kupił
                        i kazał duże torby uszyć, i dał tego młodego króla poćwiertować i w te torby
                        pokłaść. Potem na konia te dwa torby pożiesić i batogami wyźdźgać w świat.

                        I tak będziemy jeszcze dalej bajali, bo co się dalej stanie to dowiecie się w
                        następnej części. Nasz bajarz nie kończy na tym, dalej będą przygody naszego
                        młodego króla, a jakie ??? Sami przeczytacie. Myślę , że po takiej długiej
                        lekturze przyzwyczailiście się już do gwary warmińskiej.
                        • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. V 10.04.06, 21:31
                          A koń sie nie oper, aż przy tym zamku w lesie. Jek te pryncesy i ta stara
                          królowa ujrzała tego konia, to redzi byli, że ich brat do domu powrócił. Jek
                          ten koń na obore przyszed, to płakali, że już po niem je. Stjeli te torby i te
                          kawałki łzami oblewali, i w łoże układali, i składali te kruszynki. Aż wszystko
                          buło, jek mnieli wszystko poskładane, to psierzyno zakryli i poszli sie modlić
                          aż do zrenku. To oni już nie byli czaroje, poszli sie modlić do Pana Boga. Tedy
                          jek on przyszed do sie, to 'un wtedy wstał, otrzojsnoł sie, wej ich poznał i
                          móżił, że tak dobrze spał. 'Uni go proszili, co mo tu ostać. Ale 'un móżił,
                          co 'un nie może tu ostać. Ale 'un móżił, co 'un nie może tu 'ostać, bo jest
                          ożeniony.
                          Tedy jek odjeżdzał, opożiedział, jek mu sie stało. Matka mu dała moc, co jek
                          przyjdzie, to przed samym dumem, pod dumem stanie sie jabłonko. A córka dała mu
                          moc, co 'un trzeci dzień ma sie w fejnego kaczora zmienić.
                          'Un na to królestwo na tym samym koniu przyjechał i konia oddał służącemu. Reno
                          stanoł przed oknem zamku i zamnienił sie w jebłonke, co ładne czerwone jebka
                          mniała.

                          I co się dalej stało, to znów musicie wytrwale poczekać, bo jak w każdej
                          legendzie dobro pokona zło.
                          • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. VI 10.04.06, 21:32
                            Naprzód wyszed król, ten murzyn, i poziedał królowej, to królowa móżiła, co ta
                            jabłonka musi być ścięta, bo 'una umrze. Nazajutrz w'iszła izbetno (pokojowa) i
                            móziła: "Nojaśniejszo jabłonko, jakaś ty śliczna, a musisz dzisiaj ścięta być".
                            A ta jebłonka odrzekła: "Jek te psiersze żiory (wióra) odpadną, to podnieś i
                            schowaj, i nikomu nie daj". A ten psierszy żior musiał król zaciąć, a po tym
                            sługi.
                            Na drugi dzień stanoł ładny koń przed zamkiem. Jek król z rena wstał, ujrzał
                            tego fejnego konia, tedy pożiedał swojej królowej, że "mowa takiego fejnego
                            konia", a 'una odpożiedała, że ma go zaroz zabzić, bo una jak go ujrzy, to
                            zaroz umrzeć musi.
                            Tedy wyszła izbetna i pożiadała temu koniożu: "Ześ taki prześliczny, a zabżijo
                            cie". A 'un odpożiedał: "Moja droga izbetno, oblecz bzioły szorc (fartuch) i
                            przystań kiele mnie, jek król raz uderzy, to krew wypryśnie na twój szorc i go
                            pokrważi. I weź go i wywodź (zacznij narzekać), co ci go powalali". Teraz król
                            rozkazał sługom konia zabzić, a psierszy roz musioł król uderzyć, co psiersza
                            krew padła na ten szorc.
                            Za kilka dni stanoł na oborze fejny stawek, a po tym stawku płiwał fejny
                            kacor. 'Un król z rana wstał i dziwował sie temu, że taki fejny kaczor po
                            stawku płiwa, i pożiedał swojej królowej. Tedy królowa móziła, co go ma
                            zastrzelić. A król móził tak: " Zawdym cie posłuchał, ale takiego fejnego
                            kaczura nie zastrzele".

                            No i zaczynają się nam klopoty - co król murzyn zrobi, to w następnej częsci
                            będzie, w częsci już ostatniej, bo bajarz napewno sie już znudził tym bajaniem
                            i chciałby iść na gorzałeczkę wink))
                            • tralala33 Re: Wybawienie zaklętej rodziny cz. VII 10.04.06, 21:32
                              A król móził tak: " Zawdym cie posłuchał, ale takiego fejnego kaczura nie
                              zastrzele". 'Un wzioł koszule zewluk, nóż i tubakiere położył przy boku stawku,
                              i wlaz w stawek go fytać. Jak un z ty strony wlaz, jak ten kaczor blisko tej
                              koszuli wyfrunoł, te koszule obluk i wzioł nóż i tubakiere. I
                              pożiedział: "Teroz ja jestem król" i spytał sie: " A co ja teraz zrobzie z
                              tobo ?" "Jak ja z tobo zrobził, tak ty zrób ze mną". 'Un dał też tak zrobzić.
                              Król sam nie poszed, tlo sługi musieli go zabzić, i w torby pokłaść, na konia
                              założyć, i konia wyćwiczyć, i w świat wygnać. A jak oni go wygnali, to ta
                              kobyła sie trącała (błakała sie) po polu tak długo, aż zdechła. A królowo to
                              wygnoł w świat i ożenił sie z izbetno.
                              I jo buła na tym weselu, to takie ładne buło. Sukienke mniołam z papsieru,
                              żonek z masła, buty z glomzdy (sera). Jekem tancowała, obleka sie poderła,
                              masło zleciało, buty, jakem skokła, to sie rozlecieli, dwa durki w nosie i
                              skońcyło sie.

                              Opowiedziała A.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn. (Warmia)
      • tralala33 Złoty warkocz 10.04.06, 21:39
        Złoty warkocz
        Buła jena rodzina i mnieli jedynosz'cie dzieci i jeszcze mnieli dwanasto
        córeczkie. Już teroz z cały żioski mnieli kmotrów, a 'u ty danosty n'i móg
        dostać. 'Ojcziec móziuł: "Teroz póde, kogo psierszego spotkam, tego zaprosze w
        kmotry". Jidżie i żidzi, bo idzie cziarownica. A jek 'on żidział, to
        jo 'obszed. I sziedzieli na jenej 'owce (ławce) pod sz'cziepem (drzewem),
        sziedzieli dwoje staruszki, bżiołka i chłop. Prziszed do nich i prosi, czib'i
        nie b'ili u niego na niedziele u danosty córeczki w kmotry, bo ni mogo n'ikogo
        dostać. A cziarownica wołała: "Mnieś nie chcioł zaprosić, w'ijedziesz ti z to
        twojo córuniu, nie byndzie mnała szczyjście nad szczyjściami, przyjedzie po nu
        młodi król w szesz'cz bżiołych kon'i, w szesz'cz bżiołych kon'i".
        Staruszkożie kozali mu przijechać z dzieckiem do kosz'czioła. Staruszkożie
        b'ili Joachim i Ana. Ojciec prziżiós dziecko do kosz'czioła i kmotry już tam
        b'il'i. I dziecko buło ocheszczione i dostało imnie Anusz'ka. A za podarunek
        dostała nożicki - 'od chrszesnygo, a 'od chrszestny złoty warkocz'. Teroz
        Anusz'ka rosła.
        I rosła i rosła.....
        i cdn
        • tralala33 Re: Złoty warkocz cz. II 10.04.06, 21:39
          Jek dorosła, to 'uros ji złoty warkocz', ( a to n'icht nie ziedzioł. tlo
          sam 'ojciec). Jek dorosła, to przyndła i codzień tyn warkocz' obciuła tymi
          nożiczkoma, i 'uprzyndła z niego 'okieć przyndzy (dwadzieszczia pasmów), a
          matka przedawała do stary królowy na królestwo. W tym króleście buła tkalnio. I
          tam tkali i tak to buło codziennie. Jenego razu młody króleżie zachorzał, i
          jedyn nakozał, co majo mu z ty przyndzy utkać płaszcz i mo ten płaszcz,
          noszicz, bo już żaden doktor go nie móg uleczicz' tego króleżica. Jek 'un ten
          płaszcz nosziuł, tak dzień ode dnia mu buło lepsi (to buło jej szczejsz'czie).
          I w'iszed na w'ichodzke do lasu. Jek prziszed do lasu i trasił, b'iła
          cziarown'ica w lesie i ziele zbzierała. P'ita szie: "Gdzie idziesz, młodi
          królewicu ? M'i szie zdaje, pan młodi choruje. Możieb'i tu jakiego lekarstwa
          chcioł, ziela ?" Teroz zebrała to żiele na kupkie i zapaluła. "Teraz pan pódzie
          to drogo, gdzie tyn dym pódzie". Jidzie, to mnioł tedy ozdrozić od tego dimu.
          Pan ji wtłocził toler w rynke, podziękował i poszed, a cziarownica: "Chi, ch'i,
          ch'i - nach'ichała szie - dostałam toler, mom toler, a 'un nie bedzie ino
          zdrow'i".
          A królewicz szied dimem i w'iszied z lasu. Ustoł za kiersz (krzak), wjidzi:
          dziewczinka siedżi przi kołku i prszyndzie. Prszyglunda szie i przyglunda,
          jak 'una prszyndzie. I pasła przy tym krowe. 'Una tedy z tygo zarobku kupsiła
          krowe i bzieda sie skoncziła i mnieli co jesz'cz. Teroz królewicz idzie prosto
          na Anusz'kie. A jek Anusz'ka ujrzała, co 'un idzie, to kołko pod poche i do
          domu ucziekała, bo szie bojała. 'Un szie nie doł zb'ić, tlo prosto poszed do
          domu. Anusz'ki. Anusz'ka szie schowała, poszied prosto do matki i móził, co ma
          zaraz to dziewczine w'idać, a matka móżiła, co ni mo ji, a 'un żidzioł, co je.
          Zaroz matke proszuł o jej ręke ( bo 'un żidzioł, jek 'una ten warkocz 'uczieła).
          'Un żidzioł, co 'un ozdrożiał 'od tego płaszcza z ty złoty przędzy. A matka
          i 'ojciec go proszili, żie 'una jest ubogo, to 'una szie z takim bogatym
          królew'icem nie może ożenić. Ale 'un jo prosził, aż rodzice pozwolili szie z
          nim ożenić.
          Teraz b'ili zaręczyny....... i wspaniały opis wesela na którym nie było
          czarownicy - a dlaczego ? zobaczymy smile
          • tralala33 Re: Złoty warkocz cz. III 10.04.06, 21:39
            Teraz b'ili zaręczyny i za trzi tigodnie wesele. Jek szie przigotowali na
            wesele, b'iło 'obznajmnione, że czrownicy nie majo n'ic powiedzić, że Anuśka
            sie żeni. Przijechał młodi królewicz. Na jeden dzień buło wesele obstalowane na
            dziesionto godzine. Zwony zwono, ludzie leco, a czarown'ica szie p'ita:
            -" A co to dziszioj, pani Kiwiczowa, gdzie tak lecicie, jek te zające ?"
            - "Cicho, nie bredź, bo nie mowa cziasu !" Rynko machneli i leco wsziscy do
            kosz'cioła, bo w'ijeżdża kareta w szesz'cz' bżiałych koni. Wej, jedzie Anuszia
            z młodim królewcem w sziesz'cz' bżiołych kon'i, w szesz'cz bżiołych kon'i.
            Teroz chciała (czarownica) leczieć i im spsotowacz !
            Zawadziła kosz'lo (nogą) 'o psień i w'ikrencziła sobżie koszlo. Wej, wej, zwony
            zwonią, zwony zwonią...
            "Retunku ludzie !" Ale n'icht ji tam nie pomóg - kozdi leczioł, cob'i nie
            zapóźno. I buło wesele, bo to mogło b'ić ale wesele, kiedy z młodym królem !
            I jo bułam na tym weselu, mniołam klejd (suknie) z papsieru. buty śklanne,
            kapelusz z pomozki (masła). Jak-em jechali do kosz'czioła, buła gorączka, to
            m'i szie kapelusz roztopsiuł, jakiem szli po cementowych trepach (schodach) do
            kosz'czioła, to m'i szie buty potłukli, a jakiem jechali s kosz'czioła, podoł
            desz'cz, to m'i szie klejd rozleczioł.

            Opowiedziała Kamińska, wieś Stanclewo, pow. Reszel 1950 (Warmia)
            • tralala33 O chłopcu, którego życzenia się spełniają cz. I 10.04.06, 22:18
              O chłopcu, którego życzenia się spełniają.
              B'ili jene mojsz i żona (chłop i bżołka) i mnieli jenego chłopca, ale biło
              dzieckiem. Teroz ten chłop muszioł isz'cz na wojne. Teroz dała te dziecko pod
              opiekie jen'i gospodyn'i. A ta gospodyn'i b'iła u jenego ogrodnika. A matka
              tego dziecka musziała jechać do swojego chłopa, bo buł na wojnie skalecóny.
              Prosiuła to gospodynio, żieby dziecko dobrze opatrzyła po swojego mejżia i
              jakiś czas tam przebuła.
              Jek temu chłopu lepsi buło, to przijechała za jakiś czias do domu nazad. Jek
              przijechała nazod do domu, to nie znalazła n'i dziecka, n'i tych opiekunów -
              ogrodnika z gospodynią. Teroz matka krsziczi, lamentuje, a chłopu nic nie
              psisała, bo szie bojała swojego chłopa, bo te dziecko mnialo dobrich
              chrszestnów. Teroz dała w gazeti wsadzić, i sie rozeszli te gazeti. Jek te
              gazeti przichodzili do drugiego lądu, to uni zginel'i w drugi ląd i tam
              prszebywali, aż ten chłopak do szkoły chodziuł. Z tym chłopokiem to 'uni
              uciekli bo mnieli duże sz'czińście i bogactwo - bo przijechali pózny jesieni i
              nasadziuł różów i móziuł do tego chłopca: "Niech so róże" i bil'i róże -
              pachnące i kwitneli. I co 'uni do niego poziedzieli, to sie w'ipełniuło.
              cdn
              • tralala33 O chłopcu, którego życzenia się spełniają cz.II 10.04.06, 22:19
                'Ogrodn'ik 'urwoł różo i puchoł (wąchał), i doł każdemu popuchoć, i ludzie bez
                to chodzili i kupali. 'Ojciec dziecka b'ił w'ileczony i przijechał z wojn'i,
                sie z żiono pożitał i pitał szie o swoim s'inku, a żióna omdlała i jek prziszła
                do siebzie, to musiała mejżoziu opożiedzieć, że ogrodnik z gospodynią dziecko
                w'ikradli, jek una buła u niego, jek buł na wojnie skaleczony. Mojż sie
                rozgniewał na żone, bo mocno o dziecko stojał. Doł w'ibudować taki budyneczek i
                doł swojo bżiołke (żonke) zamurować, i tlo ji okienko zostażił, co ji mogli
                jeść donosić.
                A teroz ten chłopsiec chodził do szkoły, a gazety jim teroz doczierały. To
                ogrodnik w strach, i móżi do ty gospodyni: "Żisz ti co, tyn chłopsiec to jest
                rozumny", co teroz 'un ich w'ido.
                Jenego dnia tyn chłopsiec prziszed na podpołudnik. A gospodyn'i ostrziła nóż.
                Chłopsiec sie p'ita: "Mamo, do czego ti ten nóż 'ostrszisz ?" Tedy 'ona do
                niego mózi: "Mam cie zarżnąć, bo tata chce od ciebie serce i wątrobe". A
                chłopsiec mózi: "O głupsio mama, tatuś mo psieska, zarżnij, wątrobe i syrce
                w'irżnij, a jo będe móziuł: "Niech psiesek żije", to 'un będzie lotoł. Jo sie
                skryje pod łożie". 'Ogrodnik prziszed na 'obżiod: "No. mosz już syrce i wątrobe
                od chłopca ?" "Mom - mózi- mom już uwarzone, możesz jeść". Usiod sie do stoła i
                je. Jek 'obżiod zjod, a psziesek kolo niego liotoł, to m'iślał, co z prowdi
                wątroba i serce od chlopca. Chłopsiec w'ilos spod łożia, a móżi: "To to tak,
                kiedyś ty tak chcział ze mno zrobżić, to teroz zaraz bedziesz Cziudel (pszies),
                a ti mamo, tyś mnie moje życie uretowała, to szie obróć w różo (ksziotek)".
                Teroz wzioł różo, popichoł (powąchał), w kieszeń wetchnoł i: "Czudel, pódź tu".
                I Czudeł poszed kiele niego i móził: "Kiebym buł na polu mojego 'ojca'. I buł
                na polu swojego 'ojca', i jek tam buł, to prazie mnieli jochte (polowanie) na
                polu. To 'ojciec od tego wszystkiego strapsienia i kłopotu, to zaproszoł i
                zrobziuł jochte. A jek ten chłopsiec zginuł, to nic nie 'ubziuł na jochcie,
                całe nic.
                I tak oto syn znalazł się u boku prawdziwego ojca.
                cdn
                • tralala33 O chłopcu, którego życzenia się spełniają cz.III 10.04.06, 22:20
                  A w tyn dzień, jek 'un prziszed tyn chłopsiec, to tak nazabzijali, co aż do
                  cudu - a chłopsiec proszuł 'o bron, to zaroz jedyn zając lecioł i polecioł
                  prosto na ten budyneczek, gdzie jego włosna matka buła zamurowana. I trasił w
                  tego zajunca i rozbził tyn budinecziek, gdzie ta matkia siedziała. P'ito szie
                  chłopsiec, co to tam za bżiołka sziedzi. Teroz mu jego włosny 'ojciec pożiedo
                  to cało dolegliwość, jek 'una tam przisz'ła. Pożiedo 'o tym ogrodniku i 'o tyj
                  gospodyni, co mu dżiecko w'ikradli. Chłopsziec szie zlunk i spojrzał na 'ojca.
                  Zaroz jo kazoł prziprowadzić, 'ukochoł, ucałowoł i zawołoł : "Oj to moja
                  matka !" i w'ip'itał szie swoi matki, jek szie to wszistko stało. Jek 'una mu
                  wszio 'opożiedała - to móżiuł: "Matko, jo je twój s'in !" A matka zaroz omglała
                  od radosz'czi i od bolesz'czi. A tygo psierszego zająca, co b'ił zabzity, to
                  kozoł do kucharków upsiec go. Teroz buł stół i buło zięcy psieczonków. Stoł
                  dekowany (nakryty) do jedzenia. Gosz'czie szie posziadali wkoło stoła, a tyn
                  chłopsiec sziedzioł na sz'cziczie.

                  I tak zaczeła się uczta na któram zapraszam w następnej części.
                  • tralala33 O chłopcu, którego życzenia się spełniają cz.IV 10.04.06, 22:20
                    Jek szie 'usziedli, to ten zając, co go pszierszy strzelił, to w tygo zająca
                    psieczonke strzelił i tyn zając poszed 'oknem. Jek szie gosz'czie najedli, to
                    zaczoł opożiedać chłopsiec swoje życie, 'o tym ogrodniku i 'o ty gospodyn'i.
                    Teroz mózi: "A chcielibyśta 'obaczyć !" (matka kiele niego sziedziała). A
                    gosz'czie móżiu: " A gdzie my ich możem, tyle lot, 'obaczicz' ?"
                    A chłopsiec móżi: "Cziudel ! pódź tu !" I teroz pom'iśloł, żeby buł
                    ogrodnikiem, i 'oroz chłop stoi - a różo doł każdemu popuchacz' (powąchać),
                    położuł jo na żiem i pomiśloł, cob'i buła gospodin'i, i buła. Te gosz'czie szie
                    mocno rozjadożili i b'ilib'i go nolepszi pożiesili. Ten chłopsziec doł go
                    w'iprowadzić na dwór i doł go zastrzelicz' za swojo matke, co tak bardzo
                    cirzpsziała. A to gospodyn'i to nazod obróc'ił w różo, za to co go przi
                    życiu 'ostażiła i kuniec. Kiedy nie pomerli, to jeszcze żyjo.

                    Opowiedziała Kamińska, wieś Stanclewo, pow. Reszl. (Warmia)
                    • tralala33 Czterej bracia wyzwalają królewnę cz. I 11.04.06, 20:37
                      Czterej bracia wyzwalają królewnę.
                      Jena familia mnioła czterech synów. To jek to dzieci dorośli, tak 'ojciec móził
                      do nich, co majo sia iść 'uczić w służbi'. Tak jek ojciec to przemóził, to 'uni
                      swoje zak'i (worki) pozbzierali i poszli. Tak idu drogu i prziśli na krziżowa
                      droga. Tak ten nostarszy brat móziuł: " Kożdy pójdzie swoju drogu i jek sia
                      wyuczywa, to za trzy lata sia wszyscy razem na tem samam mniejscu spotkama".
                      Tak do tygo nastarszygo prziszed jeden pon i móżił, co do niego może w służba
                      przyjsć. A za co 'un chce go wyuczyć ? - to 'on móziuł, co nie, co złodziej, to
                      jest ostatnie, co tlo odda. A 'on mu odpoziedział: "Złodziej, a złodziej to
                      jest dwojakie". Tan drugi poszed za sternkukra (astronoma), a tan trzeci poszed
                      za jegra, a ten czwarty poszed za krawca.
                      Tak tedy jak sia w'iuczili, tak pośli nazod do domu i sia wszyscy czworo ześli
                      na ty samy drodze. I powiedali ojcu: "Teras-am sia wyuczili nasego rzamniosła",
                      a 'ojciec mózi: "Jo dzieci, jo musza naprzód waju sprifować". Tak tedy ojciec
                      dał w'inieść stół przed siań.
                      I...... cdn
                      • tralala33 Re: Czterej bracia wyzwalają królewnę cz. II 11.04.06, 20:38
                        Tak tedy ojciec dał w'inieść stół przed siań.. A przed budynkam to buł w'isoki
                        dumb i na tam dambie do góry mnioł ptoszek gniozdko ( buło gniozdko od
                        ptoszka). Tak tedy móził tamu sternkukrozi(astronomowi): "Teraz spojrzy, co tam
                        je". Tak 'on spojrzał, tam siedzi ptoszek na psianciu jajkach. Tak tedy móziuł
                        złodziejozi co mo isć te psianć jajków wyjąć tamu ptaszkowi, ale co ptaszek nie
                        wyfrunie. I 'un poszed i stanoł i wykrod ich. Tedy 'ojciec móziuł, mo na każdy
                        róg jeno położyć i we środek jeno. Teroz móziuł jegrozi (myśliwemu), co mo
                        wziuść jego kunstflinte (precyzyjnie strzelić) i mo wszystkie psianć jajków od
                        jenego szosu na połowa rozstrzelić i 'un roztrzelił. Tak móziuł do tego krawca,
                        co ma ich wszystkie pozszywać. I teroz móziuł złodziejozi, co mo nazod zanieść
                        tamu ptaszkozi do góry. I tan ptaszek w'isiedział psianć młodych. Tak tedy
                        ojciec móz'ił: "Esta sie dobrze w'iuczili, tera musita iść na cały śwat". I uni
                        pośli.
                        I uni prziszli do królewskiego mniasta, tak dosłuchali, co drache (smok)
                        królozi princesa ukrod. Tak oni sia zgłosili do króla, co uni mu jo poszukajo.
                        Tak król móziuł: "Kto jo poszuka od waju czworo, to może sia z nio ożanić". Tak
                        tedy poszli szukajo.
                        cdn...
                        • tralala33 Re: Czterej bracia wyzwalają królewnę cz. III 11.04.06, 20:38
                          Tak prziszli do jenej w'isokiej góry na inslu ( na szczycie). Tan sternikuker
                          wzioł swoje patrzidło, tak ujrzał tego smoka, co mnioł łeb na princes'inem
                          kolanie, i siedziała princesa tam kiele niego. Tak tedy poszed tan złodziej i
                          ta princesa spod tego łba w'ikrad, i jo na okręt przynieśli. Tak jek ten smok
                          sia dowiedział, że princesy ni ma, tak un w pogoń za niami, a uni jechali na
                          tam okrańcie, na tam sziszie (statku). Tak tan smok przifurnoł nad okrant i
                          chciał ich fernichtować (zatopić). Tak tan jeger wzioł ta swoja flinta i
                          strzeluł, i go zabziuł, i tan smok zlecioł na tan okrant, i sia rozder tan
                          okrant. Tero wziuł krawiec swoja igła i tan okrant zszuł. Tera przijechali
                          wsziscy do króla, princesa przizieźli. A tedy ten szternkuker mózi: "Ja jo
                          poszukoł, ja jo obaczuł, to princesa jest moja". A złodziej móziuł: "A ja jo
                          wykrad zza smokowygo łba, to princesa jest moja". A jeger móziuł: "A jo kieby
                          smoka nie zastrzelił, to by noju wszystkich pozabzijoł".
                          A kraziec móziuł: "Kieby ja okranta nie zszył, to by wszyscy sia potopsili, to
                          je princesa moja".
                          Tak on krol móziuł: "Nie moga wam princesy dać, bo jest was czworo, a una jest
                          tlo jena", to każdamu król dał jena prowincje ziamni i sia kozdy ożenił, i
                          kożdy buł bogatam.

                          Opowiedział E.Kurowski, wieś Pokrzywy, pow.Olsztyn. (Warmia)
                          • tralala33 O jednym z trzech braci co znali mowę zwierząt I 11.04.06, 21:19
                            O jednym z trzech braci co znali mowę zwierząt
                            Jeden król miał trzech synów, a tan jedan móg wszistka mowy zwerzantów. Tak jek
                            te bracia dorośli, tak tan starsy móźiuł: "Bracia, pódziewa we świat sobzie
                            szcześcia szukać" - i posz'li.
                            Tak przyszli kele jeny drog'i, tak stojał fejny budynek. Tak weszli do tego
                            budynku, to stojał stół dekowany (nakryty) z rozmaitam jedłam. Tak tych dwóch
                            bratów usiedli sia kiele stoła i zaczali psić. Tan starszy brat to poszad na
                            dwór słuchał jeskółków. Jek zaczęły godać: "Szkoda za ta młoda krew. Tam jest
                            za mostam smok ze trzoma łbam'i, kedy 'un sia dostanie bez tan most, to żiadny
                            pomocy już ni ma". Tak on do tych bratów móził: "Bracia! Wachujta (bądźcie
                            czujni) ze mnu, bo nie ziewa (nie wiecie), co ta noc noju spotka". A uni mu
                            odpoziedali: "My bańdziem wachować". I tan brat wziuł szablo i poszed, a tych
                            drugich dwóch bratów sia układło i spsiu.
                            Tak o dwanosty godzinie tak idze tan smok z tam'i trzema łbam'i. Tak on sia
                            zaczół z niam kełfować (bzić) i go zabziuł. Tak un przysed do tych dwóch braci
                            (braciów) i móził: "Wyśla su dobra, wyśta m'i mieli pomóc, a śta mi nie
                            pomogli".
                            Tak pośli dali. Tak przydo znowu kiele jeny rzeki. Tak stoi znowu jeden
                            budynek, i w niem stoi stół dekowany z rozmaitościami. Tak tedy znów tych dwóch
                            bracia sie wsiedli kiele stoła i ziedzo, i psiju.

                            A teraz i my siadnijmy i do tego stołu i jedźmy i pijmy smileZnów będziemy
                            wachować.
                            • tralala33 O jednym z trzech braci co znali mowę zwierząt II 11.04.06, 21:20
                              Tak tedy tan starszy brat poszed na dwór i słuchoł, jek wrony gadaju: "Szkoda
                              za to młodu krew, bo za mostam jest smok z sześciuma łbami, a jek on sie
                              dostanie bez most, to żadny pomocy już na nigo ni ma". Tak un starszy brat
                              móził: "Bracia, wachujta ze mną, bo ta noc nie je naszam przyjocielem". A uni
                              mu odpowiedali: "My bańdziem wachować". I un wziuł szable i poszed sam. Tak un
                              wachuje, tak o jeden roz słucho, słucho. Tak ani by batalión wojska szed.
                              Tak 'on przyszed bliżi, tak to buł ten smok z sześciuma łbami. Tak on zaczuł
                              tedy z niam wojewać i wojował, i wojował jeszcze. Tak już buł nareście
                              zmęczony, ale jenak tak moc wzioł pospół i go zabziuł.
                              Tak pośli dali. Tak przijdu znowuj kiele jeny rzeki. Tak stoi znowu taki
                              budynek, a w niam stół, a na tym stale rozmaite jedło. Tak znowuj pośli do tego
                              budynku. Tak te bracia sie wsiedli kiele stoła i zaczeli pić i jeść, a tan
                              starszi brat znów poszed na dwór i słuchoł, jek wróble do siebzie godajo
                              znowu: "Szkoda za to młodo krew, co musi być fernychtowano (zniszczone), bo tam
                              jes smok ze dwunastomo łbam'i, tego nicht nie poredzi, ale kiedy jeszcze
                              pryndzy przydu niż un sia dostanie przez tan most, to mogo go pobzić". Znowuj
                              móził: "Bracia, wachujta ze mnu, ta noc nie jes nasz przyjaciel".
                              I uni mu obziecali: "Ju !. I un wziuł swoju szablo i poszed, a tych dwóch
                              bracio sia uładli spać.
                              • tralala33 O jednym z trzech braci co znali mowę zwierząt III 11.04.06, 21:20
                                Tak przyszed ten smuk ze dwunastoma łbam'i, zaczoł sia z niami bzić. Tak mu
                                ucioł siedem łbów. I un buł już zmączony, co un już dali nie móg. Tak do tych
                                dwóch bracio przyszła mucha i usiadła sia na gamba i drapała i do nosa
                                zaglądała. Tak tedy tych bratów 'obudziła. Jek te bracia wstal'i, tak zaro
                                brali mniecze i poszli bratu do pomocy i tygo smoka zabzili.
                                Tak tedy tan starszy brat sia uklad, bo już trzy moce nie spał. Tak jek un
                                spał, tak przyszła do niego tako duzo mucha i bańczała, i brumowała (mruczała).
                                Tak tan brat odecchnuł: "Co ty chcesz, brumko", móził. Móziła: "Myślita, co
                                w'ista go pobzili. Jeszcze od tych smoków su kobzity. Jana jest w budynek
                                przemnieniona. Ta drugo jest w jebłonka, a ta trzecia w rzyka przemieniono".
                                Tak jek uni sia wyspali, tak tedy obsiudłali swoje konie i rejtujo (jadą) dali.
                                Jek rejtujo, to buła duzo gorączka, tak tym dwom braciom sia zachciało psić.
                                Tak uni wyrzekajo, że im sia psić chce, a ten starszy brat móziuł: "Tam je
                                rzyka, ale ty wody ne psijta, bo ta woda jes niedobro". A jek uni dojechali do
                                ty Łiny rzyki, to juz z koniów pozłazili i chcieli psić. A tan starszy brat
                                wyciągnuł miecz i wetchnoł w ta woda, to sia zrobziła krew jak smoła. Tak
                                rejtujo dali. Tak stoi kiele drogi jabłonka. Tak tan brat znowu móził: "Tam
                                stoi jebłonka, ale tych jebków mie maju urwać, bo to so jebka niedobre". Tak
                                jek przyjechali do ty jebłonki, to tych dwa bracia już wyciągali ręki za jabka,
                                a ten starszy brat znowu wyciągnął miecz i szturnoł, to z ty jeblonki nic nie
                                buło tylo gromadka krwi. Tak jado dali. Przyjachali, to gorącz psiekła, a
                                stojał budynek kiele drog'i, to tych dwóch bració już chceli z koniów śliść, a
                                tan starszy brat wyjoł miecz i szturnoł, to sie z tego domu sia krew stała. To
                                byli od tego smoka te kobziety tyż pobzite. I dojechali do królewskiego pałacu
                                i tego króla wybazili 'od tych smoków. Tak ten król miał trzy pryncesy i
                                kożdemu jenu dał, a na tym weselu to jo buł, wino i gorzołke psiuł.

                                Opowiedział Orłowski, wieś Pokrzywy, pow. Olsztyn (Warmia)
        • tralala33 Zdradzona siostra cz. I 12.04.06, 20:43
          Zdradzona siostra

          Brat i sziostra poszli w świat. Szli i przyszli do jenego gejstego lasu. W tym
          lesie głębokim stojała jena chatka. Ten brat patrzoł bez okno, to leżało na
          stole dwanaście rusoków (noże), a na ziemi dwanaście zbójców. 'Un wloz po cichu
          do izby, w'ibrał sobzie ten najostrzejszy nóż i wzioł od początku wszystkich
          zbójców pozarzynał, a tygo dwunastego tak dobrze nie zarznoł, bo nóż już nie
          chciał rznąć. 'Un obejrzał tedy w całem domnie i znaloz taki sklep (piwnicę),
          co wszystkie trupy pokładał z siostro w ten sklep. Tedy sie pokładli z siostro
          spać.
          Jek reno wstali, to brat pooglądał, bo buło gwołt strzelbów. To jeno wyszukoł
          strzelbe i trąbke i poszed w las zwierzętów zastrzelić. Poszed do tego lasu,
          ale nic nie żidział i nie słuchoł. Co kawałek zaszed, to groł, co dalej zaszed,
          to grał.
          Blisko żieczora to lecioł zając. Chcioł go zastrzelić, ale 'un wołał, co ni ma
          go zastrzelić. 'Un mu będzie w dzień i w noc zawdy do pomocy. 'Un mózi: "Nie
          mam cie zastrzelić, ale co mam z tobo zrobzić ?" Zając pożiadał, co tam mały
          chlewek stoi, to ma go wpuścić, ale nie ma o tym siostrze pożiedać.
          cdn
          • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. II 12.04.06, 20:44
            'Un brat tak zrobził. Prziszed na żieczór do domu, dała mu sziostra jeść i
            p'ita sie, co 'un upolował. A brat móził: "Nie ma nic, te zbójce wszystko
            wyżerli". I poszli spać.
            Na drugi dzień wstali. Jek frysztik zjedli, to brat wżioł strzelbe i znów
            poszed do lasu. Znów robzi to samo co w psirszy dzień. A sziostra w domu
            posprzątała i wlazła do sklepu (piwnicy) do tych zbójców, i 'obaczuła ich
            wszystkich. A ten dwunasty fycił jo za szorc (fartuch) i p'itał sie, gdzie jest
            ji brat. A 'una móżiła, co w lesie. Ten zbója móził: " W izbzie na dźwierzach
            żisi flaszka z medycynami, przynieś do mnie, pomaż mi to szyje, to sie zagoi !"
            Tedy poszła nazad do izby.
            A brat sie już zbliżał do domu, bo nie móg nic ustrzelić, bo nic nie buło. Wtem
            leciał lis, chcioł go zastrzelić. Ten lis móził: "Nie zastrzelaj mnie, będe ci
            we dnie i w nocy zawdy do pomocy". "Ale gdzie cie schowam, móziuł brat, bo już
            jenego mom". "Ale wsadź mnie pospołu, my sie znowa. Ale patrz, co siostrze nie
            powiesz". I poszed do domu. 'Una siostra sie p'itała, czy co ma. 'Un
            ji 'odpożiedał, co jest pusty las. I znów mu dała żieczerzo. Sie najedli i znów
            poszli spać.

            • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. III 12.04.06, 20:44
              Z rena wstali, frisztyk zjedli i znów brat poszed w las. 'Una jak posprzatała,
              to znów poszła do sklepu i tego zbójce lekowała. Teraz chcioł już jeść. Blisko
              nad żieczorem bratożiu już sie chciało do domu wracać, to lecioł żilk. 'Un go
              chciał zastrzelić, ale żilk odpożiedał, że 'un go ni ma zastrzelić. Będzie we
              dnie i w nocy zawdy do pomocy. Ten brat móżił: "Ale ja już mom tyle, jeszcze
              ciebie, to mi pozżerosz". Ale 'un odpożiedał, że 'uni sie znajo, tlo mo tam
              wsadzić, ale sziostrze nie pożiedać.
              Przyszed do domu, to sziostra znów go sie p'itała, czy co ustrzelił, a 'un
              odpożiedał, co nie. Znów sie żiecierzy najedli i poszli spać.
              Zrena wstali, sie najedli i 'un znów w swojo robote poszed. A 'una posprzatała,
              uwarziła zbójcożiu jeść i zaniosła mu do sklepu (piwnicy). Jek sie 'un najod,
              to móżiuł ji, co ma jeszcze pomazać gardło, bo jeszcze go boli. Jek będzie mu
              dycht (zupełnie) dobrze, to wyjdzie ze sklepu i będzie chodzić.
              A 'un brat, to chodziuł w onym lesie i groł. Nareszcie mu sie naprzykrzuło, bo
              leci lew, 'un go chce chybko zastrzelić, a lew móziuł: "Nie zabzijaj mnie, bo
              będe we dnie i w nocy zawdy do pomocy, ale tyż mnie schowoj tam, gdzie tamte so
              bracio, ale nie pożiedaj siostrze, bo ci licho pudzie". Un schował i poszed
              znów do domu, i znów żieczerzo zjad, i poszed spać.
              • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. IV 12.04.06, 20:45
                Z rena wstali frisztyk zjedli. To szostra móżi: "W jenem chodzisz i nie ni
                mosz". Ale 'un nic nie móżiuł, tlo wżioł swoje trąbke i strzelbe na bary i
                poszed w las. Chto gro, to gro.
                A 'una znów uwarzuła jeść i zaniosła temu zbójożiu. Jek 'uni jedli, to zbójca
                siostrze móżiuł, że jutro ni ma brata puszczać do lasu. 'Un tam jenoś nic nie
                ufyci. A 'una sie go pytała, co 'un zrobzi z nim. To jej pożiedał, że 'un tyle
                bratów steroł (stracił) ze śwata, to 'un go oparzy. Ale 'una mo naprzód
                pożiskać go. czy ma wszi w głożie, a potem ma mu jedwabziem ożijać palce. Jek
                raz ożije a rozedrze, to potem dwa i trzy razy, aż nie będzie móg palców
                rozedrzeć.
                A potem go wsadzo w wanke, to już nic sie nie będzie móg oganiać. Jek jej to
                pożiedział ten zbója, to sie nazad do sklepu schował. Brat znów wrócić mniał do
                domu, a tu leci niedźwiedź. Ale 'un móżił, co go nie ma zastrzelić, bo we dnie
                i w nocy będzie mu do pomocy. Brat wzioł niedźwiedzia i schował go do tych
                drugich. I poszed znów na zieczerzo. Siostra pytała, czy co ufycił, ale 'un
                opożiedał, że nic nie ma. Sie najedli, to poszli znów spać.

                I my najedzeni znów chodźmy spać, bo jutro będzie trzeba wachować brata, by nic
                złego mu się nie stało.
                • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. V 13.04.06, 17:58
                  Jek zrena wstali, to sziostra nie chce go puścić do lasu: " Musisz sie umyć, i
                  możie mosz wszy w głożie, to cie musze pożiskać". I sie z niem zaczeła zaboziać
                  (zabawiać , zajmować się) z tem jedwabziem, te palce okrącać. Już ni móg tych
                  palców roztworzyć. To wtedy zbója wyszed do niego: "Mój kochany bracie, teraz z
                  tobo sie stało". Wżieli wanke przynieśli i wsadzili go w te wanke. "Kiedyś ty
                  tyle braciów straciuł, to teraz z tobo sie skończy". 'Una warzyła wode dla
                  niego, a ten brat sie zafrasował i proszuł siostre o to trąbke, ale szostra nie
                  chciała dać. Ale ten zbója móżiuł: "Niech przed śniercio jeszcze sobzie
                  zagro". 'Un nie móg trzymać, tak temi gnatami (nogami) przyłączuł do gęby i
                  zaczoł bolesno grać. Jek sie ten zającek obudziuł i usłychał to muzyke od
                  swojego pana, to poskoczył tem bratom po glowach i pobudził jech, że "nasz pon
                  w bziedzie jest". Niedźwiedź buchnoł i rozbił dźwierze, i poszli na głos ty
                  trąbki. To żidzieli, że ich pon w wance siedzi. To lew złopoł zbójce w łapy,
                  żilk siostre, a zającek i lis rozdzierali mu palce. Jek pana odżiązali, to
                  pytali sie pana, co majo zrobzić ze zbójcem i z siostro. "Zbojce porozdzierać,
                  a siostre w komnin pożiesieć i czubke (żoiske) siana użiesić do jadła, i kocioł
                  od wody pożiesieć kiele ni, co ma napłakać pełen kocioł".
                  Teroz 'uni odpoczeli i najedli sie i ......
                  • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. VI 13.04.06, 17:58
                    Teroz 'uni odpoczeli i najedli sie i poszli w śwat duży, i przyszli do jenego
                    królestwa. W ten królestwie wszystko czorne buło, żie tam niedaleko tego
                    królestwa buł taki smok, żie każdy musiał temu smokożiu dziewczynke do
                    pożiercia dać. Nareszcie padło na córke tego króla, bo już drugich nie buło; bo
                    już wszystko pożarte. Król wydał taki rozkaz, kto by to córke wybażił. Ale
                    nicht sie nie zgłosiuł. Kuczer (furman) ze córko musiał do tego smoka jechać.
                    Tak 'un pan z 'unemi swojemi sługami poszed kiele onego smoka. Ta córka jek
                    zsiadła z tego wóza, to mniał ten smok jo ufycieć i pozreć. A ten pon z temi
                    sługami rozkozoł, że 'un będzie tego smoka terał (niszczyć).
                    Jak ten smok tem psierszem 'ozorem złapać chciał, tak ten pon ucioł ten łeb. A
                    ten smok mniał siedem łebków, a zającek musiał wszystkie 'ozorki z tych łebków
                    wyrzynać i w sznoptuch (chusteczkę) układać. I 'od ty roboty sie pomordowali,
                    to sie pokładali spać. To tedy princese odratował. Ten sznaptuszek z 'ozorkami
                    niedźwiedź wzioł pod opsieke. Jek 'uni spali, to ten kuczer (furman) zaklinuł
                    tej córce, żeby nic nie pożiedała. A 'un wzioł temu smakożiu te łby pozbierał i
                    zabrał z sobo, i z córko pojechał do króla, i pożiadał królożiu, co 'un jo
                    wywabiuł. Król obziecoł mu sie z to córko ożenić. I nie buło smutno, tlo wesoło
                    w tem królestwie. Ten kuczer wzioł tego pana od tych zwierząt zarżnoł.
                    • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. VII 13.04.06, 17:59
                      Jek sie zającek obudziuł, to pobudziuł wszystkich zwoich bratów i móżiuł, że
                      nasz pon bez ducha je. Zając i lis musieli iść po to wódke, gdzie 'ni tego
                      zbójca rozdzierli. Poszli i to wódke przynieśli i tego pana pomazali. 'Un odżuł
                      i móżiuł, ale fein spał, 'uni mu móżili, ale społ ! I opożiedali mu o tym
                      wszystkim.
                      'Uni też poszli do tego krolestwa i poszli do kaczmarza, i p'itali sie, co sie
                      w tym krolestwie stało ? - wtedy buło tak smutno, a teraz tak wesoło. Ten
                      kacz'marz mu pożiedał, że kuczer wyretował princese. Krol rozkazał, co sie ten
                      kuczer ma z to princeso 'ożenić. I będzie duże wesele, ale nikt na to wesele
                      nie móg iść, bo buło zakazane. Jek to wesele buło, to wszędzie warta stojała.
                      A ten pon, co do tego kacz'marza przyszed, to móżił, co i 'un z tego wesela jad
                      będzie. Jek to wesele buło, to 'un karteczke (...) i użiojzał zajączkożiu do
                      szyi, i posłał zajączka na wesiele. I 'un od warty do warty leciał, i nie
                      chcieli go puścić, ale warta móżiła, co taki psiesek nikomu krzywdy nie zrobzi.
                      To wloz aż do brutki (narzyczonej) i podrapał po nodze pod stołem. I brutka
                      spojrzała na dół i 'obaczyła tego zającka, i go poznała, i wzieła to karteczke
                      odżiojzała, i przeczytała. I wzieła w snaptuszek fejnych kuchów, nakładła, i do
                      szyi przyziązała. I 'ukłonił sie, i odszed, i poszed do swojego pana.
                      • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. VIII 13.04.06, 17:59
                        Ali 'un pon móżiuł do kaczmarza: "Nikogo nie puścili na wesele, a jo już mom
                        kuchy do smaku". I dali kaczmorzożiu posmakować. jek pojedli, wzioł pon napisał
                        drugo kartke i użojzał w sznaptuch do szyi lisożiu. Lis mniał strach iśc, bo
                        zając to jest mniejszy lecieć, ale lisożiu to było ciejzyj iść, bo dostał i od
                        wachy kila razy kolbu. Ale jenoż wlaz, gdzie brutka siedziała. Podrapał brutke
                        po nodze i 'na ujrzała go i poznała, to ujrzała na szyi znów snaptuch żisieć.
                        To odżiązała i przecytała, co ma dać kiełbasy i psieconki. I stojało, że na
                        drugi roz, to 'un sam przyjdzie na wesele, że 'un żyje - ten, co jo wyretował.
                        Tedy mu wzieła kiełbasy i psieczonki urzneła, i włożyła w ten sznaptuszek,
                        uziązała do szyi nazad, coby ten młody król nie żidział; wyprowadziła go
                        jeszcze. Jek lis zaszed do pana swojego, to 'uradował sie ten isty pon, co jedo
                        sługa przyszed zdrowy. 'Obżejrzał, posmakował i zaniós kaczmarzożiu, pokazał,
                        co mo z wesela, i psieczonke i kiełbase dał mu też posmakować. Tedy za sile
                        poszed pon z swojemi sługa'i na wesele.
                        • tralala33 Re: Zdradzona siostra cz. IX 13.04.06, 18:00
                          Jek przyszli kiele wachy, to niedźwieć jeno wache i żilk jene wache i lew
                          wzieli, co nie mogli strzelać. I wleźli na wesele, to brutka sie uradowała, co
                          ten richtyczny (właściwy) przyszed, co jo wyretował. Ten pon móżiuł do tego
                          starego króla, co 'un , bo 'un ma łby od smoka. A ten pon móżi, co 'un ma łby
                          bez jejzyków, "a ja mom jejzyki". Jek obaczyli te łby, to naprowde, że jejzyków
                          ni ma, to sie ten stary król p'itał córki, czy to prawda. A córka
                          móżiuła: "Tak, ojcze, to prowda". Tedy tego młodego króla, tak też z nim
                          zrobzili, jek 'un z tym panem zrobziuł. Dopsiero ten pon dostoł te córke króla
                          i ożenili sie. I 'un był królem tego królestwa.
                          Teraz ale wesele buło jeszcze większe, jak przedtem buło, bo całe królestwo
                          zaprosili i tego kaczmarza zaprosili, co 'u niego buł. Teroz nie buło żadnej
                          wachy, każdy móg przyjść, komu sie chciało.
                          Tak sie skończyło z bratem. A siostra jek napłakała cały kocioł łez, to zającek
                          poszed jo odżionzać, i na zawsze została w tej chatce. Jek nie pomarła, to
                          jeszcze żyje.

                          Opowiedziała M.Kensbok wieś Purda Duża, pow. Olsztyn (Warmia)
          • tralala33 O przygodach królewny Amalii cz. I 13.04.06, 18:00
            O przygodach królewny Amalii

            Buł król i królowo, a ni mnieli żodnych dzieci i prosili Boga gorąco o potomka,
            i nie było żadnego. Królowo też smutno i król sobie urągali. Dostała królowo
            sen, że porodzi córke, ale nie jennem chrztem jek tem, co jo przyniesie -
            Amalia będzie niała wypsiane. Król nie wzierzuł, ale królowo niała córkie. A
            jek óna sie urodziła, to sie i kobyła ozrebziła, i to durowało (trwało) tak
            długo, aż ta córka urosła. Zjechali sie prince i mnieli zgodywać, jek sie 'una
            nazywo. Które zgadnie, to zięciem będzie. Zjeżdżali sie, nikt nie zgad, aż król
            o Bogu zapomnioł. Aż raz na tó zabawe Pon Bóg diabła zesłał. Diabuł za prienca
            sie ustrojuł. Jek to diabuł, usiad zaro i psisze wszystkie imienia po kolei,
            tegó ale nimo, aż napisało mu sie Amalia. Król myśli, co princa równek (jednak)
            ma za zięcia.
            A na tem zreboku córka rejtowała (jechała). A tu zrebok wziół godać: "Nie bój
            śie" - bo ona sie wylękła - "jek dzień weselny przyjdzie, to nie siadaj w
            karete, ino mów, co na mnie chcesz rejtować, i daj sobzie zrobzieć mnecz i
            wybzieć na niem daj imnie Jezus. A odspódek ubziesz sie za prenca. Óni będo z
            ojcem grędo (prędko) jechać, ale óni nie zdążó. Pioruny zacznó bić i ojca
            zabzijo, a my uciekniem góró przed tem diabłem". No i oddaw (ślub) już
            przyszed, a óna do ojca mówzi, co óna tylo na zrebaku. Ojciec nie chcioł, a ten
            diabeł przystał. Óna wsiadła, sie tak ubrała i zrebok z nió poszed. Óna zawdy
            grędó, a nie mogó dognać. Aż ón zrebok poszed w powietrze, a ojca pioruny
            zabziły.
            cdn
            • tralala33 Re: O przygodach królewny Amalii cz. II 13.04.06, 18:01

              Ten zrebok z nió szed trzy dni i trzy noce i spuścił sie z nio w królewski
              sod. "Tu ostań, eno patrz, co nie zaśńiesz, a ja będę tu trawe jeść". A óna
              tero uż' była za princa. 'Óna zasnęła, a ten zrebok po ksiatach latał. Ogrodnik
              go chciał złapać, ale nie móg, i do króla melduje tó zache (sprawe). A król
              niał psijaństwo, a buł esz'cz'e młodziak, eno z matkó gospodarował. Zaroz
              poszed ónego kónia złapać i znaleźli ónego princa lezącego. Kóń uż' będzie
              obsilóny (posilony, nakarmiony), ale óna nie, mówi: "Jo musze sam kiele ónego
              kónia". Posz'ła i mówi: "Co teroz bedzie ?" "Moż'esz' psić i jesć, ale o mnie
              nie zapómniej i patrz', co nie trącisz głosko w głoske" (szklankę w szklankę).
              No i tak ta króla matka przisz'ła, a tu sie popsili, eno ten młody i jego
              matka. Wzieła głoske i mówi: " Wypijem z przyjacielem - i trąciła - nie dobrze
              by było nie wypić". Jek wypiła, zaroz padła.
              Zaro ten młody sam go poodpinoł i kiele łoża wachuje. Rozpiół loch, pojrzy, to
              ty złote psismo na piersiach: "Amalia - to je dziewica". "Matko to je ta, co jo
              mioł zgodywać, a mnie jó Pan Bóg som doł". Jeno roz óna przeckła i chce do
              kónia isć. Prziszła do kónia - "Co teraz będzie ?" "Nic nie będzie, żenić sie
              będziesz, tylo o mnie nie zapómnij". Teraz sie ożenili oboje i światowali.
              cdn
              • tralala33 Re: O przygodach królewny Amalii cz. III 13.04.06, 18:01
                A na jej rodzini matka eno była, bo ociec buł zabity, a diabuł rządziuł. Jek ón
                sie dowziedział, gdzie óna je, to wydał wojne temu królowiu. Óna sie pyta: "Co
                tero będzie, moj mąż na wojne idzie ?".
                "Niech ón żadnego wojska nie turbuje, eno weźnie ten twój ńiecz i na mnie
                wsiądzie". Óna mu mówzi: "Męzu kochany, nie turbuj wojska, to jest diabuł w
                mojej rodzinie, ale ty go zredzisz (dasz radę), eno jek mniecz wyciągniesz z
                tej puchwy". Wsiod na tego zrebaka i poszed z niem powietrzem. A diabeł buł
                oblagrowany (okopany). Jek wyjął mniecz, to wojsko leży, eno diabeł sie ostał.
                Ten młody król posłał list i jednego opłaciuł, co by to zaniós, bo to sie
                dziejało w rok 1356.
                A diabeł zbudował sklep kiele drogi i mówi: "Co mi szczescie przyniesiesz" i
                jek ten (z listem) na darmowe wlezie - dał mu jedno butelke, drugó i ten usnół.
                A diabeł drugi list napisał do matki młodego króla, żeby tó żóne i synka
                zgładzić. Ten zaniós, a matka płacze i mowi: "Niech tak ostanie, aż ón
                powróci". List zakluczowała i napisala do syna, co ma mniłosć eno w niech i
                tegó nie może zrobieć. Ale diabeł znów napisał, że óna dała jech stracieć. Ten
                czyta - "O mój Jezu, co ta matka porobiła". A ta młodo - roz staro zapomniła
                klucz wyjąć ze drwi - i młoda tam wpyrła (wtargła), i czito. Wzieła dzieciaka,
                mówi: "O mój koniczku, co byś ty był", a zrebok uż kiele niej i kazał, co by
                mówziła matce: "Jek mnie móż bedzie chciał szukać, to w mnieście Kurzostopka".
                Staneli na łące. "Przyleco kruki, a ty jednego złap i nie puszczaj, aż ci
                przyniosó papiry od niasta Kurzostopka".
                cdn
                • tralala33 Re: O przygodach królewny Amalii cz. IV 13.04.06, 18:02
                  I óni jej przynieśli, ale kóń mówzi: "To nie só te richticzne (prawdziwe), mów
                  co jem porozdzierosz tego kruka na sietem kawałków". I óni jej przynieśli, a
                  była uż w pokoju. To było niasto zaklęte za duże zabawy. "A ty teroz karz
                  śniercio, nie żałuj. Teroz musisz mnie głowe śćiąć mnieczem". A óna mówi: "Jek
                  ja za te dobro", ale ón mówi, co "jo jest aniół i chcij tak, jak jo ci
                  nakazoł". To teraz skóńczem o niej, bo óna jest królowa na drugim lądzie.
                  Ón młody król doszed do domu, a matka sie skajała, bo óny ni ma i onego nie ma.
                  Jednoz w płaczu jo nalaz. "Coś ty, matko narobziła !" A matka: "Coś ty ale
                  narobouł". Pokazali listy. "Ale kieni (gdzie) óna ?" "Mosz jo szukać w nieście
                  Kurzostopka". Porejtował i przyjechał w lasy, kóń już też dalej nie móg. Szied
                  i szied, przyszed do jamki w lesie, a tam był pustelnik, spojrzy - "Mój Boże,
                  król ! Jek ty tu, człowieku, dó mnie nioł przyjść". "Cy ty by ni nioł co
                  podjeść ?" "Moje jedło od korzónków łupinka, to jajaśniejszy król nie będzie
                  jod". Ale podjod i niodem (...) Ten nie wziedział i nieście Kurzostopka, " ale
                  mój siósiód je trzysta nil, to ón będzie wiedział". Dał mu pieska, ón piesek z
                  niem i tak mu wesoło było.
                  Uszed óne trzysta mil i znów pustelnik, i znów podjod korzónków i pyto, czy nie
                  słyszał o nieście Korzostopka. "Nie, mój kochany, ale znów mój sósiod....
                  Tamten ci dał pieska, a ja ci dam ptaszka". Ptaszek śpiewa kurantki.
                  Zastali tego trzeciego przy modlitwach jek i te dwa. "Eszcze trzysta nil jest
                  niasto Kurzostopka i królowa tam króluje. Teroz odchodzisz, to i jo wom dom
                  podarunek - takó piszcziałeczke ".
                  • tralala33 Re: O przygodach królewny Amalii cz. V 13.04.06, 18:02
                    Uszli óne trzysta mil, ale tero uż nie był król, eno za dziada, ale psieniędzy
                    niał. Wszed do sklepu, podjad, a wzdycho, jek sie do królowy dostanie. A z tego
                    smutku wziół grać, a z'id: " Aj waj, co pan robzi, tu muzyka je zakazano". A
                    milicjanty uż' só i do królowej na sąd. I przyszli, ón prosi, tak jej powieda,
                    tak i tak sie dziejało.
                    Ni mogła go tero poznać. Ten chłopiec, syn, za kiedke jó sarpsie, czy by jemu
                    nie dał piszczałki. On podarował, chłopcu dał, a óna go puściła, ale synek nie
                    móg grać, ptaszek obsowiał, piesek przepadać chce. Znów go wrócili i óna sie
                    pyta, czy by jo poznoł, a ón mówi, że jak będzie w tem stroju, co u niego, to
                    jó pozno. Óna sie przebrała i ón jó poznoł, i króluje z nió do dziś, kieni nie
                    pomer, w nieście Kurzostopka.

                    Opowiedział M.Kamiński, wieś Nowa Ruś, pow. Ostróda 1950 (Mazury)
            • tralala33 W Sześnie diabeł matkę daje :) 16.04.06, 19:12
              W Sześnie diabeł matkę daje smile
              W Sześnie diabeł matke daje. Tam w Sześnie (wioska w powiecie mrągowskim) za
              kiedyśn'ich dawn'ich czasów b'iła gmina. Gmino wówczas kierował tak zwany
              amtman (urzędnik), do pomoc'i miał - tedi wtenczas naz'iwano Bóte poseł, ja.
              Do tej gminy należała pewna wioska w której żiła pani Kożianka ze sw'im
              s'inem. Sama biła wdowo i zamierzała s'inowju zdać małe gospodarecke swoju i
              sama iść na utrzimanie s'ina. S'in do czasu zdania mu gospodarstwa z matko
              bardzo pięknie z'ił, w zgodzie i spokoju. Gdi czuł sie właścicielem
              gospodarstwa, rozhulał sie, cziensto sie upijał, matce dokuczał i biuł jo.
              Za ow'ich czasów amtman gmin'i b'ił zarazem i sędzio w letkich sprawach, w
              lżejszych sprawach, bo wówcas karali : rozgo bili, batem. Tak i staruszkia
              widząc, że s'in stał sie bezpoprawnym, zrobiła skarge na niego u amtmana - żie
              jej dokuca, przez'iwa i bije. Amtman w'idał termin na stawienie sie s'ina z
              matko do gm'iny, na pewien dzień. Po krótkim casie dostał , otrzimał s'in
              przez posła wręcóne wezwanie na sprawe. S'in wiedział, ze źle, bo na pewno
              amtaman przisądzi mu batów, prosziuł matke, ab'i mu przebac'iła. Całuje jej
              ręce i obiecuje jo więcej nie bić ani w'iz'iwać. Matkie za s'ina serce boli,
              uwjerziła słowóm s'ina, bierze lascke w ręke i udaje sie do gm'iny, aby pan
              amtman rac'ił darować s'inowji, bo on sie od pewnego casu tak naprawił, żie
              obiecuje matki uż więcej nie bić.
              Pan amtman mówi: "dobrze, ale pamiętajcie, zeb'iście drugie raz nie
              przichodzili w tej sprawie do mnie"
              • tralala33 Re: W Sześnie diabeł matkę daje :) 16.04.06, 19:12
                Z tem zagrożeniem staruszka wraca do domu. S'in bardzo zadowolóny przez
                niejakiś cas uwaza matkie i szacuje, i żijo oba w spokoju, w pokoju. Lecz po
                jakimś czasie zapomniał on tych słów, które matce prziobiecał jo nie bić i jej
                nie dokucać. Napocał sie upijać znowa, w'iz'iwał jo od babów, babo i jinne
                wiraz'i, biuł i bardzo jej dokucał. Matka widząc, ze nie rada, posła po raz
                drugi do amtmana z prośbo o ukaranie s'ina, bo juz dalej wytrzimać nie może.
                Pan amtman obac'ił staruske, powada: "Nie mówił ja wam - otóz tera to, co miał
                s'in dostać, to wy dostaniecie to kiare". Lecz widząc upłakiano kóbiete, w'idał
                ponown'i termin na sprawe, na stawenie sie na sprawe. S'in po otrzimaniu
                wezwania, choc nieśmiało, lecz probuje prosić matki o przebacenie. Wiesa sie
                jej do syji, całuje jo i szlubuje na kolamach, ze więcej jej dokucać nie
                będzie. Matka mu tłumac'i, że óna skargi cofnąć nie moze, bo amtman srodze
                rozgniewany jó zamiast s'ina ukarze. Lecz s'in nie przestaje prosić tak długo,
                az matce serce sie zmękc'iło i mu przebaca. W dzień spraw'i bjerze lascke w
                ręke i zamniast w s'inem idzie sama do gminy. W drodze wpadła na jakiś pom'is,
                bo bardzo sie bojała amtmana. Przichodzi do gmin'i, sziada na przeddomowej
                ławce i ceka na jakoś okazje. Jak raz jedzie chłop z gnojem wioząc go na puole.
                Kobjeta zatrzimuje furmana, mówi: "Kochan'i przijacielu, otóż pan amtman was
                wz'iwa, b'iście weszli do gmin'i".
                cdn
                • tralala33 Re: W Sześnie diabeł matkę daje :) 16.04.06, 19:13
                  Kobjeta zatrzimuje furmana, mówi: "Kochan'i przijacielu, otóż pan amtman was
                  wz'iwa, b'iście weszli do gmin'i". Chłop nie widząc nic złego zawionzuje leje
                  na kłonice i idzie śmiało z kobieto do gminy. Amtman widząc wchodząco staruske
                  i za nió jakiegoś to mesc'izne p'ita sie staryj: "Czi to wasz s'in ?" "Tak
                  jest, panie amtmanie". Chłop ździwiony powiada: "Nie znam tej bab'i". "Tak, tak
                  panie amtmanie, odparła kobieta, to 'un tak zawse mówi". A amtman nic więcej
                  nie bada, kaze wnosić snop słomy i leje chłopu dwadzieścia pięć batów. Potem
                  p'ita: "Czi to jest wasza matkia ? Czi będziecie jo bić ?" Chłop szie nie
                  prziznaje b'ić s'inem tej kobiety i powiada - "Ja nie znam tej bab'i". Bar'zo
                  rozgniewany amtman przisondził mu jeszcze dwadzieścia pięć batów. Potem po raz
                  trzeci zap'ituje: "Jest to wasza matka ?" Chłop widzi, że nie ma żadnej radi,
                  powiada: "Tak jest, panie amtmanie, to jest moja matka". "To idź, a żeby ciebie
                  więcyj tu nie widział". Chłop w'ichodząc z gminy powiada, że: " w Sześnie
                  diabeł mu matke dał".
                  Od tego czasu słynie Sześnie i w okolicy mowa, że w Sześnie diabeł matke daje.


                  Opowiedział tak wspaniale G.Optacy, Pisz 1950 (Mazury)
                  Wątek nie zanotowany w literaturze ludowej; prawdopodobnie pozostaje w związku
                  z przysłowiem -' przyrzucili jak cyganowi matkę'.
                  • tralala33 Dwie siostry - pracowita i leniwa cz. 1 17.04.06, 19:56
                    Dwie siostry - pracowita i leniwa
                    Jena kobzieta mniała dwa córki. Jena buła zgniło, a drugo rączo. Jenego dnia
                    wzioła ta rączo (pracowita) kota, zbanek i razowej mąki, mlika i kołko do
                    przandzenia i poszła do drugi chałupy prząść. Jek weszła do izb'i, to naprzód
                    uwarzyła muzy ( zupa gęsta z mlekiem) i sia najadła, i razem z kotem jadła,
                    potem pomuła wszystko i schowała, i dlai przandła. " O jedan roz bukało w
                    dźwierze i wołało: "Córo, córo, otwórz, bo sam wloza". "Una dostała strach i
                    móziła: "Kotku, odpożiedz za mnie". A kotek móziuł: "Kiedy przydziesz ze stóma
                    krowam'i ze złotem'i kopytam'i i rogam'i, to wom otworza". Ale niedługo
                    przyszed z temy krowam"i, co mnieli złote kopyta. To jek prziszli, to cała
                    obora była pełna i znowu ji wołał: "Córo, córo, otwórz mi, bo sam wloza". A una
                    móziuła: "Kotku, odpożiadaj za mnie". A 'un móziuł: "Kiedy przyjdziesz za
                    trzystoma św'iniam 'i ze złotymi ogunam'i". Za szile znów przyszed z kozam'i,
                    koniam'i. Jek wybziła dwanosta to 'un musiał uciekać.
                    Nad renkiem to wzieła kołko i kotka, i kotek z jenej, a 'una z drugiej, i gnali
                    wszystko do domu, a matka myślała, że 'una żiancej nie przidzie. A tedy
                    jek 'obaczuła, ze 'una tyle przygnała, to pytała sia, jek to wszystko zrobziła.
                    Tak 'una wszystko poziedała, i potam matka na drugo noc wysłała to drugo córke,
                    to zgniło (leniwą).
                    cdn
                    • tralala33 Re: Dwie siostry - pracowita i leniwa cz. 2 17.04.06, 19:57
                      Tak 'una wszystko poziedała, i potam matka na drugo noc wysłała to drugo córke,
                      to zgniło. To tyż ji dała zbanek mlika, monk'i żytniej, wzieła kołko i kotka i
                      poszła. Ale 'una nie przandła, bo nie mogła prząść. Tedy uwarzyła muzy i
                      usiadła sama jeść, i jadła. Ali tedy jak 'una jadła, to kotek mniaucał: "Miau,
                      mnie doj też". A 'una: "Psika, kocie, jeszcze tobzie dać !" Kot tedy ogun
                      spuściuł i poszed za psiec nazad spać. A 'una nie pomuła po jedzeniu, tlo
                      wszystko 'ostażiła stojeć czorne (brudne). 'Oroz zabukało w dźwierze i
                      wołało: "Córo, córo otwórz mi, bo sam wloza". A 'una móziła: "Kotku, odpożiedaj
                      za mnie". A kotek móżiuł: "Chto muza zjad, to niech sam odpożieduje". A 'un
                      jeszcze dwa razy wołoł: "Córo, córo, otwórz mi, bo sam wloza". To 'un do ni
                      wloz i przynius taki duży drąg i móżił, co ma ten duży drąg pełno naprząjść,
                      a 'una przandła paciorki i nie uprzandła. Tedy wzioł drąg, i jo zabziuł, głowe
                      jej wetknoł w okno, co majo po nio przyjść. Matka nie mogła sia docziekać na
                      nio, poszła po nio i ujrzała córke w oknie wyglądać. Ucieszuła sie, że już na
                      matka wygląda. Jek wlazła matka do sien'i i 'obaczuła, że córka nie żyje, to
                      sia zasmuciła. Przyszła do domu i opoziadała, że nieszczańście sia stało. To
                      poszli i pochowali jo i gospodarowali z to psieszo córko. Chciwosć buła skarana
                      i fertyk (gotowe).

                      Opowiedziała A.Kensbok, wieś Purda Duża, pow. Olsztyn 1949 (Warmia)
                      • tralala33 O Konopce i diable cz.1 17.04.06, 20:19
                        O Konopce i diable
                        Jeden chłop szed z roboti, ale tutaj patrszi, a tu jeden chłop wożi jeno
                        bziałke na sarieckach z góry i pod góre. Ta zieś to sie nazywa Ogonki, a ten
                        chłop Konopkia. I sie tygo chłopa zap'itał, co 'un robzi, a ten
                        zaraz 'odpoziedział: "Ja jest sam diaboł, ja głupstwo porobiuł, to ja kiare
                        dostał, to muse to staro kobziete az do jej śnierci tu wozić. To z góri idzie
                        dobrze, letko, ale pod góre, to aż ni pot z łusziny leci, jek ti tu zidzis, ale
                        ja cie prose, cy byś ti mnie ni móg pomocu b'ić. Uz ja dzisiaj to zaraz skonce
                        to wożenie, bo uz kur będzie zaroz psiał. Ale buńdź taki dobry, prszijdź na
                        cwartek tutaj i jedenastyj godzinie i w'ikop ti tutaj mocno głęboki wądół, co
                        m'i tó babe zakopsiem"
                        Konopkia krszyzuje sie (żegna się) i ma strach, i nie chce nic z niem do
                        doc'inku nieć, ale 'un sie jenoz dał namózić. Teraz ten diaboł
                        mózi: "Psieniędzy ni mom, ale słuchaj tlo ti. W Węgoborku w szlosie szpukuje (
                        z zamku straszy), to ti mozes te złe dusi w'iprowadzać, i za to ządaj sto
                        talarów, bo ja tam jest, to ja ci zrumuje (usunę się) zaraz prec. Teraz tam w
                        tym Sztejnort w szlosie znowu szpukuje, to ti sze znowu ojaw i tam ządaj od
                        tego grafa dwasta talarów, ale w tym teraz juz musis bić kontentny i zincy ni
                        mas to robzić, bo kiedy będzies robzić, to ci pódzie licho". Z tymi
                        psieniędzoma, co 'un sobzie zarobził, w góre posed.
                        cdn
                        • tralala33 Re: O Konopce i diable cz.2 17.04.06, 20:20
                          Za rok znowuj tak sie objaziło, co w Berlinie w pałacu szpukuje. Tak ten grafa
                          z Sztejnortu objawziuł, co Konpkia moze tych złych znowu w'ibazić. Zaraz buł
                          Konpokia do Berlina zawołany, ale 'un barzo to nie chciał, bo mu diabeł to
                          zakazał, co 'un zięcyj ni mo tygo robzić. Tak zaroz buł w Belinie Konopkia do
                          tego pałacu prziprowadzony. Konopkia drżał od strachu i nie chciał tego ucynić
                          i szie 'odwołał na trszi dni, co majo mu dać cas. Konopkia chodzi w Berlinie
                          tam i zazod, ale na trzeci dzień zasnoł i zidział takoze bziałke jako on
                          zakopał. Tak 'on mózi: "Wej, ta mnie będzie do pomocy". I zagodoł to staro
                          bziałeckie i p'ita śe, gdzie jej ponieskanie jest. I 'ona mu odpoziedziała,
                          gdzie 'ona niska. I posed z radościo do tygo pałacu do Berlina, prziprowadziuł
                          to bziałkie do pałacu. Jak diabeł sie do niego przibliza, 'otworżuł Konopkia
                          hastih (gwałtownie) drżi i wrzescy do tygo diabła: "Tu masz to staro bziałkie.
                          Jo jij nie zakopał". Diabeł sie mocno zrzas i pocuł drzyć i wołoł do Konopki: "
                          Weź jo w zad, weź jo w zad, uz ja nie będę tutaj zincyj szpukował". Tak
                          Konopkia dostał za to płate za berlinski pałac, co go w'ibaziuł. Dostał
                          posziadło, co 'un żannych podatków nie brukował (nie potrzebował) płacić.

                          Opowiedziała Rochna , Mrągowo 1949 (Mazury)

                          • tralala33 O sztudentach i chłopie cz. 1 17.04.06, 20:22
                            O studentach i chłopie
                            Jeden gospodarz szed z krowom na targ. I widzieli trzech studentów, że 'on na
                            targ idzie, to chcieli 'od niego tom krowe kupić. Powiadali: "Gburze, przedoj
                            nom to koze". A gospodarz pojedał, że nie jest koza, tylko krowa. Tak te
                            sztudenci gwałcili koniecznie go, że mo przedać. Tak ten gbur sie namyślił to
                            krowe sprzedać i dostał zapłate za krowe, tak jak za koze.
                            Tedy ten gospodarz, jak widział, co sprzedał sztudentam krowa zamiast kozy, to
                            poszed do lady u kupił sobie cylinder'ut. I tedy jek ten cylinder'ut kupił, to
                            poszed do karczmy i wpłacił pieniędzy tyle, co móg jeść i pić. Poszed tedy na
                            miasto i wsadził ten cylinder na głowe; tedy 'obaczyli go te sztudenci, ale
                            pojedali te sztudenci: "Gbur koza przedał, a cylinder 'odkupił". (A te wpłate
                            zrobił we trzech karczmach. Tedy poziedział temu karczmarzożi, że jak 'on
                            przyjdzie nazod, to będzie żądał za te wpłacone pieniędze do jedła i do picia.)
                            Tak jak te sztudenci zobaczyli, poziedzieli: "Kupił cylinder za koze, co 'on
                            chce z niem zrobić ?" To te studenci poszli do niego, i sie go pytali, co 'on
                            chce z cylindrem zrobić. 'On jem odpowiedział, ze jak 'on ten cylinder włoży,
                            to może życzyć, co chce, to dostanie bez płaty. Tedy sie 'on tych
                            studentów 'odłączył i poszed do karczmy, gdzie wpłacił pieniądze przed czasem.
                            Tedy sztudenci poszli z ciekawości za nim, gdzie on pójdzie.
                            cdn
                            • tralala33 Re: O sztudentach i chłopie cz. 2 17.04.06, 20:22
                              Tak wloz do ty karcmy i żądał jedła i picia. Jak podjad i wypsił, zapalił sobie
                              jeszcze cygara; tedy do karczmarza pojeda: "Panie, je zapłacone ?" Ale przy tem
                              pytaniu wykręcił ten cylinder na 'opak. Karczmarz mu odpowiedział: "Tak, tak,
                              wszystko w porządku jest zapłacone, możesz iść". Tak studenty duże dziwy
                              powiadali, że zjad, a nic ne zapłacił. Sztudenci sie dziwili, dlaczego 'on nie
                              zapłacił, a zapłacone.
                              Tak tedy ten gbur poszed do drugiej karczmy i też tam jad i psiuł, i zapalił, a
                              studenci przyszli za nim; tez sie przyjrzeli; też cylinder wykręcił: "Pane,
                              zapłacone ?" "Tak, zapłacone".
                              Tedy poszed do trzeci karczmy, zrobził tak samo, jak i w psierwszej i drugiej
                              zrobziuł. Tedy jek wyszed, to studenci poszli za niem i prosili, że ma im ten
                              cylinder'ut sprzedać. Ale 'on powiedział, że ten cylinderat za drogi i 'oni nie
                              wiedzo zapłacić. Tak go prosili, że ma zaczekać, aż przyjdo do domu la
                              pieniędzy. Tedy mu ten cylinder zapłacili, duża sume pieniędzy kosztował. Te
                              sztudenci byli ty myszli, ze z tym cylindrem zrobiom, tak jak 'on zrobił. Tedy
                              między niami, jak kupili, ostała kłótnio. 'Od tych trzech każdy chciał być
                              pierwszym do tego cylinderota. Tedy sie ujednali i jeden wzion ten cylinderot
                              na głowe. Jak poszli do karczmy, do ty samy co ten gbur był, to tedy żądali do
                              jeścia, do picia i do palenio. Tedy jak najedli, napili i zrobili jak ten gbur,
                              kapelusz zrobzili na 'opak. Tedy jek sie pytali, że jek zapłata, to mogo iść -
                              zapłacone nie jest. Tedy wzioł ten drugi cylinderat, to powiedał, że ten nie
                              rozumieje, i pośli do drugiej karczmy, tam tyż jedli, pili i nie zapłacili, bo
                              ten cylinderat nie miał wrtości do zapłaty. Karczmarz im mówił, że majo
                              zapłacić, i wyrzucił ich na stroz, i mieli w skóre. W trzeci karczmie im poszlo
                              tak samo, też nic nie poturlali (nie wskórali). Tedy poszli za gburem w pogoń,
                              chcieli go pognać, aleć go nie dognali, bo gbur zginoł bez sladu. To chcieli mu
                              te psieniundze 'odebrać i cylinderat 'oddać.

                              Opowiedział Nowocień, wieś Nowa Kaletka, pow. Olsztyn 1952 (Warmia)
              • tralala33 O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.1 19.04.06, 20:50
                O parobku w piekle i magicznej fujarce.
                Jena matka, jena kobzita mjała syna tylo jenego i go chowała do dwudziestu lat.
                Tak tedy ,móziła: "Synie, musisz som tero iść na służbe". A tan syn ji
                móził : "Toć kiedy, babo, nie chcesz ma dłużi trzymać, to ja póda". A un był
                mocno mocny, to ta matka razu ne wedziała, co 'un taki mocny je.
                Tak przyszed na jeden majantek, sia urządził i mózi do majątkarza, mózi: "Ja
                chce za dzieziuńcu (dziesięciu) zapłata". A majantkarz móziuł: "To jo najpierw
                spryfuja (wypróbuję), czi ty to zarobisz". Tak dał majantkarz dzeziać furwerków
                (wozów) zaprzągnać, mieli gnój wozić. A 'un sam mniał te fury kłaść i 'un
                zduz'ił, bo wziuł wóz za kuniec dyszli uniós go i postaził, gdzie ten gnój buł
                i roz zidłami załośił, to fura buła pełna. Tak tedy majantkarz buł w strachu,
                że 'on taki mocarz jes. Tak tedy móził: "Janku, pojedziesz z furo pszen'icy do
                młuna". A 'uni mu nawalili nie pszanicy, tylo fura popsiołu i do tygo młuna go
                posłali. A ten młun to buł zaklęty. Ten majantkarz rachował, jak on tam
                pojedżie, to 'un węcej nie przyjedzie.
                Jek un przyjechał do tego młuna, to ten młun buł zaketowany (zamknięty),
                tak 'un tedy ten młun odder i wszed do tego młuna, to nikoguj nie buło. Tak on
                sia dojrzał, że to nie pszanica, tylo popsoił. Tak 'un wziuł ten popsiuł w
                łyna (...) i poszed do komory, tam gdzie pszan'ica buła, i zasypał pszanicy, i
                zapuścił młun, i zaczoł mlić. Tak jak un mluł, prziszed tan nastarszi pachołek
                (parobek) do niego i sia zaczeli wadzić, co on tuta nie robz'i. Tak tan parobek
                złapał tego pachółka i posadził go na kamnienie. Jak ten młun chodził i tan
                tedy sfrunoł z tych kamiani, i poszed, i żancy do niego ne przyszed. Tak on
                namluł 'uny pszanicy, i mąki przyzióz na tan majantek, i móził, co go nie maju
                na drugi raz głupsić: "Za popsiół wama mąki przyzióz".
                Tak tedy buł Marcin i majątkarz go odpuścił.
                cdn
                • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.2 19.04.06, 20:50
                  Tak tedy buł Marcin i majątkarz go odpuścił. Jek go majątkarz odpuścił, tak 'on
                  poszed na drugi majątek i chciał ta sama zapłata za dzeziuciu, a tan majantkarz
                  sia zaczuł z niem handlować, tak tan parobek móziuł do tego majantkarza: "To
                  kiedy nie, to na marcina cia ranko bez dupa rzna". I ten majątkarz na to
                  przystoł. Tak tedy 'un robziuł ten całi rok, mu robziuł ten parobek. To jek
                  Marcin przyszed (nigdy bym tej bajeczki nie zrozumiała, gdybyśmy z Tralala nie
                  rozmawiali o tradycji św. Marcina, ktora mówi, że jest to dzień wypłaty za
                  pracę), tak on chciał swoja zapłata, tak majantkarz sobzie na dupa pod buksy
                  (spodnie) podłożył psierzynka, a jek un ranka podniós, to psierzynka sfurnuła,
                  i on go trzas bez dupa, i go zabziuł. Tak tedy poszed 'i móziuł: "Już ma nicht
                  nie chce w służba. To tyra póda do piekła diabłom służyć". Jek un przyszed do
                  psiekła, tak mu dali sztalowy ancug (ubranie), i te diabły do niego
                  mózili: "Jek ty tan ancung podrzesz, to możesz od noju (nas) żądać, co tlo
                  bańdziesz chcioł, ale mniłości i litości u noju ni ma". Tak mu dali wóz i
                  konia, i mo na tam wozie z lasa drzewo wozić i pod tan kesel (kocioł)
                  przykładać. Tak jek un pojechał do lasa, nawaluł taka fura drzewa, co tan kóń
                  razu nie redził. Tak 'un go wziuł i 'oter. Jek na nego miłosierdze zrobziuł,
                  tak z tygo konia sia zrobziuł tan majantkarz, co go ranko przez dupa trzas. Tak
                  tedy tan majantkarz poziedał, jek tuta w psiekle jest. Móziuł: "Tego ancucha ty
                  nigdy nie podrzesz, bo to jest sztalowy, ale idź ty do mniasta i kup psiłków, i
                  tedy psiłuj i pucuj go, to ty go tedy przepsiłujesz i tedy idź do niech i
                  mów: "Ten ancug już je poderty". Tak tobzie bando obziecać faski złota, a ty ne
                  chci tego, tylo ty chcij ten kożuch w keslu omoczić".
                  I tan majantkarz sia nazad zrobziuł koniam, i tan parobek poszed do miasta, i
                  kupił psiłów, i piłował, i pucował....... cdn
                  • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.3 19.04.06, 20:51
                    I piłował, i pucował, i za rók sia ten ancug poder. Tak un poszed do tych
                    diabłów o zapłata. Tak uni mu obziecali złota fasy (beczki), a on nie chcioł.
                    On tlo chciał ten kożuch w tam keslu (kotle) omoczyć. A uni mu nie chcieli dać,
                    tak on wziuł sztalowo trzcinko i zaczoł tych diabłów bzić. "Cobyśta mi
                    obziecali wszystko, co bande żądał". A uni mózili: "Dajta mu, co tlo un chce".
                    Tak un omoczył ten kożuch w tam keslu i poszed swoju drogu, i przyszed na jena
                    zieluna łąka, i sia ukłod 'odpoczywać. Tak jek un jeszcze spał, tak przyszed do
                    nego jakisz' stary dziodek. Tak ten mózi: "Młodzieńcu, przedaj ty mnie te
                    ozieczki". A ten młodzence móziuł" "Toc ja nie ziam, czi to su moje". A tan
                    stary dziadek móziuł: "Ju, to su twoje". To tan młodzieniec móził: "Kiedy to su
                    moje, to możecie ich dostać". Ale tan dziadek móził: "Ale co ty za ne
                    żiundasz" ? A on mu odpoziedał: "Ja chce takie skrzipki, co jek ja zagram, to
                    bańdzie wszystko tancować". A ten stary dziadek mu móziuł: "Możesz dostać". "I
                    coby mnie na świecie dobrze szło i po śmierci do nieba bych przyszed". I ten
                    stary dziadek mu wszystko obziecał. Tak tedy ten stary dziadek wziuł te
                    ozieczki, a tan młodzeniec wziuł te skrzypki i poszed i cdn...
                    • tralala33 Re: O parobku w piekle i magicznej fujarce cz.3 19.04.06, 20:52
                      Idzie, idzie i spotkał jednego folwerk, a to był kupsiec i na wozie mioł kasty
                      (skrzynie). Tak un wziuł te skrzypki i zaczuł grać, to kuń tańcował i kasty
                      tańcowały, i kupsiec tańcował, i wszystko tancowało, aż sia wszystko potłukło.
                      Tedy tan kupsiec go wziuł skarżuł. Tak przyszed na sund i go obsundzili na
                      śnierć, tak jego przyprowadzili do pozieszanio. Tak go sia pytaju, co on ma
                      jeszcze za winsze (życzenie) przad śniercią, a 'un odpoziedał: "Jo bych jeszcze
                      chcioł rod na tych skrzypkach zagrać". A te sundowe mu pozwolili, 'un zagrał na
                      tych skrzypkach, tak i 'uni sia wszyscy poparowali i zaczeli tak fejn tancować.
                      Jek sie natancowali, tak 'un tedy przestał grać. Tak 'un jam móził: "Za ta
                      muzyka mam być na śnierć skazany ?" A uni mu odpoziedali: "Nie, to nie może
                      być". Tak tedy obsądzili kupca na śnierć, a unego puścili frej. I poszed tedy
                      dali 'i przyszed do jenygo kościoła i kele utorza umer.

                      Opowiedział Orłowski, wieś Pokrzywy, pow.Olsztyn 1948r (Warmia)
                      • tralala33 Żołmierz, diabeł i panna cz.1 19.04.06, 20:53
                        Żołmierz, diabeł i panna
                        Jeden żołmierz przysed od wojska, yak ni mnioł żadny roboty. Tak 'un
                        móziuł: "Puda do lasa, może tam robota dostana". Tak prziszed do niego jeden
                        chłop, tak tedy móziuł, co ma do niego w służba przyjść. A 'on sia go sp'itał,
                        co za służba, tak mózi: "Sietom iat musisz w ty oblece chodzić i sietom lat
                        pazurów nie obrzynać, i nie mić nie spać w psierzynach". Ali ten żołmierz
                        odpoziaduje: "Musza sie nam'iślić". Tak tedy żołnierz dał na mszo świanto, na
                        pacierze - "to może Pon Bóg obroni".
                        Tak wzioł przistał do niego - ale psieniandzy bandziesz mniał pełne kieszenie.
                        Tak 'un chodzi teroz. Psiańć lot już chodził, to mu sia dało do jeny karczmy
                        przyjść na noc. To tan karćmarz nóżił, co ma iść do jenej dury tamuj. Tak
                        jek 'un prziszed do ty dury, tak buł jeden chłop w ty durze. Tak 'on sia
                        p'ita: "A za co ty tutaj siedzisz ?" - do tego chłopa, to 'un móził - "To,
                        bracie, mniołem dwa trojaki psianiandzy i-m w'ipsił dwa sznapsy (wódki), i-m
                        tedy jeden wzioł na borg, tak 'on mnie wsadziuł tutaj do ty dury". A 'un
                        móził: "Bracie, jek ty mne pomozesz z bziedy, to jo mom trzy córki, to ci jena
                        dom". "No, jo" - mózi. To przyszed zranek, 'un go wzioł i wykupsił. Tak
                        mózi: "Pódź, bracie, do mnie, to możesz jena sobzie w'ibrać. Jo tam za trzy dni
                        przide".
                        Tak za trzy dni prziszed.
                        cdn
                        • tralala33 Re: Żołmierz, diabeł i panna cz.1 19.04.06, 20:53
                          Tak za trzy dni prziszed. Ta starszo go 'obejrzała i zaro uciekła. Tak prziszła
                          ta drugo, tyż obejrzała i 'uciekła. Tak prziszła ta namłodszo i go obejrzała od
                          góry do dołu: "To jest - mózi - młody chłopak, kieby go tak ogoluł, w'imuł go,
                          to by móg b'ić dobri chłop z niego" i mu przirzekła, co sia bandzie z niam
                          żanić.
                          Tak 'on mnioł psiszczonek, wzioł go, rozłamoł na dwa polowy i jena polowe doł
                          ony, a jena połowa ostaził sobzie i móził, za dwa lat 'on tu przydzie ( bo
                          psiańć lat b'iły juz rom).
                          Tak tedy za dwa lata prziszed do ni taki ślachcic. Prziszła ta nastarszo córka
                          jego 'obejrzała, tak zara poszła drugi klejd (spódnice) przewłóczyć; ta drugo
                          to samo. A (od) ty trzeci namłodszy to chciał psić, tak 'una prziniosła mu w
                          śklonce wodi, jek un ta woda w'ipsiuł, to wpuściuł te pół psiszczonka w
                          śklonke. Tak jek 'ona 'obaczuła to pół psiszczonka w szklonce, to sobżie
                          pom'islała, to jest tan sam. Tak 'una posła po te drugie pół psieszczonka i
                          dotchła, to był całi. Tak niz te dwa sziostry prziszły, to 'un już z nio
                          siedzał 'obłapsiony, to z tego jadu wzieli posły sie oba poziesiły. Tak ten pan
                          prziszed do tego ślachcica i mózi: "Za jena dusza mam dwa".

                          Opowiedział E.Kurowski, wieś Pokrzywy, pow.Olsztyn 1949 (Warmia)
                • tralala33 Wędrówka po Rosji cz. 1 20.04.06, 23:34
                  Wędrówka do Rosji
                  Obwędrował-em wszyskie zachodnie kraje i uważuł-em jesce na ostatku to ture
                  (podróż) na wschód zrobzić. Przis'ikował-em szie na wszistkie w'ipadki i złe i
                  dobre, aby mnie nic nie zdradziło. Przised-em do granicy, dokumenty, co mi
                  potrzebne były, w'ikupsił, dał potw'irdżicz' i juz moja wędrówka zaceła swój
                  pocątek. Dimbow'i kulas (kij) w ręku, p'incek na plecach i jade na mojim
                  sewskim kuniu w kerunku Moskwa (pani żie, co to sewski kuń). B'iło to zimowo
                  poro i cieżka moja wędrówka, bo pszirsze, com zauwaz'ił, co mi humór brało, to
                  nile i nile, zioska od zioski, nie tak jak na zachodzie, co mówio herbergi
                  (gospoda), co móg frisztik i obziad i ziecierzo zawsze w restauracji zjesz'cz'.
                  W ostatni kwaterze byłem na południe i zdawało m'i sie co do wjecora do drugi
                  zioski zduze. Ale guzik, już sie znierzka, a żioski ani żioski, cłożieka ani
                  złożieka. Sznieg na pu metra, a mróz na trzydżiesz'czi stopni. Co ja tu tera
                  ubogi wędrown'ik zacne ? W noc'i spać na dworzu to sz'niercz' gotowa. Bułem już
                  mocno zmęcon'i, ale trzeba wędrowacz' dal'i ... z tim pomyszl'inim równak
                  (jednak) ja muse kemś do jaki wzioski przyjść, i tak tu do mojego sceścia buło.
                  Ale sceście i niesceście i znowuj sceście. Ujrzałem niedaleko sz'watło i gnom
                  ostatnio mocó. Jest jedne zabudowanie, ale ino jedine jedno, w okenku sz'watło.
                  Pukam tam, nicht szie nie odziwa. Sztukam dal'i głusz'no i prose serdecnie. Za
                  dużem uproseniem w'itika szie głowa z tego wysokiego okienka i pita szie , co
                  ja chce. Prose ju, com jest wędrown'ik, co wędruje bez cali szwat i nauke
                  zbzieram, i cob'i m'i nocleg dała, bo me noc zaszła, a na dworżu nie moge
                  rownakci (jednak) umar'znąć. Óna kobżieta mocno zestrasowana, bo to b'iła
                  wdowa, chłopów tam juz nie b'iło. Pożiedziała mi, co tu juz duzo wędrusziów z
                  niłoszierdżia przyjeła, ale jo 'ino okradl'i, szkody narobżili i poszli dal'i.
                  Tak ja jo prosziuł jesce raz, co ja nie jestem taki bandyta, ino porządn'i
                  cłożiek, ja jo nie okradne.
                  Tak kazała m'i szilke pocekać i słucham, otwarża szie zapora od dżw'irzi.
                  Dżwerze szie otwarżajó i m'i móżi, co b'i wejsz'cz.
                  cdn
                  • tralala33 Re: Wędrówka po Rosji cz. 2 21.04.06, 20:47
                    Dżwerze szie otwarżajó i m'i móżi, co b'i wejsz'cz. Obejrzała me ze wszystkich
                    stron 'i m'i pożiedała: "Podjesz'cz dostaniecie u mnie i przespać sie możecie,
                    ale pod warunkiem, co oddaczie wszystkie wase ubranie. Trzeba sie
                    zazycherowacz' (zabezpieczyć) , cobysz'czie sobzie nic inego nie uważili. Pokój
                    maczie nagrżany, i tam szie wam nic nie stanie. Baczność na was dadzo esce dwa
                    ostre ps'i, cobyście zadn'ich głupotów nie robżili".

                    Wlas-em do tego mojego pokoju, ukłat-em szie spać na ten dużi psiec i spsie
                    sobzie spokojnie, bo co prawda ciepło b'iło, a te duze dwa ps'i tresowane na
                    ludzie lez'i sobzie w kąciku i obzerwujó mnie. B'iła moze jakaś dwonasta
                    godzina wiecór. Zac'iło mnie na onym psiecu pomału ts'iść, bo póki sie paliło w
                    psiecu b'iło ciepło, ale jak przestało szie palić. to mróz gotowy, a co ja
                    ubogi, nagi cłożiek zrobżie. Jek uz dal'i nie sło, bo me te zimno trzisło,
                    zaczułem sztukacz' , ale nic szie nie melduje, 'ino te psy zaceły warcyć na
                    mnie, ocani kręcić i uwazały juz 'ino na mnie buchnónć, co mam spokojnie
                    b'icz'. Co ja tu zrobzie ? rozm'iślam sobżie teraz.
                    Pob'inde dłuz'ij tu, to umar'zne do zarenka, a pognołb'im jakosz' to drogo
                    dal'i, moze casem niedaleko jes jakaś żieś, i tam inny poratunek znande. Takem
                    tez i zrobżiuł. Pomału s'ikuje szie na to uciecke. Psy juz warcó, a ja szie
                    zm'ikam ostrożnie z tego psieca do dż'werzi, te psy zawdi w 'ocach, buchne,
                    rozbżije te dżwerze, zam'ikam za sobo i jekósz' za sceściem nie zdózyły te ps'i
                    za mno w'ilecieć, bo juz b'i sie był ze mnó koniec stał. Zapore-m od drugiech
                    dźwierzi otworzył, 'im chcział prażie z proga skocyć, bo ja zauwaz'ił za sobó
                    tó gospodinie ti gospodarki z takem długem ostrim nozem, wyluk-em szie na
                    sz'niercz'. Uz tera koniec ze mnó, zdawało m'i szie. Ino myszle: ucziekaj i
                    ucziekaj !
                    Przypomn'inam, co tam ten naród w tych strónach mocno wyćw'icony w nozach
                    rżucaniu.
                    cdn
                    • tralala33 Re: Wędrówka po Rosji cz. 3 21.04.06, 20:51
                      Przypomn'inam, co tam ten naród w tych strónach mocno wyćw'icony w nozach
                      rżucaniu. Tak i óna nie zdóz'iła mnie złapać: ino rzuciła za mno tim nozem i
                      trasziła mne w sam tiłek. Tak ja od bólu prszistał i ona prszisła dó mnie i
                      chcziała ten nóz wycziągnąć, ale o nescesz'czie ! ułamała ten grif (ostrze) i
                      wyciągneła ino pół noza, a ten kóniec tego noza, co ceze mnie przesed, został
                      tkszicz' do dżisia. A to rane w tile zamrożiuł-em i szie nie zagojiła i tez jes
                      otwarta do dzisia.
                      Teraz gnam nago, jak Pan Bóg stworżił dale, ale żioski ani żioski. Sznieg pu
                      kolana, mróz tnie i z'ibirskie zietri tno m'i w twarz, ale cóż ja slise,
                      jakesz' dzwunki za sobó. Obejrze sze, bo to jado sanec'ki za mnó w jednego
                      kónia. Dwa pan'i na nich i jedno pusto solanke (beczke) za sobo. Jek me
                      dogonili, prosziuł-em jich, cob'i me ze sobo wżieli. Troche b'ili wyrazone
                      (oburzone) przede mno, ale co zrobżicz'. "Sziadajczie tam na tiłek". Ale z'imno
                      tnie dalej i óni spoglundajó na mnie, 'i m'i mózili, coby w to solanke wleźć.
                      Tam mi bedzie ciepl'i, bo inego cego nie mogo mi dacz'.
                      Z radosz'czió wlas-em w tu solanke, b'ile m'i ciepli b'iło. Jak ja w tó solanke
                      wlaz, to un'i me deklem przikrili i go przimocowal'i tak, co ja w'ilesz'cz
                      nazad nie móg. Co to szie ma znac'ić, m'iśl'e sobzie, co on'i me deklem esce
                      przikrili. B'ilo tam w tich stronach mocno duze trszodi zilkow i nie jedno
                      furmanke, nie jednego kónia i cłozieka te żilki w tich sztepach napadli i
                      pozerli. I ludżie do tego przyszli, chto takó podróż robził, jak te pany ze
                      mnó, tem w'ilkom, jak jech napadl'i cósz' żywego zrżuczicz'. To te żilki szie
                      z tem bażil'i a furmanka w ten cas ucziekła. Tak i ze mno tu.
                      Chwilecke i słucham jakeś bręcenie, scekanie, w'icie. Napadła nas mocno duza
                      trzoda żilków. O tem zw'icaju ja ale nic nie ziedział. Ale te pan'i , jak te
                      żilki przilecziałi juz 'ino buchnąć na tego konia, tak te pany tó solanke ze
                      mnó jem zrzucziłi. Żilki do mnie, a pan'i w nogi.
                      • tralala33 Re: Wędrówka po Rosji cz. 4 21.04.06, 20:53
                        ...tak te pany tó solanke ze mnó jem zrzucziłi. Żilki do mnie, a pan'i w nogi.
                        Ale nie mogli mi nic zrobżicz', bo solanka zamknięto, 'i nie mogli sie do mnie
                        dobracz', bo b'im miał uz wtedi szniercz' gotowó. Ale jednak me esce Pan Bóg
                        psed tim obroniuł. Z boku w ti becce od próp'i (korka) b'iła duza dzióra. Bez
                        to dure móg-em ws'isko obzerwować, a żilki buchały kole mnie. Tak ja tim koncem
                        nozem, co prszi mnie zostało, probował to diure pożiększyć, i dało m'i szie do
                        grubosz'czi około dziesięcziu centimetrów. Teraz-m nóg wszystko dobrze
                        żidżiecz', co szie ze mno robżi. Gulali me w rozmajite kerunk'i z tó beckó, bo
                        b'ili głodne i wuchałi kole ti duri. Culi cłożiece nieso. A ja sobżie m'iślał z
                        humorem juz po tim: niech wam na rażie przejdżie. W tim okamgnieniu zakręcził
                        szie żilk kole ti dziury, ten nożiększy, pewno ten prowadnik od ti cali
                        trzódi, dostał mu szie jego ogón w tu dziure. A ja w ti bece nie leniw'i,
                        sw'icił za ten ogón i prsziciągnoł go sobżie dobrze. Żilk szie zaczół
                        kręczicz', wicz', jamrowacz' (skowyczeć). Chciał ogón w'irwacz, ale ja trszimam
                        fest. Tak ten żilk jak z bólu wżioł w'iriwacz', wżioł gnacz', wżioł pędżicz',
                        ino szie sz'nik rożżiwał.

                        I co w'i m'iślita, moje m'iłe słuchace i gosz'czie, co sie stało ?
                        • tralala33 Re: Wędrówka po Rosji cz. 5 21.04.06, 20:55
                          I co w'i m'iślita, moje m'iłe słuchace i gosz'czie, co sie stało ? Ja buł esce
                          dwadziesz'czia minut prędze w Moskszie w tigo żilka, niz te pan'i na tich
                          sankach. Psziersze ci b'iło, żilka-m zabżil'i, skóre prszedał, za to ubranie
                          kupsziuł, ubrał szie i posed do tich panów, podżiękował jim za tu
                          przijemnosz'cz, co one mnie zrobżili.

                          Opowiedział G.Kipar, wieś Jabłonka, pow. Nidzica (Mazury)
                          • rita100 Re: 21.04.06, 21:24
                            To już wszystkie bajeczki i Legendy ?
                            Tralala, a te inne legendy , które znaleźliśmy to gdzie zamieścimy ?
                            • tralala33 Re: wszystkie? 21.04.06, 21:37
                              Nie wiem, czy wszystkie? Mam wrażenie, że jedną przeoczyłam. Musze teraz na
                              spokojnie przejrzeć oba wątki i wypatrzeć zgubę. A te inne legendy - pomyślmy,
                              czy może załozyć dla nich odrębny wątek? Bo tu mamy bajki i legendy w
                              autentycznej gwarze.
                              • rita100 Re: wszystkie? 21.04.06, 21:39
                                Tak, może faktycznie w gwarze osobno, a te inne osobno.
                                • rita100 Re: Zobaczcie 22.04.06, 23:04
                                  schlesien.nwgw.de/31x5x0.xhtml
                                  Popatrz Tralala, jak ślicznie sa zebrane bajki i legendy na stronie Glywickiej
                                  Dobry pomysł mili i tak przejżyście to napisane, z boku tytuły wszystkich
                                  legend.
                                  • gietpe Re: Zobaczcie 22.04.06, 23:21
                                    .de porzondek musi być.
                                    • rita100 Re: Zobaczcie 23.04.06, 10:30
                                      Tak , wszystko poukładane i wszystko na swoim miejscu - to jest atut.
                                      • tralala33 Maria Kensbock 12.06.06, 22:30
                                        Rito - nie uzierzysz kogo znalazłam!
                                        Tyle bajeczek kończyło się: Opowiedziała M.Kensbok wieś Purda Duża, pow.
                                        Olsztyn (Warmia)
                                        A tu taka niespodzianka
                                        Jubilatka z warmińskim życiorysem
                                        redPor 2002-02-12 ,

                                        Uczestniczyła w pogrzebie marszałka Piłsudskiego, pamięta walki o polskość na
                                        Warmii i koszmar wojny - Maria Kensbock, rodowita Warmiaczka, obchodzi dzisiaj
                                        swoje 85. urodziny

                                        - Moje życie nie było łatwe - przyznaje jubilatka. - Były okresy bardzo trudne,
                                        z którymi przyszło mi się zmierzyć, ale zawsze musiałam sobie dać radę -
                                        dodaje.

                                        Mieszkała w Purdzie. Rodzice należeli do Związku Polaków w Niemczech, dlatego
                                        zarówno Maria, jak i jej rodzeństwo chodzili do polskiej szkoły. Dzisiaj
                                        przyznaje, że antagonizm pomiędzy dziećmi, które uczęszczały do szkoły
                                        niemieckiej, i tymi ze szkoły polskiej był ogromny. Jeszcze przed wojną, jako
                                        jedna z najmłodszych propagatorek polskości na Warmii, prowadziła polskie
                                        przedszkole w Skajbotach. Założyła tam także drużynę harcerską. - Dzieci ze
                                        szkoły niemieckiej organizowały coś podobnego, więc naszym też trzeba było coś
                                        szybko wymyślić - tłumaczy. - Nie wiedziałam, od czego zacząć, jak to zrobić?
                                        Musiałam jeździć na szkolenie, czasami aż na Śląsk, bo u nas tego zabraniano -
                                        wyjaśnia.

                                        Jak przyznaje, najgorszy jednak był dla niej rok 1939. - Do dzisiaj pamiętam,
                                        jak w Skajbotach demolowano nasze domy i przedszkole - mówi.

                                        Co było największą radością pani Marii? - Powrót po wojnie do Purdy. Przy
                                        każdym domu wisiała biało-czerwona flaga, byłam szczęśliwa i nawet dzisiaj
                                        trudno opisać mi te uczucie - przyznaje. Dużym przeżyciem, które do dzisiaj
                                        głęboko tkwi w jej pamięci, był pogrzeb Piłsudskiego, w którym uczestniczyła. -
                                        To niewiarygodne, jak dużo ludzi i z jakimi honorami żegnało marszałka - mówi.

                                        Po wojnie, w roku 1945 Maria Kensbock organizowała nauczanie języka polskiego w
                                        Purdzie, założyła też w Barczewie przedszkole i drużynę harcerską im. Królowej
                                        Jadwigi. Począwszy od roku 1948, przez 24 lata prowadziła w Gutkowie
                                        przedszkole. Na emeryturę odeszła w 1972 r. Do ubiegłego roku mieszkała jeszcze
                                        w swoim mieszkaniu służbowym na piętrze budynku. Od czerwca 2001 r. pani Maria
                                        mieszka w Domu Pomocy Społecznej "Kombatant" w Olsztynie. - Pewnego dnia
                                        przyszła dyrektor przedszkola i powiedziała, że przedszkole jest likwidowane, a
                                        ja muszę się wyprowadzić. Trudno mi było, w domu zrobiło się pusto, nie było
                                        dzieci i lada dzień miała przyjść ekipa remontowa, musiałam opuścić dom -
                                        mówi. - W Domu Pomocy wypłakałam się, ale i zaczęłam nowe życie i teraz jest mi
                                        dobrze, trudność stanowi tylko dojazd do centrum, bo przystanek MPK jest bardzo
                                        daleko - przyznaje.

                                        Wczoraj jubileusz pani Marii uczczono w Urzędzie Miasta w Olsztynie. Obecny na
                                        spotkaniu prezydent miasta Jerzy Małkowski obiecał pomóc w rozwiązaniu
                                        problemów komunikacyjnych podopiecznych Kombatanta. - Dzisiaj zgłoszę ten
                                        wniosek na posiedzeniu zarządu - powiedział.

                                        miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,694117.html

                                        To było w 2002 roku.
                                        • rita100 Re: Maria Kensbock 12.06.06, 22:56
                                          O rany, słynna Kensbok z Purdy Dużej, to ona najwięcej opowiedzała bajeczek. O
                                          rany , ona eszcze żuje. Ciekawe czy zdaje sobie sprawę , że jest zywą historią
                                          i internetową bohaterką Warnii - może kto jej powie, że dzięki niej odżywa ta
                                          historia. Już się zabieram do czytania. Co chwilę mnie wylogowuje.
                                          • rita100 Re: Maria Kensbock 12.06.06, 23:03
                                            Tralala, jak to znalazłaś , to fantastyczne. Ja już myslałam , ze ci ludzie nie
                                            żyją, a jednak udalo nam się znaleź choć jedną bohaterkę. Ciekawe czy pisała
                                            pamiętniki , lub ktoś spisywał jej wspomnienia.
                                            Tak , szkoda, ze zycie pokazało , ze walczyć o Polskę to nie znaczy o lepsze
                                            jutro - pozostała sama i zapomniana, o lasce i piechotką do centrum - nikt się
                                            takimi ludźmi nie opiekuje - a nie wiemy też czy Pan Prezydent spełnił to
                                            przyżeczenie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka