Dodaj do ulubionych

Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...?

16.09.06, 15:27
Witam
W dużym skrócie powiem, o co chodzi.

Jesteśmy typowym studenckim małżeństwem - całe studia razem, w pierwszym roku
w którym udało się podłapać pracę wzięliśmy ślub. Teraz mijają od ślubu 2
lata i ... ja już nic nie czuję.

Jestem dość młoda (27 lat), mam stabilną , ale niezbyt dobrze płatną pracę.
Dorabiam pracując w domu, około 3-4 godzin dziennie. Mój mąż ma pracę lepiej
płatną, ale na zlecenie, i pracuje na powietrzu, więc siłą rzeczy wychodzi z
niej bardziej zmęczony niż ja.

Niedawno zostałam oddelegowana na inne stanowisko, mam kontakt z
międzynarodowym środowiskiem. Odkryłam, że wzbudzam niemałe zainteresowanie w
innych mężczyznach, że im się podobam. I to, co kiedyś by mnie irytowało,
sprawia mi teraz przyjemność. Gorzej: oni też mi się podobają.

Mąż wraca z pracy i się kładzie - tak z grubsza wygląda jego dzien (pracuje
7:30-15), ja wracam z pracy i pracuję do około 20-21. Oczywiście między
powrotem z jednej pracy a początkiem drugiej robiłam mu obiad - sama razdko
kiedy miałam czas coś zjeść. Rano wstawałam wcześniej i robiłmam mu kanapki.
Nie dostawałm nic na urodziny, nie chodziliśmy do kina, nie spotykaliśmy się
ze znajomymi - generalnie praca- dom, i tyle. Nawet się nie kochaliśmy, bo on
jest na grę wstępną zmęczony, a ja powiedziałam, że na szybko to ja nie chcę
i nie mogę.

Aż mieniłam pracę. Dojeżdżam teraz dośc długo, więc nie mam tak wiele czasu.
I szlag mnie trafił, kiedy usłyszałam, po 14 godzinach pracy, słaniając się
na nogach, od mojego męża: zrób mi kolację. To była ta kropla która przelała
czarę.

Zrobiłam tę kolację, a potem zaczęłam o siebie coraz bardziej dbać. Uśmiecham
się do mężczyzn. I myślę o rozwodzie.

Żal mi tych siedmiu lat. Ale ja po kilkunastu godzinach pracy chcę wyjść,
spotkać się z ludźmi, zapisać się na kurs tańca, chcę żyć, a nie wegetować
przed telewizorem! Do mojego męża czuję coraz mniej, bo jednak bardzo się
zmienił. On naciska na dziecko. Pytam: jak sobie wyobrażasz, jak będzie
dziecko, to Ty przecież nie będziesz miał siły, żeby się nim zająć? On na ta:
ale wtedy tyrzeba. Powiedziałam, że o kobietę tez się trzeba starać, bo
inaczej ktoś inny może mu ją ukraść, i że stajemy się w gruncie rzeczy obcymi
sobie ludźmi.

Awantura była na całego, zrobiliśmy osobne finanse, osobne lodówki, osobnego
spania na razie nie (ale się nie kichamy, jak już mówiłam). Po raz pierwszy
dostałam samodzielnie wybrany przez niego prezent urodzinowy, po raz pierwszy
zaprosił mnie do kina, a dziś wyraził łaskawie zgodę na wspólne wyjście ze
znajomymi. Pytanie: na ile taka poprawa i czy to coś zmieni? Nie jestem
zakochana w innym, ale inni mi się podobają. nie zdradzam, nie zdradzałam i
nie zdradzę, ale obrączka zaczyna mnie uwierać. Patrzę na mojego męża
wyciągniętego przed tv i myślę, że nie chcę tak żyć za 5. 10, 15 lat. I że
teraz jeszcze mam czas.

proszę o porady i opinie.
Pozdrawiam ela
Obserwuj wątek
    • czekolada_orzechowa Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 16:27
      jesli masz takie myśli, to nie ma czego ratować. Rozstancie się jak kulturalni
      ludzie, zamiast bawić się w dwie osobne lodówki , ale wspólne łóżko, tylko bez
      seksu...ko kuriozalne.
      • olbrachta Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 16:44
        Sęk w tym, że on nie widzi w tym niczego złego. Nie widzi, że się wszystko
        sypie - jego zdaniem jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko mamy osobne
        finanse.

        Myslę też o rozstaniu, ale jednak się boję - to przecież 7 lat wspólnego życia,
        w zasadzie cała moja dorosłość. Boję się, że to błąd, że będę tęsknić...

        Ale ja go kocham - jak brata, jak przyjaciela... nie jak męża. Może to
        znudzenie po kilku latach? Pociągają mnie inni mężczyźni, zastanawiam się,
        jakby to było z nimi w związku, łapię się na tym (albo i robię to specjalnie) ,
        że się do nich uśmiecham i cieszę się, jeśli oni się do mnie również uśmiechną.
        • triss_merigold6 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 16:54
          Tęsknić będziesz ale IMO lepiej odejść niż marnować sobie życie z 27-letnim
          emerytem. Jesli nie dajesz rady wykrzesać z tego gościa żadnej aktywności,
          żadnej iskry to wyobraź sobie następnych 30 lat. Horror, nie? Następnych X lat
          bez satysfakcjonującego seksu, bez zainteresowania... tylko NUDA.
        • jan_sobieski Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 18:43
          > Sęk w tym, że on nie widzi w tym niczego złego. Nie widzi, że się wszystko
          > sypie - jego zdaniem jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko mamy osobne
          >
          > finanse.

          Dla faceta dlugotrwaly brak seksu to czasem kara gorsza niz wiezienie, wiec
          mozesz byc pewna ze jemu tez nie jest w tej sytuacji komfortowo (zakladajac ze
          Cie nie zdradza). Moze tylko tego nie okazuje, ale prawdopodobnie czuje sie w
          ten sposob przez Ciebie ukarany.

          • judith79 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 04.10.06, 10:36
            > Dla faceta dlugotrwaly brak seksu to czasem kara gorsza niz wiezienie, wiec
            > mozesz byc pewna ze jemu tez nie jest w tej sytuacji komfortowo (zakladajac ze
            > Cie nie zdradza). Moze tylko tego nie okazuje, ale prawdopodobnie czuje sie w
            > ten sposob przez Ciebie ukarany.
            piekny mit, szkoda, ze mit, zajzyj stary na "brak seksu.." tam cale tabuny bab
            co to ich faceci jakos nie maja checi, a moze maja tylko sami masochisci albo
            czystosc slubowali?:P
        • annubis74 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 10:39
          myślę sobie, że dopadł Was kryzys - po prostu w młodości w czasach studenckich
          nie mieliście czasu i forsy żeby sie wyszaleć, poza tym wystarczaliście sami
          sobie, teraz odkryłaś że istnieje też ciekawy i barwny świat poza Waszym
          związkiem, z którego inni czerpią pełnymi garściami a Ty nie możesz. Twój mąż
          chyba coś zrozumiał i zaczął sie starać, oby tylko potrwało to trochę dłużej.
          Mussisz pewnei zrozumieć, ze on po pracy rzeczywiscie jest zmęczony (co nie
          znaczy, ze Ty nie jesteś i masz sama pracować na drugim etacie w domu)Musicie
          dzielic sie obowiązkami, ale znaleźć czas na przyjemności - razem i osobno.
          Tylko chyba za wczesnie na pakowanie sie w dziecko - jesteście jeszcze młodzi,
          poza tym dziecko tylko pogłębi Wasz problem, a go nie rozwiąze
    • mikams75 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 16:56
      bo facetowi mowi sie wprost, a nie cierpi po cichu!
      Mowi sie wprost, nie zrobie kolacji, bo pracowalam 14 godz. Az sie nauczy robic
      sam kolacje. Mowi sie wprost, ze chcesz isc na kurs tanca, a nie czeka az on sie
      domysli i rozpieszcza porannymi kanapeczkami.
      Podawalas obiadek i wszystko pod nos, facet zyl sobie z tym szczesliwie a teraz
      wielkie cos, bo kobieta sie wypalila i zbiera komplementy od innych...
      • olbrachta Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 17:07
        mikams, ależ ja mówię wprost! Mówię, żeby zrobił to czy tamto, np. Odkurz. nie,
        bo mi ten kurz nie przeszkadza. Chce się zapisac na kurs tańca. Idź sama, mi
        się nie chce. Trzeba zrobić to czy tamto. ok, to zrób. Remont w mieszkaniu
        zrobiłam ja, bo jemu to niepotrzebne. Najgorsze że on mnie kocha (albo tak mu
        się wydaje) i uważa, że jest w porządku. Przeprowadzałam z nim już wiele
        rozmów, że nie jest w porządku. Nie dociera.

        Nie boję się, że będę tęsknić za człowioekiem leżącym na kanapie. Boję się, co
        powiedzą rodzina, znajomi, jak to będzie bez niego, i przede wszystki czy on
        się z tym pogodzi. tak bardzo przyzwyczaiłam się myśleć o jego potrzebach, że
        zastanawiam się: a co będzie, jeśli on się stoczy, zacznie pić, albo coś soboe
        zrobi? Nie wybaczę sobie tego do końca życia.
        • olbrachta Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 17:20
          Chodzi p[o prostu o to, że ja temu człowiekowi pokazałam, czy jest miłość i
          akceptacja, i po prostu boję się, jak on zareaguje wiedząc, że nasz związek się
          wypalił. Ideałem byłoby, gdyby to on powiedział, że ma kogoś, i że się
          wyprowadza... Naprawdę chciałabym , żeby wszysko się odbyło bezbolesnie i z
          korzyścią dla obu stron. I naprawdę po wszystkim chciałabym utrzymywać z nim
          jakieś kontakty - przecież znamy się jak łyse konie... i chyba jestem dla niego
          bardziej kumplem niż kobietą.

          na marginesie: on ma 32 lata, nie 27. 27 mam ja, on zaczął studia 5 lat póxniej
          (też to powinno o czymś świadczyć).
          • triss_merigold6 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 17:26
            Bezboleśnie to się nie da. Jak zareaguje? Najpierw uzna, że to Ty masz problem,
            potem będzie Cię obwiniał, potem obieca, że się zmieni i trochę to potrwa. Nie
            stoczy się, nie ma obaw.
    • funia3 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 17:30
      z tego co opisujesz, ciezko bedzie juz cos z tego zwiazku wykrzesac, bo macie
      rozne potrzeby, rozne priorytety i chyba temperamenty tez. jesli lekiem ma byc
      dziecko, to juz wspolczuje. oczywiscie dziecku i tobie. dodatkowych obowiazkow.
      a tak szczerze- ty juz nie chcesz byc jego zona. moze przetrwacie ten kryzys, a
      moze nie warto tracic czasu. i tobie, i jemu.
    • while1 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 17:46
      Tak na prawdę nie jesteś przygotowana na rozstanie-przecież widać,że martwisz
      się o niego bardziej niż o siebie...Powiedz mu,że takie życie nie daje Ci
      szczęścia,że nie chcesz aby to wszystko tak dalej wyglądało,że trzeba coś
      zrobić,zmienić-i to zacząć od zaraz!

      a pytałaś go czy jego stosunek zmieniłby się do Ciebie,gdybyście zamieszkali
      osobno?może trzeba nim trochę potrząsnąć,aby się obudził i zaczął o Was myśleć!



    • panisiusia Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 19:27
      Hmmm. Z jednej strony trudno nie przyznać Ci racji.
      ALE
      To Ty zmieniasz reguły w trakcie gry. Nie podoba Ci się, że mąż zażądał kolacji,
      ale nie powiedziałąś mu tego, tylko pokornie spełniłaś jego zachciankę. Skąd on
      ma wiedzieć, że coś jest nie tak? Pomyśl, jak to wygląda z jego strony:
      wszystko, co dotąd było ok, akceptowane lub chociaż tolerowane okazuje się być
      Twoją udręką.

      Co do innych panów z pracy: tak, to bywa fascynujące. Z czasem się człowiek
      przyzwyczaja :)
    • trusia29 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 16.09.06, 22:33
      Jesli taku czujesz to powiedz mu WSZYSTKO. Ze jesli tak nadal będzie, to nie
      widzisz szans i wystąpisz o rozwód. A z własnego doświadczenia Ci powiem, ze
      jak nie bedziesz widziała szans to uciekaj. Rozwiodłam się w wieku 27 lat, choc
      pozew złozylam po ponad roku wahania. Plakałam, cierpiałam ale zrobiłam to.
      Pierwszych kilka miesiecy samotnekgo mieszkania było straszne, nie znosilam
      weekendów, siedzialm w pracy ile mogłam, spotykałam się ze znajomymi a potem
      rzuciłam się w wir romansów :) A teraz jestem powtórnie mężatką.
      Szczesliwą :))) Trzymaj się:)))
    • magdusinska Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 17.09.06, 12:59
      To nie kryzys tylko przyzwyczajenia. Takie wprowadziliście reguły na początku
      małżeństwa i tak teraz jest. Tylko, że ty się zmieniłaś. Zobaczyłaś to czego
      wcześniej nie miałaś. A tamci faceci, no coż też mogą się znudzić. Tylko, że ja
      nie wiem czy twoj małżonek szanowny zechce teraz zmieniać dotychczasowe reguły.
      Wydaje mi się, że to nie będzie łatwe, ale probowac warto. Rozwod nie jest
      lekarstwem na całe zło.
    • magdusinska Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 17.09.06, 22:43
      Typowa postawa roszczeniowa ja chcę ty musisz. Tak właśnie się zachowujesz.
      Odpuściłaś sobie trochę to małżeństwo.Zaświstało ci w głowie, bo nowa praca,
      koledzy. Ale czy warto?

      "a potem zaczęłam o siebie coraz bardziej dbać. Uśmiecham
      > się do mężczyzn."
      Dlaczego dopiero potem tzn. że wcześniej dla męża nie dbałaś o siebie, nie
      chciałaś mu się podobać, podniecać go jako atrakcyjna kobieta.Uśmiechnij się do
      niego, poflirtuj, uwiedź. Tak jak kiedyś na początku. Nie licz na dar od niego
      kiedy ty nie dajesz nic.

      "Nawet się nie kochaliśmy, bo on
      > jest na grę wstępną zmęczony, a ja powiedziałam, że na szybko to ja nie chcę
      > i nie mogę. "
      Dziewczyno facet popatrzył na żonę jak kroi marchewkę i sobie pomyślał fajna
      jest przeleciałbym ją, bo mnie podnieca. A ty co? Ty tak nie możesz, nie
      potrafisz. A niby dlaczego? Seks nie zawsze musi być poprzedzony godzinami gry
      wstępnej czy jakiej tam chcesz. Seks ma was cieszyć, być spontaniczny, zabawny
      i przyjemny. Nie można wprowadzać jakis rytuałów. No wyobraź sobie, że
      codziennie kochacie się tak samo. Dlatego dzieli was przepaść. Nie idziecie w
      tym samym kierunku, a ty nie idziesz na ustępstwa. A zastanowiłaś się, że twój
      mąż może czasami chcieć czegoś dla siebie.
      Zastanów się dobrze, bo wiele jeszcze możesz naprawić. Zacznij widzieć w mężu
      tego faceta, w którym się zakochałaś. Pokochaj go ponownie i zdobywaj jak
      kiedyś.No i skończcie dzielić wszystko na dwa.

      • olbrachta Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 18.09.06, 13:49
        Hej
        Dzięki za wszystkie rady. Apogeum nadeszło wczoraj: w sobotę poszliśmy na
        imprezę i jak zwykle nie podobało mu się to co robiłam (tańczyłam, uśmiechałam
        się i dobrze się bawiłam generalnie). W niedzielę rano ostra awantura, więc
        szybciutko się spakowałam. Niestety obudził się jak wychodziłam (a mo.że na
        szczęście). I po kilkugodzinnej dyskusji on stwierdził że się zmieni... Ciekaw
        na jak długo. Na razie ja tu piszę, a on sprząta :) Zrobiliśmy sobie oboje
        wolne. Powiedziłam mu, że daję mu czas do konca roku. Zobaczymy, czy coś z tego
        wyjdziem jak nie to składam pozew i nawet nie chcę słyszeć że nie.

        Nie mogę, magdusinska, kochać się na zawołanie, bo mnie zwyczajnie boli :(
        Potrzebuję się rozgrzać wcześniej. I żele nie pomagają.

        Czekam na następne opinie i pozdrawiam ;)
        • mikams75 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 18.09.06, 17:23
          boli Cie, bo sie spinasz, nawet mimowolnie. Jak my mielismy jakies tam problemy
          to tez mnie bolalo. Jakbyscie nie mieli zadnych problemow to bez rozgrzewki tez
          by Ci sie podobalo. To jest niestety gleboko w psychice kobiety.
      • annubis74 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 10:44
        ale szybki numerek to nie jest synonim spontanicznego, zabawnego i przyjemnego
        seksu, a przynajmniej nie zawsze, facet, który zna swoją partnerkę od 7 lat
        powinien uwzględnić jej potrzeby, i vice wersa,
        • magdusinska Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 11:58
          A dlaczego uważasz, że nie jest? Co ty myślisz, że polega to na tym, że facet
          wchodzi i wychodzi za minutę? A swoja drogą to on jest jakaś dupa a nie facet.
          Jest z dziewczyną 7 lat i nawet dobrze nie wie, gdzie dotknąć i popieścić, żeby
          ona się zgodziła na taki numerek. O ludzie. :)
          • annubis74 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 12:38
            po pierwsze proponuje czytanie ze zrozumieniem
            po drugie, to miło, że chcesz mi wytłumaczyć na czym polega szybki numerek, ale
            życie uświadomiło mnie już dawno w tych kwestiach
            poza tym napisałam, ze spontaniczny seks nie oznacza szybkiego seksu - dla mnie
            to nie są synonimy, niektóre kobiety lubią szybkie numerki (ale to też raczej
            od czasu do czasu niż na stałe a inne nie.) Jest to kwestia upodobań
            temperamentu, i tzw. okoliczności przyrody. Facet, który proponuje kobiecie
            szybki numerek bo na co innego nie ma siły, to lepiej powinien sam zrobić sobie
            dobrze przed internetem
            • magdusinska Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 12:46
              Ale przeciez nie taki był cel mojej wypowiedzi. I nigdzie nie napisałam, że
              spontaniczny seks to szybki seks, aięc coś tu nie tak. A jeśli chodzi o
              potrzeby kobiet to masz rację, ale czy potrzeby mężczyzn nie są ważne. Także ja
              nadal myślę, że autorka wątku bardzo odpuściła sobie to małżeństwo. Jest to
              typowa postawa roszczeniowa ty mi dasz, bo ja tak chcę, ale ja nie dam ci nic
              bo nie.
              • annb od odpuscil sobie wczesniej 04.10.06, 11:19
                a jesli ktos prezentuje postawe roszczeniową to tylko ten pan
                nie zalozycielka watku
                on chce
                on wymaga
                ona sie nagina
                co ma z takiego zycia???

    • oxygen100 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 08:13
      podobno kryzys po 7 latach to kasyka. Jedni go przetrwaja inni nie. Nie ma
      recepty, moze do faceta dotrze a moze zmiana bedzie chwilowa. Czasemw arto
      poczekac co z tego wyniknie ale do tego jest potrzeban dobra wola obu stron a
      czesm warto poslac faceta na drzewo bo zycie jest jedno i w dodatku krotkie. A
      takiego kwiata to pol swiata:)
      • olbrachta Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 12:47
        Spinam się, bo wiem, że on nie będzie dbał o mnie, tylko o siebie, spinam się,
        bo wiem że po seksie znowu padnie pytanie jak mi było, i znowu będzie mówić, że
        ma za małego albo że było za krótko, bo kobiety podobno potrzebują dłużej. i NA
        NIC moje tłumaczenia, że ja potrzebuję inaczej. Tłumaczeyłam już nawet
        technicznie: tu dotkniesz, tu pocałujesz, tu złapiesz, tu zdejmiesz. Nie
        pomaga, on wie lepiej.
        Szybkie numerki są fajne, jeśli są poprzedzone mikroskopijnymi pieszczotami -
        nawet jeśli ta piesczota miałaby polegać na przytuleniu i pocałunku. A nie na
        mówiniu, chodź, to się pokochamy. To mnie nie rusza

        Zobaczymy co dalej, wczoraj było lepiej, nawet się pocałowaliśmy i poszliśmy na
        spacer, choć wieczorem mnie molestował inaczej tego nazwać nie mogę), ale to
        dla mnie za wcześnie po prostu./
        • magdusinska Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 19.09.06, 13:01
          No to rzeczywiście facet dupa i egoista. Troche fachowej lektury i otwartości
          do partnerki by sie przydało. Wiesz co, a może spróbuj inaczej go uświadomić.
          Nie słowami a gestem. Ale na to potrzeba czasu, relaksu i spokoju. Po prostu
          urządźcie sobie wieczór pieszczot, ale nie seksu w pełni. Pozostańcie przy
          pettingu i tyle. Może cos się zmieni. Faceci zwykle nie lubią byc pouczani tak
          dosłownie. A ta forma nie wzbudzi w nim agresji i niechęci. No i on tez będzie
          miał okazję pokazać ci co lubi.
        • garfield35 czemu facet nie wkłada między drzwi, jak chce 19.09.06, 13:48
          się tylko spuścić?
          Następnym razem (po następnym razie;-)) na pytanie: jak ci było? odpowiedz
          pytaniem: a co miało być?

          P.s. Kochanie, mam skończyć? A co? już zacząłeś? ;-))))))))))))))))))
          • olbrachta Re: czemu facet nie wkłada między drzwi, jak chce 21.09.06, 12:37
            Próbowałam podsuwać mu książki, tłumaczyłam, prosiłam, ale słyszę tylko (już od
            kilku lat) jedno z dwojga: albo że jestem oziębła, albo że go zdradzam. Nie
            osiągam orgazmu przez pochwę? No to ze mną jest coś nie tak, on już się
            pogodził z tym, że on mnie nie podnieca, i w związku z tym nie będzie się
            starał - tak mówi.

            Mam teraz urlop, wyjeżdżam oczywiście sama. Zobaczymy, Na razie przypominam
            sobie, że wciąż się kłócimy, że każda nasza rozmowa kończy się zejściem na moją
            rodzinę (której on nie cierpi), że wciąż haruję, a on jest zmęczony. Ja
            oczywiście zmęczona nie mam prawa być, i nigdy nie jestem.

            Może to ja się zmieniłam. Ale myślę, że to może dobrze.

            Przykro mi i cierpię. Bardzo cierpię. Ale po dwóch dniach zmiany już wszystko
            pomału wraca na utarte koleiny.
            Naprawdę boję się też, że on coś sobie może zrobić...

            No nic, wyjadę i zobaczymy. Do wpsólnych finansów nie wrócę, bo sprowadzało się
            to do tego, że on miał kilaset złotych na swoje wydatki, a ja miałam na
            utrzymaniu dom i na moje potrzeby nie wystarczało. Tak jest lepiej.
            Pozdrawiam
            ela
            • qunegunda Re: czemu facet nie wkłada między drzwi, jak chce 21.09.06, 19:01
              Jednego nie rozumiem: co cie trzyma z tym facetem?

              W lóżku jest do niczego.
              Pieniedzy do domu nie przynosi.
              Nic w domu nie robi.

              Jeśli chcesz mieć coś do leżenia na kanapie to kup mopsa. Mniej żre, nie
              zrzędzi, nie trzeba mu gotować - wystarczy wysypać suchą karmę - no i jeśli
              nawet bedzie sie do ciebie nieporadnie dobierać wysztarczy, że zdzielisz go szmatą.
              • olbrachta Re: czemu facet nie wkłada między drzwi, jak chce 23.09.06, 12:03
                Cóż... łatwo się mówi... To jest 7 lat - cała moja dorosłość, jak już
                powiedziałam...
                Strach przed żałowaniem...
                Strach przed formalnościami...

                Może jeszcze jakieś resztki miłości
                może przyjaźń
                moze fakt, że tak długo czasu o niego dbałam

                Jutro wyjeżdżam... Na razie wczoraj wyszliśmy, co skończyło się awanturą, za
                którą potem przepraszał, jak zwykle.

                zobaczymy jak wrócę. daliśmy sobie czas do końca roku. odejść jest bardzo
                łatwo...
                • 3monthsinkorea wróćcie do podstaw... 03.10.06, 22:38
                  Olbrachta,
                  czytam Twoje posty i mam wrażenie, że Tobie na nim naprawdę zależy, że go
                  kochasz najzwyczajniej w ściecie. Kochasz?? Czy w ogóle pamiętasz jeszcze, co w
                  nim kochałaś na samym początku?

                  Wiesz, ja dopiero zaczynam być mężatką, więc dopiero obserwuję, jak to zmienia
                  nasz związek, ale mam starszą kuzynkę (jestesmy bardzo blisko) - i Twoja
                  historia jest wypisz, wymaluj jak jej...

                  Oni byli małżeństwem z tzw. wielkiej miłości (historia jak z telenoweli!), ale
                  kilka lat małżeństwa i codzienne drobniutkie, pierdułkowate problemy, kłótnie o
                  drobiazgi, coraz rzadsze rozmowy i zupełnie różne wizje idealnego małżeństwa -
                  to ich zniszczyło. Codziennie drążyło coraz głębiej i głębiej... aż w końcu NIC
                  nie zostało z ich wielkiej miłości...

                  Ale oni mają dwójkę dzieci, co zdecydowanie komplikuje sytuację. Chociaż Ona
                  była już zdecydowana, że odejdzie od niego, czekała tylko na odpowiedni moment.
                  I nagle coś się zmieniło - niestety nie wiem, co spowodowało tak nagłą zmianę
                  (w myśleniu). Chyba oboje byli już tak zmęczeni tym przepychaniem, że zaczęli
                  NAPRAWDĘ ze sobą rozmawiać. Do niego nareszcie dotarło, jak ciężka jest
                  sytuacja, a ona zaczęła być bardziej tolerancyjna wobec jego nieporadnych
                  starań. No i oni naprawdę się kochali...

                  W każdym razie, Ona zaczęła od tzw. "make-over" - założyła sobie aparat na zęby
                  (mimo że nie miała jakiejś koszmarnej wady), rzuciła palenie, zmieniła pracę na
                  bardziej satysfakcjonującą. On musiał wydorośleć i zacząć wykonywać niektóre
                  prace domowe, zadbać o dzieciaki, po prostu przejąć część obowiązków.
                  I kiedy ONA zajęła się sama sobą, a mniej NIM ciągle, nagle zaczęli się
                  traktować jak partnerzy. I z tego co wiem i widzę, teraz przeżywają swoją drugą
                  miłość...

                  ...czego i Tobie życzę. Powalcz o ten związek. I bądź cierpliwa.
                  Pozdrawiam,
                  3kim
                  • 3monthsinkorea Re: wróćcie do podstaw... 03.10.06, 22:48
                    Acha, i zapomniałam o najważniejszym!
                    W sprawach seksu, ja bym na Twoim miejscu przejęła inicjatywę i najnormalniej w
                    świecie zaczęła dominować. Daj do zrozumienia Twojemu mężczyźnie, że ty tu
                    rządzisz!

                    Polecam doskonałe poradniki "Kochanka doskonała" i "Kochanek doskonały". Ja
                    przeczytałam oba (mój mąż niestety ledwie przejrzał obrazki) i:
                    1. nauczyłam się pieścić mojego mężczyznę dłońmi w taki sposób, że teraz daje
                    się pokroić za obietnicę wieczorku z olejkiem do masażu.
                    2. pozakreślałam fragmenty, które mnie zainteresowały w poradniku dla faceta
                    (kochanek doskonały), potem wręczyłam mojemu mężowi i powiedziałam, że ma się
                    dokładnie stosować do instrukcji! Najlepsze jest to, że tam jest napisane
                    prosto z mostu o odpowiednim oświetleniu, że facet ma np. sprzątnąć, zapalić
                    świeczkę itp... Za pierwszym razem było bardziej zabawnie niż namiętnie, ale
                    nauczył się... Teraz nie musi już czytać poradników, bo powoli rośnie jego
                    inwencja twórcza!

                    A w okresie, kiedy seks nie sprawiał mi przyjemności, nie zmuszałam się do
                    niego (skutek jest jeszcze gorszy). W pierwszym okresie oznajmiłam mojemu
                    mężczyźnie, że możemy się kochać, ale "bez happy endu" (bo to zawsze był JEGO
                    happy end!). Potem był okres, kiedy pozwalałam na różne rzeczy, ale od razu
                    mówiłam, że na pewno nie będzie stosunku. Itp, itd. Poeksperymentuj, ale nie
                    daj sobą rządzić. Weź ster w swoje ręce... ;)
    • koni42 Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 06.10.06, 15:51
      Boże, tylko nie fanaberie! Chociaż pisując tutaj w kwietniu też miałam te same wątpliwości. W
      ogóle czytając Ciebie, widziałam siebie sprzed pół roku...Wiem co czujesz, miałam to samo.
      Nie będę dawała rad. Opowiem o sobie. Taki sam facet: TV, bez seksu, zainteresowanie
      światem zewnętrznym, znajomymi, kulturą itp. A człek naprawdę wykształcony. Pobraliśmy się
      w 2000 roku, znaliśmy się od roku, w 2001 urodziła nam się córka. Wszystko (wg. mnie i jego)
      było w porządku do czasu odchowania dziecka i mojego pojścia do pracy. On chciał, żebym
      zarabiała, ale dalej była panią na usługi w domu. I wiesz co, zauważyłam, że koło mnie istnieje
      inny...lepszy świat. Nie chodzi mi o mężczyzn, ale o życie. Poczułam się spętana, zaczęłam
      myśleć, że tak będzie wyglądało moje życie - jakieś kolejne 60 lat i...załamałam się. Ciągłe
      pretensje z jego strony, brak zrozumienia, a dodatkowo sprawy finansowe (miałam wykładać
      całą pensję na życie i nadal prosić go o jakieś marne pieniądze dla siebie, czy dla dziecka).
      Gadaliśmy setrki razy. Z różnym skutkiem. Raz zmieniał się, raz był starym kapciem przed
      telewizorem. emerytem z piwkiem. Kaźdy z nas ma taki swój moment, kiedy mówi sobie DOŚĆ.
      U mnie to było kuriozum: zepsuł mi się samochód i on powiedział, że mam jechać autobusem
      (ok.2 godz. do pracy), bo chce normalnie wyjść z domu (pracę zaczyna godzinę później niż ja) i
      nie będzie stał przed pracą. Dodam, że dwie ulice mieszka jego babcia i mógłby u niej poczekać
      jakieś 40 min. W końcu pojechałam razem z nim, na jego godzinę i na którymś skrzyżowaniu
      wysiadłam z auta - powiedziałam, że to koniec. Było oczywiście jeszcze mnóstwo zamieszania
      z moim odejściem: walka o dziecko, mieszkanie, pieniądze, lodówkę, kota etc. ale z powziętej
      wówczas decyzji nigdy się już nie wycofałam. To niesamowite, ale jadąc tego dnia do pracy
      zatłoczonym na maxa autobusem, poczułam, że jestem wolna. Czułam zapach miasta, ludzie
      się zaczeli uśmiechać, ja do ludzi. Zaczęłam żyć! Tobie życzę też tego samego z nim lub bez
      niego. Pozdrawiam.
      • az_rr Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 06.10.06, 21:44
        Przeczytalam wszystkie wypowiedzi i niesty musze przyznac, ze nie warto walczyc
        o taki zwiazek. Nie warto, bo szkoda czasu, szkoda zycia...
        Jestem 7 lat po slubie, wczesniej 4,5. Na poczatku bylo ok ale z biegiem czasu
        wszystko sie zmienialo. W moim przypadku nie chodzilo o zly seks i nierobstwo
        mojego meza (zycze zeby wszystkie zony mialy takich mezow) ale to za malo zeby
        malzenstwo bylo idealne. Cholernie irytowalo mnie zachowanie mojego meza-po
        pracy telewizor, spanie na kanapaie, zadnych wyjsc ( a jesli juz to wymuszone
        przeze mnie),zadnych planow na przyszlosc,urlop, zakupy wszystko ja planowalam
        a on sie tylko zgadzal, zero zainteresowan czymkolwiek, nie przekadzalo mu, ze
        ja zaczelam wychodzic sama a on zostawal w domu. Nie pomagaly rozmowy, klotnie,
        zawsze uwazal, ze ja sie zmienilam, ze ze mna cos nie tak. On jest dobry,
        pracuje, kocha mnie a ja sie czepiam. Zaczelam miec dwa swiaty - jeden w ktorym
        bylam zona udajaca przed znajomymi i rodzina, ze jest dobrze i drugi, w ktorym
        mialam swoich znajomych i prace. I stalo sie ... pojawil sie on ...
        Przeciwienstwo mojego meza (ale to chyba na poczatku kazdego zwiazku tak sie
        wydaje). Zauroczenie, namietnosc...Przestalo mi przeszkadzac zachowanie mojego
        meza, nawet tak mi pasowalo.
        Teraz mam romans od ponad roku choc wiem, ze nigdy nie bedziemy razem, maz
        nadal wolny czas spedza przed telewzorem. Zaluje, cholerenie zaluje, ze balam
        sie odejsc, ludzac sie nadzieja, ze bedzie lepiej. Ulozylabym sobie zycie na
        nowo a tak - tylko je skomplikowalam. Zycze duzo odwagi przy podejmowaniu
        decyzji.
        • olbrachta Re: Kryzys po 7 latach, moje fanaberie czy...? 21.10.06, 07:52
          Az_r, nie chcę romansu. Powiedziałam: ja nie zdradzam. Albo z kimś jestem, albo
          nie.

          Wróciłam z urlopu i odbyliśmy poważną rozmowę, to znaczy ja płakałam, a on
          pytał, co może zmienić. i sam przyznał, że przez te 7 lat nie wykazał żadnej
          inicjatywy. nigdy nie zprosił mnie nawet do kina. wszystko organizowałam ja. I,
          jak mówił, sam nie mógł uwierzyć, że był taki wstrętny i odrażający.

          teraz powiedział że się zmieni. i faktycznie: dba o dom, chodzimy do kina, na
          basen. Finanse dalej osobne, osobne kuchnie. Snuje się zasmucony po mieszkaniu.

          A ja odżyłam! nie sdam się więcej stłamsić, chcę żyć zachłannie, bo nie chcę
          tracić ani dnia z tego czasu, który mi dano (jakkolwiek patetycznie by to nie
          brzmiałO). Przemyślałam wszystko (zgodnie z radami: przypomnij sobie co takiego
          kochałaś w nim na początku.... otóż niestety, na początku kochałam wypbrażenie,
          które sobie o nim stworzyłam. A teraz to po prostu nie wiem, czy go jeszcze
          kocham. Nie wiem, czy chcę, zeby on się staram. Tak jakby stał się dla mnie jak
          brat.


          Po prostu nic dalej nie wiem... teraz czekam
          pozdrawiam ela
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka