Gość: ateista
IP: 81.10.174.*
23.10.03, 08:54
Tego lata byłem na ciekawej uroczystości czysto kościelnej.
Przed 60 laty hitlerowscy oprawcy ścięli głowę (toporem!) chłopu i zarazem
kościelnemu z małej parafii St.Radegund, na samej granicy niemieckiej, której
wtedy nawet przejściowo nie było.
Podstawą był wyrok "sądu" w Berlinie.
Dzisiaj zresztą tej granicy też właściwie już nie ma. Pozamykane budy
strażnicze, na parapecie niegdysiejszej kontroli paszportowej śpi kot.
Nazywał się ten człowiek Franz Jägerstätter.
Jego zbrodnią była odmowa pójścia na wojnę. Na przeszkolenia się stawiał, ale
odmówił noszenia broni. Godził się najwyżej na służbę sanitarną. Ratować
życie mogę, nawet pomimo, że właściwie w tym wypadku nie byłoby potrzeby, ale
życia odbierać mi nie wolno - tłumaczył się.
Sprawa ciągnęła się miesiącami. Najpierw był przetrzymywany w więzieniu
wojskowym w Linzu. Potem przeniesiono go do Berlina.
Maszyneria hitlerowska obrabiała go starannie. Obawiano się "złego
przykładu".
Argumentację miał prostą, żeby nie rzec: fanatyczną:
-jestem wierzącym i praktykującym katolikiem. No a piąte: nie zabijaj.
-No ale to mają być tylko Polacy i Ruskie!
-Nie znam sią na etnicznych teoriach. Niełatwo teraz tam się wybić, bo
znawców się namnożyło. Ja jestem wierzący i umiem czytać. Piąte: nie zabijaj.
I kropka. Żadnej listy wyjątków.
-Nie pójdziesz bronić ojczyzny?
-Ojczyzny? Co Austria ma za interes państwowy w Polsce czy w Stalingradzie?
Odsłużyłem swoje w austriackiej armii w 1935 roku. Spełniłem tym obowiązek
wobec ojczyzny.
-No tak, ale teraz jest wojna!
-Jest wojna? Cóż to znowu znaczy? To wariat i nawet mój sąsiad (miejsce
urodzenia Hitlera, Braunau, leży bardzo niedaleko od St.Radegund) urządził
sobie wojnę i omamił innych wariatów pychą i chciwością na cudze. Ale to nie
moja wina.
-Sam nic nie poradzisz. Trzeba płynąć z przemożnym prądem. Sam mówisz, że to
nie twoja wina. Nawet ryby też płyną z prądem.
-Co to to nie. Łowiłem nieraz ryby i widziałem śmiałe, wolne pstrągi skaczące
nawet w górę wodospadu. Widziałem też ryby płynące z prądem. Przeważnie
zdechłe.
-Wolne! Ale my nie jesteśmy teraz wolni. Ty siedzisz nawet w w wiezieniu.
Masz skrępowane ręce!
-Lepsze skrępowane ręce niż skrępowana wolna wola - odpowiedział ten chłopek-
roztropek.
Próbowali go obrabiać za pomocą proboszcza, który dla niego był też szefem,
zwolnionym później z parafii. I za pomocą żony. Żona jak to żona, namawiała
go nie tyle do "obrony ojczyzny" ile do skorzystania z szansy przeżycia tego
strasznego czasu.
Proboszcz starał się stać przy nim. Uważał, że nie ma prawa wymagać od niego
ofiary życia. Ale namawiać do "obrony ojczyzny" też odmawiał.
Franz Jägerstätter pożegnał się listownie z rodziną. Żona ( jak to chciał
przypadek - Franciska) robiła mu wyrzuty, że sprawia jej ból.
-Nie jestem godny takich porównań, ale nasz pan, Jezus z Nazaret, też musiał
swej matce sprawić ból. Czasem tak musi być.Żegnaj! Kocham cię i dzieciaki!
Spotkamy się kiedyś, oby nieprędko. Będę czekał w utęsknieniu.
Podobno spał dobrze w przeddzień. Naziści nawet w ostatniej chwili załapali
coś jakby respekt. Karę śmierci przez powieszenie za zdradę ojczyzny i
umniejszania sił własnych w obliczu wroga zamieniono mu na "honorowe"
obcięcie głowy toporem.
Jako katolicki fanatyk poprosił rano o spowiednika i po sakramentach
stwierdził krótko: jestem gotów. Nie miał podobno strachu ani nienawiści w
oczach. Ten zakuty katol poożył spokojnie głowę na pieńku w dniu 9 sierpnia
1943 roku, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Byłem już wtedy ponad dwa
tygodnie na świecie.
Żonie i proboszczowi zakazano puszczać pary z ust za pomocą mocnych
argumentów. Gdyby się coś takiego rozniosło!
Zaraz po wojnie w parafii jak wszędzie, postawiono pomnik poległych i
zaginioych bez wieści. W tej drugiej grupie widnieje nazwisko: Franz
Jägerstätter.
Proboszcz podniósł alarm. Znaleziono bez trudu prawdziwy grób na dziedzińcu
więziennym w Bradenburg an der Havel. I całe akta sprawy. Zwłoki ekshumowano
i pochowano na wioskowym cmentarzyku pod kościołem, w którym zapalał i gasił
świece. Ma więc dwa groby!
Po nim tę robotę objęła żona i gasi do dziś mimo skończonych w marcu 90 lat.
A co mnie, ateistę, zagnało na kościelną uroczystość?
Niestety, muszę przyznać, że niskie, osobiste pobudki.
Urodziłem się w Warszawie 23 lipca 1943, kiedy Franz Jägerstätter toczył tę
swoją walkę. Wehrmacht strzelał w czasie powstania 1944 także i w mój dom,
Warszawa, ul.Gdańska 2.
Siedzieliśmy wszyscy w piwnicy. Ale do mnie spudłowali Może gdyby on poszedł -
miałby lepsze oko.
Ale nie chciał strzelać do dzieciaka. Wolał sam umrzeć, zostawić własne
dzieci, żebym ja mógł żyć!
Postać ta od razu mnie zafascynowała jak tylko przybyłem do Austrii w 1981
roku. I tym razem też miałem nosa!
Mój rodak, Jan Paweł II, człowiek na wysokim stanowisku, wszczął przeciwko
mojemu bohaterowi nową sprawę. Nie o zdradę naturalnie. Oskarża go w
specjalnym kościelnym dochodzeniu o bycie świętym.
Wśród moich obecnych krajan panuje zamieszanie. Zewnętrznie wyśmiewano tego
chłpka i krytykowano. Postąpił tak jak oni nie mieli odwagi. Nie miał odwagi
ówczesny Kardynał Innitzer, który napisał pojednawczy list do wodza,
zakończony uprzejmym: Heil Hitler!
Mówili więc, że to fanatyk, wariat, zakuta wsiowa pała. Wykpił się z tej
paskudnej afery wojennej. Zostawił rodzinę na pastwę losu. Później okazało
się, że ci co poszli np. pod Stalingrad też zostawili rodziny na Pastwę losu.
Prawie wszyscy uczesticy tej wyprawy nigdy nie wrócili. Niektórzy dopiero po
latach z rosyjskiej niewoli.
Ale każdy Austriak go zna i jest po cichu dumny. Teraz coraz bardziej. Proces
kościelny postępuje podobno nieźle.
Na tegorocznej uroczystości byłem ja, Christoph Schönborn, kardynał i prymas
Austrii, Maximilian Aichern biskup diecezji Linz, i jeszcze paru. Biskup
chwalił człowieka, który w czasach barbarzyństwa pozostał człowiekiem i
katolikiem do ostatecznej konsekwencji.
Wyraził też zadowolenie ze swego niskiego stanowiska.
Że jako zwykły pasterz, a nie np. sądzia nie musi osądzać tych, co nie mieli
tyle świętości. Poszli i strzelali. Stwierdził, że wg reguł jego wiary będą
musieli zdać z tego sprawę zupełnie innemu sądziemu.
Były delegacje z USA, Italii, Francji, Wielkiej Brytanii, Izraela. Z Polski
nie.
Ten człowiek przecież nie był przyjacielem Polski ani Polaków, nie pił z nimi
wódzi ani nie mówił, że ich lubi. Ambasadę Polski i duszpasterstwo Polaków w
Austrii zmobilizują dopiero jakieś odgórne rozkazy. Jak w St.Radegund z
warkotem wylądują papieskie i prezydenckie helikoptery. Mnie się nie udało.
Zajęci są swoimi sprawami.A szkoda! Przydałby się taki temat polskiej
dyplomacji wobec Austrii. Inteligentna aluzja do przeszłości, lepsza niż
wszelkie wygarnianie budzące tylko sprzeciw. Uznanie dla bohatera i niebawem
pewnie świętego a zarazem prztyczek i przypomnienie. Kto wie co mogłaby
Polska uzyskać od tego bogatego kraju gdyby np. polski prezydent poprosił o
możność złożenia kwiatów na grobie przyszłego świętego, a w każdym razie
szlachetnego człowieka, katolika, bohatera. A tu nic z tych rzeczy. Polska
dyplomacja wierzy raczej w negocjacjach z (państwami) UE w chruszczowowskie
walenie butem w międzynarodowe mównice.
Franciska kręciła się żwawo jak na swje 90 i pewnie nie może się nadziwić
jakiego to ważnego męża miała. A nawet, prawdę mówiąc, nie wyglądał. Zły
chłop nie był, i w kuchni pomógł, i dzieci przypilnował. Ale żeby zaraz
kardynał przychodził do niej!
Jako ateistę nie dotyczą mnie zawiłości kościelnych przepisów. Dla mnie
obowiązuje już od teraz pisownia: św.Teresa z Kalkuty i św. Franciszek z
St.Radegund. Mocą mego urzędu ateisty ogłosiłem ich świętymi już dawno.