m21
15.04.12, 10:31
zdjęcia NIC NIE WNOSZĄ do tekstu, dlatego sugeruję (kto ma ochotę) przeczytanie całego tekstu od razu poniżej (za długie to dwie części są):
Ludzie pogodzili się, że szkoły we wsi nie będzie, bo nie stać ich było na jej remont. Wtedy proboszcz pozbył się wszystkich oszczędności, sprzedał traktor i szkołę uratował - mamy dla was niezwykły fotoreportaż o księdzu z Gdeszyna
Z początku szkoła w Gdeszynie nie miała być szkołą, tylko szpitalem. Bo tam na początku lat 60. ubiegłego wieku PRL-owskie władze zaplanowały lecznicę dla żołnierzy. Ale że NATO nie atakowało, to szpital zaadaptowano właśnie na szkołę.
Pod koniec marca zeszłego roku rada gminy z Miączyna niemal jednogłośnie szkołę zlikwidowała, bo nie widziała sensu utrzymywania trzyklasowej podstawówki dla 21 dzieci. Ludzie wydawali się z tą decyzją pogodzeni. - Wystarczyło zobaczyć, jak ta nasza szkoła wyglądała - opowiada gdeszynianka Jolantyna Dyjak. - Rozsypujące się po podłodze płytki PCV, spróchniałe okna, tak że w szparę trzy palce wchodziły, odpadający tynk, przeciekający dach, pleśń i grzyb wychodzący ze ścian.
W Gdeszynie zaczęli się nawet zastanawiać, czy udźwignęliby prowadzenie szkoły na własną rękę, jako stowarzyszenie, tak jak to zrobili w innych zamojskich wsiach. O ile jednak gmina zgodziła się dawać pieniądze stowarzyszeniu, to zastrzegła, że budynku naprawiać nie będzie. - Wieś się wyludnia, skąd mielibyśmy wziąć ponad 200 tysięcy na remont. Tak naprawdę, pogodziliśmy się, że dzieci będą musiały wstawać przed szóstą rano, żeby zdążyć na jedyny autobus do szkoły w Horyszowie, sześć kilometrów dziurawą drogą - pamięta Jolantyna Dyjak.
W Gdeszynie mieszka dziś ponad 300 osób w porozrzucanych na pagórkach gospodarstwach. We wsi oprócz podstawówki jest tylko wzniesiony przed 11 laty kościół.
Parafią kieruje ks. Ryszard Ostasz. Patronem likwidowanej szkoły był błogosławiony ks. Zygmunt Pisarski.
- Niezwykły człowiek, który łączył, scalał trzy narody, które przed wojną tu mieszkały: Polaków, Ukraińców i Żydów - opowiada proboszcz Ostasz, zażywny 40-latek.
.- Ksiądz Pisarski przyjechał do Gdeszyna w 1933 r. Proszę sobie wyobrazić, że tuż przed wojną potępił rządową akcję burzenia cerkwi. Zapowiedział, że kto przyłoży do tego rękę, nie dostanie rozgrzeszenia. W efekcie cerkiew burzyli sami żołnierze. Miejscowych nie było. Mało tego. W czasach szalejącego antysemityzmu chodził w gościnę do żydowskich domów. A z ambony apelował do ludzi, by wstrzymywali się od roboty w polu podczas świąt prawosławnych.
Proboszcz: - W 1939 r., po wkroczeniu Armii Czerwonej, kiedy Sowieci zabrali klucze do kościoła i księdza chcieli wyrzucić z parafii, broniły go ramię w ramię kobiety polskie z ukraińskimi. Zginął w 1943 r., zastrzelony przez Niemców, bo nie chciał wydać, kto we wsi pomaga komunistycznym partyzantom. W 1999 r. papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski i wizyty w Zamościu wyniósł go na ołtarze.
Proboszcz Ostasz objął parafię w Gdeszynie przed pięciu laty z mocnym postanowieniem, że dzieło ks. Pisarskiego będzie kontynuował. - Zacząłem od uporządkowania ukraińskiego cmentarza.
Ryszard Ostasz długo zastanawiał się, czy zostać duchownym. Najpierw w Lublinie zrobił w liceum maturę. Potem studium budowlane. Kiedy je skończył, upomniała się o niego armia.
Służył w Krakowie w elitarnych czerwonych beretach. Oddał 15 skoków spadochronowych. Podczas ćwiczeń miał wypadek, konar przebił mu brzuch. Wiele tygodni spędził w szpitalu. Gdyby nie nie wypadek, być może zostałby w mundurze. W wojsku zdobył jednak uprawnienia do kierowania ciężarówkami i ciężkim sprzętem budowlanym. Do seminarium wstąpił dopiero w wieku 24 lat. - Bałem się odpowiedzialności. Bałem się, że dam złe świadectwo.
Proboszcz Ostasz na rozmowę z nami przychodzi lekko spóźniony. - Przepraszam, ale musiałem wydać dyspozycje - usprawiedliwia się. Rozmawiamy przy kawie i serniku w pokoju nauczycielskim gdeszyńskiej podstawówki.
Jolantyna Dyjak o tym, że szkoła przetrwa, dowiedziała się wiosną zeszłego roku, kiedy proboszcz oświadczył na spotkaniu z wiernymi, że szkoły zamknąć nie pozwoli.
- Jak to, a pieniądze na remont? - ludzie kręcili głowami.
- Nie martwcie się - uspokajał ksiądz.
- No przecież z nieba księdzu nie skapnie.
- Pieniądze będą, obiecuję.
- Skąd?
- Mam swoje oszczędności.
- Nie może być - ludzie z plebanii wychodzili z niedowierzaniem.
Jolantyna Dyjak: - Tak naprawdę doszło do nas to, co się stało, dopiero po kilku dniach. No bo jak to? Swoje pieniądze nam po prostu tak da? Niemożliwie, powtarzaliśmy po domach. Część ludzi zaczęła na księdza patrzeć podejrzliwie. Uwierzyliśmy wtedy, gdy zlikwidował konta, spieniężył fundusz emerytalny, sprzedał ciągnik i na spotkaniu organizacyjnym oświadczył, że ma ponad 100 tysięcy na szkołę. Ci, co wątpili, dziś patrzą w księdza jak w obraz.
Jolantyna Dyjak została prezesem Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Gdeszyńskiej, które wzięło na siebie prowadzenie szkoły. Do końca lipca musiało uporać się z biurokracją. Dopiero w połowie lata zaczął się remont szkoły.
Proboszcz wziął na siebie sprawy budowlane. Z pospolitego ruszenia mieszkańców, które zebrało się wokół szkoły, wyłowił fachowców: murarzy, dekarzy, elektryków, hydraulików. Kiedy zaczęły się żniwa i ludzie musieli pracować u siebie na polach, proboszcz ratował się więźniami z pobliskiego więzienia, których codziennie dowoził własnym fiatem stilo.
- To był jeden wielki plac budowy. Bywały dni, że pracowało po 70 osób, na trzy zmiany. Wiejskie gospodynie na zmianę gotowały wszystkim obiady, przygotowywały śniadania i kolację. Musieliśmy zdążyć przed 1 września, bo gmina mogłaby nam zarzucić, że sobie ze szkołą nie poradzimy - wspomina Barbara Łapińska, dyrektorka gdeszyńskiej podstawówki. I ją "złowił" proboszcz. Wcześniej kierowała stowarzyszeniową szkołą w sąsiednich Podhorcach.
Jolantyna Dyjak: - Wymieniliśmy 56 okien, uszczelniliśmy dach, położyliśmy panele na podłogi, wstawiliśmy nowe drzwi, odmalowaliśmy sześć klas, urządziliśmy salę gimnastyczną. By zmniejszyć koszty, zrezygnowaliśmy z drogiego ogrzewania elektrycznego, przechodząc na nowoczesną kotłownię węglową. Dzięki księdzu kilka hurtowni zgodziło się poczekać na pieniądze. No i jeszcze transport. Żeby było szybciej i taniej, cement ksiądz dowoził na budowę swoim fiatem.
Dyrektor Łapińska: - Komu mają ufać, jak nie proboszczowi. Zwłaszcza że w swojej poprzedniej parafii, gdy budował kościół, to wszystko pospłacał. A teraz na zmianę ze stróżem szkoły nocami pilnuje. Mało śpi, nie dojada nasz ksiądz. Wrzodów się nabawił, a leczyć się nie chce.
Jolantyna Dyjak: - Każda budowa to studnia bez dna. Kiedy pieniądze się skończyły, proboszcz pocieszał. "Nie traćcie nadziei, zaufajcie Bogu. Będzie dobrze". Po kilku dniach pieniądze na niezapłacone faktury się znalazły. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że nasz proboszcz sprzedał rzepak i pszenicę, które zebrał z parafialnego pola.
Kiedy proboszcz kończył remont szkoły, dyrektor Łapińska szukała w internecie pieniędzy, za które mogłaby szkołę wyposażyć. 102 tys. zł znalazła w Ministerstwie Edukacji. Poszły na zakup ławek, krzeseł i komputerów do szkolnej pracowni. Dla porównania - gmina każdego miesiąca przekazuje szkole 32 tys. zł na pensję dla pięciu etatowych nauczycieli, dziewięciu zatrudnionych na część etatu.
Udało się. 1 września w Gdeszynie rozbrzmiał pierwszy dzwonek w szkole stowarzyszeniowej. O jej roli we wsi najwięcej mówi szkolna gablotka umieszczona na korytarzu, tuż obok wejścia. Obok siebie rzędy zdjęć z rozpoczęcia roku, opłatka, choinki, Dnia Babci i Dziadka.
Dyrektor Łapińska: - Każda impreza jest otwarta. U nas nie ma zaproszeń. Ludzie sami przychodzą. Po tym, co zrobili, to jest ich szkoła.
Dziś w sześciu klasach gdeszyńskiej podstawówki, łącznie z przedszkolakami i zerówkowiczami, uczy się 44 dzieci.