izzzzy
18.02.11, 23:48
Nie wiem, jak powinnam się zachować.
Syn mojej koleżanki i jednocześnie mój chrześniak (co jest ważne, bo czuję się za niego w jakimś sensie odpowiedzialna mimo, że to nie moja rodzina) wykazuje cechy związane ze spektrum autyzmu. Moja koleżanka jest pedagogiem (po pedagogice specjalnej) pracującym w klasie integracyjnej jako nauczyciel wspomagający. Niepokojące zachowania chłopca obserwowałam od samego początku: uwielbiał oglądać reklamy telewizyjne (właściwie tylko przy nich się uspokajał) i tracił zainteresowanie telewizorem kiedy się kończyły, do 18 miesiąca życia nie chodził, do czwartego roku życia nie mówił poza pojedyńczymi słowami, w wieku 2,5 lat nie potrafił zakomunikować rodzicom, że chce mu się pić, jeść itp., do 3,5 roku życia nosił pieluchy, na spacerach uciekał przed siebie nie ogladając się za rodzicami, nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, chował się w łazience i siedział tam przy zgaszonym świetle itd.
Rozmawiałam kilkakrotnie z koleżanką o swoich podejrzeniach (naprowadzałam ją na ZA) i nalegałam, aby udała się z synem do specjalisty. Bez rezultatu. Moje wątpliwości zbywała uśmieszkiem i zapewnieniami, że pracuje z synem indywidualnie.
Miałam nadzieję, że jak mały pójdzie do przedszkola to ktoś powie jej wprost o problemach syna. Ale chłopiec poszedł do 4-latków (do 3-latków się nie dostał i rok przesiedział w domuł) i nikt nie zwrócił mojej koleżance uwagi na jego zachowanie mimo, że na początku był agresywny wobec dzieci i koleżanka miała z tego powodu nieprzyjemności ze strony innych rodziców.
Zaczęłam podejrzewać, że to ja się pomyliłam w swoich spostrzeżeniach, a gdy zauważyłam
dziwne fobie mojego dziecka, pomyślałam, że to za karę, bo innym wmawiam ZA.
Odpuściłam.
Aż tu dzisiaj słyszę od wychowawczyni mojej córki (przy okazji omawiania problemów z zachowaniem małej) - chodzącej do tego samego przedszkola co chrześniak, że ona pracowała z tym chłopcem w grupie i według niej on "przejawia ewidentne cechy autyzmu".
No i co ja powinnam z tym zrobić? Żal mi chrześniaka, ale koleżanka ma chyba syndrom wyparcia, bo jak inaczej można wytłumaczyć zaniedbania z jej strony? Od razu zaznaczam, ze syna (razem z jego o rok młodszym bratem) oddaje na cały dzień do przedszkola tj. od 8.00 do 17.30. i jestem prawie pewna, że nie "pracuje" z nim w domu, bo postępów nie widać żadnych, a wręcz przeciwnie - młody odstaje coraz bardziej od rówieśników i nawet jego młodszy brat kręci nim na wszystkie strony.
Raczej nie przyznam się, co usłyszałam od przedszkolanki, bo koleżanka gotowa zrobić awanturę w przedszkolu o to, że nauczycielka rozmawiała o jej dziecku z obcą osobą.
Wałkować z nią temat, czy się nie wtrącać, bo to ostatecznie nie moje dziecko i nie moja sprawa?
Jestem ciekawa Waszych opinii, bo nie ma to jak spojrzenie z dystansu na sprawę, a ja niestety jestem emocjonalnie w nią zaangażowana.