Dodaj do ulubionych

Uważajcie!

04.09.17, 11:52
Wstrząsający artykuł:
wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,22307183,aniolkowo-zlobek-dla-dzieci-z-autyzmem-to-nowy-biznes.html
To chyba to?
www.aniolkowo.pl/o-nas,misja.html
Znacie?
Obserwuj wątek
    • 6kasia333333 Re: Uważajcie! 04.09.17, 15:59
      Mogłabyś wkleić?
      • livia.kalina Re: Uważajcie! 04.09.17, 22:33
        Tak w ogóle, to uważam, ze nie powinno się robić takich rzeczy (nie płacić za czyjąś własność intelektualną) ale tutaj uważam, że jest tak wielkie niebezpieczeństwo, ze interesu społeczny to usprawiedliwia:

        Bicie, wyciąganie z łóżka za głowę, zmuszanie do jedzenia wymiocin, wyzwiska - tak były traktowane podopieczne domu opieki dla osób starszych fundacji Betania. Jej założyciel otworzył Aniołkowo - żłobek i przedszkole dla dzieci z autyzmem. Na jego prowadzenie dostaje subwencje z warszawskiej dzielnicy Wawer

        – Halo, chciałabym umieścić matkę w domu opieki Betania.

        – My już dawno tego interesu nie prowadzimy – słyszę męski głos. – Teraz mamy nowy biznes. Ale dlaczego panią w ogóle interesuje nasz poprzedni dom?

        1500 zł za pobyt w domu spokojnej starości, opiekunki: byłe sprzątaczki

        – Nie ma dnia, bym nie myślał o tym, co wydarzyło się w domu opieki przy Pajęczej. Czasem przez minutę, dwie, czasem dłużej, ale codziennie mam to w głowie – mówi mi Łukasz, były pracownik domu spokojnej starości fundacji Betania. – Od pierwszej godziny wiedziałem, że w tym miejscu dzieje się coś bardzo złego. Stare kobiety były traktowane przez opiekunki jak nie ludzie, karane za każde drobne nieposłuszeństwo, bite, wyszydzane. A jednocześnie te same opiekunki dla mnie były bardzo miłe. Ciepło opowiadały o swoich dzieciach i wnukach. Biły, bo w tym domu panowało przyzwolenie na przemoc. Myślałem wtedy, że tu można zrozumieć, jak naziści, dobrzy ojcowie, mogli kierować obozami koncentracyjnymi. Wystarczyło odczłowieczyć przebywających tam ludzi.

        Fundacja Pomocy Niepełnosprawnym „Betania” zaczęła działać w lutym 2000 roku przy ulicy Modrzykowej w Warszawie. Jej nazwa pochodzi od miejsca, w którym Chrystus dokonał cudu przywrócenia zmarłego Łazarza do życia. Fundację założył 54-letni wówczas Edward Goszczycki. W statucie napisano: „Celem jest opieka nad osobami w trudnej sytuacji życiowej, szczególnie niepełnosprawnymi i wykluczonymi społecznie, oraz zapobieganie tym sytuacjom”.

        Trzy lata później fundacja otworzyła dom spokojnej starości przy ulicy Pajęczej. Kierowniczką została Katarzyna, bezrobotna pracownica administracji z Włocławka. Miała wykształcenie średnie i nigdy nie pracowała z osobami starszymi. Ale była bratową żony Goszczyckiego. Inne opiekunki miały wykształcenie zawodowe. Wcześniej pracowały jako sprzątaczki. Kierowniczka zapowiedziała im, że muszą zaprowadzić w ośrodku żelazną dyscyplinę.

        W domu mieszkało około 20 kobiet w podeszłym wieku. Rodziny płaciły za ich pobyt średnio około 1500 zł oraz dawały opiekunkom pieniądze na leki i pampersy. Często nie dostawały potwierdzenia wpłat.

        PRZECZYTAJ TAKŻE: Terror w DPS. Do pensjonariusza: "Gnój, mi ubliża", do opiekunek: "Dupomyjki"
        Opiekunki do podopiecznych: "Żebyś zdechła"

        86-letnia Wacława była pensjonariuszką domu niemal od początku. Tęskniła za rodziną. Szybko zauważyła, że opiekunki nie zachowują się tu tak, jak powinny. Słyszała, jak mówią, że dobrze, gdyby jedna z pensjonariuszek szybko zmarła. Gdy Wacława dostała zegarek od wnuka, kierowniczka spytała: „Wiesz, po co dał ci ten zegarek? Żebyś sobie odmierzała godziny do śmierci”. I śmiała się donośnie.

        Opiekunki chciały od podopiecznych szybkiego wykonywania wszystkich czynności. Te, które nie dawały rady, były kopane, bite głową o ścianę, wiązane. Jeśli któraś miała kłopoty z wypróżnianiem się, boleśnie uciskano jej brzuch lub bito.

        Wacława spała w jednym pokoju z Danusią, która nie rozumiała niektórych poleceń kierowniczki. Wacława opowiadała później rodzinie: opiekunki wyciągały Danusię z łóżka za głowę, za włosy. Biły, zwłaszcza wtedy, gdy musiała iść do toalety. A ona z trudem się ruszała, nie mogła iść sama. Na porządku dziennym było wyzywanie od kurew. Jeśli zwymiotowała to, czym ją karmiły, kazały jej to z powrotem zjadać z talerza. Gdy się przewróciła, kopały, dopóki się nie podniosła.

        Wiele pensjonariuszek siedziało przy oknie, wypatrując bliskich. Opiekunki znęcały się nad nimi, mówiąc: „Wiesz, dlaczego tu jesteś? Mąż miał kochankę i już cię nie chciał”, „Chcą, żebyś zdechła”. Pewną drobną staruszkę opiekunki brały na ręce nagą i z nią tańczyły. Bardzo ją wszystko bolało, ale mówiła: „Ważne, że one się dobrze bawią”. Bo z czasem starsze kobiety ponad wszystko chciały wprowadzić opiekunki w dobry nastrój. Czuły się zdane całkowicie na ich łaskę.

        W 2005 roku w domu opieki zamieszkała Jadwiga. Często odwiedzali ją syn i wnuczka Karolina. Po miesiącu Karolina zastała babcię na wpół przytomną: ledwo oddychała, charczała, trzęsła się z zimna pod kocem. Karolina pytała obsługę: „Dlaczego nie powiadomiono rodziny? Czy u babci był lekarz?” Na co kierowniczka: „Proszę dać babci umrzeć w spokoju”. Wnuczka usłyszała też, że nie dostanie dodatkowego okrycia, bo babcia zabrudziła już za dużo pościeli. Gdy prosiła o przewiezienie jej do szpitala karetką, która stała przed domem, kierowniczka odparła, że pensjonariuszka nie chciała nigdzie jechać. Poza tym jest już cisza nocna.

        Gdy Karolina dodzwoniła się do pogotowia, Jadwiga pluła już czarną krwią. Zmarła po dotarciu do szpitala.
        Opiekun z wyrokiem przychodził pijany do pracy. Wąchał łóżka po zmarłych pensjonariuszkach

        Tymczasem fundacja Betania postanowiła zdobyć darmową pomoc dla domu. Ówczesny dyrektor departamentu spraw obronnych Ministerstwa Gospodarki Stanisław Rasała zgodził się, by poborowi odbywali służbę zastępczą w ośrodku przy Pajęczej, a nawet pracowali tam jako opiekunowie.

        Tak do personelu dołączyli Kasper i Rafał. Kasper miał już na koncie dwa wyroki za kradzieże. Był uzależniony od narkotyków i alkoholu. Wkrótce obaj także zaczęli znęcać się nad staruszkami. Kasper na przykład lubił im dawać „prezenty”. Starsze panie uprzejmie dziękowały i otwierały paczuszkę. A w środku były pieluchy z kałem. Mężczyzna wybuchał śmiechem, widząc ich zaskoczone twarze.

        Rafał nagrał filmik, jak liże osiemdziesięciokilkuletnią kobietę po twarzy. Następnie przemocą bierze ją na ręce. Niesie do łazienki, stawia przed umywalką i zaczyna symulować seks z nią. Nie przestaje mimo krzyków kobiety. Sadza ją na sedesie i udaje seks oralny. Śmieje się.

        Kilka lat później Sławka, opiekunka z ośrodka, opowiadała tak znajomym: – Kasper przychodził nie raz pijany do pracy. Kładł się na łóżku po trupach, to znaczy jak któraś z kobiet umarła. I wąchał to łóżko. On by tam leżał cały czas, ale go wyganiałam. Kierowniczka częstowała pensjonariuszki alkoholem. Mówiła, że będzie z tego niezły kabaret. Najbardziej wyzywała panią Jankę. Biła ją i krzyczała: „Ty kurwo!”. Janka była głuchą kobietą, ale bardzo miłą i dobrą. Potem płakała, chciała uciec z ośrodka. Nie wiem, dlaczego Katarzyna tak biła Jankę, przecież ona nam pomagała przy pracy.

        Rodzinom opiekunki tłumaczyły, że siniaki i zadrapania na ciele pensjonariuszek to skutek samookaleczania. Asystowały podczas odwiedzin i słuchały, czy kobiety nie mówią o przemocy. Większość bała się o tym wspominać.
        Synowi jednej z podopiecznych, który zastał mamę płaczącą, skarżącą się: „Wykręcają mi ręce, bardzo boli”, kierowniczka powiedziała: „Tutaj wszystkie tak się skarżą, żeby wrócić do rodziny. Bo tęsknią”. Gdy tylko bliscy wychodzili, mówiła do pensjonariuszek: „Kurwy, zamknąć mordę”.

        Za przyjęcie poczty od listonosza bez pozwolenia kierowniczka kazała starszą kobietę rozebrać do naga i zostawić związaną. Tym razem opiekunki Sławka i Anna sprzeciwiły się kierowniczce. Tłumaczyły, że pensjonariuszka pierwszy raz zrobiła coś bez pozwolenia, a „przecież mimo złego stanu zdrowia pomaga im obierać ziemniaki”.
        Betania działała nielegalnie

        We wrześniu 2007 roku pracę w domu spokojnej starości rozpoczął poborowy Łukasz. Wkrótce trafił do psychologa. „Stany obniżonego nastroju, utraty apetytu, zaburzenia snu, poczucia bycia bezwartościowym ściśle związane są z pełnieniem przez Łukasza wojskowej służby zastępczej w domu spokojnej starości przy ulicy Pajęczej” – ocenił psycholog.

        Łukasz po rozmowie z psychologiem wysłał list do wojewódzkiego urzędu pracy: „Od samego począ
        • livia.kalina i dalej 04.09.17, 22:35
          Łukasz po rozmowie z psychologiem wysłał list do wojewódzkiego urzędu pracy: „Od samego początku jestem świadkiem znęcania się nad pensjonariuszkami przez pracownice tego domu. Staruszki są tam traktowane jak przedmioty. Są znieważane przy każdym nieposłuszeństwie bez względu na to, czy są świadome, czego się od nich wymaga, czy nie.

          Staruszki są rzucane na krzesła, łóżka, siłą są z nich zdejmowane ubrania. Te najbardziej absorbujące swoim zachowaniem personel są przywiązywane do łóżek. Gdy do jednej z kobiet przyszedł ktoś w odwiedziny, dostałem rozkaz jak najszybszego rozwiązania jej współlokatorki. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze dręczenie psychiczne. W tym domu przebywa 44-letnia kobieta, która jest opóźniona umysłowo. Byłem świadkiem, jak została kilka razy uderzona. Czego by nie robiła, może spodziewać się ataku. Jej nieporadność życiowa dziwi kierowniczkę, która powtarza mam kilku synów młodszych od niej i jakoś potrafią zadbać o siebie. Jednocześnie, jeśli chodzi o warunki mieszkaniowe i czystość, to wszystko jest w najlepszym porządku. Dom jest sprzątany i ogrzany”.

          O przemocy w domu opieki Łukasz poinformował także dziennikarzy.

          – Panie wzorowo wywiązują się ze swojej pracy – zapewniała Elżbieta Goszczycka z fundacji Betania Krzysztofa Kowalczyka z dziennika „Polska”, który jako pierwszy napisał o sprawie.

          Łukasz złożył zeznania w prokuraturze. Okazało się, że Betania nie zarejestrowała placówki w urzędzie wojewódzkim. Dom funkcjonował poza jakąkolwiek kontrolą. A fundacja Goszczyckich nie płaciła pracownikom ZUS-u i nie dawała opiekunkom przysługującego urlopu.
          Kierowniczka domu opieki: W nerwach nieraz uderzyłam

          Kierowniczka Katarzyna tak opowiadała w sądzie o swojej pracy: – Praca z osobami starszymi i schorowanymi była bardzo ciężka. Ja pracowałam na czarno. Pani Sławka tak samo. Byłyśmy wykorzystywane przez Goszczyckich, którzy nie chcieli płacić za ubezpieczenie. Wpisali mnie do jakiegoś zarządu fundacji, nawet nie wiedziałam, co to jest. Zarabiałam 1500 złotych na miesiąc, Sławka 1200. Anna miała płatne 3 złote za nadgodzinę. Wszystkie harowałyśmy na okrągło, bez chwili wytchnienia i bez żadnych urlopów. Nie wytrzymywałyśmy nerwowo. Nie pamiętam, kiedy zaczęłam znęcać się nad pensjonariuszkami. Jak się zdenerwowałam, to podnosiłam podopieczne za ubranie, za fraki do góry, szarpałam i telepałam. Działo się to, gdy one nie chciały się niczego uczyć. Najbardziej denerwowała mnie Grażyna i na niej skupiała się głównie moja agresja. Brudziła łóżka i odmawiała zrobienia czegokolwiek, więc była przez wszystkie opiekunki nieustannie popychana, żeby wykonała to, co się do niej mówi. Po usilnych wrzaskach czasem czegoś się nauczyła. W nerwach nieraz uderzyłam pensjonariuszki, bo one nie wykonywały żadnych poleceń. Były tylko trzy opiekunki, a podopiecznych kobiet aż 20. My nie dawałyśmy z tym rady, a Goszczyccy przez te wszystkie lata nie dali nam ani jednego wolnego dnia. Wszystkie żyłyśmy w stresie. Do tego dochodziły problemy rodzinne. Cały czas pracowałam w domu opieki, nie mogłam przyjechać do swojego domu i w końcu mąż zakomunikował, że mnie zostawia. Żałuję tego, co się stało. Ale nie da się cofnąć czasu.
          Personel dostał kary w zawieszeniu, prezes fundacji nie usłyszał zarzutów

          Nikt z oskarżonych nie spędził ani jednego dnia w więzieniu. W 2009 roku Sąd Rejonowy dla Pragi-Południe uznał personel za winny znęcania się, a kierowniczkę dodatkowo za winną narażenia na utratę życia. Oskarżeni dobrowolnie poddali się karze. Wszyscy zostali skazani jedynie na kary w zawieszeniu (maksymalnie dwa lata z zawieszeniem na pięć).

          Czyżby sędzia uznał, że znęcanie się nad starymi ludźmi jest mało szkodliwe społecznie? Mogłoby o tym świadczyć sformułowanie z uzasadnienia. Dotyczy narażenia na utratę życia Jadwigi: „Pokrzywdzona była osobą starszą i schorowaną, inna jest sytuacja, gdy spowodowane niebezpieczeństwo dotyczy osoby młodej, mającej życie przed sobą, a inna, gdy dotyczy osoby u schyłku życia”.

          Na ławę oskarżonych nie trafił nikt z fundacji Betania, zwłaszcza jej prezes Edward Goszczycki, chociaż rodziny pensjonariuszek podkreślały, że informowały go o przemocy.

          Opowiada mi o tym Joanna, która po dwóch latach zabrała matkę z Pajęczej: – Jedna z pracownic powiedziała mi, że kierowniczka nie podaje pacjentom leków. Wyrzuca je do śmieci z komentarzem: „Lekarstwa i tak im już nie pomogą”. Mówiła, że pensjonariuszki są wyzywane i bite. Gdy umierała jedna z kobiet, personel zwlekał z wezwaniem pogotowia. Informowałam o tym właściciela Betanii oraz napisałam pismo do urzędu wojewódzkiego, ale nie było odpowiedzi.

          Treść listu Joanna przekazała prokuraturze. Wynika z niego, że informacje o przemocy zostały przekazane Edwardowi Goszczyckiemu już przed 12 lipca 2004 roku. Joanna pisała do urzędu wojewódzkiego: „Proszę o ustalenie, czy fundacja Betania zatrudnia właściwy personel w prywatnym domu opieki. Moja mama przebywała w domu do maja. Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku – czysto, opieka grzeczna i miła. Okazało się, że to pozory. Gdy rodziny przyjeżdżają, porcje jedzenia są ogromne, a później drastycznie się je zmniejsza i pensjonariuszki chodzą głodne. Gdy informują o tym rodziny, to kierowniczka tłumaczy, że to wszystko w wyniku choroby: po prostu nie pamiętają, że jadły . Nieposłuszne starsze kobiety są bite i upokarzane. Szefa fundacji, pana Goszczyckiego interesuje tylko, żeby fundacja dostała pieniądze. Powiedział: Nie przyjmuję tego do wiadomości, wszystko, co pani powiedziała, to nieprawda . Niestety, mówię prawdę. Nie można być obojętnym wobec złej opieki nad ludźmi starszymi”.
          • livia.kalina Re: i dalej 04.09.17, 22:36
            Joanna dołączyła kontakt do opiekunki, która była świadkiem znęcania. Dziś mówi mi: – Żałuję, że nie zrobiłam więcej. Ludzie myślą, że wystarczy zgłosić do fundacji, bo przecież fundacje mają obowiązek dbać o chorych, ale tam chodziło tylko o zarobek. Urząd wojewódzki też nie pociągnął tej sprawy.

            Pytam znajomego prokuratora, czy właściciele domu spokojnej starości mogli zostać w tej sprawie ukarani. – Oczywiście, jeśli przyczynili się do powstania takich warunków. Jeśli pracownicy nie mieli właściwego przygotowania, pracowali na czarno, mieli za długie dyżury, a zwłaszcza gdy do właścicieli dochodziły sygnały o przemocy i nie reagowali. To znaczy jeśli zysk stał się dla nich ważniejszy niż przerwanie cierpienia ludzi. Gdyby prokuratura zdobyła takie informacje w toku sprawy, powinna wyodrębnić część materiałów do osobnego śledztwa przeciwko założycielom Betanii.
            Był dom opieki, jest portal randkowy

            Tyle historii. Sprawdzam, co działo się po wyroku.

            Kierowniczka Katarzyna wpadła w alkoholizm. Przestała zgłaszać się na kontrole kuratorskie. Zmarła w 2010 roku. Anna i Sławka zajęły się wnukami. Sąd zasądził od nich po kilkaset złotych na rzecz rodzin poszkodowanych, ale nie zapłaciły ani grosza. Rafał zaczął pracę w restauracji. Kasper w trakcie zawieszenia kary popełnił aż trzy umyślne przestępstwa. Nie trafił jednak do więzienia, bo sąd nie odwiesił kary, tłumacząc, że potrzebował pieniędzy na narkotyki.

            A Edward Goszczycki, prezes fundacji Betania? Za brak rejestracji domu spokojnej starości wojewoda nałożył na niego karę – 10 tysięcy złotych. Goszczycki odwołał się od tej decyzji i zamknął fundację.

            Dziś na stronie internetowej domu opieki Betania działa chrześcijański portal randkowy Betania. Zaś rodzina Goszczyckich otworzyła kolejne firmy: spółkę Międzynarodowe Centrum Inwestycyjno-Kapitałowe oraz Fundację Inspiracji Edukacyjnej i Kulturowej, która prowadzi żłobek, Klub Malucha i przedszkole specjalizujące się w opiece nad dziećmi z autyzmem.

            Nazwali to miejsce Aniołkowo.
            Czy założyciel fundacji nie popełnił przestępstwa? Prokurator: Ten wątek nie był badany

            Dzwonię do prokurator Anny Bernat, która prowadziła sprawę domu przy Pajęczej: – Czy pani była pewna, że kara w zawieszeniu jest adekwatna? – dopytuję.

            – Byłam wówczas asesorem, więc ustaliłam karę z moimi szefami. Akt oskarżenia i kara – uzgodniona w tym wypadku z oskarżonymi – podlegały ich aprobacie. Uznaliśmy, że kara jest adekwatna.

            (Sprawdzam, że sprawę nadzorował zastępca prokuratora rejonowego Mariusz Piłat).

            Dom opieki działał nielegalnie, a jednak dostał pozwolenie z ministerstwa na zatrudnianie poborowych. – Czy to panią nie zaniepokoiło? – pytam. – Czy była sprawdzana przeszłość założyciela i jego kontakty?

            – To nie było przedmiotem postępowania.

            – W materiałach prokuratorskich jest zawiadomienie od córki pensjonariuszki. Wynika z niego, że informowała Edwarda Goszczyckiego o przemocy już w 2004 roku. Czy sprawy nie należało zbadać pod tym kątem?

            – Jest kategoria przestępstw, gdzie właściciel miałby obowiązek zawiadomić stosowne instytucje. Gdyby na przykład chodziło o zabójstwo. Ale nie w przypadku znęcania.

            – Czy prokuratura sprawdziła ponad wszelką wątpliwość, że założyciel fundacji nie dopuścił się przestępstwa?

            – Ten wątek nie był badany.

            – Czy wiadomo, ile Edward Goszczycki zarabiał na domu spokojnej starości?

            – My nie badaliśmy tego wątku.

            – Według statutu właściciele mogą prowadzić konta zagraniczne. Czy to typowe przy działalności na rzecz chorych w Polsce?

            – Tego także nie badaliśmy.

            – Czy można jakoś zapobiec sytuacji, że ludzie czerpiący korzyści finansowe z instytucji, w której dochodzi do znęcania się nad podopiecznymi, zamykają je i od razu otwierają podobny biznes?

            – Nie możemy nic zrobić na zapas. Panie opiekunki dostały zakaz wykonywania zawodu. Wobec właściciela fundacji nie toczyło się postępowanie karne.

            – Czyli pan Goszczycki ma teraz prawo działać w fundacji, która prowadzi przedszkola dla chorych dzieci?

            – To oni dalej zajmują się działalnością tego typu? – dziwi się prokurator.

            – Tak. Po zapoznaniu się z materiałami ze śledztwa nie chciałabym, by właściciele fundacji Betania prowadzili takie przedszkole – dodaję.

            – Nikt by nie chciał – przyznaje prokurator.
            Rodzice ostrzegają: Unikajcie Aniołkowa. Właściciel jest trudny i bezkompromisowy

            Dzwonię do przedszkola Aniołkowo. Okazuje się, że jest to dawny numer fundacji Betania. Pytam o dom spokojnej starości. – My już dawno tego interesu nie prowadzimy – mówi pan, który odbiera telefon. – Teraz mamy nowy biznes – oznajmia. Ale po chwili staje się czujny. Dopytuje: – A dlaczego panią w ogóle interesuje nasz poprzedni dom?
            We władzach Fundacji Inspiracji Edukacyjnej i Kulturowej prowadzącej Aniołkowo jest tylko jedna osoba o nazwisku Goszczycka. Edward Goszczycki jest wpisany jako osoba zajmująca się marketingiem. Ale rodzice nazywają go prezesem i właścicielem.

            Sprawdzam opinie na temat przedszkola Aniołkowo na forum. Niektóre z nich:

            „Jedzenie, które dostają dzieci, to resztki prezesa. Plasterki szynki dzielone na sześć. Jeśli ktoś twierdzi, że jest dobrze, to nie ma zielonego pojęcia, co tam dzieje się w rzeczywistości. Tworzy się pozory przed rodzicami. Uwaga, rodzice! Unikajcie Aniołkowa i jego zarządców, którym nie zależy ma dobru dzieci, tylko na zarabianiu jak najwięcej kasy. Oszczędzają na wszystkim, żeby dla nich było jak najwięcej”.

            „Chcieliśmy zapisać dziecko do Aniołkowa. Ale po jednej rozmowie z właścicielem Edwardem Goszczyckim stwierdziliśmy, że nasza noga więcej tam nie postanie”.
            • livia.kalina Re: i dalej 04.09.17, 22:37
              Trudny i bezkompromisowy właściciel, kompletny brak dialogu i współpracy właściciela i pani dyrektor z rodzicami. Nie ma nic wspólnego z Montessori”.

              „Przed zapisaniem córki zrobiłam wywiad wśród znajomych. Podobno przedszkole bardzo straciło na jakości poprzez działania szefostwa: dużo zwolnień wśród nauczycielek, zero zainteresowania sprawami zgłaszanymi przez rodziców”.

              „Rotacja pracowników przedszkola jest niezwykle częsta. Są niejasności w płaceniu przez pracodawcę ZUS-u i innych składek. Stąd częste zmiany personelu. Podejście właściciela/prezesa przedszkola to zysk, zysk i jeszcze raz zysk”.

              Jeden z ojców, który odbiera syna z przedszkola, potwierdza: – Warunki lokalowe są dobre. Ale często zmieniają się nauczyciele. Myślę, że jest to spowodowane zachowaniem prezesa. Właściciel jest kostycznym, chłodnym starszym panem. Sporo narzeka i jest, łagodnie mówiąc, oszczędny. Widać, że dużo w to miejsce nie inwestuje.

              Idę do przedszkola jako matka dziecka z autyzmem. Proszę o pokazanie sal. Przedszkole jest czyste, zadbane. Duża sala z małą liczbą zabawek. – Łącznie w przedszkolu jest 55 podopiecznych. Dzieci normalne i chore razem – tłumaczy mi pani od spraw administracyjnych. – Jeśli w grupie są dzieci autystyczne, to jest w niej także terapeuta. Zajmuje się kilkorgiem dzieci.

              PRZECZYTAJ TAKŻE: 90 proc. dzieci z autyzmem jest nękanych. Wyzywane, wyśmiewane, bite i kopane

              Pytam o częstą rotację opiekunek. – Kadrę mamy młodą – przyznaje pani administrator. – I nie zagwarantuję pani, że ta sama opiekunka będzie pracowała z pani dzieckiem przez ileś tam lat.

              Ale tłumaczy, że często to pracownicy nie są w porządku w stosunku do fundacji, bo informują, że odchodzą na kilka dni przed zwolnieniem się.

              Mówię, że niepokoją mnie negatywne opinie w internecie, zwłaszcza na temat Edwarda Goszczyckiego. – Właścicielem jest fundacja, a państwo Goszczycy są jej pomysłodawcami. Myślę, że negatywne opinie wynikają z tego, że pan Edward jest osobą konkretną i niektórym nie podoba się, że mówi, co myśli.

              – A sprawa domu opieki przy Pajęczej?

              – Proszę się tym nie sugerować. To nie Goszczyccy odpowiadają za przedszkole, tylko dyrektor. Tak samo było w domu spokojnej starości. Tam państwo Goszczyccy nie zostali ukarani – podkreśla administratorka.

              Znajomy prokurator: – To bardzo niebezpieczne, że ci ludzie zajęli się akurat dziećmi z autyzmem. Dla rozwoju autystyków ważna jest ciągłość relacji, bardzo przywiązują się do opiekunów. Zmiana wychowawczyni to katastrofa. Dlatego ludzie opiekujący się dziećmi autystycznymi muszą być bardzo odpowiedzialni i spełniać najwyższe normy moralne, by wszystko było precyzyjnie dopracowane. Niepokój budzi, że właściciel Betanii zainteresował się najtrudniejszym wyzwaniem, które jednocześnie ma największe szanse na dotacje finansowe.
              IPN: jest nazwisko, brak teczki Edwarda Goszczyckiego

              Rozpytuję o Edwarda Goszczyckiego sąsiadów przedszkola. – To bardzo tajemniczy człowiek – mówią.

              – Co jakiś czas ktoś przyjeżdża i o niego pyta – zdradza córka właścicielki domu przy ulicy Pajęczej, w którym Goszczyccy założyli dom spokojnej starości. – Ale oni przenieśli tę fundację w inne miejsce. My nic nie wiemy.

              Zarówno fundacja Betania, jak i Międzynarodowe Centrum Inwestycyjno-Kapitałowe oraz prowadząca Aniołkowo Fundacja Inspiracji Edukacyjnej i Kulturowej działały pod adresem Modrzykowa 10.

              Dzwonię do bramy domu, ale nikt nie odpowiada. Pytam przechodzącego starszego pana, czy coś wie o właścicielu Betanii. – On tu już nie przebywa. Chodziły słuchy, by nie wtrącać się w jego sprawy, bo jest „ustosunkowany”. Jak pani myśli: czy możliwe jest, by ktoś stworzył miejsce, w którym znęcają się nad ludźmi, a potem z tego suchą nogą wyszedł? Takim ludziom lepiej w drogę nie wchodzić, tylko grzecznie się kłaniać. I radzę tu w okolicy nie rozpytywać. Obok mieszka były pracownik SB i komendant policji. Ja bym obstawiał, że każde pytanie, które pani dziś zada, od razu usłyszy pan Edward.

              W Instytucie Pamięci Narodowej sprawdzam wszystkie dokumenty, które dotyczą Edwarda Goszczyckiego urodzonego 13 października 1946. Wiadomo tyle: jest prawnikiem, pracował w Milicji Obywatelskiej, a następnie w departamencie kadr w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

              Pracownice IPN mówią mi: – Pobierał wynagrodzenie jako pracownik departamentu kadr MSW, więc powinniśmy mieć jego teczki. To bardzo dziwne, że żadnych dokumentów, poza tymi informacjami, u nas nie ma.

              Co równie dziwne, w aktach prokuratorskich nie ma nawet daty urodzin ani imienia ojca Edwarda Goszczyckiego, co jest standardowym sposobem identyfikacji. Powtarzają się za to dane jego żony.

              Pytam znajomego prokuratora, czy to może być przypadek.

              – To, że nie zbadano dokładnie jego sprawy, może być zasługą albo znajomości, albo wyjątkowego niedbalstwa. Stawiałbym na znajomości. A jeśli tak, to bynajmniej nie chodzi o młodą panią asesor, tylko o doświadczonych prokuratorów, którzy wówczas nadzorowali postępowanie.
              Miasto: Nie możemy sprawdzać właścicieli żłobków i przedszkoli. Nawet tych dla chorych dzieci

              Sprawdzam, jak to możliwe, że człowiek odpowiedzialny za instytucję zamkniętą, w której znęcano się nad bezradnymi starymi kobietami, teraz czerpie zyski z przedszkola dla chorych dzieci. Czy każdy może otworzyć przedszkole?

              Pytam Katarzynę Pienkowską, naczelnik Wydziału Prasowego Urzędu Miasta Warszawy, jakie dokumenty muszą przedstawić osoby, które chcą otworzyć przedszkole.

              – Statut placówki, wykaz kadry z ich kwalifikacjami, odpowiednie warunki lokalowe i REGON. Dotyczy to też przedszkoli specjalnych i integracyjnych.

              – Czy zanim ktoś otworzy przedszkole, sprawdzają państwo jego właścicieli?

              – Nie mamy takich uprawnień, żeby sprawdzać inne dokumenty, niż są wymienione w ustawie.

              – A jeśli właściciel wcześniej prowadził ośrodek, w którym personel nie miał kwalifikacji, pracował non stop, bez urlopu, a w końcu zaczął znęcać się nad chorymi, nadal może otworzyć przedszkole?

              – Tak. Nieraz byliśmy na spotkaniach w MEN na temat edukacji niepublicznej i sygnalizowaliśmy potrzeby zmian w obowiązujących przepisach zakładania przedszkoli.
              Kuratorium: Osoba prowadząca przedszkole nie musi posiadać kwalifikacji pedagogicznych

              Pytam rzecznika kuratorium Andrzeja Kulmatyckiego, czy sprawdzają, z czego wynika częsta rotacja nauczycielek w przedszkolu Aniołkowo oraz w jaki sposób właściciel zachowuje się względem kadry.

              – To nie należy do kompetencji kuratora oświaty.

              – A w jaki sposób weryfikowane są kompetencje właścicieli przedszkoli?

              – Osoba prowadząca przedszkole nie musi posiadać kwalifikacji pedagogicznych.

              – Czy były jakieś oficjalne zgłoszenia nieprawidłowości w Aniołkowie?

              – Parę miesięcy temu odbyła się kontrola w zakresie realizacji przez dyrektora pomocy psychologiczno-pedagogicznej w związku z pismem rodzica. Ale nie wydano żadnych zaleceń właścicielom ani dyrektorowi.

              Proszę o przesłanie mi tego pisma, ale rzecznik nie wyraża zgody.
              • livia.kalina Re: i dalej 04.09.17, 22:37
                MEN: Nie kontrolujemy fundacji prowadzących przedszkola

                Anna Ostrowska, rzecznik Ministerstwa Edukacji, potwierdza, że MEN zajmuje się przedszkolami. Proszę o informację, w jakich obszarach. Ale biuro prasowe nie odpowiada na to pytanie. Mailowo przesyła informacje, że MEN nie sprawuje kontroli i nadzoru nad działalnością fundacji prowadzących przedszkola.

                We wszystkich tych trzech instytucjach pytam także, kto szczegółowo rozlicza właścicieli przedszkoli z subwencji i dotacji, skoro nikt ich nie kontroluje. Ale nikt nie potrafi udzielić odpowiedzi.
                Burmistrz: fundacja prowadząca Aniołkowo dostała 4,6 miliona subwencji

                Na forum dotyczącym przedszkoli jeden z ojców pisze: „Mamy do czynienia z jakimś nieziemskim przekrętem. Szkoły i przedszkola otrzymują subwencje – na zdrowe dziecko ok. 5 tys. zł rocznie, a na autystyczne około 50 tys. zł rocznie. Jest to subwencja, a nie dotacja, więc przedszkole może wydać te pieniądze, jak chce. Poza kontrolą. Skoro można utrzymać zdrowe dziecko za 5 tys. zł rocznie plus opłaty ponoszone przez rodziców, to na dziecko autystyczne przedszkole otrzymuje kilkadziesiąt tysięcy więcej. Jeśli przedszkole oferuje kilka dodatkowych zajęć tygodniowo, to kosztują one około 12 tys. zł rocznie. Więc większość subwencji zostaje zyskiem przedszkola. Przecież to jest przewałka na całego! Mam nadzieję, że takie przedszkola oferują chociaż małe, paroosobowe grupy”.

                Pytam o liczbę dzieci w przykładowej grupie czterolatków w Aniołkowie. – Mamy 17 dzieci w tej grupie – odpowiada administratorka. Dzieciom z autyzmem Aniołkowo oferuje dodatkowo w tygodniu dwie godziny terapii sensorycznej oraz dwie godziny z logopedą.

                Burmistrz dzielnicy Wawer poinformował, że Fundacja prowadząca Aniołkowo otrzymała już 4 miliony 625 tysięcy 587 złotych subwencji. Te pieniądze powinny być przeznaczone na ogólne wydatki przedszkola, a nie rehabilitację konkretnych dzieci.

                Oprócz wsparcia samorządowego rodzice za dziecko zdrowe płacą 1000 zł plus 330 za pomoce dydaktyczne. Tylko w 2015 roku przychody fundacji wyniosły 1,2 mln zł.

                Dzwonię do fundacji, przedstawiam się i proszę o kontakt z Edwardem Goszczyckim. Odbiera członek zarządu, pani Mirosława. Prosi, bym zostawiła wiadomość. Jednak Edward Goszczycki nie chce ze mną rozmawiać.

                Wysyłam e-mail z prośbą o przekazanie mu pytań: Dlaczego zajął się pan akurat dziećmi z autyzmem? Czy ma pan do tego moralne prawo po tym, co wydarzyło się w domu spokojnej starości, którego był pan właścicielem?

                Odpowiedź nie przychodzi.
                Mama ciągle przeprasza. Z domu opieki Betania wróciła jak wytresowana

                Pani Elżbieta, której mama była w domu opieki przy Pajęczej, mówi, że znęcanie już zawsze pozostanie w jej głowie: – Zdarzyło mi się widzieć u mamy siniaki, które były tłumaczone tym, że wypadła z łóżka. Żaliła się na bicie po głowie, czole i oczach, ale jej nie wierzyłam. Przez ostatnie dwa miesiące pobytu w ośrodku bardzo chciała, żeby ją zabrać. Płakała, jak wychodziłam. A ja nic nie zrobiłam. Nie mogę sobie tego wybaczyć. Teraz mama zachowuje się, jakby była „wytresowana”. Dziękuje mi za wszystko. Nawet za podanie napoju. Na pewno była besztana za zrobienie w pieluchę, bo jak się załatwi, to tłumaczy: „Naprawdę nic złego się nie stało, takie rzeczy się zdarzają człowiekowi”. I powtarza to wielokrotnie, a potem pyta: „Czy wszystko dobrze?”. I przeprasza. Gdy je, to cały czas mi dziękuje i stara się jeść bez przeżuwania, jak najszybciej. Jakby cały czas spodziewała się ataku.

                Kontakt z autorką przez stronę www.justynakopinska.pl
                • eraz-lilipop Re: i dalej 06.09.17, 23:03
                  Takie okropne, ze czytać tego sie nie da .
                  • maja_sara Re: i dalej 10.09.17, 23:15
                    Ja przeczytałam od deski do deski.
                    Mam wrażenie, jakbym czytała historię siostry Bernadetty sprzed kilku lat. I jej ośrodku wychowawczym. Identyczny koszmar. I tak samo jak tam, tak i tu - odpowiedzialność za wyrządzone zło i złamanie ludziom życia, żadna. Właściciel musi mieć mocne plecy i mega znajomości. Tak naprawdę jest nie do ruszenia. Skoro TV publiczna "lansuje" to przedszkole, jako najlepsze w stolicy. (filmik z rankingiem dostępny na stronie startowej przedszkola) Niezły cyrk.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka