giwliana
27.01.07, 22:56
Słuchajcie, to przechodzi ludzkie pojęcie. Słyszałam o stawkach z
angielskiego, niemieckiego i francuskiego rzędu 15 zł za stronę. Nie widzę w
tym niczego zdrożnego, bo ludzi wykonujących te tłumaczenia dużo a słowników
i innych pomocy zatrzęsienie. Ostatnio jednak słyszałam o stawkach w biurach
tłumaczeń oferujących zapłatę 20zł brutto za węgierski, holenderski, albański
czy grecki!
No przecież nóż się w kieszeni otwiera na takie propozycje. Skoro jednak
biura proponują, znaczy to, że ktoś się na nie godzi.
Ciekawi mnie, kto to robi? Przecież, jak się trafi specjalistyczne, to
oczywiście w słowniku nic nie ma, a poszukiwanie w encyklopediach i Google
czasem trwa całą noc. Nie wierzę, że są tłumacze specjaliści od wszystkich
dziedzin, którzy od ręki tłumaczą ciurkiem wyrażenia typu: kiring, cytologia,
wziernikowanie, przetoka, mierzeja, miazmaty, mereżka, kreza, dielektryk,
wiatyk czy przerzutka. To przykłady, które ostatnio kosztowały mnie po kilka
godzin każdy i dlatego mocno wbiły się w pamięć. A może to ja się po prostu
nie nadaję do tego zawodu?
Mimo to nie rozumiem, jak można mieć czelność proponować 20 zł za te rzadsze
języki?
Pozdrawiam