Dodaj do ulubionych

Leczenie borderline

15.06.07, 16:51
List otwarty

w sprawie sposobu leczenie zaburzeń osobowości typu borderline w polskich
szpitalach psychiatrycznych.

Od długiego czasu nurtuje mnie pytanie, dlaczego nie potrafię cieszyć się znów
życiem, skoro moja córka wyzdrowiała. I oto próba odpowiedzi na to pytanie.
Nie potrafię:
Bo żaden rodzic nie powinien doświadczyć tyle bólu, krańcowej rozpaczy i
upokorzenia,
co ja przeżyłem.
Bo cierpienie mojej córki było moim cierpieniem z powodu własnej bezsilności.
Bo jej rany były moimi ranami, a jej blizny są nadal moimi.
I nie pomaga mi zital, lerivon czy xanax.
Bo nie mogę się z tym pogodzić, jak traktowane są przez polską psychiatrię
nasze dzieci z zaburzeniami osobowości typu borderline.
Bo nasze dzieci nie są gorsze i nie mniej kochane od innych. A my nie
koniecznie musimy być od razu wyrodnymi rodzicami. I diagnoza borderline nie
powinna być swego rodzaju wyrokiem dla młodych ludzi, od którego nie ma odwołania.
Bo nie mogę się pogodzić się z tym, co spotkało moją córkę, żonę i mnie. Oto
moja historia:

Moja córka trafiła po raz pierwszy do szpitala psychiatrycznego w wieku 14 lat
z podejrzeniem schizofrenii. Był to szpital psychiatryczny w Warszawie,
uznawany za jeden z najlepszych w Polsce. Po kilku tygodniach córka wyszła z
rozpoznaniem depresji. Po kilku, a może po kilkunastu następnych miesiącach
była ponownie hospitalizowana w szpitalu w Zagórzu pod Warszawą. Z tej
placówki otrzymała diagnozę borderline, ale już z niej nie wyszła, tylko
została karnie wyrzucona po kilku miesiącach.
Córka była w tym czasie najcięższym przypadkiem na oddziale. Moja córka w
szpitalu okaleczała się podczas ataków lęku, w czasie których miewała czasami
omamy słuchowe. Ona sama określała to jako ataki, przed którymi ratunkiem było
samookaleczanie, czyli cięcie się czym tylko się dało oraz przypalanie
papierosami czy zapalniczką. Przejawiała przy tym dużą pomysłowość, bo z braku
innych możliwości potrafiła się pociąć np. żabkami od firanek. Po pewnym
czasie podpisano z córką kontrakt, że wszystkie napady lęku będzie zgłaszać
personelowi, a jeżeli będzie się w dalszym ciągu okaleczać to zostanie
wyrzucona ze szpitala.
I co dziwne córce udawało się wywiązywać z tego kontraktu przez kilka
miesięcy. Przy każdym napadzie lęku zgłaszała to lekarzowi lub pielęgniarce i
otrzymywała dawki leków spakajających. Jeżeli akurat nie było lekarza na
dyżurze to lądowała w pasach. Nie była to z pewnością najlepsza z form
terapii, ale nam rodzicom pozwalała choć przez ten okres chociaż trochę
odetchnąć. Nie muszę chyba dodawać, ze to co my przeżywaliśmy było prawdziwym
koszmarem. Żyliśmy w nieustannym stresie lękając się o życie córki. Dla mnie –
poza zawsze występującym u rodziców w sposób świadomy lub nie poczuciem winy -
najstraszliwsza była bezsilność i bezradność wobec problemów swojego jedynego
dziecka. Niestety wszystko było dobrze do czasu, gdy córce postawiono diagnozę
borderline.
Bo w kilka dni po tym, podczas jednych, jakże częstych odwiedzin u córki
przypadkowo spotkałem panią ordynator oddziału, na którym przebywała córka.
Chciałem wykorzystać sposobność i spytać się o stan mojego dziecka. W czasie
dziwnej rozmowy pani ordynator dostrzegając moją słabą formę psychiczną,
usiłowała wymóc na mnie przyznanie się do molestowania własnej córki. Gdy to
jej nie wyszło, zaczęła oskarżać mnie i moją żonę o to, że jesteśmy wyrodnymi
rodzicami i ponosimy winę za problemy dziecka.
Na Boga, z pewnością nie byliśmy najlepszymi rodzicami na świecie, ale nie
byliśmy rodziną patologiczną ani nawet rozbitą. Na poparcie swojej teorii
pani ordynator wezwała moją córkę
i wymusiła na niej przyznanie się, że my wyrodni rodzice tolerujemy palenie
przez nią papierosów. My z żoną wcale nie palimy, a to, że córka pali nie było
dla nas największym życiowym problemem. Upokorzyła przy tym moją córkę, a ja
porażony oskarżeniami pani ordynator. nie potrafiłem temu - z całą pewnością
nie terapeutycznemu przesłuchaniu - przeciwdziałać. Po tej terapeutycznej
rozmowie córka była tak wzburzona, że nie udawało mi się jej uspokoić na
spacerze. Wiedziałem, co może teraz nastąpić i co rzeczywiście nastąpiło.
Powinienem ostrzec personel szpitala przed tym, ale ja po prostu bałem się
wejść na oddział obawiając się, że w ten sposób mógłbym tylko potwierdzić
nieuzasadnione podejrzenia o molestowanie córki – w myśl zasady, że na
złodzieju czapka gorze. Muszę dodać, ze ja przedtem należałem do osób
asertywnych, dających sobie radę w życiu, prowadziłem własną firmę i dobrze
zarabiałem. A wystarczyły tylko dwa zdania wypowiedziane przez panią
ordynator, żeby mnie złamać. Najpierw pani ordynator powiedziała, iż zauważyła
że córka gorzej się czuje po moich odwiedzinach. Od razu wpadłem w
przerażenie, bo przecież ja odwiedzałem córkę kilka razy w tygodniu. Widząc
mój stan pani ordynator zadała mi pytanie: Co ja takiego robiłem swojej córce,
że czuję się tak winny?
Córka w nocy nie zgłosiła ataku lęku i bardzo mocno poprzypalała sobie
kilkakrotnie ramię płomieniem z zapalniczki. Rano zgłosiła to pani ordynator,
a ta kazała się jej przyznawać do tego, że jest przeze mnie molestowana. Gdy
córka temu zaprzeczyła, została wyrzucona ze szpitala za złamanie kontraktu.
Ja po tym wydarzeniu kompletnie się załamałem.
< PRZEPRASZAM CIĘ MOJA CÓRKO ZA TO, ŻE NIE UDAŁO MI SIĘ UCHRONIĆ CIEBIE PRZED
TYMI NAJGORSZYMI Z TWOICH BLIZN>
Po kilku tygodniach córka trafiła ponownie do szpitala w Warszawie. Pewnego
dnia otrzymaliśmy telefon od lekarza, żeby natychmiast przyjechać i zabrać
córkę, bo ta została wyrzucona ze szpitala za kontakty seksualne. Jakież było
nasze zdziwienie, gdy okazało się, że do żadnych kontaktów nie doszło, tylko
córka zaprzyjaźniła się bliżej z jednym chłopakiem, również pacjentem z jej
oddziału. Poprosiliśmy o rozmowę z panią profesor, kierującą tymże oddziałem.
Ta jednak podtrzymała swoją decyzję o wyrzuceniu córki, gdyż nie widziała dla
niej miejsca u siebie, bo szpital nie jest dla osób z zaburzeniami typu
borderline. Córka w kilka tygodni od wyrzucenia z tego szpitala, wspólnie z
tymże chłopakiem usiłowali popełnić samobójstwo podcinając sobie żyły. Moja
córka – wprawiona w używaniu żyletki - najpierw za jego zgodą podcięła żyły na
przegubie ręki jemu, później sobie. Siebie cięła kilkakrotnie w jedno miejsce,
bo za mało jej krew leciała. Poprzecinała sobie przy tym ścięgna i nerwy.
Musiała przejść operację ręki, ale i tak nie ma czucia w dwóch palcach.

Teraz moja córka ma teraz 21 lat i jest już od dwóch lat zdrowa. Za taką się
uważa i tak też jest.
Usamodzielniła się i studiuje. A przecież okaleczała się tak często i mocno,
że oba ramiona i przedramiona pokryte ma bliznami. Teraz się ich wstydzi i
myśli o ich usunięciu. Ja bardzo się staram wyleczyć z depresji, bo przecież
nie mogę być gorszy od mojej ukochanej córki.
Oddając sprawiedliwość polskiej psychiatrii muszę dodać, że na swej drodze
spotkaliśmy kilku bardzo dobrych lekarzy i psychoterapeutów. Na szczególne
moje uznanie zasługuje
Pan Dr Cezary Żechowski z Warszawy.

Ojciec byłej pacjentki z zaburzeniami typu borderline
Obserwuj wątek
    • spojrzenie.kota.w.butach Re: Leczenie borderline 23.11.07, 22:19
      bardzo Panu współczuję, też mam zdiagnozowane borderline, na szczeście od 10 lat
      żyję w całkiem dobrej kondycji, a co do polskiej psychiatrii, to miałam okazję
      poznać jej dobre i złe strony (Wrocław), niestety tych dobrych było zdecydowanie
      mniej.... Mam nadzieję, że już nie będzie mi dane wpaść w ich (lekarzy) i
      jej(psychiatrii) szpony. A Panu i córce oraz żonie życzę dużo zdrowia!!!!
    • tiberta Re: Leczenie borderline 14.11.13, 18:58
      Jestem borderką i zazdroszczę Pana córce. U mnie rozwinięcie się tego paskudztwa zostało w dużej mierze spowodowane postawą mojego ojca, który zabił we mnie poczucie własnej wartości. Ciągle towarzyszy mi upiorny stres, że świat patrzy na mnie jego oczami. Naprawdę zazdroszczę...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka