Gość: fcuk
IP: *.dynamic.chello.pl
21.04.12, 22:26
Kiedyś już pisałam na forum, ale sprawa dotyczyła trochę czego innego. Teraz potrzebuję jakiejś obiektywnej opinii, bo nie wiem, czy jestem skrajną egoistką, czy mój partner po prostu aż tak kompletnie mnie nie rozumie...
Chodzi o to, że pod koniec grudnia przeprowadziliśmy się do innego miasta. Ja nie mam tu żadnych znajomych, zajmuję się 1,5 rocznym dzieckiem i całe moje życie kręci się wokół domu. Szukam pracy, ale z miernym rezultatem, a z racji jednej pensji nie jestem sobie w stanie pozwolić na jakieś dodatkowe atrakcje.
Partner pracuje- przenieśliśmy się tutaj ze względu na jego pracę, która jest dla niego jak najbardziej rozwojowa, lubi ją i względnie jest to to, co chciałby w życiu robić. W pracy ma miłą atmosferę i ludzi, których lubi.
Właśnie się bardzo pokłóciliśmy, właściwie z mojej próby rozmowy wynikła awantura z jego waleniem pięścią w stół i jakimiś psychicznymi pojazdami po mnie. Próbowałam mu coś wyjaśnić, potrzebowałam miłości z jego strony, a on jedyne co mi dał to masę obelg, oskarżeń i wypominania. Chciało mi się krzyczeć z bezsilności... Powodem są jego wyjścia z kolegami. Ok, nie wychodzi często, średnio raz na 2 tygodnie wieczorem, jak ma wolne (chociaż właściwie co tydzień szuka pretekstu to wyjścia), ale no właśnie. Moim zdaniem jego wyjścia w naszej sytuacji, są dość częste. Zwłaszcza, że ja na codzień siedzę sama, wieczorami w tygodniu jesteśmy oboje na tyle zmęczeni, że właściwie o 22 już zasypiamy. I problem w tym, że jego zdaniem to wcale często nie jest i że on potrzebuje wyjść i się rozerwać, bo inaczej się dusi (haha, a ja niby nie, siedząc non stop sama z dzieckiem w domu...). Nie wiem, jak mam mu to tłumaczyć, wszystkie moje argumenty wzbudzają w nim agresję, stwierdził nawet, że już nie może na mnie patrzeć ;] Tym bardziej, że nie mam nic przeciw jego kolegom (chociaż żadnego nie miałam okazji poznać), tłumaczę mu, że jak najbardziej byłabym zadowolona, żeby oni przyszli do nas, ja również spędzę jakoś miło czas, a jeśli chcą pogadać na tematy zabronione damskim uszom ;) to zwinę się spać o 23 i oni mogą sobie siedzieć do bólu. Fakt, że większość to obcokrajowcy średnio mówiący po polsku, a ja w ich języku nie mówię (ale się uczę! ;) ) ale ma też jednego kolegę Polaka (z którym z resztą dziś miał wyjść) . Szukał miliona argumentów, na nie, po czym przed wyjściem powiedział, że kolega nie może przyjść dziś do nas, bo umówili się do kina, a mi nie chciał o tym mówić, żeby mi przykro nie było :/
Problemem jest jeszcze to, że za każdym razem, jak wychodzi, wbrew naszym umowom, ma wyłączony telefon i ja za żadne skarby nie mogę się dodzwonić (a najczęściej dzwonię tylko, jak się dużo spóźnia lub zapytać o której mniej więcej planuje wrócić ). Nie chodzi tu o jakieś wydzwanianie co 5 min, tylko zwyczajnie na zasadzie, gdy się spóźnia, bądź chcę zapytać, o której wróci...
Mam wrażenie, że to taka beznadziejna sytuacja, bo każde ma swoje racje i każde widzi tylko swój punkt widzenia... Na prawdę jestem aż tak egoistyczna???